Obok ciebie

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

II

Po upływie kilku dni od badania zaczęłam odczuwać coś jeszcze. Był to strach. Zauważyłam, że coraz częściej utożsamiam się z pacjentami przebywającymi na oddziale paliatywnym. Oczywiście moje wrażenia nie miały żadnego uzasadnienia, ponieważ w dalszym ciągu żyłam, mój mięśniak nie dostarczał mi żadnych nieprzyjemnych ani dokuczliwych wrażeń. On był. I tylko czasami mi się wydawało, że odczuwam jego istnienie. Szczególnie kiedy kochaliśmy się z Arturem. Nie potrafiłam się skupić na rozgrywającym się między nami akcie. Pochłaniały mnie raczej myśli dotyczącego obecności intruza w moim ciele. Intrygowało mnie, czy podczas orgazmu mój mięśniak się kurczy, czy też rozpręża. Niestety to wpływało na jakość mojej rozkoszy. Kilkakrotnie nawet zdarzyło mi się, że nastrój prysł, bo właśnie poczułam coś, czego nie doświadczałam wcześniej. Natychmiast odsuwałam się wtedy od Artura, przepraszając go i tłumacząc się chwilową niedyspozycją. Czułam się podle. Ale, co zalecił mi również doktor Malicki, powinnam oswoić się po prostu z jego obecnością i żyć tak, jak dotąd. Starałam się. Naprawdę bardzo mocno próbowałam przywyknąć i nie myśleć o nim z taką niechęcią. Niestety, efekt był wręcz odwrotny. Z każdym dniem czułam się coraz bardziej skażona i inna niż reszta mojej rodziny. Zaczęła doskwierać mi samotność. Właściwie sama się na nią skazywałam, odsuwając się od mojego męża i dystansując się od wszystkiego, co działo się w domu. Czułam się brudna i coraz częściej nieszczęśliwa.

– Pani Izo, ja nie widzę konieczności operacyjnej ingerencji w pani ciało. To jest naprawdę niewielki mięśniak, poza tym ma go pani jednego. Nie jestem zwolennikiem przeprowadzania takich zabiegów. – Malicki próbował mnie przekonywać.

– Panie doktorze, czy ja mogę go czuć?

– W jaki sposób?

– Czy mogę odczuwać jego obecność?

– A czuje go pani?

– Nie jestem pewna.

– Czy on panią boli? – Lekarz skrzyżował palce i pochylił się nad biurkiem. Poczułam zażenowanie.

– Podczas stosunku czuję coś w rodzaju ucisku.

– Pani Izo, może być kilka wytłumaczeń. Zmiana pozycji, może pani psychiczne nastawienie… – Zaryzykował diagnozę.

– Nie jestem uprzedzona do stosunków seksualnych z moim mężem.

– Nie to miałem na myśli. Raczej pani nastawienie względem ciała obcego. Niech pani porozmawia z psychologiem. Nie chcę sugerować rozmowy z mężem, aczkolwiek on jest chirurgiem, może jego zapewnienie o braku konieczności operowania uspokoiłoby panią? – Uśmiechnął się i zaczął przekładać dokumenty zalegające na biurku, dając mi tym do zrozumienia, że nie chce być nietaktowny. Podniosłam się z krzesła i skierowałam w stronę drzwi.

– Umówmy się na powtórne badanie za dwa, może trzy miesiące. Jeśli rozmiar pani mięśniaka nie ulegnie zmianie, zostawimy go. Jeśli jednak urośnie, a pani rzeczywiście będzie odczuwała w jakiś sposób jego obecność, podejmiemy decyzję o jego usunięciu. Czy to panią uspokaja? – Podniósł się i ruszył w ślad za mną do drzwi.

– Tak, doktorze. Poczekajmy miesiąc, dwa na decyzję.

Podał mi rękę, a drugą podtrzymał drzwi.

– Pani Izo, proszę zachować spokój. Jest pani wśród swoich. Nie damy pani zginąć. – Jego promienny uśmiech miał chyba podnieść mnie na duchu, ale nie udało się.

Wróciłam do domu. Pospiesznie wbiegłam na ganek. I nagle moim oczom ukazał się widok, który sprawił, że zatrzymałam się gwałtownie. Okna salonu mojego domu wychodzą na ogród od frontu. Są duże. Zawsze marzyłam o wielkich oknach, wypełniających przestrzeń od podłogi aż do sufitu. Tłumaczyłam sobie to marzenie tęsknotą za tańcem, która musiała tkwić gdzieś głęboko w moim sercu. Widoku z zewnątrz broniły ciężkie lniane zasłony i choć przestrzeń wokół naszego domu zamykała się prawie w trzech tysiącach metrów i nikt spoza wysokiego, murowanego ogrodzenia nie mógł zajrzeć do środka, popołudniami zawsze zaciągaliśmy zasłony. Tego dnia jednak pomiędzy nimi pozostała szczelina odsłaniająca widok, który złamał moją pewność siebie. Mój mąż siedział na rozłożystej sofie przed telewizorem, a na nim wyciągnięty leżał Mateusz. Artur obejmował syna ramieniem. Oglądali coś w telewizji, jednak z tej perspektywy nie mogłam dostrzec, co to było. Na podłodze oparta o sofę siedziała Julia. Wpatrzona w swój telefon i pozornie niezainteresowana panującą wokół niej atmosferą. Wtem mój mąż zaczął coś mówić. Odwrócił głowę w stronę drzwi i wyliczał na palcach. Domyśliłam się, że stał w nich Jaś. Może pytał ojca o coś potrzebnego mu do pracy? Piekący żal eksplodował w moich piersiach. Gdyby nagle się okazało, że mnie zabraknie, oni nadal byliby tą samą prężnie działającą maszyną. Rozpłakałam się i zeszłam z ganku, okrążając dom. Usiadłam na drewnianej huśtawce i pozwoliłam, by emocje wzięły górę.

Dopiero szelest dobiegający od strony kosza na śmieci przywrócił mnie do rzeczywistości.

– Artur, wypuściłeś na dwór psa, a on znowu dobrał się do worków ze śmieciami. – Weszłam do domu od drzwi, strofując męża. Miałam nadzieję ukryć w ten sposób strach przed bezradnością. Tak właśnie się czułam. Byłam bezradna i samotna. Samotna w domu, wśród moich bliskich. Nie mogłam zrobić zupełnie nic, poza czekaniem. I nie chodziło tu już tylko o mojego mięśniaka. Nagle zaczęło do mnie docierać, że moje poświęcenie, oddanie rodzinie, zdrowy tryb życia i aktywność nie znaczyły nic w obliczu ułomności mojego ciała!

– Nie chciało mi się z nim wychodzić, Izi. Jestem padnięty, a poza tym Mati mnie przygniótł. Taki kawał chłopaka, a układa się na tobie jak niemowlę.

– Ale jakie to przyjemne – szepnęłam, odwiesiłam płaszcz i szybko wyszłam do łazienki. Miałam jeszcze kilka godzin do wyjścia do pracy. Postanowiłam nie dać się destrukcyjnym myślom. Wcisnęłam się obok Artura i wtuliłam w ciało mojego synka. Specjalnie unikałam poruszania tematów, które mogły naprowadzić męża na ten najtrudniejszy. Słuchałam, jak dzieci opowiadały o szkole, a kiedy w pokoju zapadała cisza, wymyślałam naprędce historie, którymi wypełniałam piekącą mnie bezsilność.


– Jak twoje wyniki badań?

Nazajutrz rano, kiedy dzieci wyszły już z domu, a samochód Artura zniknął za zakrętem naszej ulicy, zadzwoniła moja mama. Celowo nie poruszałam z nią tematów zdrowotnych. Dotąd nie było takiej konieczności, a teraz, cóż, wolałam nie rozmawiać na temat ciążącego mi mięśniaka. Moja mama miała hipochondryczne podejście do tematu zdrowia. Wciąż zapisywała się do specjalistów, bez względu na to, czy było to konieczne czy też nie. Panicznie wręcz bała się chorób i chyba dlatego w każdych, nawet najdrobniejszych dolegliwościach, które w jej wieku atakowały coraz częściej, doszukiwała się sygnałów nadchodzącej śmierci. Zabawne, pomyślałam, powoli zaczynałam zachowywać się jak ona.

– Wszystko jest w porządku, mamo. – Wyciągnęłam się na sofie i zamknęłam oczy. Miałam za sobą ciężką noc. Dwoje pacjentów zmarło, co znacząco wpłynęło na atmosferę panującą na oddziale.

– Coś zdawkowo mi odpowiadasz – zauważyła mama, konspiracyjnie zniżając głos.

– Mamo, jestem po prostu zmęczona. Miałam kiepską noc.

– Nie będę naciskała. Ale jestem twoją matką. Wiem, kiedy wszystko jest w porządku, a kiedy ten porządek oznacza dyskretne pomijanie problemu.

Zapadła między nami cisza. Nagle dręczący mnie mięśniak okazał się tematem ciążącym mi wyjątkowo dotkliwie. Przebłysk słabości nakazał zrzucić część mojego przerażenia na mamę. Po krótkim zastanowieniu zaczęłam ostrożnie.

– Badanie ginekologiczne wykazało, że mam na trzonie macicy mięśniaka.

– Gładkokomórkowego? – Głos mamy zabrzmiał poważnie, zupełnie jak Malickiego.

– Tak, mamo. Czy to coś zmienia?

– Owszem. Te nie są groźne. Wiem, co teraz powiesz, ale naprawdę nie masz powodów do obaw.

– Mamo, mam w sobie obce ciało. Jakąś pieprzoną narośl, która żyje swoim życiem, pasożytując na mojej macicy. I ty mi mówisz, że nie mam powodów do obaw?

– Kochanie, on po prostu jest. Nie wpłynie na twoje funkcjonowanie.

– Skąd ta pewność? Mam w sobie coś, czego nie chcę. Od dnia, kiedy się o nim dowiedziałam, myślę tylko o tym, że coś się w moim życiu zmieniło. Do tej pory robiłam wszystko z myślą o zdrowiu moim i moich bliskich. Moim celem było uszczęśliwianie innych, a teraz nagle się dowiaduję, że coś we mnie urosło. Pasożyt. Spośród tylu ludzi, mamo, właśnie mnie musiało to spotkać? Co zrobiłam nie tak?

– Jesteś rozżalona. Kochanie, to jak pryszczyk.

– Niezupełnie. Lekarze nie chcą go usunąć.

– No tak. Może nie ma takiej konieczności. Głupie porównanie. Jak pieprzyk albo blizna.

– Mamo…

– Izabelo, chyba przesadzasz. Mięśniak gładkokomórkowy to nie nowotwór złośliwy. Nie stracisz swojego życia, nie musisz się o to martwić.

– Możliwe, mamo, ale jego pojawienie się uświadomiło mi pewne rzeczy, o których dotąd nie myślałam.

– Jakie mianowicie?

– Jestem słaba. Co z tego, że dbam o zdrowie i wygląd? Co z tego, że mam płaski brzuch i jędrną skórę, że spędzam dużo czasu na siłowni i uprawiam pieprzony jogging, żeby zachować komfort i mieć dobre samopoczucie? Co mi z tego, że swoim wyglądem zadowalam męża i mam dobry seks, choć już nie jest dobry, bo kiedy się kochamy, myślę tylko o tym, czy mój mięśniak ma wpływ na mój orgazm, czy nie. Co mi po tym wszystkim, co osiągnęłam, mamo, skoro psuję się od środka?! – Wyrzuciłam z siebie myśli, przed których wypowiedzeniem do tej pory się powstrzymywałam. Narastał we mnie bunt. Coraz częściej odczuwałam złość, co musiało być odpowiedzią na przepełniający mnie powoli, ale skutecznie strach. Buntowałam się przeciwko mięśniakowi, ale i niesprawiedliwości, jaka dotknęła właśnie mnie.

 

– Izabelo, to nie jest niczyja wina. Tu nie należy się doszukiwać drugiego dna. Tak po prostu jest. Zastanów się, czy sądziłaś, że prowadząc zdrowy tryb życia i dbając o swoje zdrowie i wygląd, unikniesz starości i chorób? Nie sądzę.

– Ja mam dopiero czterdzieści jeden lat, mamo. Nie jestem stara.

– Ale urodziłaś troje dzieci i nie masz już lat dwudziestu. Twoje ciało swoje przeszło i ma prawo do małych niedoskonałości.

– To mogłam dostać rozwolnienia albo złamać nogę. Dlaczego od razu gnicie od środka? – wrzasnęłam, zdenerwowana bagatelizowaniem mojego problemu.

– Kochanie, umów się z tą swoją psycholożką. Porozmawiaj z nią, bo widzę, że tu nie chodzi o twojego mięśniaka. Tu mamy innego rodzaju problem.

– A jaki, mamo? – Uspokoiłam się, słysząc poważny ton jej głosu. Moja mama nigdy nie krzyczała. Właściwie ja również rzadko podnoszę głos, ale w tych okolicznościach nie zdołałam się opanować. Spokój i powaga mamy zawsze napawały nas pokorą. Mnie i moją siostrę Ewę.

– Iza, czujesz żal do świata, bo twoja wzorowa postawa żony i matki nie obroniła cię przed okrucieństwem, jakim jest doczesność.

– Mamo, błagam…

– Dobrze, ty teraz to podważasz. Ale przypominam ci, że jestem twoją matką. Wychowywałam ciebie i twoją siostrę sama, kiedy wasz ojciec postanowił mnie zostawić z dwójką dzieci. Wiem, co mówię. Umów się z tą znajomą.

– Mamo, dobrze. Ale wtedy, kiedy uznam to za konieczność. To jeszcze nie czas. Muszę się z tym uporać.

Zdegustowana i pełna złych emocji postanowiłam pobiegać w nadziei na oczyszczenie myśli. Szybko przebrałam się w dres i wybiegłam z domu.

Niestety fizyczne zmęczenie mi nie pomogło. Zasypiałam, ciągle myśląc o tym, co usłyszałam od mamy.

Obudził mnie hałas dobiegający z kuchni. Zegarek na stoliku nocnym wskazywał godzinę piętnastą, a więc lada chwila dzieci miały wrócić ze szkoły. Wyszłam do salonu i ujrzałam Jaśka siedzącego przy stole.

– Co tu robisz, synku?

– Mamo, uczę się. W bibliotece był dziki tłum, nie mogłem się skupić. Obudziłem cię? Spadł mi kubek. Przepraszam.

– Nie szkodzi. Nic ci się nie stało? Posprzątałeś szkło?

Skinął i znowu pochylił się nad książkami.

– Mogę pojechać po Julkę i Mateusza, a ty sobie odpocznij – zaproponował po chwili, widząc, że wciąż stoję i mu się przyglądam.

– Już nie będę się kładła. Ale to całkiem dobry pomysł, żebyś po nich pojechał, a ja w tym czasie poodkurzam.

Nie czekając na jego odpowiedź, podwinęłam rękawy długiego podkoszulka i związałam włosy na karku. W głowie wciąż tłukły mi się słowa mamy. Nie jestem gotowa na stawienie czoła mojej doczesności, myślałam.

Zabrałam się do sprzątania domu z zapałem. Odkurzacz tańczył po dywanach, a dźwięk jego pracy podkręcał dziwne napięcie, które zaczęłam odczuwać. Nie chciałam godzić się na to, by moje życie uciekało mi między palcami. Nie byłam gotowa na zaakceptowanie scenariusza, jaki przygotował dla mnie los. Wciąż czułam się młoda, byłam młoda! I dotąd to ja decydowałam o wszystkich zmianach w moim życiu. To ja byłam odpowiedzialna za wszystkie decyzje, które zapadały w domu. Odrzuciłam szczotkę i wyszłam do kuchni. Brzęczący na podłodze w salonie odkurzacz nieprzerwanie podsycał narastający we mnie bunt. Był jak mój wewnętrzny krzyk, domagający się osądzenia wstrząsającej moim życiem niesprawiedliwości.

Wciąż nie widziałam tylu rzeczy, nie odwiedziłam wszystkich miejsc, których zobaczenie było moim marzeniem. Nie poznałam przyszłej żony mojego Jaśka, nie wiedziałam, jak będą wyglądały dzieci mojej Julki! Przechyliłam szklankę z wodą i zaczęłam kaszleć, zachłystując się. A taniec? Teraz, kiedy moje dzieci były już prawie dorosłe, kiedy same były w stanie zadbać o siebie, ja znowu mogłam zacząć tańczyć! Ostatnia myśl wybuchła w moim sercu zupełnie jak sylwestrowe fajerwerki. Jeszcze tego samego dnia postanowiłam znaleźć klub taneczny i zapisać się na lekcje.

– Salsa. Niech to będzie salsa! – mruczałam podekscytowana, wracając do odkurzania. Drżałam z przejęcia. – Spróbuję czegoś zupełnie innego, czego dotąd nie poznałam.

Przypomniałam sobie emocje towarzyszące mi podczas tańca. Euforię i ekspresję, na którą mogłam pozwalać sobie bez opamiętania. Tak, tak właśnie zamierzałam przeciwstawić się mojemu losowi! Wykradać mu przyjemności jedną po drugiej, tak długo, jak starczy mi sił. Gdzieś w pamięci przemknęła mi zadowolona, o ile tak mogłam to określić, twarz umierającego mężczyzny, twarz pana Zenona. Moja decyzja wydała mi się w pełni uzasadniona! Zamierzałam zacząć żyć, cieszyć się z każdej chwili, którą mogłam poświęcać spełnianiu się, ale już nie tylko w roli żony i matki. Zapragnęłam przesuwać granice i wykradać życiu to, czego chciało mnie pozbawić. Kiedyś.

Po obiedzie, kiedy Jasiek z Arturem zamknęli się, jeden w swoim pokoju, drugi w gabinecie, Julia leżała przed telewizorem, a Mati wyszedł do domku dla gości zanieść Barbarze przygotowany przeze mnie obiad, usiadłam przed komputerem. Nie spodziewałam się, że w okolicy szpitala, gdzie pracowałam, powstało tak wiele szkół tanecznych. Wybrałam jedną, cieszącą się najlepszymi opiniami, i jeszcze tego popołudnia poszłam tam, by sprawdzić jej ofertę.

Oczywiście mogłam wybrać balet i wrócić do mojej starej sali baletowej, gdzie trenowałam na początku naszego małżeństwa. Ale tu nie chodziło już o powrót do dawnych przyzwyczajeń i zajęć. Zrezygnowałam z baletu świadomie. Teraz chciałam od życia czegoś zupełnie innego. Miałam ochotę zmierzyć się z nim i przeciwstawić się zaskakującym mnie zdarzeniom.


Szkołę prowadziła przemiła para. Od razu znalazłam z nimi wspólny język. Wróciła do mnie ta sama ekscytacja, którą czułam kiedyś. Jakbym nie rozstała się z tą sferą mojego życia przed dziewiętnastu laty. Zapisałam się do grupy początkującej. Moje lekcje miały odbywać się dwa razy w tygodniu, trzy godziny przed dwudziestą drugą, kiedy to musiałam pojawić się w pracy. Byłam szczęśliwa. Wyszłam ze szkoły z wypiekami na twarzy. Zostawiłam samochód na parkingu szpitala i postanowiłam pieszo przejść jedną przecznicę. Byłam naprawdę rozemocjonowana! Z wysoko uniesioną głową przemierzałam odległość dzielącą mnie od miejsca pracy i cieszyłam się podjętym krokiem.

Przy ulicy mieścił się klub, o którym mówiła mi kiedyś Beata. Miałam wciąż sporo czasu, rozpierała mnie pozytywna energia i musiałam z kimś o tym porozmawiać, dlatego wciąż myśląc o zwrocie, jaki właśnie następował w moim życiu, podekscytowana weszłam do środka. Zamówiłam wodę z cytryną i usiadłam przy oknie. Miałam stąd przyjemny widok na mknące ulicami Warszawy samochody, a gdzieś w tle majaczył gmach szpitala. Zadzwoniłam najpierw do Artura.

– Kochanie? Jak ci poszło?

Nie zamierzałam ukrywać przed moim mężem zamiaru podjęcia lekcji tańca. Artur przyjął wieść o mojej decyzji z radością. Stwierdził nawet, że już dawno powinnam była zdecydować się na wznowienie zajęć, które przerwałam przed laty. Nie potrafił jedynie zrozumieć, dlaczego wybrałam salsę zamiast wrócić do baletu.

– Bo potrzebuję zmiany, chcę posmakować czegoś zupełnie innego. No i właśnie dlatego zapisałam się na salsę. Zajęcia będę miała dwa razy w tygodniu na dziewiętnastą. A później będę szła do pracy.

– Nie będziesz zmęczona?

– Nie. Będę rozbudzona… – wzdychałam w euforii.

– Głupie pytanie.

– Artur, ja naprawdę się cieszę, że będę mogła robić coś zupełnie innego. Uwierz mi, potrzebuję chyba takiej zmiany.

Zaczęłam, ale bardzo ostrożnie. Nie chciałam wzbudzać w mężu podejrzeń co do powodów, dla których zdecydowałam się na podjęcie dodatkowych zajęć. W gruncie rzeczy wstydziłam się niedoskonałości, za jaką uważałam moją dolegliwość. Wstydziłam się przyznać przed mężem, że noszę w sobie narośl, która czyniła mnie inną. Gorszą. Nie myślałam o sobie już jak o kobiecie doskonałej, choć zawsze hołdowałam przekonaniu, że każdy człowiek, ze wszystkimi swoimi talentami, umiejętnościami, a nawet pragnieniami jest doskonałością. Przez lata byłam pewna, że to, czym obdarowujemy innych, nasz czas, uwaga i uczucia są prawdziwymi skarbami, które podziwiałam i którymi sama szczodrze się dzieliłam. Teraz to przekonanie nie było już tak silne, czułam się brudna i wybrakowana. Stąd postanowienie o niezdradzaniu Arturowi prawdy o mojej przypadłości. Nie chciałam, żeby zaczął traktować mnie inaczej, żebym nagle stała się dla niego potencjalną pacjentką.

– Chciałbym się tylko upewnić, jeśli pozwolisz. Czy nie dzieje się tak dlatego, że jesteś znudzona?

Rozczuliły mnie te słowa. Nieczęsto zdarzało się bowiem, że mój mąż zdobywał się na taką szczerość i obnażał przede mną swoją wrażliwość. To spostrzegawczy mężczyzna, a tym pytaniem wkraczał na niebezpieczny grunt.

– Znudzona? Czym, kochanie? Tu chodzi o coś zupełnie innego. Ja nie jestem znudzona, kocham ciebie i dzieciaki. Chyba bardziej pragnę udowodnić sobie, że wciąż jestem tą samą Izą, chcę czerpać przyjemność z tego, co kiedyś było moim życiem. Taki mały kaprys.

– Rozumiem. I będę cię wspierał, balerino.

Kiedyś tak właśnie mnie nazywał. Byłam jego baleriną. Westchnęłam wzruszona.

– Kocham cię, Artur.

– A ja ciebie. I spokojnej nocy.

Życzenie wypowiedziane w złą godzinę. Miałam jeszcze trochę czasu, by pojawić się w pracy. Właśnie skończyłam rozmawiać z Ewą. Jej również opowiedziałam o moim brzemieniu. To była długa i burzliwa dyskusja, która uzmysłowiła mi, jak rzadko wychodziłam z domu sama i jakie problemy sprawiało mi dopasowanie się do otoczenia odbiegającego od codziennej rutyny. W klubie, gdzie postanowiłam ochłonąć po wizycie w szkole tańca, zaczynało przybywać gości. Był piątek. Wiele osób w ten sposób spędzało wieczory. Zasłaniałam słuchawkę, starając się równocześnie przekrzyczeć głośną muzykę.

– Ewa, taniec kiedyś był moim życiem. Może w ten sposób przestanę myśleć o tym… czymś.

Rozejrzałam się ponownie po sali. Nie chciałam, żeby istnienie mięśniaka stało się nagle wiadomością publiczną. Moje spojrzenie skrzyżowało się z utkwionym we mnie wzrokiem barmana. Duży, postawny mężczyzna z brodą opadającą na tors i włosami ciasno związanymi na plecach wpatrywał się we mnie w skupieniu.

– Zaskakujące… – szepnęłam i mimochodem zerknęłam za siebie, by upewnić się, czy to ja jestem celem utkwionego we mnie wzroku.

– Co? Co jest zaskakujące, Iza?

– Chyba za głośno mówię. I barman się na mnie gapi.

– Bo za głośno mówisz? Boże, ty już całkiem zdziczałaś, kobieto. Gdzie jesteś?

– W Dekadzie. – Poprawiłam się na siedzeniu i ukradkiem zerknęłam w stronę baru. Barman musiał zauważyć moje zachowanie, bo posłał mi ciepły uśmiech.

– Ewa, wpadłam tu zupełnie przez przypadek. A jednak. Nie zdziczałam, tylko jestem zaskoczona, bo przygląda mi się mężczyzna.

– Tak, to rzeczywiście potrafi kobietę wpędzić w zaskoczenie – zadrwiła ze mnie rozbawiona. – Może uciekaj stamtąd?

– Jesteś nieznośna. To chyba jakiś rockers.

– Brodaty z długimi włosami? A ma tatuaże? – drążyła konspiracyjnym tonem.

– Ma.

– Ach, to ja mam słabość do kudłatych i wydziaranych brodaczy. Ty jesteś szczęśliwą mężatką, matką trójki dzieci. Popatrz, jaki ten świat jest niesprawiedliwy.

– Przestań żartować. Podejdę zapłacić za wodę i herbatę. Zadzwonię jutro.

– Zadzwoń na przerwie. Musisz mi opowiedzieć wszystko do końca.

Zakończyłam rozmowę. Jeszcze chwilę siedziałam pogrążona w bezruchu, po czym zdecydowanie podeszłam do baru.

– Dobry wieczór, chciałabym zapłacić.

Barman stał nieco z boku i nie odrywając ode mnie wzroku, przecierał blat białą szmatką. Jego przedramiona naprawdę lśniły kolorowymi tatuażami. A zainteresowane spojrzenie jakimś cudem zaczęło pobudzać moją drzemiącą przez lata wyobraźnię.

– Piętnaście pięćdziesiąt proszę. – Przerzucił szmatkę przez ramię i zatrzymał się tuż przede mną. Oparł duże dłonie o blat i czekał.

– Proszę.

– Widzę tu panią po raz pierwszy.

– Stąd to pańskie prześwietlające spojrzenie? Pamięta pan wszystkich gości baru? – odpowiedziałam zaczepnie pytaniem i przysiadłam na hokerze.

 

– Nie, spojrzenie jest wynikiem zainteresowania. Spędziłem za barem już kilka lat i powiem pani, że po ludziach widać, z czym przychodzą.

– To znaczy? Co ma pan na myśli?

– Pani nie przyszła tu tylko dlatego, bo zapragnęła napić się herbaty. Coś panią dręczy, a w klubach zapomina się o kłopotach. Jedni potrzebują zapomnieć na chwilę, bo szukają wyjścia z sytuacji, a inni potrzebują głębszego katharsis.

– A jak jest ze mną?

Teoria barmana rozśmieszyła mnie. Nie należę do osób skrytych, jednak problemy wolę rozwiązywać sama i zdecydowanie świadomie.

– Nie wiem tego. Jeśli ujrzę panią ponownie, a wydaje mi się, że to nastąpi, wtedy zobaczymy.

– Jest pan pewny siebie.

– To też. Ale wiele osób już w życiu spotkałem.

Wsunęłam portfel do torebki i przerzuciłam ją przez zgięcie w łokciu.

– Co jeszcze może pan o mnie powiedzieć?

Nie wiem, skąd przyszła mi chęć kontynuowania tej rozmowy. Barman niewątpliwie próbował zrobić na mnie wrażenie tym banalnym monologiem. Jednak w sposobie, w jaki mówił, było coś, co mnie intrygowało. Nie czułam skrępowania ani niechęci. Choć rzeczywiście brodaci mężczyźni, których ciało pokryte było tatuażami, wzbudzali we mnie lęk i respekt. Barman uśmiechnął się ciepło, ściągnął z ramienia ściereczkę i od niechcenia zaczął przecierać blat przede mną.

– Może drinka?

– Nie, dziękuję. Ja dopiero zaczynam mój dzień – odparłam i odwzajemniłam uśmiech.

– A więc nie będę pani zatrzymywał. Powiem krótko: jest pani człowiekiem wrażliwym, sądząc po sposobie, w jaki rozmawiała pani przez telefon. Nie chciała pani, by ktokolwiek usłyszał, o czym pani mówi. Jest pani perfekcjonistką, dba pani o szczegóły. Mówią o tym wypielęgnowane paznokcie, nienaganna fryzura i biżuteria. A to w guzku nadskrawkowym, to jest kolczyk? – Wskazał ruchem głowy na moje ucho.

– Owszem. Pozostałość po…

– A więc ma pani wyobraźnię, wymyka się pani szablonom.

Pokręciłam z niedowierzaniem głową. Nigdy żaden mężczyzna nie mówił o mnie takich rzeczy na podstawie tego, co zaobserwował w ciągu kilku minut przyglądania mi się. Wytatuowany barman zaskoczył mnie swoją spostrzegawczością, ale też, czego zupełnie się nie spodziewałam, subtelnością. Nagle poczułam się bardzo przyjemnie. Odruchowo potarłam dłonią kark, a potem szyję i zawiesiłam na nim oczekujące spojrzenie. Przez myśl przeszło mi, że przebywaniem w tym klubie po tym, co usłyszałam, dopuszczam się czegoś w rodzaju zdrady Artura. Po moim ciele przebiegł dreszcz niepokoju. Ale, co zaskoczyło mnie jeszcze bardziej, wciąż tkwiłam w tym samym miejscu. Świadoma, że nie powinnam pozwalać temu mężczyźnie mówić do siebie w ten sposób. Z drugiej jednak strony jego słowa sprawiały mi przyjemność. Nie myślałam wtedy o intruzie zagnieżdżonym w moim ciele, a barman z pewnością nie mógł odkryć jego istnienia, nawet gdybym stała przed nim naga. Ta myśl rozgrzała mnie zupełnie. Przestałam myśleć o mężu albo, co wydaje mi się lepszym określeniem, odsunęłam od siebie na chwilę łączącą nas więź. Nie czułam konieczności ukrywania dyskomfortu, jakim był dla mnie mój mięśniak, a potrzeba udowadniania, że wciąż jestem zdrowa, piękna i idealna, przestała być dla mnie istotna. W oczach tego mężczyzny ujrzałam coś, czego nie widziałam z taką intensywnością w spojrzeniu mojego męża. I to sprawiło mi dużą przyjemność. I tym zapragnęłam się cieszyć! Pożądaniem, z jakim barman na mnie patrzył. Zwilżyłam usta, onieśmielona odważnie płynącymi myślami, i, co przyszło mi zaskakująco łatwo, odstawiłam torbę na sąsiedni hoker.

– Co jeszcze powie pan o mnie? – Spojrzałam na niego z przekorą. Barman roześmiał się z przekąsem i pokręcił przecząco głową.

– Jednak trafiłem. A miała pani wątpliwości.

– To też pan zauważył?

– Czym się pani zajmuje? Obstawiam, że uprawia pani jakąś dziedzinę sportu. Tenis?

– Nie. – Zmarszczyłam nos. – Uwierzyłam, że widzi pan wszystko.

– Taniec? Tańczy pani?

– Tańczyłam. W balecie.

Powiódł wzrokiem po mojej twarzy, potem szyi i ramionach. Zatrzymał się na piersiach. A ja zaczęłam intensywnie się zastanawiać, co miałam dziś na sobie. Rzuciłam w końcu okiem w dół. Biały T-shirt nie wyglądał może zbyt kobieco, jednak głęboki dekolt odkrywał rowek pomiędzy piersiami. Zawstydzona zarejestrowałam skrawek czarnej koronki wystający spod materiału podkoszulka.

– Balet? Wow, te skąpe tutu i niewygodne butki… Nosiła to pani?

– Baletki, te niewygodne butki nazywa się baletkami. Muszę panu powiedzieć, że rzeczywiście są niewygodne. Szczególnie po wielu godzinach tańca dają się we znaki. Czy pan zna się na balecie?

– Nie. Wiem tylko, że te kuse spódniczki nazywają się tutu. Tak jak chomik mojej siostrzenicy. – Roześmiał się beztrosko. – Już pani nie tańczy?

– Nie. – Pokręciłam głową i wyobraziłam sobie postawę allongé[1]. Nie wiem sama, skąd przyszło mi to do głowy. Ta rozmowa wydawała się bardzo śmiała. – Muszę już iść. Do widzenia.

Podniosłam się pospiesznie. Narzuciłam na ramiona płaszcz, okręciłam się chustą i zarzuciłam na przedramię torbę.

– Do zobaczenia pani… Jak ma pani na imię?

– Izabela. Do widzenia.

Skinął głową i odprowadził mnie wzrokiem do drzwi. Czułam jego spojrzenie, a wychodząc, odwróciłam się, by jeszcze raz zajrzeć w jego twarz.

[1] Allongé – wydłużony, w odróżnieniu od arrondi (zaokrąglonego), ruch polegający na wyprostowaniu zamkniętej pozy rąk (wszystkie przypisy na temat ruchów rąk i podstawowych kroków w balecie pochodzą od autorki).