PostscriptumTekst

Z serii: Pamiętaj o mnie #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Postscriptum
Postscriptum
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,95  51,96 
Postscriptum
Audio
Postscriptum
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
32,95  24,71 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Anna Karpińska-Plaskacz, 2020

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcia na okładce

© Jane Morley/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Katarzyna Kusjoć

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8123-699-7

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Martusiu, dziękuję, że jesteś ze mną.

Przy każdej książce.

Rozdział 1

Informacja o tym, że zamierzam wyruszyć do Zbiczna na spotkanie z domniemanym Ksawerym, bardzo poruszyła moją siostrę i wytrąciła ją z równowagi, budząc uzasadnione wątpliwości. Michalina obawiała się zawodu, jakiego mogę doznać bez względu na obrót sprawy. Wieczorem przed moim wyjazdem ujawniła rozterki.

– Gośka, zastanów się jeszcze, czy warto rozgrzebywać przeszłość. Jeżeli ten Jonasz Grad rzeczywiście jest Ksawerym, który wystawił cię do wiatru wiele lat temu, niewiele dobrego można o nim powiedzieć. Rozumiem, że miło ci się z facetem koresponduje, ale jeżeli zataił prawdziwą tożsamość, to tak, jakby oszukał cię po raz drugi.

Byłam nieprzejednana.

– Chcę stanąć z nim twarzą w twarz i usłyszeć wyjaśnienia. Wspólna córka i moje złamane życie są chyba tego warte?

– Nie galopuj, Gośka. Jeszcze nie wiesz, czy ten facet to rzeczywiście Ksawery. – Michaśka zmieniła front. – Właściwie na jakiej podstawie tak sądzisz? Bo Eryk ci go przypomina? Bo gość mieszkał w Poznaniu? Bo przeżył kiedyś wielką niespełnioną miłość? Znajdziesz wielu, którzy podpadają pod ten standard. Jedyne, co wiesz, to że jest rozwodnikiem, ma szesnastoletniego syna i prowadzi pensjonat w Zbicznie. No i przede wszystkim nosi nazwisko Grad, a nie Krzemiński, jak ten twój Ksawery. Prawdę mówiąc, nie wiem, dlaczego miałby nagle je zmienić. Listy pisałaś do Jonasza Grada? – upewniła się.

Musiałam potwierdzić i uznać jej racje. Było mało prawdopodobne, by ucieczka przede mną skłoniła go do zmiany nazwiska. Łatwiej było zadzwonić i zakończyć związek.

Rozsądek podpowiadał rezygnację z wyprawy, ale przeważyła chęć rozwiania wątpliwości. Bez wyjaśnienia sprawy nie wyobrażałam sobie dalszej korespondencji z Jonaszem, jak w pewnym momencie ponownie zaczęłam go nazywać.

Postanowiłam go poznać i się z nim skonfrontować, chociaż w którymś z listów zaprzeczył, że jest Ksawerym.

Dalsza dyskusja z Michaliną nie miała sensu.

– Wyjeżdżam jutro o dziewiątej – obwieściłam swoją decyzję. – Niech ta huśtawka się zakończy. Wrócę wieczorem. Poradzisz sobie?

Michaśka stanęła na wysokości zadania.

– Też bym tak zrobiła na twoim miejscu. – Posłała mi uśmiech wyrażający aprobatę.

– To dlaczego mnie zniechęcałaś?

– Bo się o ciebie martwię, głuptasie. Tylko proszę, cokolwiek odkryjesz na miejscu, zachowaj spokój. Może pojadę z tobą?

Zdawała sobie sprawę, że odmówię. Tę batalię musiałam rozegrać sama.

Targana emocjami, długo nie mogłam zasnąć, więc kolejny dzień powitałam dobrze po dziesiątej. Wstałam rozdrażniona i zła na siebie przez opóźnienie wyjazdu.

Moja siostra czekała w kuchni z kawą i śniadaniem. Już od progu przywitałam ją wymówkami.

– Dlaczego mnie nie budzisz? O tej porze miałam już być w drodze!

– Jeszcze nie wyjechałaś, a już cała w nerwach – mruknęła. – Usiądź, spokojnie wypij kawę i ruszysz. Nie budziłam cię, bo na dworze zawierucha, którą trzeba przeczekać. W ogóle jestem zdania, że powinnaś odłożyć wyjazd do jutra. Może będzie lepsza pogoda?

Faktycznie, aura za oknem nie zachęcała do wyjścia. Deszcz ze śniegiem popędzany porywistym wiatrem biczował szyby. Zwarta fala opadu niczym teatralna kurtyna zasłaniała sylwetki samochodów, pozostawiając ludzkim oczom ich ledwo widoczne kontury.

Przez moment zastanowiłam się nad sugestią pozostania w domu, ale silne postanowienie wzięło górę nad przeciwnościami, jakie zgotowała natura. Pozwoliłam się jedynie przekonać do zabrania dodatkowego swetra, a zamiast kozaków na cienkiej podeszwie śniegowców z futerkiem.

– Odezwij się, Małgonia. Będę czekać. – Siostra pożegnała mnie z troską w oczach.

Usadowiłam się wygodnie w aucie, sprawdziłam, czy półlitrowa butelka wody zajmuje swoje miejsce pomiędzy siedzeniami, włączyłam ogrzewanie, by po chwili zapomnieć o nieprzyjemnym uczuciu wszechogarniającego chłodu. Włączyłam radio i skierowałam samochód do Olsztyna.

Po minięciu toruńskich rogatek mimo woli powróciły wspomnienia naszej pierwszej rodzinnej wyprawy nad jezioro Zbiczno. Przypomniałam sobie dzień, kiedy namówiłam Rafała, by spędzić weekend na Pojezierzu Brodnickim. Gdy jeszcze smacznie spał, spakowałam torbę z prowiantem i rzeczami dla Zuzy i przygotowałam śniadanie.

– Kochanie, wstawaj, bo cię okradną! – zażartowałam, całując go w policzek. – Piękna pogoda, mam niespodziankę!

– Nie lubię niespodzianek – odburknął i nakrył głowę poduszką.

– To polubisz! – Odsunęłam kołdrę. – No wstań, nawet Zuzia dzisiaj nie marudzi. Jedziemy na wycieczkę. Pożyczyłam samochód od rodziców i zabieram nas pod Brodnicę – zakomunikowałam podekscytowana perspektywą spędzenia cudownego dnia.

I taki się okazał, mimo początkowych oporów Rafała. Zajechaliśmy do Zbiczna, gdzie w niewielkim pensjonacie wynajęłam pokój na jedną noc. Teren schodził do jeziora. Podwórze zdobiły dwie wielkie lipy, w których cieniu zjedliśmy obiad przy drewnianych stołach. Zuzka po raz pierwszy w życiu płynęła kajakiem.

– Tylko wracajcie, kiedy dopłyniecie do końca jeziora, bo żeby przedostać się na Strażym, trzeba przenieść kajak – przestrzegała gospodyni.

– A co tam jest ciekawego? – zainteresował się Rafał.

– To, co i tu. Kilka pensjonatów wokół i spokój.

Smakowałam wieczorną ciszę, przerywaną jedynie głosami drozdów i trznadli, których istnienie uświadomił nam pan Antoni, gospodarz siedliska Zacisze. I jeżeli nawet, przytulona do męża, wspomniałam Ksawerego, ukryłam tę myśl w najskrytszym zakamarku duszy.

– Ech, jakże to było dawno… – wyszeptałam pod nosem, znajdując przyjemność we wspomnieniach.

Droga mijała jednostajnie. Z uwagi na duży ruch i zacinający deszcz ze śniegiem jechałam stosunkowo wolno, wpleciona w sznur samochodów. Celowo nie wyprzedzałam, dając sobie czas na przemyślenia i opóźnienie chwili spotkania z Ksawerym.

Lub z moim wyobrażeniem.

Sama nie wiedziałam, czego oczekuję i jak się potoczy moje spotkanie z mężczyzną, do którego zdążałam. W głębi duszy, mimo urazu, jakiego doznałam porzucona przez Ksawerego, nie przestawała się we mnie tlić iskierka dawnego uczucia. Nie potrafiłam zapomnieć tych dwóch miesięcy, które przeżyliśmy razem, planując nasze dalsze życie. Zwłaszcza że nie udało mi się stworzyć z Rafałem trwałej więzi, a moje małżeństwo legło w gruzach.

Michalina miała rację – gdyby Jonasz Grad okazał się Ksawerym, ukrywając swoją tożsamość, oszukałby mnie po raz drugi. Tyle że teraz byłam w innym momencie życia. Już nie tak niepewna jak wówczas, gdy kończyłam studia. Nie tak uległa wobec matki i Rafała. Nie tak bezwolna. Teraz mogłam stawić czoło każdej sytuacji, w jakiej bym się znalazła.

Przyśpieszyłam, czując przypływ siły i determinacji. Pomogły mi wyobrazić sobie spotkanie z Ksawerym. Oczami duszy ujrzałam jego bujną jasną czuprynę, szerokie ramiona, w których w tamtym czasie tak lubiłam przepadać, i spojrzenie niebieskich oczu przypominających lazur południowych mórz. Nie chciałam myśleć o upływie czasu i zmianach. Ksawery wciąż był dla mnie młody, a ja chciałam go spotkać. I niezależnie od tego, co miała przynieść przyszłość, wysłuchać.

Mijając Kowalewo Pomorskie, z którego do Brodnicy zostało niecałe pół godziny drogi, zaczęłam zastanawiać się, czy powiedzieć mu o Zuzannie. Wjeżdżając do mias­ta, zdecydowałam się pominąć ten wątek do czasu, kiedy porozmawiam z córką. Odczułam nieprzyjemny skurcz w sercu na myśl o tym, że nie zrobiłam tego do tej pory. Mea culpa to słowa, które najczęściej pojawiały się w mojej głowie i nie dawały mi spać. Lecz teraz z każdym kilometrem zbliżałam się do wyprostowania własnego życia i postawienia na uczciwość.

W Brodnicy GPS poprowadził mnie w stronę Zbiczna. Niebo zaczęło się przecierać, mogłam wyłączyć wycieraczki i podziwiać okolicę. Mimo upływu czasu pamiętałam, że za domami, po prawej i lewej stronie drogi ciągnie się woda i że po kilku minutach znajdę się na północnym krańcu jeziora Zbiczno, które objadę przez Ryte Błota. Dalej droga powiedzie mnie do Wędrownego Sokoła. Kalkulator odległości wskazywał cztery minuty do celu.

Zatrzymałam się w najbliższej zatoczce i sięgnęłam po lusterko. Czyżbym się denerwowała? Schowałam je do torebki, wyjęłam telefon i wybrałam numer Michaliny.

– Dojeżdżam. Będę u niego za trzy minuty – poinformowałam siostrę, podświadomie oczekując wsparcia.

– Weź miętówkę. Podobno ssanie pomaga na nerwy – poradziła. – Pamiętaj, cokolwiek się wydarzy, będzie dob­rze. Jesteś dużą, silną dziewczynką, a do tego wspaniałą pisarką, matką i siostrą. Jedziesz, żeby poznać prawdę, a to, co z nią zrobisz, zależy wyłącznie od ciebie. Zrozumiałaś?

 

– Uhm.

– Gośka, słyszysz mnie? Jeżeli on coś ci zrobi, to oberwę mu łeb! – krzyknęła. – Dzwoń do mnie jak na sto dwanaście!

Wyłączając komórkę, uśmiechnęłam się do siebie. Przekręciłam kluczyk w stacyjce i ruszyłam, by po chwili stanąć przed bramą pensjonatu Jonasza Grada, opatrzoną wypaloną w drewnie nazwą.

Ujrzałam połać lasu schodzącą w kierunku jeziora, a pośrodku niej polanę, na której posadowiono drewniany budynek z bali. Jak się domyśliłam, pensjonat. Był otoczony kilkoma mniejszymi budynkami, zapewne gospodarczymi. Mimo woli zastanowiłam się, w którym z nich znajduje się pracownia rzeźbiarska Jonasza.

Stałam przez dłuższą chwilę, nie szukając dzwonka. Oparta o płot, zauroczona spoglądałam w stronę jeziora pokrytego łachami kry. Deszcz przestał padać, ustępując miejsca chmurom osiadłym na przybrzeżnym sitowiu. Bajeczny widok zaczarował mnie tak, że na moment zapomniałam, w jakim celu tu jestem.

Zobaczyłam go na brzegu, w pobliżu pomostu, i poznałam mimo grubej futrzanej kurtki i czapki, która zasłaniała mu niemal całą twarz. Zastygłam w bezruchu, a nawet pomyślałam o ucieczce. Ale w tej sytuacji nie mogłam tego zrobić.

To był Ksawery, a ja musiałam do niego podejść.

Rozdział 2

Stałam jak wryta, wpatrzona w okrytego pledem rysującego mężczyznę. Za gęstymi sztachetami pozostawałam niezauważona i mogłam pozwolić sobie na luksus obserwacji. Samochód zostawiłam w leśnej zatoczce sto metrów przed pensjonatem w obawie przed oblodzonym wjazdem. Błogosławiłam przenikliwość Michaliny, która zmobilizowała mnie do zabrania cieplejszych ubrań i butów przystosowanych do zimowych warunków. Przydały się, kiedy tkwiłam za płotem, z wrażenia nie mogąc zrobić kroku.

Ksawery sprawiał wrażenie, że ziąb mu nie przeszkadza. Skupiony nad kartką papieru, od czasu do czasu podnosił oczy. Przez moment zastanawiałam się, jaki kreśli obraz: przybrzeżne sitowie czy też podświetlone przez słońce połacie kry unoszące się na tafli jeziora. Obserwowałam jego profil, brodę pokrytą drobinami lodu i tak dobrze znane mi gesty, kiedy odgarniał grzywkę niesfornie wymykającą się spod czapki.

Nogi wrosły mi w ziemię.

Ksawery siedział na wózku inwalidzkim.

Zszokowana nie zauważyłam ani nie usłyszałam samochodu, który podjechał pod bramę. Dotarł do mnie dopiero damski głos.

– Pani Kowalewska? Pokój mamy przygotowany, zaraz otwieram, ale dzwonek jest po prawej stronie bramki. Zamiast marznąć, trzeba było nacisnąć. – Kobieta wysiadła z auta i wyciągnęła do mnie rękę. – Paulina Miśkiewicz. To ze mną załatwiała pani rezerwację.

Przypomniałam sobie głos znany z telefonu. Teraz poznałam godność.

– Małgorzata Korcz. Przyjechałam do pana… Jonasza Grada. – W porę przypomniałam sobie nową tożsamość Ksawerego.

– Przepraszam, pomyliłam panią z kimś innym. Szef siedzi przy pomoście, zapraszam. – Kobieta zachęciła mnie do wejścia, pytając, gdzie zostawiłam samochód. Było mało prawdopodobne, bym pokonała bezludny odcinek leśnego traktu na piechotę.

– Stoi niedaleko, ale niech tam zostanie. Nie zabawię długo – powiedziałam i przekroczyłam furtkę.

Nie miałam już wyjścia. Wzięłam głęboki oddech i skierowałam się w stronę Ksawerego. Porażona lękiem, z bijącym sercem podchodziłam cicho, by nie usłyszał. Odwrócił głowę w moim kierunku, kiedy nastąpiłam na zmarzniętą gałązkę.

W pierwszej chwili serce podeszło mi do gardła, ale kolejna przyniosła zawód. To nie był on.

– Roman? – usłyszałam swój zmieniony głos. – To ty jesteś Jonaszem Gradem?

Skinął głową bez słowa.

Przerażenie i niepokój przed spotkaniem z dawną miłością ustąpiły miejsca wzburzeniu. Zezłościłam się.

– W co ty grasz? A może we dwóch zabawiacie się moim kosztem? Jest tu gdzieś twój braciszek? Zawołaj go i powiedz, że zabawa skończona!

– Małgosiu, pozwól, że wytłumaczę… – powiedział, starając się zachować spokój.

– Nie chcę niczego słuchać! I może mnie pan nie odprowadzać, panie Jonaszu! – prychnęłam i odwróciłam się plecami.

Być może, powodowana złością, przedwcześnie zarządziłam odwrót, ale klamka zapadła. Postawiłam już pierwsze kroki na drodze do furtki i… zastygłam.

– Ksawery nie żyje – usłyszałam słowa Romana.

Przyjęłam zaproszenie na gorącą herbatę. Nie pozwolił sobie pomóc z wózkiem, mimo że teren piął się od jeziora wysoko w górę.

– Lata wprawy. Nie potrzebuję opieki – burknął tonem, którego nie spotykałam w jego listach.

Zorientowałam się, że kalectwo to dla niego drażliwy temat.

Nie ono jednak miało być przedmiotem naszej rozmowy. Myślałam wyłącznie o Ksawerym, biologicznym ojcu Zuzi, którego moja córka nigdy nie pozna. O właśnie zgasłej iskierce uczucia, które aż do tej chwili tliło się w moim sercu.

Wyglądałam przez okno gabinetu, do którego wpuścił mnie gospodarz, i czekałam, aż przyjedzie, by dotrzymać mi towarzystwa. Podczas jego nieobecności pani Paulina przyniosła herbatę w delikatnych porcelanowych filiżankach i talerzyk z domowymi ciastkami.

Pojawiwszy się w drzwiach, Roman wyrwał mnie z odrętwienia. Z trudem odwracałam wzrok, by nie przyglądać się mu zbyt natarczywie. Był taki podobny do Ksawerego! Jedynie włosy, gdzieniegdzie przyprószone siwizną, świadczyły o upływie czasu. Podobnie jak brat miał jasne i pogodne oczy, mimo pobłyskujących w nich iskierek niepokoju i rezygnacji. Charakterystycznych rysów nie zdołał ukryć nawet bujny zarost. Roman wyglądał jak król wikingów.

Może byłoby mi łatwiej, gdybym nie dostrzegała w nim Ksawerego.

– Słodzisz? – Odmówiłam, kiedy gospodarz podsunął cukiernicę. – Ciastko?

Mieliśmy sobie dużo do powiedzenia, ja jednak zaczęłam od tyłu.

– Kiedy zmarł?

– Mieliśmy wypadek w drodze do ciebie, do Torunia, dwadzieścia trzy lata temu. Byliśmy już za Inowrocławiem, samochód z przeciwka wyprzedzał na zakręcie i zderzył się z nami czołowo. Ksawery zginął na miejscu, a ja… Cóż, sama widzisz.

– Dlaczego ja nic o tym nie wiedziałam? Czekałam na telefon, dzwoniłam, byłam w waszym domu w Poznaniu! I dowiedziałam się, że już tam nie mieszkacie… – Przed moimi oczami przebiegały obrazy z tamtych dni.

Roman wyjaśniał powoli i po kolei. Widać było, że i jemu przywoływanie przeszłości przychodzi z trudem.

– Wyprowadziliśmy się pośpiesznie do Zbiczna, do pensjonatu, który w testamencie przekazała nam mama. Ksawery zataił tę informację, bo chciał zrobić ci niespodziankę. Tamtego dnia ruszyliśmy w drogę. On miał zostać w Toruniu, ja planowałem zakończyć podróż tutaj. Doszło do wypadku… Przez kilka miesięcy nie wiedziałem, że mój brat nie żyje. Leżałem w śpiączce, a potem, kiedy odzyskałem świadomość, nie mogłem się ruszyć. Nie miałem twojego numeru ani kontaktu z Igą, która mogła mi pomóc. Kiedy wreszcie po długim czasie przy pomocy kolegi trafiłem do Torunia, do mieszkania Igi, byłaś już mężatką i czekałaś na rozwiązanie. Ustaliliśmy, że nie będziemy ci rujnować życia informacją o śmierci Ksawerego.

– Ustaliliście?

Zawahał się przed udzieleniem odpowiedzi.

– Tak. Oboje podjęliśmy taką decyzję.

– Miałam prawo poznać prawdę! Jak mogliście mi to zrobić? Czy wiesz, że gdyby nie wasze konszachty, moje życie wyglądałoby inaczej? Nie oskarżałabym Ksawerego o dezercję w najważniejszym momencie! Przynajmniej wiedziałabym, że mnie nie zostawił… – Rozpłakałam się.

Odczekał, aż przestanę łkać. Milczał, pozwalając mi wyrzucić z siebie pierwsze emocje.

– Gdzie jest pochowany? – zapytałam, odzyskawszy równowagę.

– Na cmentarzu w Brodnicy.

– Powiedz mi, gdzie konkretnie. Chcę go odwiedzić.

– Oczywiście. Mogę nawet z tobą pojechać.

– Nie ma potrzeby – odparłam.

Mężczyźnie, który siedział przede mną, już nie wierzyłam. W jakim celu po latach wcielił się w postać Jonasza, jeśli zawiódł jako Roman? W tym momencie wydawało mi się to bez znaczenia. I tak nasza dalsza korespondencja nie miała racji bytu. Niemal w jednej sekundzie straciłam ich obu, Ksawerego i Jonasza, mojego sympatycznego korespondenta, którego listy pomogły mi uwierzyć w siebie i dawały siłę, by stawić opór Rafałowi. Czego chciał, pisząc do mnie po latach? Rozgrzebywania ran? Bo i tak, wcześniej czy później, poznałabym jego tożsamość.

– Będę się zbierać. – Wstałam z krzesła. Dopiłam ostatnie łyki nieco chłodnej już herbaty. – Powiedz mi tylko, gdzie leży Ksawery, i nie pisz do mnie więcej. To znaczy niech pan, panie Jonaszu, zarzuci korespondencję.

– To nie była żadna maskarada – próbował się tłumaczyć. – Nazwisko Grad odziedziczyłem po matce, Ksawery nosił nazwisko ojca. A Jonasz to moje drugie imię. Używam go, bo Roman niespecjalnie mi się podoba. I nie pisałem do ciebie, to znaczy do pani, pani Małgorzato, żeby rozgrzebywać rany.

– Dość! Wystarczająco dużo dziś się już nasłuchałam. Chciałabym tylko się dowiedzieć, jak dojechać na cmentarz.

Zaopatrzona w ręcznie narysowaną mapkę, szybko pożegnałam gospodarza, by po chwili znaleźć się w przytulnym, acz wychłodzonym wnętrzu samochodu. Włączyłam silnik i podkręciłam ogrzewanie, nie oglądając się za siebie. Oparłam głowę na zagłówku, odwróciłam lusterko, w którym słońce odbijało się od tafli jeziora.

Gdyby nie okoliczności, stwierdziłabym, że jest tu pięknie.

Jonasz nie starał się mnie zatrzymać. Dostrzegłam jedynie, że wyjechał wózkiem na ganek i stał tam, dopóki nie ruszyłam.

Do Brodnicy nie musiałam włączać nawigacji. Pros­ta droga doprowadziła mnie do miasta. Zaparkowałam w rynku i spytałam kogoś o cmentarz przy kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny. Krążąc wokół grobów, odnalazłam grobowiec rodziny Ksawerego. Wśród poszarzałych napisów przywołujących imiona dziadków i matki dostrzegłam jego imię i datę śmierci.

– Dwudziesty trzeci dzień sierpnia – odczytałam, uświadamiając sobie, że nie mam przy sobie znicza ani kwiatka. – Zaraz ci przyniosę – wyszeptałam, głaszcząc zimną płytę nagrobka. – Masz córkę Zuzannę, wiesz? A Rafał nigdy nic dla mnie nie znaczył. Wyłącznie ty. Kocham cię, Ksawery. I przepraszam, że nie wiedziałam o twojej śmierci. Powiedz, co mam dalej robić?

Rozmowa z mężczyzną mojego życia nie przyniosła mi ukojenia. Na pożegnanie pobiegłam po świeczkę i obiecałam znów go odwiedzić.

– Może nawet z twoją córką – dodałam, opuszczając cmentarz.

Kiedy wróciłam do domu, Michalina przywitała mnie cała w nerwach.

– Dlaczego nie odbierasz? Dzwonię i dzwonię, niepokoję się, a ty masz wszystko gdzieś!

– Przepraszam, wyłączyłam telefon.

– No właśnie wiem! I co z nim? Mów! Spotkałaś Ksawerego?

Usiadłam na kanapie, w kurtce i zimowych butach. Dzień mnie tak wykończył, że nie mogłam wydobyć z siebie słowa.

– Widziałaś go czy nie? – ponaglała siostra.

– Spotkałam się z nim, ale go nie widziałam.

Michalina pomachała mi ręką przed oczami.

– Brałaś coś po drodze? Siostra?

Zgasiłam jej emocje jednym zdaniem.

– Ksawery nie żyje. Byłam na cmentarzu – uściśliłam. – Jonasz Grad to jego brat bliźniak. Że też wcześniej nie wpadłam na takie rozwiązanie!

– W jakim celu do ciebie pisał?

– Nie wiem. Nie pytałam – odparłam.

I nie pozwoliłam Miśce na dalsze pytania. Resztką świadomości odnotowałam, że siostra zdejmuje ze mnie kurtkę i okrywa mnie kocem.

Obudziłam się dopiero nad ranem.