Chorwackie powrotyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Anna Karpińska-Plaskacz, 2021

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcia na okładce

© ValerioMei/Stock.adobe.com

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8234-636-7

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Rzymowskiego 28, 02-697 Warszawa

www.proszynski.pl

ROZDZIAŁ 1

ANNA

początek marca 2012

Zgodziłam się opuścić lotnisko, dopiero gdy po samolocie, który zabrał moją córkę do Chorwacji, nie było już śladu. Mąż z trudem namówił mnie do odwrotu. Mimo że to on z większymi oporami akceptował wybór Weroniki, teraz oferował wsparcie.

– Aniu, uważam, że musimy przeczekać jej zauroczenie tym Chorwatem. – Imię Zorana nie przeszło mu przez gardło. – Jak posiedzi trochę na obczyźnie, miłość umrze śmiercią naturalną. – Jerzy z wrodzoną flegmą zaprezentował jedyne właściwe jego zdaniem rozwiązanie.

I choć w różnych trudnych sytuacjach, przy zawirowaniach losu, jego argumentacja zazwyczaj trafiała, nierzadko wśród oznak wdzięczności, dzisiaj było inaczej.

– No nie wiem… – mruknęłam, pogrążona w myślach.

Jak automat podążałam za Jerzym na parking. Marcowy świat za oknem przeganiał pozytywne myśli. Nad Polską przechodził akurat jakiś front atmosferyczny, o którym trąbiły wystrojone pogodynki we wszystkich stacjach telewizyjnych: Zakopane w śniegu z deszczem, Suwałki niezagrożenie dzierżące berło bieguna zimna. A Warszawa mroczna, zawiana i mokra.

W poszukiwaniu chwilowej ulgi przykleiłam twarz do szyby samochodu, próbując schłodzić rozgrzany policzek. Moja mała córeczka wyjechała do ukochanego!, dudniło mi w uszach.

Chciało mi się wyć.

Ponaddwudziestoletnie doświadczenie małżeńskie podpowiadało jednak, że lepiej zachować milczenie i pozwolić dowieźć się spokojnie do naszego szeregowca przy Puławskiej. Tam przygotuję kolację dla nas i chłopaków, zajmę czymś ręce, myślałam.

Jerzy w milczeniu przemierzał ulice, sprawnie unikając korków.

W pewnych sytuacjach mój ślubny od zawsze zamiatał pod dywan. Szczere rozmowy nie były jego mocną stroną, a jeśli już do nich dochodziło, często kończyły się, hm, wieczorną różnicą zdań. Na szczęście rano wracaliśmy do tak zwanej normalności i nie pozwalaliśmy sobie na ciche dni. Żadnych przeprosin, kajania się, wyrzutów sumienia.

– To chore – żaliłam się Lucynie, przyjaciółce, która wraz z Andrzejem wciąż przeżywała wzloty i upadki. Kłócili się, godzili, przeżywali.

My z Jerzym od dawna trwaliśmy w stanie constans.

– Ciesz się z tego, co masz – tłumaczyła, śmiechem rozładowując moje emocje. – Jurek to fajny facet, nie zginiesz przy nim. W końcu nic złego nie robi. Niby odjechany naukowiec, a potrafi zadbać o Stępę – przypominała nasz domek na wsi, w którym spędzaliśmy każdą wolną chwilę. – Skąd wiesz, jak by ci się ułożyło z Blażem?

Miała dużo racji. Szalona chorwacka miłość przydarzyła mi się już dwadzieścia jeden lat temu. Ale to z Jerzym powitaliśmy na świecie Weronikę i synów, Alka i Michała, którzy dołączyli do rodziny trzy lata po narodzinach pierworodnej. Wspólnie wyremontowaliśmy darowane nam przez rodziców letnisko i wybudowaliśmy dom. Jeśli dodało się do tego litanię świąt i rodzinnych imprez, wspólne wyjazdy i spotkania z przyjaciółmi, bilans wypadał na plus.

– Jesteśmy na miejscu. – Słowa Jerzego wyrwały mnie z letargu.

Dostrzegłam oświetlony podjazd, ale na piętrze było ciemno.

– Mówili ci, że wychodzą? – zapytałam, nie siląc się na okrągłe zdania.

– Przecież nasi synowie rozmawiają wyłącznie z tobą. Muszę jeszcze dzisiaj popracować.

– Zrobić ci kolację?

– Za dwie godziny. Ale gdybyś mogła zaparzyć herbatę, byłbym wdzięczny – powiedział Jerzy i zniknął w gabinecie.

Wyczułam chłód. Nie wiedziałam, czy ma do mnie jakieś pretensje, czy rzeczywiście czeka go sporo pracy. Usunęłam się do kuchni i odruchowo nastawiłam czajnik.

Samolot Weroniki za pół godziny miał lądować w Zagrzebiu.

Przypomniałam sobie moment, kiedy to mnie samolot zaniósł w to samo miejsce. I kiedy poznałam Blaża.

Wylądowaliśmy planowo. Ustawiłam się w kolejce po bagaż, cierpliwie czekając na moją czerwoną torbę, fuksem zdobytą w sklepie sportowym na kilka dni przed wyjazdem. Na wojnę z czerwoną torbą, bardzo stylowe!, pomyślałam ze wstydem. Co jednak robić, jeśli rzucili je do sklepu tylko w kolorze krwistej czerwieni? Na wszelki wypadek po raz ósmy sprawdziłam adres polskiego konsulatu, w którym miałam spędzić noc przed jutrzejszym wyjazdem do Zadaru. Jeśli wierzyć relacjom, od wczoraj można się było tam dostać bez przeszkód. Chorwacja z Serbią zawarły kolejny rozejm, odstępując od wzajemnych ataków.

W długim korowodzie walizek pojawiła się czerwona torba. Wyciągnęłam rękę, by po nią sięgnąć, gdy czyjaś dłoń złapała za jej rączki.

– Przepraszam, to moja – wykrztusiłam, miałam nadzieję, po chorwacku, spoglądając na intruza próbującego porwać moją cenną własność.

– Blaż Batelić – przedstawił się mężczyzna. – Julek (kolega, który miał mnie odebrać) prosił, bym doholował cię do konsulatu. Musiał wyjechać. Nie masz nic przeciwko?

Czy mogłabym mieć? Z wysokości ponad metra dziewięćdziesięciu centymetrów spoglądały na mnie oczy postawnego faceta w moro. Miał długie czarne włosy związane w kitkę. Po jego twarzy plątał się niesforny kosmyk, który wysunął się spod rzemyka. Pewnie uścisnął moją dłoń. I zanim zdążyłam odpowiedzieć, kontynuował prezentację:

– Jestem dziennikarzem „Zadarskiego Listu”, kolegą Julka. Dzisiejszą noc spędzimy w waszym konsulacie, jutro jedziemy do Zadaru. Byłem kilka dni w okolicach Osijeka, ale u nas też robi się gorąco. Muszę wracać. Pojedziemy więc razem. W Zadarze masz zarezerwowany pokój. Na początku będę twoim przewodnikiem, zanim się nie rozeznasz.

Musiałam zrobić głupią minę, bo pośpieszył z uspokojeniem:

– To długo nie potrwa. Julek mówił, że szybko sobie poradzisz i uwolnisz się ode mnie.

Czułam, że muszę przerwać milczenie i powiedzieć coś sensownego, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Zebrałam się w sobie.

– Przepraszam, ale nie mówię biegle po chorwacku – bąknęłam. – Dziękuję ci – w końcu on pierwszy zaczął mówić na ty – że po mnie przyjechałeś. Możesz chwilkę poczekać? Muszę iść do toalety.

To było wszystko, na co było mnie stać podczas pierwszej rozmowy.

A potem się w nim zakochałam. Z wzajemnością. I kiedy po skończonej misji wracałam do Polski, obiecywałam, że do niego wrócę. Ale nie wróciłam, bo moje życie ułożyło się tak, jak się ułożyło, albo po prostu nie miałam odwagi nim pokierować. Teraz, zerknęłam na zegarek, to moja córka ląduje w Zagrzebiu, by zamieszkać z Zoranem, swoim chorwac­kim chłopakiem, którego poznała na Erasmusie w Dubrowniku.

Ma więcej odwagi ode mnie, pomyślałam i zapłakałam w myślach, że będzie tak daleko ode mnie. Dwadzieścia lat temu moi rodzice mieli łatwiej. Byłam już żoną Jerzego.

– Mógłbym prosić o tę herbatę? – Jego głos przywrócił mnie do rzeczywistości.

Po raz kolejny włączyłam czajnik i powstrzymałam żal. Dlaczego właściwie tak mi przykro?, zastanowiłam się. Tęsknię za córką czy za niespełnioną miłością? Lucyna cały czas mi mówi, że jestem szczęśliwa, i ma rację. Czy Weronice ułoży się z Zoranem, jak się okazało, synem Blaża?

– Już idę.

Zaniosłam Jerzemu parujący kubek, do którego wsypałam łyżeczkę cukru. Tak jak lubił.

A potem przejrzałam list od Blaża, który dostałam po nieoczekiwanym spotkaniu w Dubrowniku, zaaranżowanym przez nasze dzieci. Niepokojący, poruszający wspomnienia, zmysły, uczucia. Budzący w ponadpięćdziesięcioletniej kobiecie poczucie wartości, a jednocześnie okrutnie naruszający jej status quo.

„Draga Ana! – napisał po pożegnaniu mnie i Weroniki na lotnisku. – Słyszałem różne opowieści o zrządzeniach losu, nieprawdopodobnych przypadkach, przeznaczeniu, ale nie dawałem im wiary. Wydawało mi się, że pojawiają się w umysłach ludzi bardzo wierzących, próbujących przypisać zdarzeniom nadzwyczajną moc. To jednak, co przydarzyło się nam, trochę nadwątla moją postawę wiecznego niedowiarka, twierdzącego, że z życiem można wziąć się za bary i osiągnąć to, co się chce. Że jest się kowalem własnego losu. Próbowałem nim być i nic mi z tego nie wyszło. Dopiero przypadek przywiódł mi Ciebie do stołu w dubrownickiej knajpie, i to za sprawą naszych dzieci. Ana, Ty na pewno wiesz, że nigdy nie przestałaś mi być obojętna – bez względu na męża, dzieci, pracę i cokolwiek innego. Ubolewam nad tym ograniczeniem, użalam się nad sobą, widząc kobiety, które być może chciałyby związać swoją przyszłość z moją. Co z tego, Ana, jeżeli moje serce jest cały czas przy Tobie? Zdaję sobie sprawę, że to rodzaj psychicznego inwalidztwa, na które nie ma lekarstwa. Bo jedynym lekarstwem jesteś Ty. Dlatego jako człowiek chory i uzależniony zwracam się do mojego najlepszego lekarza: Ana, wróć do mnie. Wiem, że proszę o wiele, proszę o wszystko. Nie odpowiadaj od razu. Czekałem na Ciebie dwadzieścia lat, poczekam, ile będzie trzeba. Przypadek Twojej córki i mojego syna utwierdził mnie w przekonaniu, że wszystko może się zdarzyć. Pełen nadziei i miłości do Ciebie, Ana, Twój cierpliwy Chorwat Blaż”.

 

– Nie martw się, Werka wróci – dobiegły mnie w kuchni słowa męża.

ROZDZIAŁ 2

WERONIKA

początek marca 2012

Zoran (do jego nowego imienia wciąż nie potrafiłam się przyzwyczaić) czekał na lotnisku w Zagrzebiu. Gdy tylko wpadłam w jego ramiona, wszelkie smutki i wątpliwości związane z zawodem, jaki sprawiłam rodzinie, wyjeżdżając do Chorwacji, zniknęły jak ręką odjął. Liczyła się wyłącznie nasza miłość, co do której nie miałam żadnych wątpliwości. To ona pomogła mi przetrwać niezbyt przyjemne ostatnie spotkanie z Pawłem. W końcu to nic miłego oznajmić, że rozstanie jest nieuniknione.

Może popełniłam błąd, że zaprosiłam go do poblis­kiej, swego czasu naszej ulubionej, knajpki? Fałszywie odebrał sygnał i kiedy dotarłam na miejsce, zajmował już stolik pod oknem. W dłoni miał bukiecik białych frezji, których widok zawsze chwytał mnie za serce.

– Jesteś już, kochanie – powiedział. – Przepraszam, że wczoraj nie mogłem uczestniczyć w rodzinnej kolacji…

Przerwałam gestem te tłumaczenia.

– Nie szkodzi. Paweł, musimy porozmawiać.

Mimo że młodzi, oboje byliśmy dorośli i świadomi, w jakich sytuacjach padają podobne słowa. Wytrzymałam jego spojrzenie i by zyskać na czasie, powoli zdjęłam kurtkę. Torebkę zawiesiłam na poręczy krzesła. Kilka dodatkowych minut podarował mi przyjmujący zamówienie kelner.

– Poproszę latte – zdecydowałam, udając, że przeglądam menu.

Nie zauważyłam, co zamówił Paweł.

– Weroniko, wiem, co cię boli – zaczął, kiedy kelner zostawił nas samych. – Rzeczywiście nie zawsze miałem dla ciebie czas, kiedy przyjeżdżałaś. Ale to się zmieni. Ojciec po stanie przedzawałowym doszedł już do siebie, mamie również uświadomiłem, że musi być bardziej samodzielna. Wyprowadzam się z domu. Co byś powiedziała, gdybyśmy zamieszkali razem?

Zmroziło mnie jego pełne nadziei spojrzenie.

Dużo bym dała za to, by nie przynosił tych nieszczęsnych frezji i nie obdarzał mnie maślanym wzrokiem. Wbrew zamierzeniom, zamiast przejść do sedna, zaczęłam pleść od rzeczy.

– Naprawdę musisz wracać do Dubrownika na jeszcze jeden semestr? – dopytywał Paweł, kiedy wreszcie skończyłam bajki o kontynuowaniu studiów w Chorwacji, oczywiście nie wspomniawszy o Zoranie.

Zakończenie znajomości twarzą w twarz okazało się zbyt trudne. Myślałam wyłącznie o przerwaniu spotkania i dokończeniu dzieła przez telefon. Paweł jednak wyczuł pismo nosem.

– Poznałaś kogoś – bardziej stwierdził, niż zapytał.

Przyparta do muru przestałam udawać.

– Tak. Ma na imię Zoran.

– Nie pytam cię, jak ma na imię. Od jak dawna przyprawiasz mi rogi?

– Paweł!

– Ja czekam na ciebie cały semestr, a ty się dobrze bawisz! Super!

– To nie tak…

– A jak?

– Nie chciałam cię skrzywdzić. Nie planowałam…

Przerwał mi.

– Wiesz co? Życzę ci wszystkiego najlepszego. Obyś się nie przejechała na tym swoim Chorwacie! – krzyknął i wyszedł, zostawiwszy na stoliku pięćdziesiątkę akurat w chwili, gdy pojawił się kelner z zamówieniem.

Skinieniem głowy pozwoliłam postawić na stoliku moją latte i jak się okazało, zamówionego przez Paw­ła kolorowego drinka, który pochłonęłam jednym haustem i do ostatniej kropli. Lekki zawrót głowy pozwolił mi opanować nerwy i zebrać myśli.

Wychodziłam z kawiarni z uczuciem, że zamknęłam za sobą drzwi.

– Wiedziałem, że wrócisz! – oznajmił Zoran, zanim zamknął mi usta pocałunkiem.

Staliśmy pośrodku hali przylotów spokojni, pogrążeni we wzajemnej bliskości, szczęśliwi, że nareszcie jesteśmy razem. Nie przeszkadzały nam ani tłumy podróżnych, ani stukot kółek przy walizkach, ani głośniki, hałaśliwie ogłaszające, że nie należy pozostawiać bagażu bez opieki.

Moja skromna torba znalazła się w silnych rękach ukochanego, a ja, wtulona w jego ramię, pozwoliłam się prowadzić. Z nim choćby na koniec świata!

Nie było potrzeby, by iść aż tak daleko. Po chwili dotarliśmy do parkingu, na którym czekał stary sfatygowany gazik.

– Wiesz, że pamięta czasy, kiedy mój ojciec pisał korespondencje z wojny bałkańskiej? Ale nie bój się, pod maską ma niezły silnik.

Zajęłam miejsce dla pasażera i mimo woli poczułam się jak mama, którą lata temu ojciec Zorana odebrał z lotniska w Zagrzebiu. Wolałam jednak tę refleksję zachować dla siebie. W końcu tamta znajomość przekształciła się w przyjaźń, a nasz związek miał być czymś zupełnie innym. Tyle że podobieństwa narzucały się same.

– Zamilkłaś – usłyszałam. – Nie obawiaj się, stary grat, ale ma całkiem niezłe osiągi. Z zewnątrz muzeum, w środku liceum – zażartował, nacisnął na pedał gazu i ruszył z impetem do Dubrownika.

Mieliśmy do pokonania sześćset kilometrów, czyli około ośmiu godzin jazdy. Pomyślałam o Ninie, z którą przemierzałyśmy tę trasę autobusem, jadąc na Erasmusa pół roku temu. Teraz moja przyjaciółka rozpoczyna kolejny semestr na toruńskiej bałkanistyce, a nasze wynajęte mieszkanko z widokiem na dubrownickie mury i wyspę Lokrum znalazło zapewne nowych lokatorów.

Od naszego ostatniego spotkania upłynęły ponad dwa tygodnie. Napisała mi, że zaliczyła zaleg­łe egzaminy i wróciła do Polski krótko po mnie. Ostatni raz dała znać tuż przed początkiem roku na UMK.

„Cholernie tęsknię za Chorwacją i za Tobą też, chociaż mnie zdradziłaś z Tym swoim Lovrem/Zoranem. Dostałam pokój w akademiku z dziewczyną z pierwszego roku. Tragedia. Werka, wracaj, bo tu zwariuję! Nie mogę zapomnieć widoku z naszego okna na Adriatyk. I w ogóle było fajnie. Szkoda, że muszę pisać o tym w czasie przeszłym. Nina”.

Mnie też było tęskno, nawet mimo obecności Zorana, który pewnie i zamaszyście prowadził gazik w stronę Splitu, by zgodnie z marszrutą znaleźć się na Jadranskiej Magistrali, zapewniającej trzysta kilometrów wspaniałych widoków na Adriatyk. Myślałam o Dubrowniku bez Niny – szalonej wariatki, nieposkromionej optymistki, towarzyszki do tańca i do różańca, przyjaciółki, której nie zobaczę nie wiadomo jak długo.

– Zerknij. Na prawo mamy zjazd na Zadar, gdzie mieszka mój ojciec. – Zoran wybudził mnie z zadumy. – Byłaś kiedyś w Zadarze?

– Nie, nie – zaprzeczyłam gwałtownie. Ale moja mama ma stąd mnóstwo wspomnień, dodałam w myśli.

– Musimy kiedyś odwiedzić ojca. Jakiś czas temu zamieszkał w domu dawnych przyjaciół Żeljka i Chesny, ma sporo miejsca dla gości i łódkę. Nie nazywajmy jej może jachtem – roześmiał się. – Pod koniec kwietnia, w maju pokażę ci nasze wybrzeże od strony morza. Blaż to spoko gość – zakończył i zaproponował krótki przystanek.

Zatrzymaliśmy się w pobliżu Szybenika. Wprawdzie marcowa pogoda nie pozwalała na rozkoszowanie się letnimi ogródkami, ale w lekkiej kurtce można było przysiąść na dworze i zjeść, zanim danie zdąży ostygnąć.

Smakowałam świeżą, dobrze doprawioną rybę, patrzyłam na lazurowe morze i w równie niebieskie oczy mojego Zorana. Ale nad szczęściem, którego zażywałam, krążyły niewielkie chmurki niepewności i nieoczekiwana tęsknota za czymś niezdefiniowanym. Myśli o Ninie przywołały te o bliskich. W głowie miałam nieład.

– Niedobra? – Zoran pogłaskał mnie po dłoni z widelcem, która zawisła nad talerzem.

– Bardzo dobra – odparłam trochę zbyt szybko. – Przepraszam, zamyśliłam się.

– Będzie dobrze, moja kochana – powiedział. – Nareszcie jesteś. A w domu mam dla ciebie niespodziankę – dodał czule.

Ta delikatność sprawiła, że skarciłam się w duchu za milczenie w drodze i tęsknoty za życiem, które zostawiłam daleko za sobą.

– Oczywiście, że będzie. Bo ty tu jesteś – potwierdziłam w przypływie miłości do tego siedzącego tuż obok chłopaka.

Gdybym tak nie myślała, nie byłoby mnie przy nim.

Dojechaliśmy do Dubrownika wieczorem. Kiedy zbliżaliśmy się do miasta, słońce zachodziło za góry, rzucając ostatnie promienie na Stari Grad.

Zoran skierował się do bramy Pile i zaparkował w pobliżu mojej dawnej kwatery.

– Chcesz mi przypomnieć, gdzie mieszkałam? – zapytałam, wdzięczna za krajoznawczą wycieczkę.

– Wysiadaj. To właśnie moja niespodzianka.

Kiedy stanęłam w progu pokoju zajmowanego z Niną przez ostatnie pół roku, zrozumiałam. Zoran wynajął go dla nas.

– Jak ci się podoba? – Mój ukochany czekał na oklaski. – Dodatkowo mamy łazienkę i jeszcze mały pokoik z wnęką kuchenną. Przeniosłem już swoje rzeczy z akademika.

Byłam w Dubrowniku. To samo miejsce, ten sam widok, a u boku Zoran. Zadowolony, szczęśliwy i podekscytowany. Nie mogłam mu sprawić zawodu.

– Jestem pod wrażeniem. Będziemy tu szczęśliwi – powiedziałam radośnie, choć widok łóżek, które jeszcze dwa tygodnie temu zajmowałyśmy z Niną, wywoływał nostalgię.

– Lecę po bagaż. – Zoran obdarzył mnie całusem i pognał po schodach.

„Dojechaliśmy. Wszystko w porządku. Kocham Was”, napisałam do mamy, korzystając z jego nieobecności.

„Trzymaj się, Nina! Spacyfikujesz młodą. Dobrze nam było w Dubrowniku. Musimy to kiedyś powtórzyć. W.”, skreśliłam esemesa do przyjaciółki.

Układałam rzeczy w dobrze mi znanej szafie i pociągałam nosem, jednocześnie w myślach pukając się w czoło.

„Kochanie, nawet nie wiesz, jak będzie mi Ciebie brakowało”. Mama odpowiedziała natychmiast, a ja zdołowałam się jeszcze bardziej.

Mnie ciebie też, pomyślałam, dokładając na półkę kolejne swetry.

– Jestem! Czy moja ukochana ma ochotę na kieliszek domaće i wspaniałą kolację? – Głos Zorana zaanonsował nadejście jego właściciela.

Otarłam łzy i wpadłam w jego ramiona. Do końca wieczoru nie musiałam sobie tłumaczyć, dlaczego tu jestem. Zasnęłam w jego ramionach, pełna wiary, że trafiłam na swoje miejsce.

ROZDZIAŁ 3

ANNA

Wieczorem doczekałam się wiadomości od Weroniki. Szczęśliwie dotarła do Dubrownika i przesłała kilka miłych słów. Że też nie mogłam się powstrzymać od napisania, jak będzie mi jej brakowało! Powinnam podzielać jej radość. Matczyny egoizm!, myślałam, po raz kolejny odczytując „kocham Was”, które podarowała mnie i ojcu.

Kiedy wyjeżdżała do Chorwacji na wymianę studencką pół roku temu, również odczuwałam niepokój. A zaraz potem radość, gdy bezpiecznie dotarła na miejsce. Ale tym razem nasza rozłąka nie zanosiła się na marne kilka miesięcy, po których Weronika miała wrócić do domu.

Moja mała córeczka zdecydowała się rozpocząć nowe życie na obczyźnie wiedziona miłością do mężczyzny. Rozdarte serce matki sekundowało jej uczuciom, ale pozostał żal do losu. Nie chciałam, by Weronika przybywała aż tak daleko ode mnie.

Przygnębienie, które nie opuściło mnie również kolejnego dnia, pogłębił telefon od mamy.

– Masz wiadomości od Iki? – zapytała, kiedy przygotowywałam kolację dla chłopaków i popłakiwałam nad deską do krojenia.

Zdobyłam się na zdawkową odpowiedź.

– Jest na miejscu. Wszystko w porządku.

Po chwili milczenia mama spróbowała mnie pocieszyć, uderzając w tony bliskie Jerzemu.

– Aniu, Weronika wróci wcześniej, niż ci się wydaje. Mamy z dziadkiem nadzieję, że to jedynie chwilowe zauroczenie i szybko minie. Sama powinnaś o tym wiedzieć najlepiej – zakończyła.

– Co masz na myśli? – zareagowałam napastliwie.

Mama przez moment powstrzymywała się od odpowiedzi, prawdopodobnie ważąc słowa. Wersja, którą usłyszałam, była już po wewnętrznej cenzurze.

– Każdy dłuższy wyjazd niesie za sobą przeżycia, których wartość czasami wyolbrzymiamy. Potem rzeczywistość je weryfikuje. Sama przeżyłaś kiedyś pół roku poza domem i rodziną. I wróciłaś.

– Mamo, o czym ty mówisz? Przecież miałam do kogo wracać – zwróciłam jej uwagę, choć ze świadomością, że nie jestem do końca szczera.

W Polsce zostawiłam bliskich, jak Weronika. Ale rodzice rodzicami – był Jerzy. Mąż, z którym za rok mieliśmy świętować dziesięciolecie. A w Chorwacji Blaż, w tamtym momencie życia mi najbliższy. O tym jednak nie zamierzałam wspominać mamie, ani wtedy, ani tym bardziej teraz, po ponad dwóch dekadach od mojej dziennikarskiej misji. Tylko dlaczego ona rozpoczęła temat?

Odpowiedź dostałam już w następnym zdaniu.

– Aniu, nigdy nie wnikałam w twoje życie uczuciowe i nie zamierzam tego robić – usłyszałam. – Ale nie myśl, że nie potrafię patrzeć. Jestem i zawsze byłam twoją matką, której serce kroiło się na widok twojego cierpienia po powrocie. Sądzisz, że nigdy nie byłam młoda? Zakochana w kimś innym niż twój ojciec?

Zaskoczyła mnie. Choć łączyły nas bardzo dobre relacje, nigdy nie byłyśmy przyjaciółkami od serca. Do głowy by mi nie przyszło, by zwierzyć się jej z miłości do chorwackiego reportera, a wywody o złamanym sercu w ogóle nie wchodziły w rachubę. Pozamałżeńskie związki mojej matki wydawały mi się tak nierealne jak lepienie bałwana w środku lata.

 

– Jeżeli chcesz, możemy kiedyś o tym porozmawiać. – Mama przerwała ciszę. – Może przy kieliszku wina?

– Oczywiście – wykrztusiłam.

Nie znajdowałam słów, aby kontynuować tę osobliwą rozmowę.

– W takim razie do zobaczenia, kochanie. I nie martw się o Weronikę. Jest nieodrodną córką swojej matki, trochę genów odziedziczyła po babce. Wróci do nas.

Oszołomiona musiałam zebrać myśli, najlepiej w towarzystwie Lucyny.

Wciąż pisywałyśmy wspólnie książeczki o krążącym po całym świecie gołąbku Herkulesie i sprzedawałyśmy je ze zmiennym powodzeniem – ja dorabiając do pensji w gazecie, ona do kieszonkowego. Jej Andrzej dobrze zarabiał w swojej kancelarii adwokac­kiej, mój Jurek nieco gorzej na państwowej uczelni. Wprawdzie odkąd moja przyjaciółka wyprowadziła się z rodziną do zgrabnego domu w Powsinie, nasze kontakty uległy rozluźnieniu, ale ani odległość, ani tempo życia, ani inne równie idiotyczne wymówki ich nie uśmierciły.

Znałyśmy się jak przysłowiowe łyse konie. Na naszych oczach rosła Weronika i syn Lucyny Wiktor, równolatki, które przyszły na świat tego samego dnia. My, ich matki, uświadomiłyśmy sobie, że leżałyśmy razem na poporodówce, dopiero w trakcie pamiętnego spotkania w osiedlowej piaskownicy.

Ja miałam wiedzę o jej życiu, ona była na bieżąco z moim. Ciężko doświadczona w pierwszym małżeństwie z Edmundem, przestępcą, który nie cofał się przed niczym, ze zleceniem morderstwa Wiktora, ojca małego Wiktorka, włącznie, w końcu zawinęła do przystani u boku naszego przyjaciela Andrzeja. Owoc ich związku, siedmioletnia Edytka, moja chrześnica, w tym roku rozpoczynał szkołę.

Czas leciał. Od naszej pierwszej rozmowy minęło siedemnaście lat. Ika i Wiktor studiowali, moi chłopcy mieli rok do matury. Jedynie blondwłosa Edytka jeszcze pozwalała się przytulać i nie sprawiała większych problemów. Wypatrywałam dla niej po sklepach sukienek w łączkę, łączyłam ze słomkowymi kapelusikami ze wstążką. Teraz jednak, na początku marca, były to stroje raczej mało pożądane. Tak czy siak u ciotki w szafie zawsze znajdowały się ciuszki i książki dla najmłodszej. Na wypadek gdyby nagle zamknięto wszystkie sklepy i zabroniono zakupów.

Siedziałam nad niedopitą kawą. Jeszcze chwila, a zaczęłabym wróżyć z fusów; wbrew modzie lubiłam zwykłą, parzoną. Mocną, gęstą, z jedną łyżeczką cuk­ru. Podziękowałam w duchu, że mama nie do końca ma rację w kwestii dziedziczenia w naszej rodzinie genów po kądzieli. Nie miałam, jak ona, tendencji do tycia i jeszcze całkiem zgrabną talię, której odrobina słodkości nie mogła zagrozić. Jakie to szczęście, że Blaż na zaaranżowanym przez nasze dzieci spotkaniu w Dubrowniku ujrzał mnie w małej czarnej sprzed przynajmniej dwunastu lat, w którą zmieściłam się bez żadnych problemów.

Wstałam z taboretu i sięgnęłam do tajemnej kryjówki, w której trzymałam papierosy. Rzuciłam, ale lubiłam sięgnąć po jednego, kiedy myśli wiodły w stronę wspomnień. Bo Blaż był wspomnieniem. I tak miało pozostać, chociaż list od niego, który przeczytałam wczoraj, nie dawał mi spokoju.

Ja też wciąż coś do ciebie czuję. Chyba…, wyszeptałam bezgłośnie.

Najwyraźniej papieros zawrócił mi w głowie.

Mimo woli zerknęłam na zegarek. Dochodziła druga, a ja, zamiast skorzystać z okolicznościowego urlopu, który wydębiłam u Harry’ego, swojego szefa, przesadzić kwiaty w salonie i zrobić zakupy, siedziałam w kuchni, paliłam i – o matko! – nalałam sobie kieliszek wina, po którym nie został ślad.

Przy życiu trzymała mnie wizja przedłużenia wolnego o jeszcze jeden dzień, ale nie tylko ze względu na przesadzanie kwiatów. Coraz bardziej nie chciało mi się obrabiać grządek w gazecie. Niekończące się wywiady, lista reportaży, za które musiałam się zabrać, ludzkie problemy, często bardzo chwytające za serce, ale wymagające dużo uwagi i siły, zaczynały mnie nużyć.

A może po prostu tracę siły? Może zaczynam się starzeć?, dumałam następnego ranka.

– Nie aż tak bardzo, by zarzucić gotowanie obiadu – zamruczałam pod nosem, sięgając po patelnię.

Zamierzałam pójść na łatwiznę i przygotować dla chłopaków leczo. Wegetarianka Ika znajdowała się w Dubrowniku, mogłam zatem przyrządzić mięsne, a właściwie kiełbasiane danie. Chłopaki zjedzą wszystko, więc fasola, cebula, śląska, sos pomidorowy i pieczarki. Podsmażyć, zakręcić w garnku, kromka chleba i gotowe.

Zwarłam się w sobie i stanęłam przed kuchennym blatem. Ciach-ciach, cebula pokrojona. Z kiełbasą i pieczarkami poszło jeszcze łatwiej. Po chwili z garnka dochodził zapach doprawionej potrawy. Wylałam na patelnię trochę oleju, zeszkliłam paprykę, a na okrasę dorzuciłam kilka sztuk kaparów.

Spróbowałam, wyszło nieźle. W każdym razie chłopcy chwalili.

Alek pochłonął obiad i wybiegł do Mańka uczyć się do klasówki z angielskiego. Michał pognał na próbę zespołu. Przyzwyczaiłam się do tej jego aktywności, ale w sercu miałam obawę. Jerzy, niestety, nie angażował się w rozmowy o synach.

– Uważasz, że Michał nie przykłada się do nauki? Musisz z nim pogadać. – Rozwiązanie przychodziło mu od ręki.

– A ty nie możesz? – Czasami ponosiły mnie nerwy.

– Dobrze, ale nie w tym tygodniu. Przecież wiesz, że mamy dużą konferencję. Może później. – Przebijał piłkę na moje pole.

Tygodnie, żeby nie powiedzieć lata, mijały, a sprawy dzieci spoczywały wyłącznie na moich barkach. Coraz bardziej obciążonych i niechętnych, by dźwigać je samodzielnie.

– Lucyna? Tak się cieszę, że cię słyszę! – Głos przyjaciółki podniósł mnie na duchu, kiedy wreszcie zdecydowałam się do niej zadzwonić. – Znalazłabyś czas na spotkanie? U ciebie? Świetnie!

Niestety – dopiero jutro. A ja już natychmiast miałam ochotę opowiedzieć jej o wyjeździe Weroniki i o spotkaniu z Blażem w Dubrowniku. O liście, który do mnie napisał, o rozmowie z mamą, o tym, jak mi się nie chce pracować w gazecie. O całym moim życiu, z którego powinnam być tak cholernie zadowolona, tymczasem odczuwałam zmęczenie.

Jerzy napisał, że wróci późno. Sięgnęłam po resztkę wina, która została w butelce, i wlałam do kieliszka.

„Kochanie, jestem z Tobą i życzę Ci miłego wieczoru”, wystukałam kilka słów do córki. „Kocham Cię. Mama”.

Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się, czy zareagować na list Blaża. A nawet próbowałam to zrobić, jednak wygasiłam ekran komórki. Nie tylko dlatego, że usłyszałam chrobot klucza w zamku i dostrzegłam w przedpokoju męża.

Zaproponowałam mu odgrzanie resztki leczo, którego nie dojedli synowie.