Bezpieczny port

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4

Pod okiem kuzynki mijał mi kolejny dzień niewyobrażalnego stresu. Giga bez skutku starała się wmusić we mnie choć odrobinę jedzenia, ale zaciśnięte gardło nie pozwalało przełknąć niczego. Wbrew woli co jakiś czas popadałam w odrętwienie, a nawet w płytkie drzemki. Giga zarekwirowała telefon i przejęła funkcję sekretarki.

– Wypoczywaj, ja będę czuwać – zarządziła i okryła mnie kocem. – Obudzę cię, kiedy odnajdą Ilonę z małą. Muszą być gdzieś w pobliżu.

Nie myliła się.

Udręka zakończyła się o jedenastej wieczorem, kiedy nie słuchając biadolenia Gigi nad moim brakiem rozsądku, dopijałam czwartą tego dnia filiżankę kawy.

Telefon o tej porze musiał zwiastować jakieś wieści. Giga pierwsza dopadła aparatu.

– Tak? Tu Gizela Rossi. Wanda siedzi obok. Znaleźliście Polę? – Gdy zorientowałam się, że to policja, omal nie zemdlałam. – Już ją daję. – Przekazała mi telefon i rozłożyła ręce.

– Wanda Zarębska, słucham – wyszeptałam zmienionym głosem. Zastygłam w bezruchu pod wyczekującym spojrzeniem kuzynki. – Gdzie są? Jak się czuje Poleczka? Mogę coś do niej powiedzieć?

Po ogromnym nieszczęściu nadeszła chwila równie ogromnej ulgi. Nie dane mi było wprawdzie porozmawiać z małą, która akurat spała na siedzeniu radiowozu, musiało wystarczyć zapewnienie, że została przebadana przez lekarza, czuje się dobrze i wraca do domu. Zanim zdążyłam zapytać o Ilonę i miejsce pobytu wnuczki, policjant zakończył rozmowę.

– Porozmawiamy na miejscu. Będziemy w Chełmnie za półtorej godziny – poinformował mnie na pożegnanie.

Dalsze wyjaśnienia musiały poczekać.

Giga wpatrywała się we mnie pytająco.

– Gdzie ją znaleźli? Wszystko w porządku?

Jeszcze przez moment nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu. Odezwałam się, kiedy opadły pierwsze emocje.

– Mają ją. Byli z nią u lekarza, i to najważniejsze. Niczego więcej nie wiem, ale kiedy dorwę Ilonę… – Zacisnęłam zęby.

– Nie będziesz musiała. I tak dostanie za swoje. Teraz skupmy się na przygotowaniu małej dobrej kolacji i wygodnego łóżka.

Wyczekiwałam wnuczki z obawą, jak zniosła całe zamieszanie, ale na szczęście policja dowiozła ją w niezłej kondycji.

Pola wmaszerowała do domu nieco zaspana i zmęczona.

– Chodź, kochanie, do babci! Moja malutka, moja biedna… – Chwyciłam ją w ramiona i ściskałam, nie mając zamiaru wypuścić. – Już nigdy nikt mi ciebie nie zabierze. – Tuliłam i jednocześnie ocierałam łzy radości. – Nic ci nie zrobiła?

– Mamusiu, byłam z ciocią Iloną nad jeziorem i mieszkałam w drewnianym domku. I tam był kot – relacjonowała Pola, jakby właśnie wróciła z wycieczki.

– Już dobrze, wróciłaś do domku…

– Musiałyśmy jechać szybko, bo na nas czekał.

– Kto taki?

– No, kotek. Był czarny i miał białe łapki.

Odetchnęłam, widząc, że nie przeżyła traumy.

– A co z…? – zapytałam, wciąż z Polą w ramionach.

– Została zatrzymana. Dalszych wyjaśnień udzieli pani komendant – poinformował znany mi już aspirant Grądzki. – Zapraszam do nas jutro na dziesiątą.

Miałam nadzieję, że Ilona poniesie zasłużoną karę i wyląduje w więzieniu, tak się jednak nie stało. Psychiatra stwierdził jej niepoczytalność i skierował na obserwację do szpitala psychiatrycznego.

– Więc jest chora? – dopytywała Mirka, kiedy po zasięg­nięciu informacji na policji relacjonowałam jej przebieg wydarzeń. – Ale przecież zaplanowała porwanie w najdrobniejszych szczegółach.

– Jak widać, choroba psychiczna nie przeszkadza w logicznym myśleniu. Wszystko przewidziała. Wyczekała momentu, kiedy Pola będzie w zasięgu, wcześniej kupiła dla niej ubrania, przygotowała stosowne alibi, zarezerwowała domek nad jeziorem.

– Sądziła, że nikt ich nie znajdzie?

Aż wzdrygnęłam się na wspomnienie rozmowy z Iloną, na którą wbrew regulaminowi pozwolili mi policjanci. Spodziewałam się zastać skruszoną kobietę, gotową przeprosić za piekło, które mi urządziła. Tymczasem zobaczyłam buntowniczkę, zdecydowaną przelać na mnie wszystkie swoje żale do losu.

– Po co tu przyszłaś?! Pastwić się nade mną? Widzisz teraz, jak to jest stracić dziecko, choćby na kilka dni? Jak jest, gdy ci je zabierają? Najpierw dałaś mi ją, chociaż ciąg­le miałaś pretensje, że coś robię nie tak, ale potem uznałaś, że ta jakaś Danka lepiej się zajmie moją Polą. No, nie patrz tak! Taka sama ona moja, jak i twoja. Nie jesteś jej matką, nawet nie potrafisz jej upilnować. Ja nie mogę mieć kontaktu z Poleczką, ty też nie będziesz go mieć! Kaśka ci ją zabierze! – wykrzykiwała Ilona z nienawiścią w oczach.

Zrobiło mi się jej żal. Jak bardzo musiała być nieszczęśliwa po stracie Wojtusia, że zaryzykowała porwanie cudzego dziecka? Nie sądziła chyba, że zdoła ukryć małą przed światem? Zresztą kto wie, jakie rojenia powstały w jej chorej głowie?

Przeszła mi złość i postanowiłam zagadać do niej po ludzku.

– Ilona, nie przeżyłam tragedii takiej jak twoja, ale próbuję cię zrozumieć. Macie przed sobą z Wiktorem wiele lat życia…

Przerwała mi.

– Co ty wiesz! I po co tu przyszłaś? – krzyknęła. – Zobaczysz, nawet jeżeli mnie zamkną, kiedyś wyjdę i Pola będzie moja albo niczyja!

– O czym ty mówisz?!

Uśmiechnęła się szyderczo i znacząco podniosła palec wskazujący.

– Tam będziemy razem na zawsze.

– No, mówże wreszcie! – zniecierpliwiła się Mirka. – Myślała, że nikt ich nie znajdzie?

– Aż strach pomyśleć, do czego mogłoby dojść, gdyby nie sprawność policji. Ilona jest psychicznie chora.

Po odzyskaniu wnuczki postanowiłam odpocząć od restauracji. Musiałam zaprowadzić małą do psychologa i zadbać o domową harmonię. Poprosiłam Wiktora o spotkanie w Fabryczce, która od Wigilii stała zamknięta.

Być może na zawsze, pomyślałam, zbliżając się do drzwi opatrzonych informacją: „Nieczynne. Przepraszamy”.

Po ostatnich przeżyciach nie miałam ochoty rozstawać się z Polą ani na minutę. Rozważałam także rozwiązanie umowy ze wspólnikiem. Nie widziałam możliwości dalszej współpracy i widywania go każdego dnia.

Czekał na mnie w progu.

– Witaj – powiedział. – Przygotowałem dla nas kawę i coś do przegryzienia. – Wskazał na stojący na stoliku pod oknem talerz z włoskimi ciasteczkami cantuccini.

Jeżeli myślał, że zmiękczy mnie widok ulubionych słodkości z migdałami, grubo się mylił. Usiadłam, ale ostentacyjnie odsunęłam pokusę.

– Daj sobie spokój, Wiktorze. Nie przyszłam tu jeść, tylko porozmawiać. A kawę już piłam.

Przeczekał kolejne wymówki i napad złości. Nie odezwał się, kiedy wspomniałam o rozwiązaniu spółki. Milczał, aż wyczerpałam wszystkie tematy.

– I co ty na to? – przerwałam po chwili ciszę.

– Na co, Wanda? Na twoją wściekłość? Biję się w piersi i nie wiem, jak cię przepraszać. A jeśli chodzi o twoją decyzję o rozstaniu… – zawiesił głos i westchnął głośno. – Cóż, będę musiał ją uznać. Rozumiem, że nie możesz na mnie patrzeć, i masz do tego prawo. Chociaż nie wiesz, jak bardzo pragnąłbym cofnąć czas.

Zamilkł, spoglądając w okno, jak gdyby szukał za nim natchnienia do kontynuowania rozmowy. Później skierował wzrok na mnie.

Przez moment zawahałam się, czy nie za szybko wystąpiłam z propozycją rozwiązania spółki. Może podjęłam ją zbyt emocjonalnie? Już miałam się wycofać, ale usłyszałam wypowiedziane pewnym głosem słowa.

– Masz rację, Wanda. Powinniśmy się rozstać. Po tym wszystkim trudno by ci było odzyskać do mnie zaufanie i wrócić do normalności. Zrobię, jak chcesz – dodał ciszej Wiktor. – Jednak o ile mogę mieć cokolwiek do powiedzenia, likwidacja spółki trochę trwa, a my mamy zobowiązania. Musimy zapłacić ostatnią ratę za piec do pizzy, zrealizować umowy z kilkoma firmami na catering i parę innych. Pozwolisz mi popracować jeszcze ze dwa miesiące?

Wracałam do domu ze łzami pod powiekami. Wspominałam Wiktora i powoli wypierałam negatywne emocje na rzecz dystansu wobec tego, co się wydarzyło. Kiedy otwierałam drzwi do domu, właściwie mu wybaczyłam. Ale deklaracje padły.

– Zawsze możesz zmienić zdanie – stwierdziła Mirka, kiedy podzieliłam się z nią wątpliwościami.

– Sama nie wiem…

– Przecież to bardzo fajny facet. Świetny wspólnik, doskonały kucharz i… – zawiesiła głos i znacząco przymrużyła oko.

– Przestańcie mi wszyscy wkręcać Wiktora! – uniosłam się. – I ty, i Giga! To dobra decyzja. Zamkniemy restaurację, ja zgodnie z radą Łukasza wynajmę lokal, dorobię do emerytury, a wolny czas poświęcę Poli. Postanowione.

– No nie wiem, Wandziu, czy dobrze myślisz, ale jeśli tak uważasz, możesz liczyć na moje wsparcie.

Chyba postąpiłam słusznie?

Kolejne dni upływały mi pod dyktando opieki nad wnuczką. Wiktor otworzył restaurację, a ja chodziłam na spacery z małą, często „przypadkiem” krążąc w pobliżu lokalu i obserwując zajętych jedzeniem gości.

Pod koniec miesiąca dostrzegłam na swoim koncie trzy tysiące złotych z adnotacją „utarg za styczeń”. Nie zachodziłam do Fabryczki, chociaż domowa opiekuńcza rutyna dawała mi się we znaki. Minął jednak czas, kiedy mogłam wycofać się z propozycji biznesowego rozstania i odwrócić jeszcze bieg naszej historii. Im robiło się później, tym bardziej się przy tym upierałam. Oparłam się nawet namowom Gigi.

– Nie rozumiem. Chłop pracuje w knajpie, zarabia dla ciebie pieniądze, niczego nie chce w zamian… Kobieto, ogarnij się – tłumaczyła kuzynka, pukając się w czoło. – Chcesz zabić kurę, która znosi złote jajka? Jeszcze chowasz do niego urazę? Idź, pogódźcie się i będzie jak dawniej. Naprawdę wolisz siedzieć w domu z Polą, chodzić na spacerki i nudzić się całymi dniami? Nawet nie mam ochoty zaprosić cię do Przyrzecza, żebyś swoją zgorzkniałą miną nie wystraszyła mi Michała! – Na wspomnienie o ponad dekadę młodszego kolegi ze szkoły językowej puściła oko. – Jak dla mnie sprawa jest prosta: na pierwszy rzut oka widać, że macie się ku sobie. A ty, zamiast zapomnieć o jego wpadce, chcesz się z nim rozstać biznesowo, a co za tym idzie, prywatnie. Ilona siedzi w psychiatryku, więc wam nie zagraża. Pomyśl, kobieto, pomyśl! Nawet twoja zapiek­łość świadczy o tym, że Wiktor nie jest ci obojętny. Jeżeli teraz go odstawisz, stracisz go i tyle.

 

W słowach Gigi było dużo racji, ale ja nie potrafiłam wyciągnąć ręki na zgodę. Pod czaszką czaił się strach przed przekazaniem Polki w czyjekolwiek ręce i powrotem do pracy. A poza wszystkim nie bardzo wiedziałam, jak się wycofać z twarzą.

– Jest mi dobrze, Giga – stwierdziłam wbrew sobie. – Poleczka ma opiekę, Kasia może zająć się swoją ciążą. Mnie już dużo nie potrzeba. Znajduję nawet czas na wyjazdy do Torunia i kontakty z chłopakami Asi. Mama niebawem idzie na operację kolana, będę musiała jej pomóc. Restauracja to nie był dobry pomysł. A Piotrowscy w szczególności – dodałam, utwierdzając się w przekonaniu, że dotknęłam sedna.

Przemawiałam do niej, a właściwie do siebie, mając nadzieję, że Gizela nie dostrzeże delikatnej poświaty żalu za życiem, z którego właśnie rezygnowałam. To nowe, które miało przyjść „po restauracji” i „po Wiktorze”, niezbyt nęciło. Codzienne spacery wokół rynku, zakupy na bazarku, zabawy z Polą, nauczycielska emerytura i comiesięczny czynsz najmu z lokalu. Bajki na dobranoc, a po nich jakiś film dla babci, wypady do Torunia, świeczki zapalane na grobie Ludwika. A gdzie kontakty z ludźmi? Co teraz?

I jeszcze definitywne rozstanie się z Wiktorem…

Dumałam, coraz bardziej skłonna do przeproszenia go jutro za emocje i pozostawienia naszej restauracji w naszych rękach, gdy zadzwonił.

– Wandziu, przygotowałem papiery do rozwiązania umowy. Wpadnij je przejrzeć, kiedy będziesz miała czas. Jesteś tam? – zapytał zaniepokojony ciszą.

Odparłam dopiero po chwili, kiedy już odchrząknęłam. I chociaż miałam ochotę zapytać, jak się czuje, czy ma klientów, czy w ogóle o cokolwiek, byleby tylko zapytać i nie kończyć rozmowy, zdobyłam się jedynie na zdawkowe: „Będę jutro”.

Wieczorem złapałam smaka na optymistyczną komedię romantyczną, ale wyszła mi Casablanca.

– „Pośpieszcie się, bo odleci wam samolot” – usłyszałam, gasząc telewizor. Już odleciał, pomyślałam, kierując się na pięterko, gdzie spała Pola. Trzeba się umyć i położyć spać, bo ostatnio wstaje bardzo wcześnie.

Rozdział 5

Zgodnie z umową Wiktor czekał z papierami. Ale, ku mojemu zdumieniu, namawiał gorąco do chwilowego odroczenia wyroku. Do czasu, gdy restauracja upora się z zobowiązaniami.

Ochoczo przystałam na tę propozycję. I jednocześnie oznajmiłam, że wycofuję się z pracy.

– Dziękuję za pieniądze na styczeń, ale możesz na nich poprzestać. Nie chcę czerpać zysków z Fabryczki, skoro przestaję się w nią angażować. I tak stawiam cię w trudnej sytuacji.

Czułam się jak wredna stara baba, która nie potrafi podjąć decyzji na swoją korzyść. Poddawałam się gadaniu mamy, która robiła wszystko, żebym zakończyła wreszcie kontakt z Wiktorem.

Ostatnio bywałam w Toruniu często, coraz bardziej angażując się w sprawy Asi, chłopców i babci. Zdarzało mi się nocować z Polą na Wyspiańskiego, zwłaszcza gdy moja córka musiała następnego dnia załatwić jakieś pilne sprawy, a mama z powodu niesprawności kolana nie mogła zostać z Guciem i Kajtkiem. Godziłam się na to bezwolnie.

Dzięki uprzejmości dyrektorki przedszkola udało się załatwić w nim Poli miejsce od lutego. Szczęście mi sprzyjało. Mała zajęła miejsce chłopca, którego rodzina właśnie wyprowadzała się z Chełmna.

– Pani Wandziu, akurat Pawełek zwalnia miejsce. Choć nawet w innej sytuacji przyjęłabym pani wnuczkę – zapewniła mnie pani Ela Licheń, kiedy w styczniu złożyłam jej wizytę. – Nie zapomniałam, że cała moja trójka przeszła przez pani ręce. A Andrzejek, o ile sobie pani przypomina, nie był łatwym dzieckiem – wspomniała najmłodszego, którego klasę uczyłam przez kilka lat.

– Stare dzieje. – Uśmiechnęłam się do wspomnień. – Co on teraz robi?

– Próbuje szczęścia za granicą, jak Kasia. Niestety, wyjeżdża nam potomstwo. I nic dobrego z tego nie wynika. Proszę, oto kwestionariusz osobowy małej. Proszę wpisać imię, nazwisko, dane rodziców i pani, skoro sprawuje pani nad nią opiekę prawną.

Długopis zawisł nad rubryką dotyczącą danych osobowych ojca dziecka, gdzie po chwili wahania wpisałam Ludwika. Zgodnie z moim przypuszczeniem pani Licheniowa, sprawdzając kwestionariusz, podniosła oczy.

– Pani Wando, zaszła pomyłka. Chodzi o dane ojca, nie dziadka.

– Pola nie ma ojca – wyszeptałam ze wstydem. – Zgodnie z prawem w jej akcie urodzenia figuruje mój mąż. Mała nosi jego nazwisko.

Doskonale wiedziałam, że dyrektorka przedszkola uważa tę sytuację za tyleż dziwną, co nieprzyjemną. Zapadła niezręczna cisza, którą przerwała pani Elżbieta, delikatnie sugerując mi zajęcie się sprawą:

– A nie myślałyście panie o...

Weszłam jej w słowo:

– Leży mi to na sercu, pani dyrektor. Również według mnie dziecko powinno mieć ojca, choćby na papierze, ale jak do tej pory Kasia nie przywiązuje do tego wagi. Czy z punktu widzenia przyjęcia małej do przedszkola fakt posiadania przez nią ojca jest konieczny? – zapytałam.

– Oczywiście, że nie. I przepraszam, że wtrącam się w nie swoje sprawy.

Przeprosiny przeprosinami, ale miała rację. Dotknęła trudnego tematu, lecz odsuwanie go na bliżej nieokreśloną przyszłość nie miało sensu. Postanowiłam odszukać Grzegorza bez względu na to, czy uzyskam aprobatę Kasi, czy nie. Moja córka była zresztą tak pochłonięta nową ciążą, że nie znajdowała czasu na kontakty z nami. Nie wspominając o odwiedzinach.

Powiadomiłam ją niezwłocznie o szczęśliwym powrocie małej. Odetchnęła z ulgą, zapytała o jej samopoczucie i zamilkła.

Próbowałam pożalić się mamie, ale ona nie rozumiała moich pretensji.

– Chciałabyś, żeby przyjechała? Przecież Kasiunia musi teraz dbać o siebie i dziecko. A Pola jest pod dobrą opieką, nie licząc oczywiście tego, że nie zapobiegłaś porwaniu. Ale teraz, kiedy pogoniłaś już wreszcie tego nieszczęsnego Wiktora, będziesz miała dla niej więcej czasu. W ogóle ta restauracja to nie był dobry pomysł. Kto to słyszał, żeby kobieta w twoim wieku ciągle jeździła po zaopatrzenie i stała przy garach?

– A ty co robisz? – zapytałam, patrząc wymownie na parującą na kuchence zupę.

– To dla swoich. Ktoś musi ugotować chłopcom i Asi – odpaliła mama. – Tak jak ty powinnaś skoncentrować się na Poli. No bo przez tę knajpę nie masz czasu, żeby pomóc starszej córce – zauważyła z przekąsem.

Zdecydowanie nie potrafiłyśmy się porozumieć. Czego właściwie chce moja matka? Mam jednocześnie zajmować się wnuczką, pomagać Asi przy Kajtku i Guciu i regularnie ją odwiedzać? Najbardziej jednak ubodła uwaga o Wiktorze.

– Mamo, Wiktor nie dopilnował Poli, to prawda. Do tej pory nie potrafię sobie z tym poradzić. Ale nie życzę sobie, żebyś źle się o nim wyrażała czy komentowała moją decyzję o rozstaniu z nim. Zresztą nic nie jest jeszcze przesądzone – nagięłam prawdę. – I przestań być na mnie zła, bo nie pożyczyłam Kaśce pieniędzy na ratowanie jej sklepu w Monachium.

Siedziała nadąsana, z zaciśniętymi ustami, dumnie spoglądając w okno.

– Ktoś musiał – wycedziła.

– No to ten ktoś będzie teraz musiał pożyczyć od Łukasza na operację – pozwoliłam sobie. – Mamo, proszę cię tylko o jedno: nie posyłaj Kasi więcej pieniędzy. W razie porażki zna drogę do domu.

Utarczkę przerwała nam Asia:

– Mamuś, przejdziesz się z chłopakami po lesie przed rektoratem? Zasną w wózku, a ja wyskoczę na wydział.

– Oczywiście, córciu, przecież po to przyjechałam. Zbieramy się, Polka, idziemy z maluchami na spacer – zarządziłam.

Trawiąc kłótnię z mamą, zakładałam małej buciki i otulałam jej szyję szalikiem. Pomagała mi, jak potrafiła. Bez słowa sprzeciwu pozwoliła posmarować sobie buzię kremem. Kiedy Asia ubierała chłopców w kombinezony, sprowadziłam na dół wózek.

Styczniowe słońce przygrzewało zaskakująco mocno. Mróz nieco poniżej zera wymroził niewielkie kałuże, które zamieniły się w minilodowiska.

– Trzymaj się wózka, Poleczko, bo możesz fiknąć kozła – przestrzegłam małą, która jak zwykle wykonała polecenie.

– Jaka ty grzeczna! – pochwaliła ją ciocia z westchnieniem. – Żeby i moje chłopaki kiedyś takie były! Kłóciłyście się z babcią – zmieniła temat.

– Nic takiego. Boli ją noga i jest marudna – ucięłam.

Joasia nie zamierzała się poddać.

– Miała ci za złe Wiktora, więc teraz triumfuje. Stare, dobre „a nie mówiłam”. Ale dobrze mi się z nią mieszka, mamo. Odnosi się do mnie zupełnie inaczej niż do ciebie. Jest wesoła, dopatrzy maluchów, ugotuje obiad. Nie dziw się, że kocha też Kaśkę i Łukasza. Naprawdę mi pomaga.

Szłyśmy miarowym krokiem, wsłuchane w dźwięk skrzypiącego pod nogami śniegu. Kajtek i Gucio, okutani w polarne kombinezony, szaliki i ocieplane czapki, przymknęli oczy.

Pożegnałam się z Asią przed budynkiem wydziału ekonomii. Miała dwie godziny wolnego na załatwienie swoich spraw.

– Dzisiaj się rozstrzygnie? – zapytałam, mając na myśli jej zatrudnienie na uczelni od przyszłego semestru.

– Może? Mam nadzieję. Wprawdzie na razie ma to być tylko zastępstwo, na pół etatu, ale i to dobre. Będę miała trochę czasu dla dzieci.

– Trzymam kciuki, Joasiu. A moimi stosunkami z babcią się nie przejmuj. To nie twój problem. Matki z córkami czasami się spierają. Będzie dobrze.

Pojechałam z trójką moich wnuków wzdłuż budynku uniwersyteckiej biblioteki, przemierzyłam prowadzącą przez las „czarną drogę”, okrążyłam dwa razy basen i ponownie „czarną drogą”, poprowadziłam wózek przed akademikami. Zakręciłam za stołówką i skierowałam się ku domowi.

Kiedy otwierałam furtkę prowadzącą na posesję mamy, zadzwoniła Asia.

– Mam tę pracę! – wołała podniecona. – Od przyszłego semestru zaczynam! Jesteś tam? – dopytywała.

Głos uwiązł mi w gardle. Stanęła mi przed oczami moja rozmowa z Ludwikiem przed wielu laty, gdy uskrzyd­lona propozycją pracy na uczelni podzieliłam się z nim dobrą wiadomością.

– Profesor zaproponował mi etat asystenta u siebie w katedrze! – krzyczałam od progu.

Zamilkł, ale w końcu się odezwał:

– To miłe z jego strony. Szkoda, że musisz odmówić.

Poczułam niemoc, która wcisnęła w fotel.

Mieszkaliśmy wtedy w Chełmnie, dzieciaki były chore. Ludwik, zajęty restauracją, miał dość mojego studiowania, dojazdów do Torunia, nieobecności.

Przepłakałam pół nocy i odmówiłam.

– Tak, Asiuniu, jestem! – ocknęłam się i okazałam entuzjazm. – Cieszę się bardzo!

Nie wiem wprawdzie, jak sobie sama poradzisz z bliźniakami, ale skoro pragniesz tej pracy, poradzisz sobie nawet bez Daniela, pomyślałam. Postaram się pomóc ci, podobnie zresztą jak ta moja zrzędliwa matka, uśmiechnęłam się w duchu.

Na wszelki wypadek nie zapytałam, czy mąż mojej córki był łaskaw odezwać się do niej w ostatnim czasie. Miał dwoje udanych dzieci, z którymi nie przebywał na własne życzenie.

A Pola nawet nie ma ojca, przyszła refleksja. Trzeba niezwłocznie to zmienić!

Postanowiłam odszukać Grzegorza.