Rozważna czy romantyczna ?

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Anna Karpińska-Plaskacz, 2015

All rights reserved

Projekt okładki

Maciej Trzebiecki

Zdjęcie na okładce

© Susan Fox/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Maria Talar

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8069-958-8

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Mojemu małemu Krzysiowi

Rozdział pierwszy

22 grudnia

Czerwona czy czarna? – zastanawiałam się na głos, wyjmując z szafy dwie wyjściowe sukienki. – Czarna jest skromniejsza, ma mniej wycięty dekolt. Jest nieco krótsza od czerwonej, ale wydaje się bardziej stosowna na tę okazję – dumałam. Odsunęłam kreację, aby lepiej się przyjrzeć. – Za to czerwona kusi seksownym rozcięciem do połowy uda, mami kolorem, dodaje pewności siebie…

Energia płynąca z czerwieni przechylała szalę.

A może żadna z nich? Może w ogóle nie powinnam przewidywać, co przyniesie spotkanie z Brunonem? Mimo to w głębi duszy miałam nadzieję, że nasze kłopoty się kończą i Bruno przyniesie mi dobrą wiadomość. Nie śmiałam marzyć o zaręczynowym pierścionku i wspólnym życiu, które planowaliśmy od jakiegoś czasu. Wystarczyłoby, żeby wyniki leczenia byłej żony Brunona, Magdy – gwarant naszej przyszłości – wreszcie okazały się dobre.

Bruno zadzwonił dwa dni przed świętami Bożego Narodzenia, po wizycie lekarskiej zaplanowanej po drugiej radioterapii. Zaprosił mnie na kolację do restauracji i zapytał, czy może przyjechać około siódmej.

Pytanie o zdrowie Magdy zbył kilkusekundowym milczeniem, odpowiedź pozostawiając na później.

– Wszystkiego się dowiesz, kiedy się spotkamy – dodał tajemniczo.

Nie odważyłam się dociekać szczegółów, pełna nadziei na dobre wieści. Posługując się językiem psychologów: „wyparłam” tony budzące wątpliwość. Zżymałam się na własne czarnowidztwo, ale starałam się myśleć optymistycznie.

– Nie szukaj dziury w całym – przemówiłam do siebie, kiedy Bruno się rozłączył. – Magda jest już zdrowa, a jego głos wcale nie brzmiał oficjalnie. Wydawało ci się.

A co, jeżeli jednak się mylę?

Coś było nie tak.

Kiedy moja starsza siostra Nadia weszła do pokoju, siedziałam na krawędzi tapczanu z twarzą ukrytą w dłoniach.

– Co jest, siostrzyczko? – Podeszła bliżej i objęła mnie ramionami. – Trauma przed spotkaniem? Wszystko będzie dobrze…

Ciepło i współczucie dla skulonego kłębka wątpliwości, jakim nagle się stałam, wystarczyły, aby wywołać potok łez. Zgromadzone pod powiekami, tylko czekały na ujście.

– Nic nie będzie dobrze, Nadia! – załkałam, rozglądając się za chusteczką do nosa. – Z Magdą nadal jest źle! Czuję to! – wyrzuciłam z siebie z goryczą.

– Co ty mówisz? – Nadia była oazą spokoju. – Zaprosiłam go przecież na święta, przyjął zaproszenie. Nie zrobiłby tego, gdyby ona…

Nie pozwoliłam jej dokończyć.

– Kiedy? Kiedy go zaprosiłaś?! – wykrzyczałam.

Spodziewałam się, że usłyszę „dzisiaj”. No, ewentualnie „wczoraj”. Już po wynikach Magdy.

Niestety, odpowiedź mnie nie zadowoliła.

– W trakcie naszego ostatniego spotkania. Kiedy to było…? W mikołajki? – przypominała sobie Nadia, marszcząc czoło.

– No… Sama widzisz, że już dawno!

– Opanuj wyobraźnię. Zaczekaj. Niebawem przyjedzie Bruno i wszystko się wyjaśni. Dobrze już? – Przytuliła mnie.

– Uhm. Poczekam. Gdyby jednak przyszedł, a ja na przykład byłabym…

– To cię zawołam – uspokoiła mnie, zapędzając gestem pod prysznic. – I przemyj twarz zimną wodą. Wyglądasz jak królik – zażartowała ze sztucznym uśmiechem.

Postanowiłam wziąć się w garść. Wskoczyłam pod natrysk, puściłam gorący, a później zimny strumień wody. Wychodząc z kabiny, otuliłam się białym szlafrokiem, w którym zawsze czułam się bezpiecznie.

Sięgnęłam po cienie i tusz do rzęs. Delikatny makijaż powinien wystarczyć. Wklepywałam krem do momentu, kiedy policzki się zaróżowiły. Pozostało jeszcze wybrać sukienkę.

– A w nosie…! – Nie potrafiąc dokonać stosownego wyboru, zarzuciłam rozważania na temat kreacji.

– Wkładam dżinsy i białą koszulkę! – krzyknęłam do Nadii, wpadając do kuchni. – Skoro Bruno jest tak tajemniczy, nie będę się wysilać! Słowem nie wspomniał, jak się czuje Magda, a przecież czekam na informacje!

Rozdrażniona, sięgnęłam po gorący pasztecik prosto z blachy.

– Uważaj, bo się oparzysz – rzeczowo stwierdziła Nadia. Nie oderwała się od lepienia pierogów z grzybami. – I trochę przyhamuj, siostrzyczko, z tymi pochopnymi ocenami.

– Ty coś wiesz, prawda? – Zaczęłam podejrzewać zmowę.

– Nawet gdyby… – nigdy nie umiała dochować tajemnicy – …i tak bym ci nie powiedziała. Idźże wreszcie wybrać tę sukienkę! Gdybym mogła cokolwiek zasugerować… Ładnie ci w tej czerwonej. – Puściła oko.

Moja Nadia! Zasłużyła na całusa w policzek.

– Od jutra będę ci pomagać w kuchni! – Postanowiłam i pobiegłam przymierzyć kiecki.

Bąknęła coś pod nosem, co zabrzmiało jak wątpiące: „Niedoczekanie!”.

Wskoczyłam w sukienkę i dokonałam prezentacji przed lustrem. Podkreślała kształty, dyskretnie odkrywała część uda. Była piękna. Tylko w takiej mogłam iść na kolację z Brunonem. Być może na wyjątkową kolację…

Chyba że miałam przerost wyobraźni.

Przyjemne wizje przerwała wiadomość od Andrzeja, który mimo mojego zdecydowanego protestu postanowił wpaść około siódmej, by przekazać Krzysiowi świąteczny prezent. Mój były mąż nie dał się przekonać, abyśmy spotkali się na obiedzie u jego rodziców w drugi dzień świąt. Wyjeżdżał.

Nie odpuścił.

„Złapię cię przed siódmą. Nie zajmę dużo czasu. A.”, przeczytałam esemesa.

– Wyobrażasz sobie, że Andrzej chce tu przyjechać?! – Zbiegłam do kuchni, by podzielić się z Nadią niezadowoleniem.

– Po co?

– Rzekomo żeby przekazać prezent Krzysiowi. Synowi, którego nie widział od ponad trzech miesięcy! Przypomniało mu się, cholera!

– Odprawię go, gdy tylko się pojawi – odparła. – Dzisiejszy wieczór należy do ciebie i Brunona. I pamiętaj, nic nie może go zakłócić. Odbiorę prezent i odprawię Andrzeja, ty niczym się nie przejmuj. Dosyć krwi ci napsuł. Wybrałaś sukienkę?

Uśmiechnęłam się porozumiewawczo.

– Niby nie wiesz jaką?

– Pozwól, że zgadnę… – droczyła się. – Czarną?

– Jesteś głupia! Krzyś jeszcze śpi? – Zupełnie zapomniałam o dziecku!

– Basia zabrała go na popołudniowy spacer, gorąca głowo – poinformowała mnie Nadia życzliwie. – Idź, idź już. Zajmiemy się nim.

Kiedy ktokolwiek wygłaszał wyssaną z palca prawdę, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, zaprzeczałam gwałtownie. Nie po raz pierwszy dom Nadii, jej męża Marcina i ich dzieci, Basi i Jeremiasza, w Klukowie, w pobliżu gdańskiego lotniska, dawał mi, a teraz i mojemu ponadrocznemu synkowi Krzysiowi, schronienie i poczucie bezpieczeństwa. A że ostatnie dwa lata należały do burzliwych, gościłam tu często. Również teraz, przed świętami Bożego Narodzenia. Pokój na piętrze zawsze na mnie czekał, a Walewscy (moi gospodarze) nigdy nie odmawiali pomocy.

Miałam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości ułożę sobie życie na tyle, by mogli „mój pokój” przeznaczyć wreszcie na bibliotekę, o której marzyła Nadia. Miałam nadzieję, że ułożę sobie życie z Brunonem, na którym zależało mi jak na nikim dotąd. Wierzyłam, że i on darzy mnie równie silnym uczuciem.

Żeby tylko Magda wyzdrowiała…

Rozdział drugi

22 grudnia

Dyżurny Marian Kowalski odebrał zgłoszenie o wypadku. Rozdygotana kobieta na linii mówiła nieskładnie. Próbowała się opanować, ale przychodziło jej to z trudem.

– Gdzie dokładnie nastąpiło zdarzenie? – pytał policjant. – Gdzie pani jest?! Wezwała pani karetkę?

– Nie wiem. Chyba ktoś wezwał, ja miałam zawiadomić policję. Przyjeżdżajcie, jeden najprawdopodobniej nie żyje, samochody są kompletnie zniszczone, a ten sportowy się palił! – krzyczała w słuchawkę na jednym oddechu.

– Proszę się skupić i objaśnić, gdzie mamy dojechać. – Kowalski ponowił pytanie.

– Na zjeździe z obwodnicy Trójmiasta do Ikei! Mówiłam już, że na Jagiellończyka!

Nie było sensu ciągnąć tej rozmowy ani przypominać kobiecie, że o ulicy Jagiellończyka nie wspomniała wcześniej słowem. Najwyraźniej była w szoku.

– Proszę uważać i nie wychodzić na drogę – poinstruował ją policjant. – Zaraz tam będziemy.

– Chłopaki! – zwrócił się do kolegów. – Jedźcie na zjazd przy Shellu, w stronę Ikei. Na port lotniczy. Myślę, że to tam, gdzie zwykle.

– Stuknęli się? – zapytał młodszy aspirant Ziółkowski.

– Okaże się na miejscu. – Kowalski nie zrelacjonował przebiegu rozmowy ze świadkiem. – Mirek, zbieraj się z Ziółkiem. Kanapkę dokończysz w radiowozie.

Funkcjonariusze nieśpiesznie powędrowali w kierunku parkingu.

– To już czwarta stłuczka w ciągu dwóch tygodni, w tym samym miejscu – narzekał Mirek Nowak, przełykając ostatnie kęsy przygotowanej przez żonę kanapki ze świątecznym pasztetem. – Czy ci ludzie się powściekali? Nie wiedzą, że za godzinę kończę służbę? Alina mnie udusi, jeżeli się dzisiaj spóźnię. Obiecałem ubrać choinkę i przywieźć bigos od teściowej. A tu, cholera, zejdą się ze dwie godziny.

 

– Stary, bigos to my będziemy mieli za chwilę! – skomentował Ziółek.

Zbliżali się właśnie do miejsca iluminowanego światłami stojących w pobliżu karetek i wozów strażackich. Dostrzegli również pojedynczy radiowóz.

Na pierwszy rzut oka widać było, że nie mają do czynienia ze zwykłą stłuczką. Terenówka z mocno wgniecionym bokiem stała w poprzek drogi, a drugi samochód, którego markę trudno było rozpoznać, tonął w obłokach dymu. Na szczęście przedświąteczny ruch na trójmiejskiej obwodnicy przebiegał bez przeszkód. Drogowa masakra dokonała się na pasie prowadzącym do Ikei, stacji Shella lub portu lotniczego. Jak kto woli.

Mirek z Ziółkiem zabezpieczyli zjazd z obwodnicy, zastawiając drogę radiowozem, i udali się na badanie terenu.

– Kierowca terenówki wyszedł bez szwanku. Jego stan jest dobry – przekazał im lekarz. – Ale ten drugi zginął na miejscu. Niestety, nie otworzyła się poduszka powietrzna, zmarł na skutek przerwania rdzenia kręgowego. Bez szans. Tu są jego dane. – Przekazał stróżom prawa saszetkę z dokumentami.

– Nie byliśmy potrzebni. – Szef wozu strażackiego na powitanie wyciągnął rękę do młodszego aspiranta Ziółkowskiego. – Wracamy. – Uścisnął ją ponownie, na pożegnanie.

– Nie trzeba było gasić? – Mirek zdążył z pytaniem przed odjazdem strażaków.

– Paliły się tylko plastiki. Kierowcy innych pojazdów ugasili ogień gaśnicami, zanim przyjechaliśmy. – Jego rozmówca zasalutował i wsiadł do czerwonego wozu. – Wesołych świąt! – dodał, trafiając jak kulą w płot.

Na miejscu wypadku robiło się coraz luźniej. Gapie zaczynali się rozjeżdżać, rozdygotaną kobietę mąż odprowadził do samochodu. Policjanci czekali na zabranie ciała kierowcy sportowego auta. Zasiedli w radiowozie z prowadzącym terenówkę, spisując jego wersję wydarzeń.

– Jechałem prosto do centrum Matarnia, a konkretnie do Ikei. Żona kazała mi kupić taką rurę z materiału, żeby dzieci się w niej bawiły… Wiecie panowie, o co chodzi?

Policjanci nie wiedzieli.

– Mniejsza z tym. W każdym razie mieszkam na Szadółkach i kierowałem się w stronę Ikei. Nagle ten wariat, który jechał równolegle do mnie po obwodnicy, to znaczy po Jagiellończyka, skręcił w prawo i z całej siły uderzył mnie w bok. Mój nissan się obrócił, ale na szczęście to prawie czołg, więc nic mi się nie stało. Ale ta srebrna sportówka przewróciła się na dach, potem wskoczyła na barierkę między pasami ruchu, zeskoczyła na koła i raz jeszcze wyrżnęła w barierkę. I zapaliła się.

Przerwał, by uspokoić emocje.

– A pan? – Policjant zachęcił go do dalszej relacji.

– Byłem przerażony, że znów mnie uderzy. Niestety, nie mogłem drgnąć, auto nie chciało zapalić. Samochód tamtego dymił, klakson trąbił. Wysiadłem, zajrzałem do środka i zorientowałem się, że kierowca ma głowę opartą o kierownicę. Nie ruszał się. To naprawdę nie moja wina!

– Proszę się uspokoić – odezwał się Ziółkowski. – Zaraz się wszystkim zajmiemy. A na razie musi się pan dać odholować na pobocze. Pana nissan wstrzymuje ruch. O, laweta już jedzie.

– No i bigos. – Mirek sięgnął po komórkę. Wypadałoby zadzwonić do żony, że się spóźni.

– Bigos to będzie miała rodzina tego tam. – Ziółek wskazał na zgliszcza sportówki. – Całkiem młody facet – skomentował, patrząc na prawo jazdy człowieka, który nigdy już nie zasiądzie do wigilii. – Musimy zawiadomić rodzinę.

Oto nadeszła chwila, w której trzeba spełnić najbardziej przykry obowiązek na służbie. Dać znać komuś, kto czeka na tego nieszczęśnika.

Rozdział trzeci

Grudzień, dwa lata wcześniej

A zatem to koniec. Po siedmiu latach wspólnego pożycia Andrzej stał się przeszłością, a ja ponownie wylądowałam w tak zwanym moim pokoju na pięterku u Nadii. Trzydziestoletnia kobieta bez pracy i bez faceta. Żałosne i smutne.

Przyglądałam się w lustrze komuś, kto stracił nagle chęć do życia, a nabawił się lęku przed przyszłością.

A miało być zupełnie inaczej.

Poznaliśmy się na czwartym roku studiów – mojej polonistyki, jego ekonomii. Marzyłam o redagowaniu książek, pracy w wydawnictwie, być może założeniu własnego. On, niepoprawny lekkoduch, oddany pasji fotografowania, pełnymi garściami czerpał z zasobów rodziców, którzy nie szczędzili środków, by ukochany jedynak odnalazł drogę w życiu i osiągnął satysfakcję.

Gdyby żyli moi, pewnie byłoby mi łatwiej, zadumałam się nad niesprawiedliwością losu.

Składałam egzaminy po trzecim roku, kiedy zmarła mama. Niecałe osiem miesięcy później straciłyśmy z siostrą tatę, który nie poradził sobie po śmierci swojej Gabrysi. Zostałam sama w nagle opustoszałych czterech ścianach.

– Przeprowadź się do nas – namawiała Nadia, oferując kąt w niewielkim M na gdańskiej Morenie. – Będzie ci raźniej. Mieszkanie po rodzicach wynajmiemy, będziesz miała swój grosz. Jakoś się pomieścimy.

Propozycja była tyleż serdeczna, co nierealna. Trzyosobowa rodzina Nadii za pięć miesięcy miała się powiększyć o Jeremiasza, w dodatku moja siostra rozpoczęła specjalizację pediatryczną, która w sposób dosłowny spędzała jej sen z powiek. Potrzebowała miejsca, żeby się uczyć po nocach, a jej mieszkanie składało się zaledwie z trzech pokoi. Wprawdzie Marcina, doglądającego budowy domu w Klukowie, za dnia nie było w domu, jednak wieczorami do niego wracał. A ja miałam pewność, że pałętająca się po pokojach szwagierka nie wprawiłaby go w zachwyt.

Odmówiłam, zasłaniając się sentymentem do rodzinnego gniazda i zapewniając, że sześćset złotych renty w zupełności wystarczy mi do przeżycia.

Nadia przyjęła to tłumaczenie. Obiecała, że w Klukowie zawsze znajdzie się dla mnie pokój z łazienką. Przytaknęłam dla świętego spokoju, nie przewidując potrzeby korzystania z gościnności Walewskich, przyszłość napisała jednak inny scenariusz. Dzisiaj siedziałam „u siebie” i gapiłam się w lustro.

Sama jak wówczas, gdy odeszli rodzice. Tyle że o kilka lat starsza i ze złamanym sercem.

A miało być zupełnie inaczej.

Nigdy nie marzyłam o gromadce dzieci, domku z ogródkiem i pomalowanym na biało płotkiem. Pewnie dlatego spotkanie z Andrzejem przyjęłam jak zrządzenie losu. Z miejsca kupiłam jego lekkość bytu, pragnienie zwiedzania świata, fotograficzną pasję.

Był elokwentny, szarmancki, uśmiechał się promiennym uśmiechem Marka Hłaski, odgarniając niedbale blond kosmyk natrętnie opadający na czoło. Mówił do mnie „piękna”, zachwycając się długimi jasnymi włosami, jakimi obdarzyła mnie natura. Nazywał „swoją muzą”, koił samotność, wprowadzał na salony studenckiej artystycznej bohemy, obiecywał dalekie podróże.

Był przy mnie, kiedy broniłam pracy magisterskiej, obronę swojej odłożywszy na bliżej nieokreśloną przyszłość.

Wytłumaczyliśmy sobie, że nie tytuły się liczą, a to, co robi się w życiu. Andrzej chciał robić zdjęcia. I twierdził, że nie ma lepszej towarzyszki do rozbijania się po świecie niż ja. Świeżo upieczona absolwentka polonistyki, chętna dorzucić nieco tekstu do jego fotografii.

Bukując kolejne wyjazdy w tak zwany świat, planowaliśmy „ciężką” pracę na antypodach, upatrując w niej doskonałego miksu obowiązków i przyjemności. I tak miało pozostać. Na zawsze. Ever.

Po powrocie Andrzeja z Toskanii, gdzie przygotowywał zdjęcia do materiałów reklamowych firmy swojego ojca, postanowiliśmy zamieszkać razem. Czas wydawał się znakomity. Byliśmy ze sobą ponad dwa lata, pora, by postawić swoje szczoteczki do zębów na jednej półce.

Mieszkanie rodziców wynajęłam i z zapałem zaczęłam urządzać jego gniazdko. Nie zwróciłam uwagi na brak entuzjazmu, kiedy wkroczywszy z kilkoma pełnymi książek regałami, poprosiłam o miejsce na mój dobytek. Andrzej nie był zachwycony, gdy kartony pełne zdjęć i aparatów fotograficznych musiały wywędrować do drugiego pokoju. Mimo to machnęliśmy ręką na drobne niedogodności, wynikające z użytkowania wspólnej powierzchni. W końcu łączyła nas miłość – do siebie i życia – oraz udany seks.

Radość z tej wspólnoty nie pozwalała mi myśleć racjonalnie. Zbywałam delikatne sugestie Nadii, „że może warto zastanowić się nad przyszłością?”. Cóż mogła wiedzieć kochana, lecz tak przyziemna istota jak moja siostra? Kobieta, która „ubrawszy się” w męża, dwójkę dzieci, dom, psa i wymagającą pracę lekarza pediatry, pracowała od rana do wieczora, po nocach prała i gotowała, prasowała sterty rzeczy i nie miała czasu iść do fryzjera, żeby ufarbować odrosty. Ja chciałam jeszcze pożyć, zanim dam się tak uziemić.

Przecież gwiazdy mi sprzyjały. Między wyjazdami z Andrzejem zatrudniałam się jako wolny strzelec i redagowałam książki dla wydawnictw. Zarabiałam trochę grosza, ale o stałej posadzie nie miałam co marzyć.

– Potrzebujemy kogoś dyspozycyjnego – słyszałam coraz częściej podczas kolejnych rozmów kwalifikacyjnych. – Bywają momenty, kiedy mamy spiętrzenia, trzeba pracować więcej, nie może nam pani wtedy wyjechać. Musimy mieć stały zespół.

Coraz częściej zapalało się żółte światełko. Jak długo jeszcze wytrzymamy taki styl życia? Niepokój zaglądał w oczy, bo po raz kolejny zdjęcia się nie sprzedały, a trzeba było zapłacić czynsz. Nocne życie kosztowało. Nie mogliśmy nieustannie liczyć na rodziców Andrzeja, którzy od dłuższego czasu próbowali zainteresować syna pracą w rodzinnej firmie.

Nadia przestała się wtrącać. Mimo że nawet chętnie usłyszałabym od niej pytania o naszą przyszłość, ona zamilkła. A innych przyjaciółek nie miałam. Mój ukochany skutecznie wybił mi je z głowy, zawłaszczając mnie całkowicie.

Kiedy zauważyłam, że codziennie wieczorem czeka na „coś dobrego do zjedzenia”, zaledwie stawiając na stole wino, kiedy po raz kolejny zwrócił mi uwagę, że jest brudny zlew, gdy zdarzyło mu się wrócić nad ranem – światełko w głowie zmieniło kolor na czerwony.

Dobiegałam trzydziestki. Wyspecjalizowałam się w zapiekankach, myłam umywalkę i toaletę, nie zapominając o kabinie prysznicowej, tachałam zakupy. I powoli zaczynałam myśleć.

Czy to nie czas, by Andrzej mi się oświadczył? Czy nie powinniśmy zostać małżeństwem, skoro i tak jestem pełnoprawną żoną?

Na ostatniej imprezie u Iwa nasza wspólna koleżanka Klaudia, pozostająca pod silnym wpływem wypitego spumante, szepnęła mi, że ostatnio widziała „mistrza” (tak nazywali Andrzeja znajomi) z laską, którą adorował na przedostatniej imprezie u Zigiego. Wtedy postanowiłam z nim porozmawiać. Poważnie.

Zdobyłam się nawet na przygotowanie kolacji, i siebie, do zasadniczej rozmowy. Liczyłam na wyjaśnienie sprawy oraz kilku innych kwestii związanych z naszym jutrem.

Niestety, mój wieloletni partner z podobną lekkością podszedł zarówno do podrywania Izy, jak i do siedmiu lat, które przeżyliśmy wspólnie.

– Wiesz, Natuś, jak cię kochałem… I nadal darzę cię dużą sympatią. Jesteś mi bliska – zaczął, a mnie przed oczami rozbłysły gwiazdy. – Sama jednak widzisz, że ostatnio coś się między nami popsuło…

Nie przerywałam, z trudem powstrzymując łzy. Co on mówi? Czy to do mnie?

W końcu zdobyłam się na pytanie.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – wykrztusiłam.

– Musimy coś postanowić – ciągnął.

Zastanowiłam się przez chwilę i nagle poczułam, że nasze postanowienia nie będą tożsame. Tchórz! Jak zwykle bał się nazwać rzeczy po imieniu.

– To znaczy? Jesteśmy razem tyle lat. Co zamierzasz z tym zrobić?

Teatralnym gestem schował twarz w dłoniach. Być może liczył, że ta rozterka wzbudzi we mnie litość. Ja jednak drążyłam temat.

– No, co masz mi do powiedzenia? Może po tych siedmiu latach warto coś powiedzieć swojej kobiecie? – podniosłam głos.

Długo nie odpowiadał, mierzwiąc czuprynę, trąc nos, spoglądając mi w oczy jak zbity pies. Niemal zaczęło mięknąć mi serce. Wkrótce jednak zadał cios ostateczny, wskutek czego litość odeszła w zapomnienie.

– Kochanie… – zaczął delikatnie.

Sukinsyn! Zawsze udawał delikatnego.

– Wiesz, że ja cię zawsze…

Nie chciałam słuchać andronów, które zamierzał wygenerować. Z pewnością nie miałyby nic wspólnego z oświadczynami. Gdybym nie mieszkała u niego, najchętniej wyrzuciłabym go z domu. W istniejących okolicznościach to ja musiałam się wynieść stąd jak najdalej.

– Wyprowadzam się. Niebawem przyjadę po rzeczy.

Powiedział tylko, że nie ma pośpiechu. Nie przeszkadzają mu. Mogę je zabrać, kiedy zechcę.

Wybiegłam na grudniowy mróz i wezwałam taksówkę.

– Proszę na Kilińskiego osiem – wykrztusiłam. – Klukowo.