Zabawki diabłaTekst

Z serii: Domenic Jordan #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zabawki diabła
Zabawki diabła
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50,95  40,76 
Zabawki diabła
Zabawki diabła
Zabawki diabła
E-book
29 
Szczegóły
Zabawki diabła
Zabawki diabła
Zabawki diabła
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
21,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Montserrat jest czarownicą.

Jordan podniósł głowę, gdyż w komnacie pociemniało. Wstał, podszedł do łóżka i delikatnie dotknął ramienia kuzynki.

— Zbudź się, Alais. Musimy iść.

Jedną dłonią odgarnął włosy z jej spoconej twarzy. W drugiej wciąż trzymał pamiętnik, palcem zaznaczając stronę, na której skończył czytać.

Gdy byłam mała, ojciec pokazał mi wybryk natury: dwa bliźniacze kasztany w jednej łupinie. Tak samo jest ze mną i Montserrat. Dwie dusze, dwa odmienne charaktery w jednym ciele. Gdy ona przychodzi, przestaję kontrolować własne ciało. Z pani samej siebie staję się mniej niż niewolnicą, bo bierną obserwatorką. Czasem tylko, choć rzadko, zdarza się, że wciąż jestem sobą, a Montserrat pomaga mi swymi magicznymi zdolnościami. Myślę, że robi to dla kaprysu. To dziwne, niepokojące uczucie. Zupełnie jakbym sama była czarownicą.

Nienawidziłam jej z początku, potem jednak stopniowo coś zaczęło się zmieniać. Nie wiem, czego chce ani kim jest. Nie wiem, dlaczego wybrała właśnie mnie. Boję się jej i wolałabym, żeby zostawiła mnie w spokoju. Lecz w jakiś dziwny sposób nawet ją lubię i nie chcę jej krzywdy. Dlatego wystraszyłam się tego dziwnego mężczyzny w czerni, którego Montserrat pokazała mi we śnie. Wiem, kim on jest, i wiem, że kiedy dowie się o Montserrat, będzie chciał zrobić jej coś złego. Montserrat śmieje się z moich lęków. Ona niczego się nie boi.

Alais zbudziła się i usiadła na łóżku. Bijący od jej twarzy blask rozcinał ciemność. Nie bała się już, nie wahała, nie miała wątpliwości.

— Bóg przemówił do mnie we śnie — powiedziała, spoglądając na Jordana wzrokiem, który zdawał się przepalać go na wylot. — Montserrat przyszła tu, by zniszczyć Strażnika Nocy. Nie posąg, choć na początku myślała, jak my wszyscy, że moc świętego jest w tej właśnie figurze. Ale to nieprawda. Moc jest tutaj, w każdym kamieniu tego zamku. I to właśnie zamek czarownica chce zniszczyć.

— A mój brat na to pozwolił? — zapytał zdumiony, że w ogóle może mówić. Głos zamierał mu na wargach. Miał wrażenie, że czas w komnacie zaczyna zwalniać, aż w końcu staje w miejscu. Wypowiedziane z takim trudem słowa zawisły w powietrzu.

Nigdy nie sądził, że Linus może chcieć zniszczyć Mandracourt. Tak bardzo kochał to miejsce. Dlaczego to zrobił? Bo Strażnik Nocy zmienił go… w kogo? Jak wyglądał Linus bez osłony cienia?

Stojąca na stoliku świeca zgasła, ogień w kominku zmienił się w purpurowe płomyki leniwie pełgające po polanach.

— Dał Montserrat czas, którego potrzebowała. Udało jej się i Mandracourt za chwilę przestanie istnieć.

Dość tego.

— Chodźmy stąd. — Jordan z wysiłkiem przezwyciężył bezwład.

Mocno i pewnie chwyciła go za rękę. Nie próbował się opierać.

— Bóg nas ocali. Ufasz mi?

Wokół panowała już całkowita ciemność, ale twarz Alais wciąż jaśniała niczym odbity w mrocznej wodzie księżyc.

— Tak — odparł wbrew wszystkiemu, czym kierował się w życiu. Lecz mówił prawdę.

W ślad za ciemnością nadeszła cisza, a po chwili huk gromu.

* * *

— To kara boża! Widziałam! Z chmury trysnęła błyskawica i obróciła zamek w pył!

Jordan powoli otworzył oczy. Bolała go głowa i czuł lekkie mdłości, zupełnie jakby ktoś uderzył go czymś ciężkim w czaszkę.

Oto uboczne skutki cudu, o których Kościół nie wspomina, pomyślał, podnosząc się niezgrabnie.

Pył opadał na ziemię, odsłaniając gruzowisko, w którym nie sposób było nawet rozpoznać zarysów dawnej budowli. Zmieszany z cierpkim kurzem dym docierał do Jordana, wwiercał się w jego nozdrza i sprawiał, że łzawiły mu oczy.

Zadrżał. Zaczął padać śnieg, miękkie, wielkie płatki wirowały w podmuchach wiatru i osiadały na brązowych źdźbłach trawy.

— Moja dziewczynka… — szepnęła ciotka Vianne, spoglądając na mężczyznę rozszerzonymi z przerażenia oczami. — Ona tam była! Napisał mi pan, że Veronica jest w zamku! Nie żyje? Tak jak pański brat i jego żona?

Skinął głową. Ulga sprawiła, że nagle poczuł się bardzo znużony. Linus, a nade wszystko Alais żyli, był tego pewien. Sądził jednak, że lepiej, aby dla reszty świata pozostali martwi. Tego właśnie życzyłaby sobie jego kuzynka.

Nie wiedział, co stało się z panną Veronicą d’Amat. Jeśli żyje i zechce wrócić do miasteczka, sama będzie musiała wszystko wytłumaczyć.

Ciotka Vianne odsunęła się, zaciskając usta. W jej oczach lśniły łzy.

Włożył do kieszeni kaftana książkę, którą wciąż trzymał w ręce, otrzepał ubranie z pyłu i poprawił włosy. Drżał z zimna, bo Alais, czyniąc cud, zapomniała o jego płaszczu.

* * *

Dziewczyna siedziała na zwalonym pniu drzewa tuż przy rzece. Płatki śniegu osiadały na jej kasztanowych włosach. Czekała cierpliwie.

Gdy usłyszała tętent końskich kopyt, podniosła się i wyszła na drogę.

Jordan zatrzymał wierzchowca.

Badali się przez chwilę wzrokiem jak ludzie, którzy wiele o sobie słyszeli, ale nigdy nie mieli okazji spotkać się osobiście.

Pierwszy przerwał milczenie mężczyzna.

— Veronica czy Montserrat? — zapytał z powagą, a jego dłoń jakby bezwiednie powędrowała do tkwiącego przy siodle pistoletu.

— Veronica — odparła.

— Czy mogę porozmawiać z Montserrat?

— Nie. Ona przychodzi i odchodzi, kiedy ma na to ochotę.

Smukłe palce gładziły lekko ozdobną kolbę.

— Dlaczego zniszczyła Strażnika Nocy?

Veronica spoglądała na niego śmiało, może nawet wyzywająco. Wyglądała zabawnie z zadartą do góry brodą i zacięciem rysującym się na dziewczęcej buzi.

— Nie wiem.

Przebiegła wzrokiem od twarzy mężczyzny do jego dłoni. Pistolet wciąż do połowy tkwił w olstrze, ale palce obejmowały już kolbę gotowe w każdej chwili wyszarpnąć broń.

Nabrała w płuca powietrza.

— Posłuchaj, panie — mówiła teraz szybko, nerwowo — mam propozycję. Nie chcę wracać do Mandracourt, po tym, co się wydarzyło, nie potrafiłabym tam już żyć… Bałabym się, że Montserrat znów każe mi zrobić coś strasznego… Chcę pojechać z panem do Alestry, chcę, aby pomógł mi pan zapanować nad Montserrat. To jedna droga. Druga to…

— Tak?

— Możesz mnie, panie, zabić. Teraz i tutaj. Nie będę krzyczeć ani uciekać. Ale jeśli darujesz mi życie, nie zmienisz później decyzji. Zaakceptujesz mnie i Montserrat, choć wiesz, że ona jest niebezpieczna.

Cofnęła się pół kroku, zamknęła oczy. Stała sztywno wyprostowana, zaciskając dłonie. Nie wyglądała już zabawnie. Drżała, ale była też w niej odwaga i niespodziewana duma.

Dziewczyna miała rację. Montserrat, czarownica, która potrafiła zmieść z powierzchni ziemi zamek, z pewnością była niebezpieczna. Powinienem ją zabić, zanim jeszcze komuś zrobi krzywdę, pomyślał Jordan. Nie mam pojęcia, kim jest, czy postanowiła zniszczyć Strażnika, bo taki miała kaprys, czy może istniał inny powód. Nie wiem, jak wielka jest jej moc, skąd wzięła swe umiejętności i dlaczego, u licha, godzi się na dzielenie ciała z inną osobą. Nie wiem też, czy przy pomocy Veroniki zdołam nad nią zapanować.

Z drugiej jednak strony pokusa znalezienia odpowiedzi na te pytania okazała się zbyt silna. Z trudem potrafił oprzeć się sekretom. A ponadto, jak sobie uświadomił, pannie d’Amat mogło się zdawać, że jej śmierć będzie jednocześnie końcem czarownicy, lecz w rzeczywistości zniszczenie fizycznej powłoki prawdopodobnie tylko na jakiś czas by ją osłabiło.

Puścił kolbę pistoletu. Opadało z niego napięcie ostatniej doby. Był zmęczony, wciąż miał zawroty głowy i czuł lekkie mdłości.

— Zatrzymamy się w najbliższej gospodzie — powiedział. — Muszę trochę wypocząć. Potem wynajmiemy powóz i pojedziemy dalej. Nie wypada, żeby dama podróżowała konno.

Veronica otworzyła oczy i odetchnęła. Na jej policzkach pojawił się lekki rumieniec.

— Dlaczego darował mi pan życie? Czy dlatego, że jestem ładna? — zapytała z przekornym błyskiem w oczach. Przypominała teraz rozkapryszoną dziewczynkę, która domaga się komplementu.

— Z tego właśnie względu. — Czasem pozwalał sobie na takie konwencjonalne słowa, zwłaszcza gdy tak naprawdę nie miały one znaczenia.

Zastanawiała się przez chwilę, potem uśmiechnęła szelmowsko. Oczywiście Domenic Jordan nie powiedział jej prawdy, niemniej to miło, że zechciał dla niej skłamać.

2. Cień w słońcu

Dòna Constancia d’Alazet przywykła do wizyt o nietypowych porach. Jej syn był sędzią w miasteczku Sent Chely, sędzią sprawiedliwym i dość łagodnym, ale i budzącym odrobinę lęku w prostych ludziach. Mieszkańcy darzyli go szacunkiem, jednak ze swymi kłopotami woleli zwracać się do jego matki, która była bardziej wyrozumiała i miała większą wiedzę o życiu. Ona nie oceniała – to zadanie należało do Juliena d’Alazet – a tylko słuchała i próbowała pomóc. Ojcowie skarżyli jej się na synów, którzy rozpierani młodzieńczą energią pakowali się w kłopoty, kobiety narzekały na mężów zbyt brutalnie egzekwujących małżeńskie prawa, panny zwierzały się z pierwszych zawodów miłosnych, a chłopcy prosili o rady, jak postępować z dziewczętami.

Dlatego też dòna Constancia nie zdziwiła się, gdy pewnego ciepłego lipcowego wieczoru przyszła ją odwiedzić Paula Martinian. Uściskała nieoczekiwanego gościa na progu ogrodowej altanki i zaprosiła do stołu. Było zbyt późno na kolację, ale służąca przyniosła trochę smakołyków: czekoladę, smażone w cukrze orzeszki pinii i świeże owoce. Pani domu zdawała sobie sprawę, że drobny poczęstunek pomaga opanować zdenerwowanie i przełamać nieśmiałość.

Altankę oświetlały lampiony zawieszone na gałęziach niewielkiej gruszy. W ich blasku nowo przybyła, mężatka od dziesięciu lat i matka czwórki dzieci, wyglądała jak naiwne dziewczę. Dòna Constancia wiedziała, że to złudne wrażenie. Wbrew upodobaniu do wielkich, upinanych nad uszami kokard i przesadnej ilości koronek Paula Martinian była kobietą dość rozsądną. Nie przyszłaby tu o tej porze, gdyby nie miała ważnego powodu.

 

Zgodnie z niepisaną etykietą rozpoczęły rozmowę od niezobowiązujących tematów. Pani Martinian spytała o zdrowie syna, a potem wnuka gospodyni i usłyszała, że obaj czują się znakomicie. Dònę Constancię z kolei interesowały zbiory – wyglądało na to, że jeśli tylko utrzyma się pogoda, słynnego basteńskiego wina będzie w tym roku niemal dwa razy więcej niż w poprzednim.

Powietrze przesycał zapach kapryfolium, mocny i odurzający, w trawie cykały świerszcze. Mimo późnej pory wciąż było ciepło, nie upalnie jak w dzień, ale po prostu przyjemnie ciepło. Wonna ciemność otulała nagie ramiona niczym leciutki aksamitny płaszcz, pieściła skórę, upajała zmysły lepiej niż wino.

W taki wieczór, pomyślała Constancia d’Alazet, nie może się wydarzyć nic naprawdę złego.

Dziesięć minut później pani Martinian zdecydowała się przejść wreszcie do rzeczy.

— Mam kłopot — powiedziała, a rozmówczyni uścisnęła serdecznie jej drżące, pokryte zimnym potem dłonie. — Martwię się o Lauretę. Och, dòno Constancio, ona wraca do domu z ranami na ciele! Ma sińce, zadrapania, czasem nawet krwawi!

Starsza kobieta przytuliła ją lekko.

— Od jak dawna to trwa?

— Z pewnością od tygodnia, ale możliwe, że dłużej, tylko ja przegapiłam pierwsze oznaki. To się zdarza prawie codziennie. Laureta wychodzi z domu i wraca po kilku godzinach podrapana i posiniaczona. Tłumaczy to najczęściej tak, że upadła, bawiąc się z dziećmi, ale ja, niech mi Bóg wybaczy, jej nie wierzę. Ona nie ma koleżanek ani kolegów. To samotnica, która przez cały dzień włóczy się po polach…

Pociągnęła nosem i przyjęła podaną chusteczkę.

— Kocham ją — podjęła po chwili. — Może nie tak jak moje własne dzieci, ale naprawdę ją kocham. I do tej pory wydawało mi się, że ona kocha nas. A przynajmniej lubi, choć jest u nas obca. Tyle było gadania w miasteczku, kiedy wzięłam ją do siebie. Pani wie, że rodzice Laurety zapłacili nam za jej wychowanie? Ale Bóg mi świadkiem, że nie tknęłam tych pieniędzy. Berard dał je do banku, żeby czekały, aż dziewczyna dorośnie. To dziwne dziecko, małomówne, zamknięte w sobie. Ale dobre, tego jestem pewna. Nigdy wcześniej nie mieliśmy z nią kłopotów. Aż do teraz. Teraz Laureta kłamie, twierdząc, że te siniaki i zadrapania to rezultat zwykłych wypadków. Nie mam pojęcia, dlaczego nie chce powiedzieć prawdy.

— Może się boi — zasugerowała zamyślona gospodyni. — Być może ktoś zastraszył ją do tego stopnia, że nie ma odwagi zwierzyć się nawet przybranej matce. Mam jedno pytanie, Paulo… Nie gniewasz się, że mówię ci po imieniu, prawda? W moim wieku wszystkie kobiety poniżej trzydziestego roku życia wydają się młodziutkimi dziewczątkami. Chcę się upewnić, czy Lauretę krzywdzi ktoś poza domem — położyła nacisk na ostatnie dwa słowa.

Paula Martinian spojrzała na nią wielkimi załzawionymi oczami.

— Nie bardzo rozumiem, pani… — wymamrotała.

— Czy jesteś pewna, że dziewczynki nie zranił ktoś z domu? Służący, może nawet ktoś z rodziny?

Chodziło jej o Berarda Martiniana, męża Pauli. Była kobietą dobrą i łagodną, ale nie naiwną. Wiedziała, że powszechnie szanowani ojcowie rodzin czasem biją, a nawet gwałcą córki.

Pani Martinian potrząsnęła głową trochę zbyt energicznie, a gdy się odezwała, w jej głosie zabrzmiała fałszywa nutka.

— Nie, oczywiście, że nie. Dziewczynka wychodzi z domu cała i zdrowa, a wraca pokaleczona. Zresztą kto miałby ją u nas skrzywdzić? Służący są z nami od lat, nikogo nowego nie przyjęliśmy ostatnio, a na robotników sezonowych jeszcze za wcześnie. Berard zatrudnia ich dopiero przy zbiorach.

Zawahała się, zadrżała, oczy otworzyła jeszcze szerzej.

— Pani przecież nie sądzi, że mój Berard mógłby skrzywdzić Lauretę?

— Nie, nie sądzę — odparła Constancia d’Alazet. Chyba nie, dodała w myślach.

— Przyszedł mi do głowy pewien pomysł. — Młodsza kobieta uspokoiła się odrobinę. — Laureta ma wuja, niejakiego Domenica Jordana. Był u nas wiosną i zostawił swój adres w Alestrze. Nalegał, by pisać do niego, jeśli tylko z dziewczynką będzie się działo coś złego. Jak pani uważa, dòno Constancio, czy powinnam go wezwać?

— Nie podejmę za ciebie decyzji, moja droga. Kim jest ten człowiek?

— Och, z tego, co wiem, jest… — urwała, spojrzała na rozmówczynię i natychmiast uciekła wzrokiem — specjalistą od magii i demonów czy jakoś tak.

Matka sędziego zmarszczyła brwi.

— Nie mówisz mi wszystkiego, Paulo — rzekła z łagodną przyganą w głosie. — W jaki sposób specjalista od magii miałby pomóc Laurecie? Wydarzyło się coś jeszcze, prawda?

— Owszem — przyznała z ociąganiem. — Dziś ukarałam Lauretę za to, że bardzo nieuprzejmie zachowała się w stosunku do księdza, który próbował pytać o te siniaki. Zamknęłam ją w pokoju i nakazałam w modlitwie prosić o wybaczenie. Klucz schowałam do kieszeni. Przysięgam, że nikt nie miał do niego dostępu. A gdy godzinę później otworzyłam drzwi…

— Laureta miała na ciele nowe sińce i zadrapania — dokończyła dòna Constancia.

— Gorzej. Miała rozbity nos, a krew zachlapała jej całą sukienkę. Twierdziła, że modliła się, klęcząc na łóżku, i spadła, ale to przecież bzdura. Jak prawie jedenastoletnia dziewczynka może spaść z łóżka i rozbić sobie nos?

— Czy z małą ktoś jeszcze próbował porozmawiać?

— Nie, tylko ja, mój Berard i ksiądz, którego poprosiliśmy o pomoc. Ale ona nie chce się nam zwierzyć. Milczy albo wpada w złość. Dzieje się coś złego, jestem tego pewna. Poza tym… — znów się zawahała — boję się, że to może mieć coś wspólnego z krążącymi plotkami, pani sama wie jakimi. Na temat Kulawego Isaaca i dzieci, które poznikały ostatnimi laty. Nie sądzi pani, że trochę za dużo ich było jak na tak małe miasteczko?

— Daj mi chwilkę pomyśleć, moja droga.

Starsza kobieta oparła łokcie na stole i ukryła twarz w dłoniach.

„Nie sądzi pani, że trochę za dużo ich było jak na tak małe miasteczko?”. Te proste słowa uderzyły ją jak obuchem.

Boże, czy wszyscy jesteśmy ślepi? Czy oszukujemy się, bo tak jest wygodniej, bo nie chcemy dopuścić do siebie myśli, że w naszym spokojnym Sent Chely może się wydarzyć coś złego?

Piętnaścioro dzieci, które przepadły bez wieści w ciągu ostatnich siedmiu lat, od czasu, gdy w tak tajemniczych okolicznościach zniknęła Alicia Figeac. A także samobójstwo ojca Alicii, najdziwniejsze, o jakim kiedykolwiek słyszałam.

Każde z tych zdarzeń można było wyjaśnić w jakiś sposób. Każde z osobna, ale nie wszystkie naraz, nie wtedy, gdy miały miejsce w tak niewielkim miasteczku i w tak krótkich odstępach czasu.

Przed dwoma tygodniami zaginął ośmioletni Francis i to przeważyło szalę. Mieszkańcy Sent Chely w końcu doszli do wniosku, że dzieje się coś złego. Zaskakujące, ale najszybciej zrozumieli to właśnie prości ludzie, tacy jak Paula Martinian. Dòna Constancia d’Alazet długo ignorowała przekazywane szeptem domysły. Dziś dotarło do niej, że w plotkach może kryć się prawda.

Wyprostowała się i spojrzała na towarzyszkę. Podjęła decyzję.

— Napisz do pana Domenica Jordana. Wspomnij w liście, że najlepiej będzie, jeśli zatrzyma się u mnie w domu. Ty przecież zajmujesz się teraz małym. — Zapomniała, jak najmłodszy synek Martinianów ma na imię, ale wiedziała, że trzymiesięczny niemowlak jest chorowity i kapryśny.

Paula Martinian z ulgą skinęła głową. Cieszyła się, że ktoś zdjął z niej ciężar odpowiedzialności.

— I dopisz jeszcze — dodała dòna Constancia — żeby przyjechał jak najszybciej.

* * *

Pięć dni później, w kolejny ciepły, pachnący kapryfolium wieczór, Domenic Jordan wypoczywał na werandzie domu Constancii d’Alazet. Pił miejscowe wino, różowe i lekko kwaskowate, o delikatnym smaku malin. Ubrana w domową suknię gospodyni siedziała naprzeciw niego na uplecionej ze słomy i pokrytej barwnymi poduszkami kanapie. Tuż obok w bujanym fotelu zajął miejsce Julien d’Alazet. Kołysał się lekko, spoglądając na gościa spod na wpół przymkniętych powiek, bez sympatii, ale i bez niechęci. Był to mężczyzna wysoki i opalony, w typie wiejskiego szlachcica, ubrany elegancko, ale bez przesady. Z powodu ciepła nie nosił kaftana, a tylko koszulę, której rękawy podwinął aż do łokci, co z pewnością w mieście uznano by za przejaw złego smaku. Idąc za jego przykładem, Jordan zdjął kaftan, ale rozszerzane koronkowe mankiety koszuli pozostawił zapięte wokół nadgarstków na dwie złote spinki.

— Ty zacznij, mamo — rzucił Julien d’Alazet lekkim tonem. Z jego ust nie znikał uśmiech, kpiący, ale w pewien sposób całkiem miły. — Wszak to twoja historia. Ja byłem przeciwny fatygowaniu tu pana Jordana aż z Alestry. W naszym miasteczku nie dzieje się nic tajemniczego i mrocznego. Obawiam się jednak — spojrzał na dònę Constancię i jego uśmiech pogłębił się, był teraz bardziej figlarny i pełen czułości — że nie potrafię niczego odmówić mej matce. Pozostaję pod jej urokiem, panie Jordan, jak i wszyscy mieszkańcy Sent Chely. To dobry duch tego miejsca. Pocieszycielka strapionych wdów i organizatorka dobroczynnych kiermaszy, kobieta, która wychowała siedem kotów, cztery psy, jednego syna, a nawet pewną świnię noszącą, jeżeli dobrze pamiętam, piękne imię Miranda. Zwierzę to nigdy nie trafiło na półmisek, choć proszę mi wierzyć, miało wszelkie zalety, jakie świnia mieć powinna.

Don Julien zamilkł. Kołysał się w fotelu, który poskrzypywał leciutko. Twarz mężczyzny niknęła w cieniu, to znów pojawiała się w złotym blasku rzucanym przez wielki, stylizowany na dalekowschodni, lampion.

Jordan czekał. Domyślał się, że gospodarz chce nie tylko opowiedzieć mu o szczęśliwym losie świni Mirandy. Julien d’Alazet – co widać było nawet gdy mówił żartobliwym tonem o psach, kotach i świniach – miał dwie cechy tak ważne u sędziego: zdecydowanie i inteligencję. Lepiej, abym miał go po swojej stronie, pomyślał Jordan, nigdy nie wiadomo, co się może wydarzyć.

— Moja matka — podjął po chwili sędzia — mimo całego swego uroku, dobroci, a także bystrości, ma charakterystyczną dla kobiecej płci wadę: nazbyt ufa plotkom, skłonna jest także dawać wiarę najdzikszym przypuszczeniom. A ja jestem przede wszystkim człowiekiem rozsądnym. Po co szukać skomplikowanych i mało prawdopodobnych wyjaśnień, gdy wszystko da się wytłumaczyć bardzo prosto?

— Ponieważ rzeczy skomplikowane i mało prawdopodobne także się zdarzają.

Odpowiedź nie przypadła Julienowi d’Alazet do gustu. Otworzył usta, by wysunąć kolejny argument, ale matka powstrzymała go.

— Pozwól mi mówić — poprosiła. — I nie przerywaj przez chwilę, dobrze?

Skłonił głowę uprzejmie, a jednocześnie z lekką ironią, po czym rozparł się wygodnie w fotelu i zamknął oczy.

* * *

Wszystko zaczęło się siedem lat temu, kiedy do Sent Chely przybyli Cris Figeac i jego córka Alicia. Przybysze wynajęli dom i wkrótce nawiązali stosunki z miejscowymi. Jednak te stosunki były zadziwiająco jednostronne. Figeac, rozmawiając ze znajomymi, wypytywał uprzejmie o wszystko, lecz sam niewiele o sobie mówił. Mała Alicia bywała wraz z ojcem na proszonych kolacjach, lecz nie pozwalano jej się bawić z innymi dziećmi. Ojciec i córka większość czasu spędzali w domu, do którego nikt obcy nie miał prawa wejść. Nie zatrudnili nawet służącego, bo mężczyzna sam zajmował się gospodarstwem.

Rzecz jasna wkrótce po miasteczku zaczęły krążyć plotki. Ludzie mówili, że Figeac jest czarownikiem, że w ukryciu studiuje sztuki tajemne, a mała Alicia wcale nie jest jego córką, lecz porwaną szlachcianką, którą niegodziwiec zmusza do nauki magii.

Po kilku miesiącach zupełnie niespodziewanie Cris Figeac zaczął zapraszać do siebie Kulawego Isaaca, miejscowego głupka. Przez kilka tygodni tylko on miał wstęp do domu tajemniczego przybysza. Ludzie wypytywali go, ale nieskładne relacje idioty niewiele im pomogły. Kulawy Isaac bywał u Figeaca prawie codziennie, czasem nawet zostawał na noc. Wracał objedzony smakołykami, w eleganckim ubraniu, pokazując ludziom prezenty, które dostał od nowego przyjaciela. Sent Chely huczało od plotek niczym ul pełen pszczół. A potem, w pewien pogodny wiosenny dzień, Alicia Figeac przepadła bez wieści. Wyszła, by na polecenie ojca przynieść wody, i zniknęła na odcinku dwudziestu kroków, jaki dzielił studnię od domu. Znaleziono tylko leżące w kałuży wiadro – nic więcej. Miejscowi zorganizowali poszukiwania, przetrząsnęli winnice, pola i piniowy lasek. Później rozesłano wieści. Długo jeszcze po tym wydarzeniu każdy włóczęga, który pojawiał się w Sent Chely lub w jednym z okolicznych miasteczek, był natychmiast prowadzony do aresztu i wypytywany, czy nie porwał aby ślicznej jasnowłosej dziesięciolatki.

 

Nikt Alicii Figeac więcej nie widział, zupełnie jakby dziewczynka rozpłynęła się w chłodnym wiosennym powietrzu.

Tydzień później sąsiad Crisa Figeaca, niejaki Brasquet, wyszedł rankiem z domu, by rzucić okiem na świeżo zaorane pole. Jego uwagę przyciągnęły drapieżne ptaki gromadzące się nad czymś, co leżało na ziemi. Zobaczył też ślady stóp, wyraźnie widoczne w miękkim, spulchnionym przez pług gruncie. Doprowadziły go one do Crisa Figeaca. Mężczyzna miał rozbitą głowę, a obok leżała czerwona od krwi siekiera.

Brasquet był mądrym człowiekiem. Od razu posłał sługę po sędziego, sam zaś stanął na straży, pilnując, by nikt nie zbliżał się do ciała.

Don Julien uważnie obejrzał ślady stóp odciśnięte w miękkiej ziemi. Jedne, pasujące do butów Crisa Figeaca, wiodły wprost do ciała. Drugie, Brasqueta, zawracały w odległości kilku kroków od nieboszczyka. Innych śladów nie było. Gdy więc następnego dnia po Sent Chely rozeszła się plotka, że to Kulawy Isaac porwał Alicię, a potem zamordował jej ojca, Julien d’Alazet odmówił aresztowania idioty. Uznał, że Cris Figeac niewątpliwie postradał zmysły po utracie córki i popełnił samobójstwo. Prawda, że w sposób niezwykły i bardzo krwawy, lecz zdarzający się czasem u szaleńców.

Plotki przycichły, bo ludzie ufali i wierzyli sędziemu, więc bez wahania zaakceptowali jego wersję wydarzeń. Przez jakiś czas w śmierci Figeaca nikt nie dopatrywał się niczego tajemniczego, nikt też nie posądzał Kulawego Isaaca o porwanie Alicii. Nie zmienił tego nawet fakt, że w ciągu następnych siedmiu lat zaginęły kolejne dzieci, wszystkie w wieku od ośmiu do czternastu lat. O trójce starszych chłopców szeptano, że uciekli z domu, by posmakować życia na morzu, o Dorinie, pięknej trzynastolatce, krążyły plotki, że jakiś czarnoskóry książę bawiący przejazdem w okolicy zabrał ją do swego haremu. Młodsze dzieci pewnie wpadły do wykrotu na polu lub nieużywanej studni, a może porwali je wędrowni cyrkowcy, by włożyć do dzbana, hodować przez kilka lat, a później wyjąć i pokazywać na jarmarkach jako zdeformowane monstra.

Dopiero zniknięcie małego Francisa sprawiło, że mieszkańcy Sent Chely zaczęli kojarzyć ze sobą te wydarzenia. W centrum uwagi znów znalazł się Kulawy Isaac, i to z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, był on jedynym człowiekiem, który bywał w domu Figeaca i ponoć na własne oczy widział tajemnicze zniknięcie jego córki. Po drugie zaś, idiota często bawił się z miejscowymi dziećmi, zwłaszcza z tymi, których rodzice nie mieli czasu czy chęci zajmować się potomstwem i które większość dnia spędzały, uganiając się po uliczkach Sent Chely lub okolicznych polach. Kulawy Isaac znał więc – i to bardzo dobrze – owych piętnaścioro malców, którzy przepadli w ciągu ostatnich lat.

* * *

— Wygląda na to, że jedynie Kulawy Isaac może coś wiedzieć — stwierdził Jordan. — Czy ktoś próbował go pytać?

Bujany fotel skrzypnął, twarz Juliena d’Alazet znów pojawiła się w plamie złotego blasku i już tam pozostała. Gospodarz wsparł łokcie na kolanach i pochylił się w stronę rozmówcy.

— Próbowaliśmy, proszę mi wierzyć, że próbowaliśmy. Ale w słowach Isaaca po prostu nie ma sensu.

— A co mówi?

— Proszę go zapytać. Tak będzie najlepiej. Ja prawdopodobnie przekręciłbym jego wypowiedź. Słyszałem ją już wiele razy, lecz wciąż próbuję doszukać się w niej sensu i przez to raczej interpretuję, niż powtarzam dosłownie to, co Kulawy Isaac mówi.

Jordan skinął głową. Rosnące pod werandą krzewy zaszeleściły, a dòna Constancia odwróciła się zdumiewająco szybko jak na kobietę w jej wieku.

— Wyjdź, Ericu — powiedziała.

Z gąszczu wynurzył się drobny dziewięciolatek. Jasne włosy miał rozczochrane i pełne liści, a w jego oczach malowała się nieskrywana ciekawość.

— To mój wnuk — przedstawiła go. — Dlaczego jeszcze nie śpisz, mały nicponiu?

W jej słowach zamiast nagany była miłość. Chłopiec wyczuł to, więc bez obaw wszedł na werandę i przytulił się do babki.

— Byłem ciekaw tego pana — brodą wskazał Jordana.

— Ericu! — Kobieta skarciła go znacznie surowiej, a Julien d’Alazet roześmiał się krótko.

Chłopiec nie wyglądał na przejętego.

— Dlaczego pan jest taki blady? — zapytał, gapiąc się na Jordana szeroko otwartymi oczami.

— Naprawdę chcesz wiedzieć?

— Tak.

Jordan skinął, a gdy Eric podszedł, pochylił się do jego ucha.

— Jestem wampirem — szepnął.

Mały odskoczył, chichocząc cicho. Wyglądał na odrobinę wystraszonego, ale i zaintrygowanego słowami osobliwego gościa.

— A tak naprawdę?

— Mam wrażliwą skórę, dlatego zawsze gdy wychodzę na słońce, smaruję twarz specjalną maścią. Inaczej spiekłbym się na raka i zeszłaby mi skóra z nosa.

— Ja też kiedyś tak miałem. Babka smarowała mnie wtedy zsiadłym mlekiem — powiedział chłopczyk z pełnym zrozumieniem dla tak poważnych problemów, a potem ni stąd, ni zowąd zmienił temat — pan ma piękną szpadę, widziałem. Umie pan walczyć? Nauczy mnie pan?

— Ericu, dość tego. Idź spać.

Ponaglony kategorycznym rozkazem ojca, chłopiec zniknął w głębi domu. Dòna Constancia spojrzała na gościa.

— Wygląda na to, że mój wnuk pana polubił — rzekła w zamyśleniu.

Jordan miał już na końcu języka odpowiedź, że sympatia ta pozostanie bez wzajemności, nie przepada bowiem za dziećmi, ale powstrzymał się w ostatnim momencie. Nie chciał psuć tych chwil. Dawno już nie zdarzyło mu się spędzić wieczoru w towarzystwie równie miłych i inteligentnych ludzi jak rodzina d’Alazet.

* * *

Bim bam bim bom

Bije kościelny dzwon.

Na placu targowym bawiły się dzieci. Ich cienkie, rześkie głosy brzmiały w leniwej ciszy południa zaskakująco obco. Trzymając się za ręce, krążyły wkoło skupione na wyśpiewywanych słowach rymowanki. Szare plamki cieni tańczyły w rytmie kroków wokół ich nóg.

Jeśli się nie będziesz bał

Weźmiesz wszystko, czegoś chciał.

Jordan oparł się o jedną z targowych bud, nieczynną teraz i dla ochrony przed prażącym słońcem przesłoniętą płachtą białego płótna. Otarł pot z czoła. Przyszedł tu, bo chciał porozmawiać z Kulawym Isaakiem, który zazwyczaj przebywał w centrum miasteczka, tam gdzie zbierały się dzieci. Ale Isaaca nigdzie nie było widać.

Drzewo miejscem dla wisielca,

Bo je wszyscy Stryczkiem zwą.

Czas na Skałkach jak grot strzelca

Bieży szybko w stronę swą.

Do kościoła kieruj kroki,

By przedstawić się bez zwłoki.

Ktoś otworzył i zamknął okiennicę, zarżał koń, uwiązany przy jednym ze sklepików. Dwa psy goniły się przez chwilę ulicą, szczekając tak jazgotliwie, aż staruszki ubrane w czerń i przysypiające na ławach przed domami podniosły głowy.

Potem znów zapanowała cisza przerywana tylko skocznym rytmem wyliczanki.

Do dzieci podeszła właścicielka pobliskiej cukierenki. W ręce trzymała tacę, na której znajdowały się talerzyki z ciastem. Dzieci przerwały wyliczankę i z radosnymi okrzykami przyjęły poczęstunek. Wyglądało na to, że kobieta wcale nie spodziewa się zapłaty.

Jordan rozejrzał się i dostrzegł drobną postać stojącą po drugiej stronie targowego placu. Rozpoznał swoją bratanicę, Lauretę. Na jej nieładnej kwadratowej buzi malowały się rozpacz i determinacja.

Dzieci nie zwracały na nią najmniejszej uwagi. Postawiły drewniane talerzyki na pokrywie miejskiej studni i jadły ciasto, rozmawiając z pełnymi ustami.

Laureta odwróciła się i pobiegła w głąb ulicy. Jordan ruszył za nią. Początkowo chciał krzyknąć, by zaczekała, zrezygnował jednak. Dziewczynka sprawiała wrażenie zranionego zwierzęcia, które ucieka do swej kryjówki.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?