Chorwackie powrotyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 4

WERONIKA

– Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że jesteś – obudziły mnie słowa Zorana.

A oprócz nich wszechobecny aromat sałatki ze świeżych pomidorów.

Nie wiem, jak oni to robią, ale tu nawet zwykłe pomidory pachną, pomyślałam, z rozkoszą przeciągając się po śnie.

– Zaraz będzie ciąg dalszy. – Ukochany postanowił dopieścić moje kubki smakowe.

Zostałam uraczona pokaźną porcją jajecznicy z cebulką, świeżą bułką i tajemniczym uśmiechem, który zwiastował niecne zamiary. Oraz słodkim buziakiem.

– Nie teraz, Zoran! – Powstrzymywałam zapędy niecierpliwego kochanka. – Nie po to mi chyba serwujesz te smakowitości, by ostygły? – przekomarzałam się, choć z góry byłam skazana na niepowodzenie.

Co z tego, że jajecznica wystygła. I tak zjadłam ją chwilę później z apetytem. Wtulona w ramiona Zorana, wpatrzona w jego oczy pochłaniałam przygotowane z sercem danie. Nie spuszczał ze mnie wzroku, obserwował każdy kęs, który wkładałam do ust. Dbał, by niczego mi nie zabrakło.

– Może chociaż troszeczkę? – zapytałam, kierując w jego stronę widelec z odrobiną jajecznicy.

– Żyję miłością – odparł. Spojrzałam zaintrygowana, więc dodał: – Wystarcza mi patrzenie na ciebie.

– Bo konkrety już pochłonąłeś? – zapytałam, gdy z kuchni dobiegła mnie słaba woń podsmażonej kiełbasy.

Mój książę uroczo się uśmiechnął i zapewnił, że zdążył umyć zęby, by swojej wegetarianki nie drażnić niemiłym zapachem.

– Kochanie, mam propozycję, co będziemy robić, kiedy wyjdziemy z łóżka… – powiedział. – No, chyba że w nim zostaniemy.

Jego mina rzeczywiście mogła zwiastować taki scenariusz. Byłoby miło, ale ja miałam większą ochotę na Dubrownik.

– Mów.

– A może jednak nie? Po co wychodzić? Źle nam tutaj? – Dłonie Zorana po raz kolejny powędrowały ku mojej szyi.

Opuściliśmy nasze gniazdko późnym popołudniem. Nasyceni sobą, głodni powietrza i kolacji na Starim Gradzie.

Pomysł Zorana, by wjechać wagonikiem linowym na górę Srd i popatrzeć stamtąd na miasto, spalił na panewce. Wagoniki już nie kursowały, na dworze zrobiło się chłodno. Rozpoczęliśmy poszukiwanie przytulnego miejsca, by zjeść coś smacznego i popatrzeć sobie w oczy.

Siedząc nad talerzem małży, które zapijałam lokalnym winem, zapomniałam o bożym świecie. Wyciszyłam komórkę i zatonęłam w niebieskich oczach mojego ciemnowłosego Chorwata. Mama, tato, rodzina, Nina nagle zamieszkali lata świetlne stąd.

– …wyjechać do Zagrzebia – dotarło do mnie. – Nie słuchałaś.

– Przepraszam. Możesz powtórzyć?

Zoran kończył studia i starał się o pracę w centralnej gazecie. Dyrekcja wyznaczyła mu spotkanie następnego dnia w stołecznej centrali.

– Jeżeli chcesz, możesz jechać ze mną – powtórzył.

– Chyba powinnam zgłosić się na uczelnię. – Nie byłam przekonana. – Jeżeli mam tutaj kontynuować studia. Za dwa dni rozpoczyna się semestr.

– To najrozsądniejsze rozwiązanie – przytaknął Zoran z aprobatą. I obiecał, że obróci w ciągu jednego dnia.

Wyjechał z samego rana, zostawiwszy mi liścik z wyznaniem miłości i gałązkę żółtej mimozy, jednego z pierwszych wiosennych chorwackich kwiatów. Lodówka była pełna, ale tym razem wystarczył mi jogurt i śmietanka do kawy, którą sobie zaparzyłam. Nie miałam apetytu na samotną jajecznicę.

Marcowa pogoda okazała się łaskawa. Nad Wyspami Elafickimi wstawało słońce, podświetlając miasto od strony Gruża. Nawet Lokrum, tkwiąca na Adriatyku dziesięć minut łódką od Dubrownika, pobłyskiwała w porannych promieniach.

Szczelnie okryta pledem, nieszczęśliwa z powodu wyjazdu Zorana wyszłam na taras. I jak zawsze urzekł mnie lazur morza, olśnił dubrownicki barbakan i pobliskie skały.

Wszystko przede mną!, pomyślałam z nadzieją o nadchodzącej wiośnie, która nieśmiało wkraczała do miasta.

Wprawdzie wczoraj niezbyt zwracaliśmy uwagę na jej pierwsze zwiastuny, bardziej wpatrzeni w siebie niż zainteresowani otoczeniem, ale teraz dostrzegałam kwitnące drzewa i krzewy brnistry o żółtych słonecznych kwiatach, poletka krokusów, wzrastające pędy sljezu, które czekały na fioletowe kwiaty, mocno już rozrośnięte krzewy rozmarynu. Nie zauważyłam nigdzie kolorowych tulipanów, narcyzów ani kwitnących w Stępie jak szalone krzewów forsycji. Musiałam pokochać tutejszą przyrodę. I byłam na to gotowa.

Po drugiej kawie stanęłam na nogi i zaopatrzona w dokumenty z Erasmusa udałam się do swojego instytutu. Skoro miałam tutaj studiować, musiałam dopełnić formalności. Z rektoratu, do którego miałam żabi skok, wysłano mnie do instytutu na Ivana Zajca, a tam kazano czekać na dziekana.

Rozglądałam się po gmachu, szukając znajomych z roku, ale nie dostrzegałam znanych mi twarzy. Zniechęcona oczekiwaniem i brakiem wiadomości od Zorana, który powinien znajdować się już w połowie drogi do Zagrzebia, postanowiłam odwiedzić pobliski targ i odnowić uszczuplone zapasy pomidorów.

Przy jednym ze stoisk natknęła się na mnie Nikola, nasza pierwsza opiekunka na Erasmusie.

– Ty tutaj? – zdumiała się wśród uścisków. – Co tu robisz?

– Mieszkam – odparłam. – Z Zoranem.

– Ooo! To koniecznie musimy się spotkać i pogadać! – pokrzykiwała, wybierając warzywa. – Zadzwoń, kiedy będziesz mogła. Przepraszam, ale teraz biegnę na zajęcia.

Też bym chętnie pobiegła, ale czas oczekiwania wyznaczony mi przez panią z dziekanatu jeszcze nie minął. Przysiadłam zatem na espresso w pobliskim barze. Od portu trochę zawiewało. Przy kejach cumowały niewielkie łódki, po dużych wycieczkowcach nie było śladu. Miały przybić dopiero w sezonie.

– Może fritule? – Kelner zaproponował mi chorwackie ciasteczka z rodzynkami i rakiją, nieco przypominające nasze pączki.

Wcięłam chyba z pięć, szczęśliwa, że są małogabarytowe, i wreszcie przykładnie stanęłam przed gabinetem dziekana.

Nie miał dla mnie dobrych wiadomości.

– Chce pani studiować bałkanistykę na drugim roku? Obawiam się, że to niemożliwe. Co innego, gdyby miała pani zamiar, jak na Erasmusie, uczyć się na wydziale mediów i kultury społecznej, choć oczywiście również na pierwszym roku. Z powodu znajomości języka i zakresu materiału.

Nie mogłam uwierzyć, że facet mnie olewa. Na Erasmusie było zupełnie inaczej.

– Proszę się nie gniewać, ale co panią skłoniło do decyzji studiowania u nas? – zapytał na koniec.

A co ciebie to obchodzi?, pomyślałam ze złością. Chciałam jednak załatwić sprawę, więc nie mogłam okazać zdenerwowania.

– A jeżeli uzupełnię materiał do czerwca, czy od przyszłego roku będę mogła studiować na drugim roku mediów? – odpowiedziałam pytaniem.

– Oczywiście. W semestrze letnim umożliwimy to pani, jako naszemu gościowi z Polski. A potem zastanowimy się, co dalej.

Dotkliwie odczuwałam, że nie jestem tak mile widziana jak jeszcze kilka tygodni wcześniej. Łas­ka dziekańska miała trwać do lata, a potem… Cóż, „zastanowimy się, co dalej” mogło oznaczać płatne studia zaoczne. Jeżeli jednak chciałam studiować, musiałam przystać na te warunki.

Sekretarka skierowała mnie do opiekuna roku, aby pomógł mi ustalić gryplan i pokierować mną przy załatwianiu formalności. Nie miałam pojęcia, ile przedmiotów powinnam uzupełnić i jakie, i czy w ogóle dam radę. Postanowiłam jednak spróbować.

Zoranowi nie udało się wrócić wieczorem, na co zresztą, znając dystans dzielący Dubrownik od Zagrzebia, specjalnie nie liczyłam. Poinformował mnie o pomyślnym przebiegu rozmów z szefostwem gazety i obiecujących perspektywach pracy.

– Kocham cię, Weroniko, i usycham z tęsknoty – zapewnił przez telefon.

Ja miałam ochotę ukryć się w jego ramionach i popłakać nad nieudaną uniwersytecką misją.

Niestety, wieczór spędziłam sama.

ROZDZIAŁ 5

ANNA

– Zapomniałaś, że dzisiaj jestem na urlopie? – Telefon od szefa z nagłym zleceniem zakłócił mój rytuał picia porannej kawy. – Wyślij na reportaż Mirka albo Sylwię. Mam inne plany.

Stanowcze weto nie zniechęciło Harry’ego.

– Mirek to facet, a Sylwia jest zbyt głupia, by pociągnąć temat – podsumował. – Może sprawa nastoletniej ciężarnej nie powala na kolana, bo w dzisiejszych czasach kobiety rodzą albo za wcześnie, albo za późno, niemniej jednak, zważywszy na okoliczność, że ojciec wyrzucił ją z domu, zawsze to jakiś zaczyn dobrego reportażu.

Zbyt dobrze znałam swojego szefa, by nie dostrzec drugiego dna.

– Harry, przestań mataczyć i powiedz, o co ci chodzi. – Wywaliłam kawę na ławę.

– Że też ty zawsze musisz być taka zasadnicza! Ale dobrze. Wątpliwej proweniencji rodzinka naszej nieletniej ciężarnej mieszka w porządnej kamienicy, z której do tej pory nie sposób jej wykurzyć. Gromadka dzieci, ojciec lubi dać w rurę, matka zarabia na życie jako sprzątaczka. Na wpół patologia.

– I? – dopytywałam, niemal pewna, skąd mu się wzięła ta „porządna kamienica”.

– I zajmują czteropokojowe mieszkanie na parterze, które przez lata zdołali doprowadzić do ruiny, ale nie sposób się ich stamtąd pozbyć.

– Nie rozumiem. Co ma do tego ciężarna córka?

– Anka, znamy się nie od dziś, prawda?

Potwierdziłam.

– Mój kumpel zapłacił za tę kamienicę ciężkie pieniądze. Z lokatorami, których nie może wyrzucić. Krótko mówiąc, chcę mu pomóc przez nagłośnienie tej sprawy. Niech się świat dowie, że ma do czynienia z marginesem.

Doskonale rozumiałam jego intencje. Wieloletniego przyjaciela i kolegi, którego jednak praca w centralnej gazecie bardzo zmieniła. Tak zwane idee zaginęły w ferworze walki o byt. Czy raczej o życiową wygodę.

Oczywiście, powinnam mu wywalić prawdę w oczy i wyautować się z lewego reportażu, ale nie nadawałam się do naprawiania świata, a tym bardziej edukowania Harry’ego. Facet pod sześćdziesiątkę jest niereformowalny.

 

Chce reportaż, to go dostanie. A jaki, okaże się na miejscu. Stary ryzykuje, posyłając mnie na pole bitwy. Też już nie jestem młódką, którą można manipulować.

– Pojadę – odparłam, zyskując jego dozgonną wdzięczność.

– Dwa dni urlopu gratis! – obiecał. – Wiązowa dwadzieścia trzy, parter – dopełnił formalności. – Artykuł pójdzie w weekendowym numerze. Rezerwuję dla ciebie całą stronę – dodał zadowolony.

Spotkanie z Lucyną z bólem serca przełożyłam na popołudnie i wpisałam podany przez Harry’ego adres w GPS, żeby mieć to jak najszybciej z głowy.

Jako doświadczona dziennikarka traktowałam pracę zadaniowo: sprawnie, na temat i do celu. Czekało mnie przeprowadzenie kilku rozmów, w tym z ojcem dziewczyny, którego jako bezrobotnego miałam nadzieję zastać w domu lub w pobliskim barze. Z matką, o ile się uda, i ewentualnie z sąsiadami. Pozostałe, dotyczące sytuacji rodziny, zaplanowałam załatwić przez telefon. Szkoła, prawdopodobnie opieka społeczna, a w razie gdybym miała do czynienia z naruszaniem porządku publicznego – policja. Typowy scenariusz w przypadku reportaży o patologicznych rodzinach. Największą trudność mogło mi sprawić namierzenie dziewczyny, którą podobno wyrzucono z domu.

Rzeczywiście ładna kamienica, do której dotarłam po ponadpółgodzinnej jeździe, usytuowana była w zacienionej alei starych wiązów. W tym zakątku Warszawy znalazłam się po raz pierwszy w życiu, więc zadarłam głowę i zawiesiłam wzrok na potężnych konarach i drobnych, zebranych w pęczki kwiatach zwisających na cienkich szypułkach. Widok był tak zniewalający, że niemal zapomniałam o celu podróży. Budynek, choć okazały i z niewątpliwie dużym potencjałem, najwyraźniej potrzebował renowacji. Rękę gospodarza dostrzegałam wyłącznie na poziomie obu pięter z wykuszowymi oknami. Zaopatrzono je w nową stolarkę, gdzieniegdzie zachowano witraże. Parter pozostawał nietknięty.

Skorzystałam z domofonu i nacisnęłam jedynkę.

Miałam szczęście. Usłyszałam pytanie, czy zapomniałam klucza, i zostałam wpuszczona do środka.

W drzwiach stał wysoki mężczyzna w podkoszulku, jak się domyśliłam, Murawski, ojciec dziewczyny. Nie był zadowolony z mojego widoku.

– Kim pani jest? Myślałem, że to żona. – Rzucił mi niechętne spojrzenie.

Wyminęłam osiłka w progu, zanim zdążył zamknąć przede mną drzwi. Przedstawiłam się dopiero w środku.

– Anna Jakubiec, z „Gazety”. Chciałabym porozmawiać o pana córce.

– O której? – zapytał z sarkazmem, wskazując na trzy nieduże dziewczynki, które ciekawe gościa, przybiegły do przedpokoju.

– O Dominice. Podobno jest w ciąży, a pan wyrzucił ją z domu. Mogłabym wejść dalej czy pozostaniemy w przedpokoju?

Mężczyzna nie miał ochoty na żadną rozmowę. Ale zanim wyprosił mnie z domu, przyprowadził drobną nastolatkę z lekko zaokrąglonym brzuchem. Zmieszanie próbowała ukryć pod zmierzwioną grzywką ufarbowanych na czarno włosów.

– Nie mam obowiązku przed nikim się tłumaczyć, ale niech pani zobaczy na własne oczy i nigdy więcej się tu nie pokazuje. To właśnie ta wyrzucona Dominika.

Dostrzegłam lęk w oczach dziewczyny, ale nie robiłam sobie nadziei na zamienienie z nią kilku słów na osobności. W sukurs przyszedł mi domofon, który odwrócił uwagę mężczyzny.

Wykorzystałam moment.

– Wszystko w porządku? – zapytałam cicho i wsunęłam dziewczynie w dłoń swoją wizytówkę. – Zadzwoń – dodałam i wyszłam.

Harry’ego poinformowałam, że reportażu nie będzie. Nie wspomniałam o swoich obawach co do dalszego ciągu tej historii. Lęk w jej oczach zwiastował kłopoty, ale decyzja o podzieleniu się nimi ze mną należała do niej. Mogłam jedynie czekać.

Mimo wielu lat pracy w gazecie z każdej wizji lokalnej wracałam do domu z głową naładowaną obrazami i emocjami. Nie zawsze udawało mi się je wymazać i ot tak powrócić do codziennych zajęć.

– Wyjdzie z tego reportaż? – zapytała Lucyna po krótkim powitaniu w naszej ulubionej knajpce.

Machnęłam ręką.

– Kompletna klapa na teraz, ale może kiedyś… W każdym razie Harry jest niezadowolony. Dajmy temu spokój. Jak Edytka?

– Teraz szczęśliwie w objęciach taty. Bo mamusia ma ochotę na kieliszek wina ze swoją najbliższą przyjaciółką! – powiedziała z iskrą w oku, gestem przywołując kelnera.

Zjawiła się dziewczyna w sukience ledwie zakrywającej tylną część ciała. Lucyna spojrzała z udawanym niesmakiem.

– Widzisz, na co nam przyszło? Żaden młody chłopak nie chce nas już obsłużyć. A ta krótszej nie miała?

Może i nie miała, pomyślałam, smakując pierwszy łyk ulubionego wina.

– Coś ty taka smętna? – Lucyna zadysponowała kolejny kieliszek. – Tak długo się nie widziałyśmy, obiecałaś mi wspomnienia z Chorwacji, a teraz milczysz?

Zbyt dużo miałam w głowie, by rozpocząć opowieść o tym, co przyniosły ostatnie trzy tygodnie. I gdybym nie została zmobilizowana, zapewne nie wykrztusiłabym słowa. Bo jak streścić zdarzenia, wrażenia, przeżycia, przemyślenia, które nie zdążyły się jeszcze uleżeć?

A jednak. Terapeutyczna sesja zakończyła się powodzeniem.

Kończyłam, wyrzucając z siebie nagromadzone emocje.

– Tęsknię za Weroniką, boję się, jak sobie poradzi w obcym kraju z ledwie co poznanym chłopakiem. To fajny gość, ale czy miłość wystarczy do szczęścia?

– Anka! Zoran to syn Blaża. Nie poradziłabyś sobie z Blażem w, jak mówisz, obcym kraju?

– Teraz?

Roześmiała się serdecznie na widok mojej niezbyt mądrej miny.

– No coś ty! Pomyślałam, że gdyby wtedy wam się ułożyło, pewnie bylibyście szczęśliwi. To miłe, kiedy po dwudziestu latach ktoś wciąż o tobie myśli. Jak w filmie. – Spojrzała rozmarzona. – Mogłabyś napisać o tym książkę.

Może pomysł nie najgorszy, ale realizacja rozbiłaby się o zakończenie, pomyślałam i skarciłam się w duchu. Przecież nasza historia dawno dobiegła końca. Przekazaliśmy pałeczkę dzieciom.

Mimo to po powrocie do domu nie potrafiłam odmówić sobie ponownej lektury listu od Blaża.

Miód na serce nie najmłodszej kobiety, uśmiechnęłam się smutno, po raz nie wiadomo który odczytując każde słowo.

„Ana, wróć do mnie. Wiem, że proszę o wiele, proszę o wszystko. Nie odpowiadaj mi od razu. Czekałem na Ciebie dwadzieścia lat, poczekam, ile będzie trzeba”.

Nawet nierealne mrzonki mogą być przyjemne, doszłam do wniosku.

Wiedziałam, że nigdy do niego nie wrócę, ale fajnie było pomarzyć. Po cichu, żeby Jerzy nie usłyszał.

ROZDZIAŁ 6

ANNA

– Harry, zrozum, nie było żadnego tematu na reportaż. Zastałam dziewczynę w domu.

W pracy po raz kolejny tłumaczyłam się szefowi z niepowodzenia misji. Nie wspomniałam o wątpliwościach dotyczących spojrzenia Dominiki i pozostawionej wizytówce.

– No dobra. A gdyby tak dobrać się do Murawskiego? – ponownie spróbował namówić mnie do działania. – Anka, mam duże zobowiązania wobec Mariana. To porządny gość. Kupił kamienicę, zamieszkał na pierwszym piętrze, parter przeznaczył dla syna i jego rodziny.

Sytuacja była dość niecodzienna. Do tej pory w naszych materiałach interwencyjnych zajmowaliśmy się obroną lokatorów, a nie właścicieli kamienic. Wprawiona w reportażach społecznych znałam, oczywiście, na pamięć zapisy ustawy o ochronie praw lokatorów i mieszkaniowych zasobach gminy i wiedziałam, w czym lokator musi uchybić wynajmującemu, żeby narazić się na wypowiedzenie najmu na czas nieokreślony. Krótko mówiąc: musi nie płacić czynszu, niszczyć lokal i urządzenia wspólne, używać go niezgodnie z przeznaczeniem. Murawski nagrabiłby sobie u owego Mariana, wszczynając burdy, doprowadzając do licznych interwencji policji, śmiecąc, organizując libacje. Nie miałam ochoty za nim biegać i grzebać w jego życiu. O ile sprawa nie dotyczyła Dominiki.

– Harry, jeśli już musisz się w to angażować, wyślij Mirka. W każdym razie jeszcze raz powtarzam, że dziewczyna była w domu, więc moja misja zakończona.

– Okej. Rozumiem, choć jest mi przykro. Nie było tematu – podsumował, wstając z fotela.

– Coraz mniej podoba mi się ta robota, Lucyna. – Wylewałam żale przed przyjaciółką. – Bez względu na to, kto ma rację, nie chcę być narzędziem do załatwiania prywatnych zobowiązań Harry’ego. Ale wiesz, ta Dominika mnie niepokoi.

– Da sobie radę. Ile dzieci mają ci Murawscy?

– Sześcioro.

– Sama widzisz. Jedno więcej nie zrobi różnicy. A poza tym przecież nie wiesz, czy ojciec naprawdę wyrzucił ciężarną córkę z domu.

– No nie wiem. Coś mi jednak mówi…

– …że dziewczyna będzie potrzebować pomocy – dokończyła Lucyna. – Po raz kolejny odzywa się w tobie obrońca uciśnionych. Poczekajmy, co czas przyniesie. A zmieniając temat, jak ci się spodobał projekt domu? – Zaskoczyła mnie i usłyszawszy ciszę w słuchawce, szybko się wycofała. – Muszę kończyć, Andrzej wrócił. Zadzwonię jutro.

Czyżby Tomaszewscy zamierzali zmienić lokum?, myślałam zaciekawiona. Oby nie wyprowadzili się daleko od Warszawy. Jerzy ma widać u nich lepsze chody, skoro zna projekt przede mną, poczułam ukłucie zazdrości i lekki żal do Lucyny, która w pierwszej kolejności powinna się podzielić nowiną ze mną.

Po kolejnym pracowitym dniu w redakcji i solidnych zakupach wylądowałam w domu zmęczona. Jerzy jeszcze nie wrócił z instytutu. Ostatnio często przychodził późno.

– Jestem, chłopcy – oznajmiłam od progu. – Ktoś mi pomoże wypakować torby? – zawołałam, spoglądając z nadzieją w stronę pięterka.

Dźwięk gitary Michała zagłuszył mój głos.

Panujący w kuchni bałagan wskazywał na to, że moi synowie są już po kolacji. Nie zareagowali na nawoływania, więc sama przytachałam z auta ciężkie toboły.

– Ale sprzątać po was nie będę! – pomrukiwałam pod nosem, rozmyślając o własnych błędach wychowawczych.

Zbyt ulegałam dzieciakom, kiedy były małe, a teraz zbierałam żniwo. Sprzątałam za nie zabawki, bo wrodzona niecierpliwość nie pozwalała mi przewalczyć ich oporu i lenistwa. Układałam wyprane i wyprasowane ubrania na półkach, zbierałam porozrzucane skarpetki, odkurzałam mieszkanie, żeby nie słuchać wiecznego „zaraz”, powtarzanego z regularnością zaciętej płyty.

Od czasu do czasu mogłam liczyć na Alka, który jako ten bardziej stateczny cenił sobie porządek. Ruch­liwy i kreatywny Michał uwielbiał „artystyczny nieład”, jak określał panujący w jego pokoju chaos.

Po raz kolejny wykazałam się brakiem konsekwencji i samodzielnie ogarnęłam kuchnię. Jerzy zasygnalizował esemesem, że jedzie do domu i ma dla mnie niespodziankę. Musiałam uporządkować blat i przygotować kolację.

– Jestem! – Mój mąż doskonale wyczuł moment.

Sterta kanapek wjechała na stół. Szósty zmysł podpowiedział również chłopakom, kiedy mają zejść na dół.

– Kanapki! Ale jestem głodny! – Michał rozwalił się na krześle i porwał tę z pastą z tuńczyka.

Mimo że Weronika nie mieszkała z nami już od ponad pół roku, podświadomie przygotowywałam także dania wege.

Alek pomógł mi rozstawić talerze.

Zanim zdążyłam ochrzanić synów za pozostawiony w kuchni bałagan, Jerzy, w wyjątkowo dobrym jak na niego humorze, ucałował mnie na powitanie i postawił na stole butelkę wina.

– Jaka okazja? – zapytałam, sięgając po serwetki.

– Zobaczysz! To właśnie moja niespodzianka – odparł z tajemniczym uśmiechem. – Dla was też – zwrócił się do synów. – Budujemy dom!

– Ja się stąd nie wyprowadzam! – Jako pierwszy zareagował Michał.

Alek wyglądał na przerażonego, ale zachował milczenie. Prawdę powiedziawszy, mnie również rewelacja Jerzego nie przypadła do gustu.

Ale mój mąż nie dał się zbić z pantałyku. Naładowany dobrymi emocjami uspokoił synów.

– Chodzi o nowy dom w Stępie. Możecie wracać do siebie, bo temat was chyba niewiele interesuje – pozwolił łaskawie i sięgnął po niebieską teczkę.

Miał rację. Chłopcy zgarnęli resztę kanapek i znik­li, życząc nam miłego debatowania.

– Co to ma znaczyć? Jak to: budujemy dom? – Najeżyłam się.

Od chwili, kiedy rodzice podarowali nam zapuszczone siedlisko w pobliżu Nieporętu, minęło sporo lat. W tym czasie gospodarczym sposobem reanimowaliśmy chatę ze słomianym dachem, stawialiśmy nowe płoty ze sztachet, uprawialiśmy ogródek. Warunki były dość siermiężne, ale w chłodniejsze letnie dni dawał radę kominek. Kawałek ziemi nad Zalewem Zegrzyńskim spełniał swoje zadanie, gdy dzieci były małe, a przyjaciele chętni do wiejskiego grillowania. Ale teraz?

 

– Kochanie, musimy reanimować Stępę – usłyszałam. – Nieraz rozmawialiśmy, że starego domu nie da się rozbudować, a nawet jeżeli, to ogromnym kosztem. Ściany są cienkie, nie utrzymają piętra, pomieszczenia niskie. Zostawimy tę wiejską chatę dla gości, a sami postawimy takie oto cacko! – Jerzy z dumą zaprezentował plan szkieletowego domu. – Skandynawski albo, jeśli wolisz, kanadyjski. Podoba ci się?

Dom wyglądał ładnie. Tyle że ja nie planowałam inwestycji. Wręcz przeciwnie. Miałam cichą nadzieję, że teraz, kiedy dzieci wkroczyły, lub wkraczały, w dorosłość, częstotliwość wyjazdów na wieś zmaleje. Myślałam raczej o podróżach po świecie. Najwyraźniej jednak mój mąż miał inny plan.

– Jerzy, przecież do tej pory stary dom nam wystarczał. A goście zawsze mogli przespać się w namiocie, w sadzie. Kilka lat temu wymieniliśmy dach. – Szukałam argumentów na nie.

– A gdybyśmy tak chcieli pobyć tam jesienią czy zimą? Zbudujemy dom całoroczny. Nieduży, ale funkcjonalny i ciepły. Myślę nawet, że mógłbym tam pracować.

Gdybym stała, nogi ugięłyby się pode mną. Nie chciałam jeździć do Stępy zimą ani spędzać tam każdego wolnego dnia. Po prostu nie.

Chwyciłam się ostatniej deski ratunku.

– Skąd weźmiemy pieniądze? To będzie kosztować co najmniej ze dwieście tysięcy.

– Przypuszczam, że trochę więcej – odparł niezrażony. – Nie martw się, żono. – Jerzy wypiął pierś jak po ordery. – Zbierałem od jakiegoś czasu ze zleceń. Pokażę ci jeszcze jeden projekt. Może ten przypadnie ci do gustu?

On nie pytał mnie o zdanie. On już zdecydował. A ja miałam jedynie przyklepać.

– Jurek – spróbowałam oporu. – Weronika wyjechała, chłopcy za rok zaczynają studia. Kto będzie tam jeździł?

– Jak to: kto? – Spojrzał zdumiony. – Nasze wnuki. No i my!

Jakie wnuki? O nieba, przecież jesteśmy jeszcze młodzi, lekko po pięćdziesiątce! Mam się zagrzebać na wsi i piastować wnuki? A gdzie zwiedzanie świata, czerpanie z życia?

Natłok myśli odebrał mi mowę. Jerzy wziął to za dobrą monetę.

– Sama widzisz, jaki dobry plan – powiedział. – Zobaczysz, że i nasza córka skorzysta, i chłopaki też, kiedy podrosną. A ja uruchomię stolarnię i na emeryturze będę robić meble – rozmarzył się.

A ja pogrążyłam się w żałobie po marzeniach o zwiedzaniu świata.

Nie byłam w stanie odwieść Jerzego od pomysłu. Gdyby chociaż była mowa o weekendach, ale nie. On zamierzał kiedyś w Stępie zamieszkać.

– Lucyna, wiedziałaś i nie powiedziałaś! – zaatakowałam przyjaciółkę, kiedy opróżniliśmy butelkę wina i Jerzy zasiadł przed telewizorem.

– Przepraszam, ale Jurek prosił o dyskrecję. Piękny projekt, prawda?

– Dom ładny, pomysł fatalny. Widzisz mnie na wsi?

– Aniu, Jurek chciał ci zrobić niespodziankę…

– I zrobił. Nie chcę żadnego domu na wsi! I nie zamierzam myśleć o wnukach, które będą tam przyjeżdżać!

– Rozumiem – odparła bez przekonania. – Odpocznij trochę, prześpij się z tym.

Kładłam się z nowym pomysłem Jerzego w głowie, ale nie miałam sił wykrzesać z siebie choćby szczypty entuzjazmu.

– I jak ci się podoba projekt nowego domu? – Moje rozmyślania przerwał telefon od mamy.

– Jestem już w łóżku. Możemy porozmawiać jutro? – zapytałam.

– Oczywiście. Postanowiliśmy z tatą, że dołożymy wam parę groszy. Śpij dobrze.

Zatęskniłam za Weroniką. Ona by mnie zrozumiała.