ListTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Anna Karpińska-Plaskacz, 2020

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcia na okładce

© Elena Schweitzer/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Katarzyna Kusojć

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8169-926-6

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1

Właśnie wróciłam do domu po uciążliwej rundzie po sklepach. Zmachana poszukiwaniem garnituru dla Jaśka, marzyłam o chwili relaksu przy filiżance cappuccino i niezobowiązującej lekturze kolorowej gazety, tyleż ogłupiającej, co przyjemnej.

Przyda się reset przed kolejnym rozdziałem, pomyślałam, starając się opędzić od myśli o losach bohaterki książki, którą aktualnie pisałam.

Ciągnęłam narrację jak przysłowiowego kota za ogon, bez pomysłu na dalszy ciąg akcji. Niestety, doświadczenie nie chciało podpowiedzieć, co dalej. Nie po raz pierwszy stanęłam pod murem, by podjąć walkę z brakiem inwencji, a rozliczne domowe obowiązki nie pomagały zebrać myśli. Jasiek miał studniówkę za dwa tygodnie, a temat garnituru wciąż pozostawał nierozwiązany.

– Mam założyć coś takiego?! – zagrzmiał na widok moim zdaniem całkiem fajnego ciucha, który niedawno wynalazłam w jednej z sieciówek. – Niech ojciec sobie go kupi! To dobre dla jakiegoś starego dziadka!

– To może sam przejdziesz się po sklepach? – Załamałam ręce nad permanentnym deprecjonowaniem moich starań. – A poza wszystkim z ojca nie taki znów dziadek – oburzyłam się w imieniu Rafała, czterdziestosześcioletniego mężczyzny, który dbał o wygląd.

Porównywanie było zgoła niestosowne. Mój mąż, pan doktor od spraw kobiecych, nosił się modnie i mimo braku czasu, który dzielił pomiędzy dyżury w szpitalu i prywatną praktykę, nie zapominał o siłowni.

– Dobra, już dobra. Ten gajer mi się nie podoba. – Jasiek wyskoczył ze spodni i podał ubranie do odwieszenia.

Czekały mnie kolejne poszukiwania. Chociaż miałam serdecznie dosyć synowskich fochów, zacisnęłam usta. Zależało mi, żeby skoncentrował się na nauce i nie zawracał sobie głowy przyziemnymi sprawami.

– Popatrzę jeszcze – odparłam. – Jak ci idą korepetycje z biologii?

O postępy pytałam nie bez powodu. Za namową Rafała mój syn wybierał się na medycynę, choć prawdę mówiąc, nie dostrzegałam u niego specjalnego zapału do włożenia lekarskiego fartucha.

Co z tego, skoro mój mąż pozostawał nieugięty?

– Ktoś powinien przejąć moją praktykę – tłumaczył podczas naszych kolejnych rozmów na temat przyszłości Jaśka. – Gabinet, pacjentki. Czy ja muszę ci tłumaczyć rzeczy oczywiste? Nie jest głupi, no, może leniwy, ale na medycynie nauczą go pracować. A kiedy zacznie zarabiać, dostrzeże zalety zawodu. Nie każdy ma podaną przyszłość na tacy.

– Ale może on ma inne zainteresowania? – Spróbowałam nierównej walki z samcem alfa, który zaplanował naszemu synowi życie i nie przyjmował do wiadomości żadnych reklamacji.

– Małgorzato, ile jeszcze razy będziemy wałkować ten temat? Oboje zdajemy sobie sprawę z wątpliwych pasji Jana. – Zawsze używał oficjalnych form, kiedy chciał nadać swojej wypowiedzi poważny, niebudzący sprzeciwu ton. – Komputer, gitara, kumple i imprezy. W tym jest najlepszy. Ktoś musi wytyczyć mu plan działania, a tym kimś z pewnością nie jesteś ty, mamusia, która pozwala na wszystko. Mogłabyś wreszcie przestać go bronić i mnie wesprzeć, bo chłopaka trzeba wziąć za gardło i zmusić do roboty. Mam nadzieję, że jesteś w kontakcie z korepetytorem. – Sięgnął po gazetę, co oznaczało koniec rozmowy.

Powinnam była stanąć w obronie dziecka, ale nie miałam zbyt wielu argumentów. Niestety, w tym, co mówił Rafał, było dużo racji. Jaś nie należał do ambitnych ani skłonnych do prowadzenia poważnych rozmów o przyszłości. Lubił korzystać z życia, a mnie nierzadko zdarzało się tuszować jego niesubordynację. Sprytnie wykorzystywał nieobecność ojca podczas całodobowych dyżurów, żeby wracać po nocy do domu bez narażania się na jego gniew. Czekałam na dźwięk klucza w drzwiach, by zasnąć spokojnie, kiedy gasło światło, obiecując w duchu synowi umoralniającą gadkę następnego dnia.

Zaraz po odespaniu nocnych harców, i, jak mogłam przypuszczać, tęgiego kaca, skruszony stawał przede mną, by posypywać głowę popiołem i dobrowolnie poddawać się karze.

– O której wczoraj wróciłeś? Czekałam. – Z trudem panowałam nad złością.

– Przepraszam, mamuś. Mieliśmy dobrą imprezę, trochę się przedłużyło.

– Do czwartej?

– Nie patrzyłem na zegarek. Nie musiałaś czekać.

– Chłopaku, ile razy ci można powtarzać, że nie mogę zasnąć, kiedy nie ma cię w domu? – Podnosiłam głos, ledwie powstrzymywałam drżenie rąk. – Nie rozumiesz, że boję się o ciebie?

– Sorry. Będę już grzeczny. Zrobisz mi jajecznicę na boczku? – Zmiękczał moje serce spojrzeniem godnym skarconego spaniela.

Kładł uszy po sobie, a ja oddychałam głęboko, szczęśliwa, że mam go na wyciągnięcie ręki.

Przypadek znajomego nastolatka, który po nocnej libacji utopił się w Wiśle, cały czas stał przed oczami i wywoływał suchość w ustach. Ale zdawałam sobie sprawę, że Jaś jest już niemal dorosły i twarde zakazy niewiele pomogą.

Zawsze stawiałam na szczerą rozmowę, która, jak mi się wydawało, stanowiła podstawę naszych kontaktów. Mobilizowałam do nauki, karciłam za imprezowy styl życia. Jednak w sytuacjach takich jak ta zaczynałam wątpić w sens mojego postępowania.

– Będę musiała porozmawiać z ojcem – straszyłam, sięgając do lodówki po jajka. – Za dużo mnie to kosztuje.

– Oczywiście. Jeżeli musisz. – Jaś sprawiał wrażenie pogodzonego z losem. – To może sam usmażę? – Spróbował przejąć patelnię.

Z każdym rokiem coraz mniej go rozumiałam, zastanawiając się, po kim odziedziczył niefrasobliwość. Nie przejawiał ani cech charyzmatycznego ojca, ani wiecznie przejmującej się matki.

Ukojenie zgryzot znajdowałam w rozmowach z przyjaciółką Igą, koleżanką od czasów licealnych, matką Julka, o dwa lata młodszego od Jaśka. Nie zawsze popierała moje metody wychowawcze, ale przynajmniej wysłuchiwała racji. W przeciwieństwie do Rafała, który z miejsca wytaczał działa ciężkiego kalibru.

– Jak ci idą korepetycje z biologii? – powtórzyłam pytanie.

– Dobrze. Możesz zapytać profesora.

Nie omieszkałam zrobić tego kolejnego dnia. Doktor Kwietniewski z toruńskiego uniwersytetu okazał zadowolenie z ucznia.

– Przepracowaliśmy niemal cały materiał i niebawem zaczniemy testy.

Z przyjemnością przekazałam Rafałowi opinię Kwietniewskiego. Jeszcze większą radość sprawiła mi zmiana zachowania Jaśka, który ostatnimi czasy wyhamował nieco życie towarzyskie i skupił się na nauce. Niemal nie mogłam wywołać go z pokoju, w którym zaszył się nad książkami. No i wybraliśmy w końcu garnitur na studniówkę.

W domu zapanował spokój, a wraz z nim wyprostowały się problemy z kolejnym rozdziałem książki.

Nadeszły lepsze, przewidywalne, rutynowe dni, które sprzyjały pracy. Zosia i Janek chodzili do szkoły, ja siadałam przed komputerem, starając się jak najwięcej zrobić przed weekendem, kiedy do domu zjedzie głodna Zuza, z walizą rzeczy do wyprania.

Od półtora roku, kiedy moja najstarsza córka podjęła studia w Warszawie, niemal każdy weekend wyglądał tak samo. W piątek jechałam po nią na dworzec, odwoziłam w niedzielę, by w międzyczasie ugościć, nakarmić, oprać i złapać kilka chwil na rozmowę.

Nie narzekałam, a nawet nie mogłam się doczekać tej mojej krótkiej, kilkuminutowej wyprawy, oczekiwania na peronie i córki wyglądającej mnie przez okno pociągu.

– Cześć, kochanie, był tłok? – witałam ją, za każdym razem przytulając i sprawdzając, czy nie zmizerniała od ostatniego spotkania.

– Było spoko – odpowiadała niezmiennie. A potem prosiła mnie o podwiezienie któregoś z jej przyjaciół.

Jechałam zatem. Na dworze było zazwyczaj ciemno, muzyczka grała, a mnie rozpierała radość, że mam pierworodną na weekend.

Nawet gdyby tego samego wieczoru miała spotkać się ze znajomymi, co zdarzało się wcale często.

Na szczęście czasami udawało się nam wyskoczyć gdzieś tylko we dwie, tak jak ostatnim razem. Wyłącznie dla mojej córki bywałam w stanie kusić los i nie oglądając się na Rafała, uciec z domu w sobotni wieczór.

Nie był zadowolony, ale my w niedzielny poranek puszczałyśmy do siebie oko, robiąc grzanki z pieczarkami, które Zuzia uwielbiała.

– Tatusiu, nie bądź zły. Keczup łagodny czy pikantny? – proponowała, odwracając jego uwagę od wieczornej eskapady.

Zniecierpliwiony machał ręką.

– Okej. Pikantny.

Wiedziała, co lubi.

– Piękny przykład, Małgorzato, tak włóczyć się z dziec­kiem po knajpach… – usłyszałam.

Mój dobry nastrój ulotnił się jak sen.

Rafał zgasił mnie i zmroził. Może rzeczywiście nie powinnam iść z Zuzką na miasto? Skuliłam się w sobie. Zniknęła przyjemność z babskiego wyjścia.

– Pójdę się ubrać. – Zacisnęłam mocniej poły szlafroka.

 

Tak czy inaczej, uwielbiałam, gdy Zuza wpadała do domu, nawet z tobołem prania.

Lecz kiedy Rafał miał wolne, nie wszystko układało się wspaniale.

Rozdział 2

Nie pójdę na studniówkę w takiej sukience – sprzeciwiłam się, kiedy matka próbowała mnie przekonać do kuponu tafty w kolorze fiołków.

W rękach pani Broni, rodzinnej krawcowej, miał przeistoczyć się w przecudnej urody princeskę, o czym przekonywała, wskazując palcem na wykrój w jednym z numerów „Burdy”. Wprawdzie na mapie rodzimego biznesu pojawiły się już pierwsze sklepy z ciekawszą ofertą, ale po latach siermiężnego kapitalizmu ich oferta wciąż była uboga. A zresztą mama była przekonana, że nikt lepiej od pani Broni nie wyczaruje kreacji godnej okazji, jaką jest studniówka.

– Nie rozumiem cię, Małgosiu. Krój ci nie odpowiada? Sukienka będzie jak marzenie! Ta dopasowana góra z uroczym dekoltem w łódkę, talia podkreślona paskiem i rozkloszowana spódnica! Najbardziej twarzowy model dla ciebie. Dla każdej dziewczyny… – wzdychała do zdjęcia.

– Wiesz, że nie lubię żadnych odcieni różu. Ani fioletu. A poza tym tafta trąci myszką. Ile lat trzymasz ją w szafie?

Moja uwaga rozsierdziła mamę nie na żarty. Jak mog­łam nie docenić faktu, że nabyła jedwab za ciężkie pieniądze w komisie i przechowała specjalnie dla mnie? Wykazałam daleko idącą niewdzięczność.

Mama, widząc niechęć, która zmierzała do całkowitej odmowy, sięgnęła po twardy argument.

– Rozmawiałam z Celiną – wspomniała przyjaciółkę. – Rafał będzie miał fiołkowy krawat. Chyba powinniście do siebie pasować.

Też tak uważałam, ale zawsze mi się wydawało, że to chłopak powinien dobrać dodatki do garnituru tak, żeby pasowały do sukienki, a nie odwrotnie. Podjęłam próbę sprzeciwu.

– To niech kupi sobie inny krawat. Albo znajdzie inną partnerkę – podniosłam głos, czym wprawiłam mamę w osłupienie.

Całe życie byłam grzeczną dziewczynką, która nie miała w zwyczaju negować decyzji rodziców, przykładnie dzierżyła berło szkolnej prymuski, nie sprawiała trudności wychowawczych. A nawet znalazła sobie w stosownym czasie odpowiedniego chłopaka.

Z Rafałem znaliśmy się od kołyski, bo nasi rodzice byli najbliższymi przyjaciółmi od lat. Wspólnie opijali ukończenie studiów, cieszyli się z narodzin pierwszych dzieci, jeździli na wakacje i grywali w brydża w każdy wolny weekend.

Rośliśmy zatem we wspólnej piaskownicy, chodziliśmy do tego samego przedszkola, a po dziesięciu latach powitaliśmy na świecie rodzeństwo. Ciocia Celina urodziła Szymona, po pięciu miesiącach rodzice ucieszyli się z Michaliny.

Harmonijna relacja obu par sprzyjała mojej przyjaźni z Rafałem. Był dla mnie jednocześnie jak brat, którego nie miałam, kumpel od zabaw na wakacyjnych wyjazdach i słuchacz zwierzeń nieopierzonej nastolatki, która marzyła o napisaniu książki. Nasi rodzice w ciągu roku szkolnego dzielili się solidarnie obowiązkami prowadzania nas na basen, angielski i załatwianiem obozów wędrownych. A my dobrze się dogadywaliśmy, nie sprawiając kłopotu, a na wczasach nie przeszkadzając im w wieczornych brydżach i biesiadowaniu.

Byliśmy postrzegani przez nich jako jedność do tego stopnia, że decyzja o wyborze różnych szkół średnich wzbudziła ferment w obu domach.

Ja wybrałam liceum humanistyczne, Rafał poszedł do szkoły słynącej z dobrej klasy biologiczno-chemicznej. Myślał o medycynie.

Weszliśmy w nowe środowiska, poznaliśmy nowych ludzi. Po raz pierwszy w życiu dostrzegłam życie poza rodziną i fakt, że na świecie istnieją chłopcy i przyjaciółki.

To odkrycie dawało duże możliwości. W tajemnicy przed mamą zaczęłam z większą dbałością podchodzić do swojego wyglądu. Codziennie myłam i układałam włosy, malowałam paznokcie bezbarwnym lakierem, a przed wizytą u koleżanki delikatnie podmalowywałam powieki.

A kiedy Iga i Asia przygarnęły mnie do swojego duetu, byłam w siódmym niebie. Nie miałam pojęcia, jakim cudem spotkało to kogoś z reputacją klasowego kujona.

Zrozumiałam dopiero później, kiedy zaszczyt przyszło mi okupić koleżeńską pomocą w pisaniu wypracowań, ściąg. A nawet pomocą na klasówkach z matematyki, którą jakoś ogarniałam dzięki pomocy ojca naukowca.

Nie ma jednak tego złego, jak mówi przysłowie. Dzięki dziewczynom spojrzałam nowym okiem na Rafała i wkroczyłam w nowy rozdział życia, które miało przybrać bardziej wyraziste barwy.

– Gośka, w sobotę Marek organizuje domówkę – usłyszałam od Igi na przerwie między polakiem a matmą. – Przyjdziesz? Zaprosił kumpla z czwórki. Podobno bardzo fajny gość. I niczego mu nie brakuje. – Puściła oko.

Oczywiście miałam wielką ochotę pójść, zatem informację, że rodzice idą na brydża do Korczów, przyjęłam z potężnym niezadowoleniem, bo spadł na mnie obowiązek dopilnowania sześcioletniej siostry. Jednak silna motywacja dała bodziec do znalezienia rozwiązania. Postanowiłam zawalczyć.

– Mamuś, może Michaliną zaopiekuje się babcia?

– Bo? – usłyszałam lakoniczne pytanie.

– Iga zaprosiła mnie na urodziny. Ale wrócę przed dziesiątą – zastrzegłam się.

Trafiłam na dobry moment. Mama kończyła akurat artykuł do gazety, w której pracowała, i skoncentrowana nie miała dla mnie czasu. Obawiałam się szybkiego nie, ale ku mojej uldze zdecydowała inaczej.

– To zadzwoń do babci i zapytaj, czy może zająć się Michasią. Masz być w domu o dziesiątej. Będę dzwonić – odparła, nie odwracając wzroku od komputera.

W cichych podskokach opuściłam pokój, by chwycić słuchawkę i obwieścić Idze, że będę na imprezie.

Zaczynała się o siódmej, rodzice wychodzili na tę samą godzinę. Przestępowałam z nogi na nogę w rwetesie przed ich wyjściem, marząc, by wreszcie wyszli. Chciałam się właściwie przygotować. Prośba, by mama użyczyła mi cienia do powiek i tuszu do rzęs, nie wchodziła w rachubę. Musiałam skorzystać z dobrodziejstwa makijażu pod jej nieobecność.

Siedziałam w kącie, udając zainteresowanie książką, co nie uszło uwagi babci, która przyszła do młodszej wnuczki.

– Czekasz, aż sobie pójdą? – zapytała czujnie, ze zrozumieniem w oczach.

Skinęłam głową.

– Masz. – Wręczyła mi kilka banknotów, oglądając się, czy mama tego nie widzi. – Może nie spóźnisz się tak bardzo…

Tego wieczora rodzice zbierali się wyjątkowo długo, więc musiałam wziąć na wstrzymanie. A ledwie przekroczyli próg, pognałam do łazienki, by zrobić się na bóstwo.

Zadbałam, by mama nie zauważyła zmian na półce w ustawieniu kosmetyków, a później pogalopowałam na postój taksówek i z ciężkim sercem zapłaciłam kupę pieniędzy za kurs.

I tak byłam spóźniona.

Mieszkanie Igi mieściło się przy ulicy Odrodzenia i – co najważniejsze – było do naszej wyłącznej dyspozycji.

– Wchodź! – przywitała mnie gospodyni, odbierając butelkę taniego wina, którą udało mi się zdobyć. – Zaraz ci go przedstawię.

Po pokonaniu wąskiego korytarza zeszłam dwa stopnie w dół, do salonu, gdzie ogarnął mnie przyjemny szum rozmów. W tle leciała modna ostatnio Lambada, która pobudzała towarzystwo do tańca.

Zorientowałam się, że przybyłam sporo po czasie, bo zagłębiając się w oparach tytoniowego dymu, w oczach gości dostrzegłam efekty wypitego alkoholu.

Nie było okazji, żeby powiedzieć ogólne cześć. Ogarnęłam wzrokiem przestrzeń i poszukałam dla siebie kąta. Ktoś włożył mi w rękę kieliszek, ktoś inny zaproponował papierosa. Nie odmówiłam, chociaż nigdy dotąd nie miałam przyjemności. W końcu przyszłam tutaj się bawić, a nie udawać zakonnicę. Uległam atmosferze miejsca, a dobry nastrój wywołały dwa kieliszki wina, które pochłonęłam jeden po drugim. Ale gdy w pewnym momencie ktoś się przysiadł obok, poczułam się dziwnie. Czyżbym jednak została dostrzeżona w tym tłumie?

Nieoczekiwane, choć przyjemne wrażenie przerwał znajomy głos:

– Gośka, co ty tu robisz?

Ze zdziwieniem zorientowałam się, że to Rafał.

– Jestem na urodzinach Igi. A ty? – odparłam, gdy tylko odzyskałam głos.

– Co za pytanie? Ja też.

Rozmowę przerwała gospodyni:

– Jak widzę, nie muszę was chyba sobie przedstawiać?

– Nie – odparliśmy jednocześnie.

A ja dodałam, że mieliśmy okazję kiedyś się spotkać.

Przetańczyliśmy „całą noc”, która dla mnie zakończyła się o dziesiątej, dla niego nieco później.

Wróciłam do domu taksówką. Na szczęście rodziców jeszcze nie było.

Długo nie mogłam zasnąć, myśląc o zmianach akcji, jakie funduje życie. Czułam, że stało się coś dziwnego. Rafał, mój kumpel od przedszkola, mnie zauroczył.

A potem było już tylko bardziej intensywnie. Zostaliśmy parą, wyśpiewaną przez Grechutę. Wskoczyliśmy w studnię na równe nogi, by odkryć naszą nową relację. Niezależną od rodziców, przeszłości, przyzwyczajenia.

Zakochałam się w Rafale, moim pierwszym i – jak chciałam myśleć – jedynym.

Przez jakiś czas ukrywaliśmy się z naszymi spotkaniami i uczuciem. Jednak intuicja matek wzięła górę nad kamuflażem i w końcu stało się jasne, że losy rodzin Redzińskich i Korczów mają szansę się spleść.

Mamusie piały z zachwytu, tatusiowe wznosili toasty za przyszłość.

Nic dziwnego, że sprawa mojej studniówkowej sukni nie powinna sprawiać problemu. Mamy ustaliły, że Celina kupi synowi fiołkowy krawat, bo moja ma w szafie kupon tafty w stosownym odcieniu na sukienkę. Zadbały, byśmy pasowali do siebie z Rafałem.

– Małgosiu, możemy poszukać innej sukni – odparła mama, nie omieszkawszy zaprezentować niezadowolonej miny. – Nie rozumiem, skąd twój kiepski humor. Nie układa się wam?

– Wszystko w porządku. Po prostu nie lubię różów i fioletów – ucięłam temat.

Mama przysiadła i wzięła głęboki oddech, jak zawsze, kiedy chciała przeprowadzić swój plan. Była to taktyka, która pozwalała jej się odprężyć i nabrać sił przed kolejnym krokiem. Wiedziałam o tym od zawsze, ale mimo tej wiedzy ulegałam.

– Kochanie, spokojnie. – Wyciągnęła rękę w moją stronę.

Powstrzymała bardziej serdeczne gesty, wiedząc, że nie przepadam za czułościami.

– Wybierzemy inny model. Ważne, żebyś była zadowolona – powiedziała.

I obdarzyła kupon fiołkowej tafty tęsknym spojrzeniem.

Wiedziałam, że obie z ciotką Celiną pragną wyswatać Rafała i mnie za wszelką cenę, i nie miałam nic przeciwko temu. Kochałam go. Choć nie zawsze akceptowałam ingerencję rodziców i dogadywanie się obu matek za naszymi plecami.

Nasza bliskość miała być niebawem wystawiona na próbę. Rafał szedł na medycynę do Gdańska, ja zostawałam w Toruniu na polonistyce. Pragnęłam więc zatańczyć na studniówce w sukni, którą sobie wybiorę.

A jednak zrobiłam to co zazwyczaj. Ustąpiłam.

– Ten kolor nie jest taki zły. A kiedy pani Bronia uszyje…

– …będziesz najpiękniejsza na balu – mama weszła mi w słowo, wyraźnie podniesiona na duchu. – Jeszcze o tym nie wiesz, ale zdradzę ci tajemnicę – dodała szeptem. – Celina pożyczy ci cudowny rodowy wisior do tej sukienki. Nawet nie wiesz, jak was kocham! – Odetchnęła z ulgą.

A ja poczułam w ustach niemiły smak kapitulacji.