Zabawki diabłaTekst

Z serii: Domenic Jordan #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zabawki diabła
Zabawki diabła
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50,95  40,76 
Zabawki diabła
Zabawki diabła
Zabawki diabła
E-book
29 
Szczegóły
Zabawki diabła
Zabawki diabła
Zabawki diabła
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
21,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

1. Strażnik Nocy

Dziewczyna biegła. Pod stopami miała zlodowaciałą trawę, przed sobą łagodnie opadające zbocze. Oblane księżycowym światłem krawędzie szarych głazów odcinały się od mroku. Za plecami, wciąż zdecydowanie zbyt blisko, zostawiła pogrążone w nocnej ciszy mury zamku. Podkasała spódnicę i zmusiła się do jeszcze szybszego biegu. Zimny wiatr dął jej w twarz, w uszach świszczało, a nogi same niosły w dół zbocza tak prędko, że bała się, iż lada moment zabraknie jej tchu. Nie zwolniła.

Urodziła się w Mandracourt, znała tu każdą piędź ziemi, a światło księżyca pomagało jej zgrabnie omijać większe głazy i przeskakiwać mniejsze. Była młoda, silna, biegła szybko, unosząc w dłoniach brzegi spódnicy. Miała szansę wymknąć się ścigającym. Do miasteczka pozostało jej jeszcze tylko kilkadziesiąt kroków. Tam mogła zmylić pogoń, klucząc w wąskich zaułkach, mogła też prosić o pomoc. Słyszała już ujadanie psów – przerywane i oszczędne, wystarczające, by wzbudzić strach w osaczanej ofierze, ale jednocześnie nienadwerężające sił biegnącego zwierzęcia. Odwróciła się tylko raz. Po prostu musiała to zrobić, musiała wiedzieć, kto ją ściga, choć doskonale wiedziała, co zobaczy. Kilkanaście zwinnych, czarniejszych od księżycowego mroku sylwetek śmigało w dół zbocza. W ciemności psy poruszały się o wiele pewniej niż ona. I o wiele szybciej. Za nimi dojrzała kolejne, znacznie większe plamy czerni, w których domyśliła się jeźdźców. Nie spieszyli się w obawie, że na stromym zboczu wierzchowce połamią nogi. To psy miały dopaść ofiarę, nie oni.

Dziewczyna gnała w stronę pierwszych zabudowań miasta. Jeszcze tylko czterdzieści kroków, trzydzieści…

Z tyłu słyszała głuche uderzenia psich łap odbijających się w długich susach od kamieni. A potem ciężkie cielsko skoczyło jej na plecy. Runęła na ziemię, rozkrzyżowując ręce. W brzuchu i piersi poczuła nagły ból, na moment straciła oddech. Potężna łapa wsparła się o jej szyję, a pazury zraniły skórę. Dziewczyna ostrożnie nabrała powietrza i w nozdrza uderzył ją ciepły smród gnijącego mięsa. Powoli odwróciła głowę, przez cały czas starając się oddychać płytko. Leżąc z policzkiem przyciśniętym do ziemi, widziała cztery psy, które stały tuż obok. Powarkiwały cicho, gotowe w każdej chwili zaatakować. Ich oczy lśniły w mroku. Reszty sfory nie potrafiła dojrzeć, choć wiedziała, że jest niedaleko.

Zamknęła oczy, próbując opanować dławiącą falę strachu. Nie udało się. Drgnęła i pazury wparły się mocniej w jej kark, twarz znów owionął cuchnący oddech, a w uszach zabrzmiał warkot.

Zamarła w bezruchu, zamknęła oczy. Czekała.

Odgłos końskich kopyt uderzających o kamienie był coraz bliższy. Ktoś gwizdnięciem odwołał psy. Wycofały się posłusznie. Wyczuwała ich żądzę mordu, ledwo trzymaną w ryzach przez lata tresury.

Ktoś zsiadł z konia, podszedł do niej. Zmrożona trawa trzeszczała pod podeszwami jego butów.

— Wstań — powiedział.

Wstała. Więcej – hardo podniosła głowę, chcąc spojrzeć w twarz tego, który przyszedł zadecydować o jej życiu. Lecz w świetle księżyca dojrzała tylko czerń układającą się miękko wokół barczystej sylwetki. Mężczyzna zbliżył się jeszcze bardziej. Otulający go cień zafalował, błyskawicznie dopasowując się do nowej pozycji. Pozostali jeźdźcy również zsiedli z koni i otoczyli ich kołem, trzymając w dłoniach wodze niespokojnych wierzchowców. Stali zbyt daleko, by mogła widzieć ich twarze. Możliwe zresztą, że i oni ubrani byli w ciemność, magię Strażników Nocy z Mandracourt.

Dziewczyna cofnęła się i potknęła o kamień. Z trudem zdołała utrzymać równowagę.

— Po co przyszłaś do zamku? — zapytał stojący przed nią mężczyzna. W jego głosie brzmiał szczery żal i to właśnie przeraziło ją najbardziej. — Taka śliczna panna jak ty… Po co ci to było?

Zawahała się, po czym w desperackim akcie odwagi wyszeptała odpowiedź.

* * *

Zmęczony koń stąpał ciężko. Pod jego kopytami zmarznięte liście pękały z cichym trzaskiem. Choć była już połowa grudnia, nie spadł jeszcze ani jeden płatek śniegu, co tutaj, u podnóża Gór Tanabryjskich, zdarzało się bardzo rzadko. W nocy mróz ścinał brązową trawę i opadłe liście, ale śniegu wciąż nie było. Tego roku w Mandracourt karuzela pór roku zatrzymała się pomiędzy jesienią a zimą. Chwila, która zazwyczaj trwa nie dłużej niż kilka dni, rozciągnęła się do tygodni. Ów jeszcze nie zimowy, a już nie jesienny krajobraz, martwy i nieruchomy, wyglądał jak zatopiony w krysztale. Wiatr nie poruszał nagimi gałęziami drzew, nie padał deszcz ani śnieg, a niebo miało ten sam sinoniebieski odcień. Tylko słońce wciąż wędrujące ze wschodu na zachód pozwalało wierzyć, że czas nie stanął w miejscu.

Znużony jeździec kiwał się w siodle. Koń szedł coraz wolniej, pochylając głowę z każdą chwilą niżej i niżej. Gdy drogę przegrodziła płytka rzeka, zatrzymał się, parsknął, po czym na dobre zwiesił łeb, uznając, że bez zachęty swego pana nie będzie moczył kopyt w lodowatym nurcie.

Na środku rzeki, po kolana w wodzie, stała młoda kobieta. Patrzyła w stronę brzegu.

Domenic Jordan podniósł głowę i spojrzał na nią z ciekawością. Biała suknia miękko opinała drobne piersi i smukłe biodra, niżej mokry materiał kusząco lepił się do nóg. Rozpuszczone włosy o barwie dojrzałych kasztanów spływały jej na plecy. Twarz z dużymi oczami, wyraźnie zaznaczonymi kośćmi policzkowymi i delikatnym podbródkiem kształtem przypominała serduszko. Była to miła buzia panny stworzonej do tego, by śmiać się i flirtować. Ale dziewczyna spoglądała na Jordana bez śladu uśmiechu. Woda, która wokół jej nóg tworzyła maleńkie pieniste wiry, naraz rozbłysła różem, jakby przejrzało się w niej zachodzące słońce. Lecz słońce stało wysoko na niebie, a w wodzie, dokładnie tam, gdzie nurt załamywał się pieniście o dwa zgrabne kolana, pojawiło się pasmo bladej czerwieni. Potem drugie, którego nasycony kolor zabarwił bąbelki piany, i jeszcze jedno, ciemniejsze. Później następne, rozlewające się wokół nóg dziewczyny bogatą barwą świeżej krwi.

— Nie skrzywdź Montserrat — powiedziała. — Proszę cię, nie zrób krzywdy Montserrat.

Szarpnął głową, budząc się gwałtownie. Koń zatrzymał się nad brzegiem rzeki. W wodzie stała kobieca postać. Jordan przetarł oczy. Strach na moment zjeżył mu włoski na karku, ale kiedy mężczyzna odjął dłonie od twarzy, zobaczył, że w zagradzającej mu drogę rzece płynie zwyczajna woda, nie krew, a pośrodku nurtu tkwi nie dziewczyna w białej sukni, lecz zwyczajna wieśniaczka okutana chustami i dźwigająca na plecach tobołek. I oczywiście stała nie po kolana w wodzie, ale na płaskim, ostatnim w szeregu głazie. Była bezradna, bo jesienne deszcze musiały porwać resztę kamieni, a do brzegu zostało jej jeszcze kilkanaście kroków.

Zsiadł z konia, odetchnął głęboko. Mroźne powietrze przepędziło resztki snu, ale ból głowy, który męczył go od kilku dni, pozostał. Ból głowy i niepokój, bo przecież przed chwilą widział we śnie dokładnie to samo miejsce, a stojąca w rzece krwi dziewczyna prosiła go, by nie krzywdził Montserrat, o której nigdy nie słyszał.

Wprowadził konia do wody, nie fatygując się, by stąpać po wystających ponad nurt kamieniach. Wiedział, że rzeka jest płytka, ponadto wysokie skórzane buty znakomicie chroniły go przed wilgocią.

— Pomogę ci — powiedział do wieśniaczki, która spoglądała na niego z niepokojem.

Była bardzo młoda, miała chyba nie więcej niż siedemnaście lat, ale – jak to się często zdarza u wiejskich panien – po urodzeniu dziecka szybko straciła urodę. Bo to, co Jordan z początku wziął za tobołek, okazało się kwilącym teraz cicho niemowlęciem, a dziewczyna miała napęczniałe mlekiem piersi i szeroką, rozlaną twarz kogoś, kto gwałtownie utył.

Pomógł jej usiąść w siodle, potem poprowadził konia w stronę brzegu. Gdy kopyta dotknęły suchej ziemi, młoda wieśniaczka zsunęła się z kulbaki zaczerwieniona i wystraszona.

— Jak ci na imię? — zapytał.

— Justa — odparła cicho.

— Idziesz do Mandracourt, prawda?

Skinęła ostrożnie głową, starając się dostrzec w jego słowach pułapkę. Nie ufała temu młodemu, ubranemu w czerń mężczyźnie. Justa, jakkolwiek wdzięczna za pomoc, najchętniej powędrowałaby dalej sama. Lecz on nie zamierzał dać za wygraną.

— W takim razie możemy pójść razem — zaproponował. — Zasypiam w siodle i odrobina ruchu dobrze mi zrobi. Jeśli chcesz, możesz siąść na konia, poprowadzę go.

Pokręciła głową. Jordan zwolnił kroku, by dostosować się do tempa dziewczyny.

Nie towarzyszył jej z uprzejmości. Wciąż zastanawiał się, dlaczego po raz pierwszy ujrzał ją dokładnie w tym samym miejscu, w którym chwilę wcześniej – we śnie, a nie na jawie – widział tamtą dziwną pannę w bieli.

Wkrótce pożałował swej decyzji. Justa była dokładnie tym, kim się wydawała: po prostu głupią wieśniaczką. Trzy miesiące temu urodziła nieślubne dziecko, a że w rodzinnej wsi wytykano ją palcami, postanowiła zabrać synka i poszukać szczęścia w Mandracourt. Mieszkała tam jej daleka krewna, która wraz z mężem prowadziła gospodę. Justa liczyła, że „ciotuchna Vianne” przygarnie ją albo przynajmniej pomoże znaleźć pracę i urządzić się jakoś w mieście. Ot, historia, jakich wiele. Jordan wysłuchał wszystkiego cierpliwie, ale nie znalazł w jej słowach nic, co pozwoliłoby mu rozwiązać zagadkę tamtego snu.

Wyszli z lasu. Przed nimi rozciągał się teraz typowy dla Tanabrii krajobraz. Podłużne wzgórza o poszarpanych kamienistych stokach, wystające ponad zrudziałą trawę krawędzie szarych głazów, ciemna zieleń świerków i poskręcane wiatrem konary nagich drzew, które odcinały się czernią od zimnego nieba. Dalej wznosiły się szczyty gór, ciemne i przysadziste niczym cienie przykucniętych olbrzymów w śniegowych czapkach.

Miasteczko leżało w wąskiej i długiej dolinie pomiędzy dwoma bliźniaczymi wzgórzami. Na grzbiecie jednego z nich stali Domenic Jordan i Justa, na szczycie drugiego, w przejrzystym powietrzu widoczny jak na dłoni, znajdował się zamek od wieków należący do rodziny Jordanów. Zamek ów nazywał się dokładnie tak samo, jak leżące u jego podnóża miasto. Mandracourt.

 

Justa spojrzała na mężczyznę, który jej towarzyszył. Była zdenerwowana i dlatego nie zwróciła uwagi na osobliwy wyraz jego twarzy.

— Gdybyś zechciał, panie… — wydukała. — Pomogłeś mi przecież… Ciotka moja z pewnością nie odmówi ci gościny, jeśli tylko zechcesz…

Przyjął propozycję.

Należąca do ciotki Vianne i jej męża gospoda była niewielka, ale przytulna, z wesoło buzującym na kominku ogniem i ścianami udekorowanymi bukietami zasuszonych kwiatów. Zgodnie z tradycją tych stron nad wejściem widniała wypisana maksyma: „Kto zbyt często zagląda do kieliszka, ujrzy tam uśmiechniętą twarz diabła”. Jednak bywalcy gospody nie mieli takich kłopotów. Byli to stateczni, choć ubodzy mieszczanie. Siedzieli przy stołach, wolno pociągając z kubków grzane wino, rozmawiali przyciszonymi głosami, a w myślach – Jordan miał pewność – liczyli każdy wydany tu grosz.

Usiadł przy wolnym stole, poprosił o zupę serową, chleb i wino. Po raz pierwszy od wielu dni jadł z prawdziwą przyjemnością. W drodze do Mandracourt nie miał apetytu, niewiele też sypiał. Zdawał sobie sprawę, że to nie skutki męczącej podróży, lecz efekt niepokoju wywołanego zbliżaniem się do miejsca, którego nie chciał już nigdy oglądać. Teraz jednak było za późno, by się wycofać, i ta świadomość paradoksalnie przyniosła mu spokój.

Ciotka Vianne kręciła się po sali, zagadując gości. Wysoka i koścista, z brązową, wysmaganą wiatrem skórą, przypominała na pierwszy rzut oka sękaty pień, ale w jej siwych oczach było tyle ciepła, że ludzie odruchowo darzyli ją sympatią. Uważniejszy obserwator dostrzegłby jednak, że coś ją martwi. Rysy twarzy miała napięte, uśmiech chwilami znikał z jej ust. Przystanęła obok stołu, przy którym siedzieli czterej mężczyźni, po czym wdała się z nimi w rozmowę. Jordan jadł zupę i nadstawiał uszu.

— To już drugi raz w ciągu tygodnia — mówił z przejęciem brodaty grubas. — W poniedziałek słyszeliśmy szczekanie psów i proszę: młody Rafael Sanie znalazł się nazajutrz martwy, leżący na ziemi z przegryzionym gardłem. Ledwo go pochowaliśmy, gdy Veronica d’Amat powędrowała wieczorem do zamku, w nocy znów słyszeliśmy ujadanie psów Strażnika, a dziś rano okazało się, że panna d’Amat nie wróciła do domu. Mówcie, co chcecie, ale na mój rozum dziewczyna już nie żyje. Już po niej, moi mili. Te bestie rozdarły ją na strzępy, mówię wam…

— W takim razie gdzie jest ciało? — mruknął jego sąsiad, równie tęgi, ale dla odmiany łysy jak kolano.

— Ona żyje — szepnęła ciotka Vianne, odwracając się plecami do rozmówców. — Veronica wciąż żyje i ma się dobrze.

Jordan wyciągnął rękę i zatrzymał ją, gdy przechodziła obok.

— Rafael Sanie? — zapytał cicho, rozchylając palce, w których zabłysła złota moneta.

Zawahała się, po czym usiadła przy nim.

— Zginął przed sześcioma dniami — powiedziała. — Poszedł do zamku prosić Strażnika o kolejną łaskę. Już raz to zrobił, kilka lat temu. Oddał uszy w zamian za umiejętność widzenia w ciemności, a także za rękę i oko tak pewne, że nigdy nie chybiał celu. Potem wyjechał z miasta. Wrócił dwa tygodnie temu ze strzaskanym łokciem. Myślę, że chciał prosić Strażnika, by wrócił mu sprawną rękę. Ale niewielu udaje się dwa razy stanąć przed obliczem świętego. Rafael zginął rozszarpany przez psy. Nasz pan hoduje je specjalnie po to, by ścigały tych, którzy chodzą do Strażnika…

Moneta przewędrowała z rąk do rąk. Kobieta obejrzała ją uważnie.

— Kim jesteś, panie? — spytała, nie podnosząc wzroku.

— Domenic Jordan, młodszy brat Linusa Jordana, pana na Mandracourt — odparł.

Przyjrzała mu się i gwałtownie wciągnęła powietrze. W tym momencie on też ją rozpoznał. Vianne, nim wyszła za mąż, była piastunką Veroniki d’Amat.

— A więc wróciłeś… — szepnęła. Przez chwilę myślał, że kobieta po prostu wstanie i odejdzie. Najwyraźniej nazwisko Jordanów nie budziło w tym mieście miłych skojarzeń.

Lecz ona spróbowała tylko oddać mu monetę.

— Chciałam prosić o przysługę. Zapłacę…

— Nie. — Zacisnął jej palce na złotym krążku. — Najpierw chcę zobaczyć grób Rafaela Sanie. Potem porozmawiamy o przysłudze.

* * *

Stali nad prostą, usypaną z ziemi mogiłą. Napis na drewnianym krzyżu głosił: Rafael Sanie, zmarł, mając 22 lata. Niechaj Bóg zaopiekuje się jego duszą.

Na grobie ktoś położył wieniec suszonych kwiatów i zapalił woskową świecę. Płomień właśnie dogasał. Gdy Vianne cicho odmawiała modlitwę, błękitny języczek ognia skurczył się, zmienił w maleńką iskierkę i znikł. Wstążka dymu, która wzbiła się w powietrze, pachniała lekko miodem.

A więc wszystko na próżno, pomyślał Jordan. Mogłem się tego spodziewać. Wiedziałem przecież, że Rafael będzie chciał znów mieć sprawną rękę, wiedziałem też, że Strażnik Nocy lubi zabijać – sam lub za czyimś pośrednictwem, choćby i psów, które niewątpliwie pomógł wytresować.

Powinienem wrócić do Alestry i zapomnieć o wszystkim.

Jednak zbyt daleką drogę przebył, by teraz się wycofać. Wcześniej wmawiał sobie, że przyjechał tutaj tylko po to, by dopaść Rafaela Sanie, który na początku grudnia w Alestrze zabił pewną kobietę. Teraz zrozumiał, że tak naprawdę wrócił do Mandracourt, bo chciał się znów zobaczyć z bratem.

* * *

Znaleźli koślawą ławkę. Vianne usiadła, Jordan stanął obok. Nie chciał ryzykować ubrudzenia eleganckiego płaszcza. Tutaj, na cmentarzu, w chłodnej ciszy przerywanej tylko krakaniem wron, mogli spokojnie porozmawiać.

— Proszę o jedno — powiedziała kobieta. — Chcę, aby zapytał pan brata, co zrobił z Veronicą. Jeśli puścił ją wolno, chciałabym wiedzieć, dokąd poszła. Jeśli rozszarpały ją psy, chcę wiedzieć, gdzie jest ciało. Tylko tyle. — Uniosła głowę, zaciskając usta, jakby spodziewając się, że Jordan o coś ją oskarży. Spokojnie wytrzymał jej wzrok.

— Przyjechałem do Mandracourt dzisiejszego ranka i nie mam pojęcia, co tu się dzieje — przypomniał. — Veronicę d’Amat trochę pamiętam. Gdy wyjeżdżałem z miasta, miała jakieś osiem lat, więc teraz powinna mieć około dwudziestu dwóch. Jej ojciec nadal żyje? Jeśli tak, to czy nie on powinien pytać o córkę?

— Veronica została sierotą w dziewiętnastym roku życia — wyjaśniła. — Teoretycznie jej prawnym opiekunem i zarządcą majątku aż do zamążpójścia jest Rogier de Barratin, ale tak naprawdę dziewczyna robi, co jej się podoba. Kocham Veronicę, wychowałam ją i myślę, że pod wieloma względami udało mi się zastąpić jej matkę. Ale ona… Don Domenicu, nie podoba mi się to, jak ona żyje. Z tego nie mogło wyniknąć nic dobrego.

Mówiła na przemian niepewnie, wstydząc się za wychowankę, to znów niespodziewanie w jej głosie pojawiały się twarde nuty, a kobieta spoglądała na Jordana wyzywająco, dając do zrozumienia, że nie pozwoli, by ktokolwiek powiedział o Veronice złe słowo.

Słuchał uważnie. Opowieść nie zrobiła na nim większego wrażenia. Znał sporo dziewcząt w typie panny d’Amat.

Veronica bez skrupułów korzystała z tego, że prawny opiekun niewiele się interesował jej losem. Była młoda, ładna i lubiła się bawić. Nie zgrzeszyła niczym poważniejszym niż to, że sprowadzała sobie ubrania ze stolicy, spacerowała samotnie po zmroku, a raz podczas balu maskowego miała na sobie suknię stylizowaną na skąpą szatę tesalijskiej pasterki. Lecz w tak małej miejscowości jak Mandracourt tyle było aż nadto. Ludzie wzięli ją na języki, szepcząc za plecami, że pozbawiona opieki panna schodzi na złą drogę. Mówiono, że najwyższy czas, by wyszła za mąż, ale ona nie kwapiła się rezygnować z wolności. Z opowieści ciotki Vianne wyłaniał się obraz typowej małomiasteczkowej kokietki, podziwianej przez młodzież i potępianej przez starszych, uroczej i kapryśnej.

Ta właśnie panna wczorajszego wieczoru oznajmiła pokojówce, a następnie swemu prawnemu opiekunowi, że idzie do zamku. Oboje uznali to za żart. Nie sposób było uwierzyć, że Veronica d’Amat postanowiła oddać uszy albo małe palce w zamian za siłę, niezwykłą szybkość czy umiejętność władania szpadą – a takie właśnie zdolności, przydatne zwłaszcza zabójcom, dawał Strażnik Nocy. Najwyraźniej jednak tak zrobiła. Rankiem plotki o zniknięciu dziewczyny rozeszły się błyskawicznie. A że nocą słyszano ujadanie psów z Mandracourt, nasuwał się oczywisty wniosek.

Jordan powoli pokręcił głową. Takie zachowanie nie zgadzało się z wizerunkiem panny d’Amat, który stworzył sobie na podstawie słów Vianne. Odłożył kwestię niezgodności na później. Miał jeszcze kilka pytań.

— Kto teraz mieszka w zamku? Prócz mojego brata, jego żony i służby?

— W Mandracourt od paru lat nie ma służby. Mieszkają tam natomiast… sama nie wiem, jak ich nazwać… przyjaciele naszego pana? Jego towarzysze? Żyją tam wszyscy razem niczym marynarze na statku: sami sprzątają i gotują, a nikt poza dostawcami nie ma wstępu do zamku. Niby nic w tym złego, tylko że… — zawahała się.

Czekał cierpliwie. Nad ich głowami wrona z głośnym krakaniem zatoczyła krąg, po chwili dołączyły do niej inne, dotąd siedzące na drzewie. Niebo poczerniało od skrzydeł, słowa kobiety utonęły w łopocie.

— … wszyscy sądzili, że aby uzyskać coś od świętego, trzeba albo być Jordanem, albo oddać mu w zamian część własnego ciała. Jakiś czas temu jednak rozeszły się plotki, że wystarczy mieszkać przez dłuższy czas w zamku, a święty sam obdarzy człowieka odpowiednimi zdolnościami. Dlatego właśnie tamci przyjechali do Mandracourt, a don Linus pozwolił niektórym zostać. Ludzie nazywają ich Strażnikami Nocy. Od przydomku naszego świętego, oczywiście. Hodują psy, których zadaniem jest ścigać tych, którzy przychodzą do zamku. Psy są wytresowane tak, by osaczyć ofiarę, nie robiąc jej przy tym krzywdy. Potem don Linus decyduje o losie takiego człowieka. Czasem puszcza go wolno…

— A czasem pozwala psom rozszarpać ciało.

— Owszem, jeśli uzna, że ktoś na to zasłużył — przyznała.

— Nikt nie buntuje się przeciw sprawiedliwości mojego brata? — spytał Jordan cierpko.

Wzruszyła ramionami. Tanabria była krajem ludzi ciężko pracujących, uczciwych i niezbyt wrażliwych. Jeśli ktoś szedł do zamku po to, by za cenę utraty ucha wybłagać u świętego coś tak mało rozsądnego jak umiejętność rzucania nożem, to w opinii mieszkańców Mandracourt sam prosił się o kłopoty.

Jednak z pewnością inaczej spoglądano tu na śmierć awanturnika takiego jak Rafael Sanie, a inaczej na śmierć najbogatszej i najładniejszej panny w miasteczku. Może to właśnie było wyjaśnienie tajemnicy. Veronica ubzdurała sobie, że święty da jej miłość przystojnego mężczyzny albo sprawi, że znikną piegi na jej nosie. Coś równie głupiego i niewinnego. Potem dziewczynę dopadły psy i raz jeden tresura zawiodła – sfora rozszarpała ją, a Linus, bojąc się konsekwencji, ukrył ciało.

Być może tak właśnie było. Ale tylko być może.

* * *

Jordan bez trudu odnalazł dom, w którym mieszkała Veronica d’Amat – dużą, zdobioną w roślinne motywy kamienicę z szarego kamienia. Przed laty był tu kilka razy, a pamięć miał dobrą.

Ciotka Vianne wyprzedziła go w drzwiach, po czym zamieniła parę cichych słów z odźwiernym. Sługa poprowadził ich do salonu, po drodze gawędząc z kobietą przyjaźnie. Stara piastunka już od dawna nie mieszkała w tym domu, ale wyglądało na to, że wciąż czuje się tu jak u siebie.

Wkrótce zszedł do nich opiekun prawny Veroniki, don Rogier. Jordan słabo go pamiętał. Ze słów towarzyszki wiedział, że mężczyzna jest zapalonym kolekcjonerem rękopisów i niewiele poza tym go obchodzi, Jego troska o los podopiecznej wydawała się szczera, choć niezbyt głęboka. Nerwowo wycierał w chusteczkę okrągłe okulary i spoglądał na Jordana z nadzieją, że ten zdejmie z niego ciężar odpowiedzialności.

— Nie pojmuję, co się stało — mówił, podczas gdy jego pulchna twarzyczka z obwisłymi jak u chomika policzkami trzęsła się w takt wypowiadanych słów. — Veronica zawsze wydawała się taką rozsądną panną. Może nazbyt samodzielną, owszem, ludzie czasem mieli jej to za złe, ale w końcu dlaczego nie? Ufałem, że wie, co robi, a teraz już niczego nie jestem pewien. Krążą plotki, że rozszarpały ją psy z zamku, ale jakoś nie mogę w to uwierzyć. Nie znaleziono przecież ciała…

Nasadził okularki na nos i pochylił głowę. Za późno. Jordan dostrzegł błysk w jego oczach, leciutkie drgnienie warg.

Wolałbyś, żeby odnaleziono ciało, prawda? – pomyślał. Chcesz ją pochować i wrócić do dawnego życia. Lubisz tę dziewczynę na tyle, na ile cię stać, ale nie masz pojęcia, co robić, gdzie i jak jej szukać, a także co mówić ludziom. Martwa Veronica rozwiązuje te problemy.

 

Po chwili Jordan przerwał milczenie:

— Chciałbym obejrzeć komnaty panny d’Amat. A także jej portret, jeśli jakiś jest w domu.

Gospodarz spojrzał na Vianne.

— Pomożesz panu, prawda? Niestety, ja… hmm… brak mi teraz czasu…

* * *

Z miniatury spoglądała wycięta w kształt serduszka buzia okolona kasztanowymi lokami. Na czerwonych ustach błąkał się psotny i przekorny uśmiech.

Była to twarz dziewczyny, którą dzisiejszego ranka Jordan ujrzał w rzece krwi.

Oddał portret, po czym poprosił Vianne, by zaprowadziła go do pokoi panny d’Amat.

Komnaty tonęły w różu i błękicie, falbankach i koronkach. Ściany pokrywały kwieciste tapety, a wyszywane w chabry zasłony były zakończone wielkimi kokardami. Z półeczek spoglądały lalki o szeroko otwartych, wiecznie zdziwionych oczach. Na czereśniowym biureczku, na konsoli z czerwonej laki, a także na kominku stały bibeloty: delikatne figurynki tancerek w zwiewnych spódniczkach, fauny, pastuszkowie i pasterki. Tu wszystko było delikatne, niewinne. I dziewczęce. Pokoje te zdawały się być twierdzą dziewczęcości. Twierdzą, która miała chronić przed… właśnie, przed czym?

Jordan podszedł do biureczka i zaczął przetrząsać szuflady. Ciotka Vianne spoglądała na niego w milczeniu, a jej zaciśnięte usta świadczyły o wzrastającej niechęci. Nie zwracał na nią uwagi, nie widział też potrzeby, by jakoś się wytłumaczyć. Nie lubił się wtrącać w prywatne sprawy innych, ale w pewnych okolicznościach było to po prostu nieuniknione. Panna d’Amat – żywa czy martwa – pojawiła się w jego śnie, on zaś chciał wiedzieć, jakim cudem zdołała tego dokonać, kim jest Montserrat, co łączy ją z Veronicą i w końcu gdzie, u licha, dziewczyna podziewa się teraz.

Nie znalazł nic ciekawego. Żurnale z rycinami, które przedstawiały najmodniejsze kreacje, kilkadziesiąt listów, w tym sporo od alestrańskich domów mody – te przejrzał bardzo pobieżnie, bo nie interesowało go, że pannie d’Amat nie przypadł do gustu kolor zamówionej mantylki. Dłużej zatrzymał się przy prywatnej korespondencji, lecz Veronica z innymi dziewczętami wymieniała tylko plotki i porady dotyczące strojów czy kosmetyków. Z listów, a także ze słów Vianne jasno wynikało, że nie miała prawdziwej przyjaciółki, którą można by wypytać. Wiersze od wielbicieli, zapewnienia o gorącej miłości, zaproszenia na przeróżne uroczystości – Jordan przerzucał stertę papierów coraz bardziej zniechęcony.

Przeczytał niedokończony list Veroniki do jednej z koleżanek: … burmistrz poprawiał wstążki przy sukni swej bratowej. Zajęło mu to z kwadrans, jeździł nosem po jej spódnicy, wytrzeszczał swoje krótkowzroczne oczy i wyglądał – wypisz, wymaluj – jak szukająca trufli świnia. A ta niesamowita kobieta nie widziała w tym nic zdrożnego! Jest tak cnotliwa i bogobojna, że sama nie grzeszy i nikogo innego o grzech nie posądza. Nie rozumiem, po co ona w ogóle chodzi do spowiedzi. Powinna okazać trochę chrześcijańskiego miłosierdzia i dać spokój nieszczęsnemu księżulkowi, który słuchając jej, kona w konfesjonale z nudów…

Odłożył list, po czym zajrzał do kolejnej szufladki, tak maleńkiej, że mieścił się w niej tylko obrazek dwojga dzieci idących ramię w ramię przez mroczny las oraz oprawiony w skórę notesik.

Sięgnął po niego i otworzył.

Montserrat.

Nakreślone czarnym atramentem imię biegło śmiało przez środek białej kartki. Pismo było zamaszyste, pełne ostrych kątów. Jordan spoglądał na nie przez chwilę, po czym przewrócił stronę.

Montserrat – tym razem litery były drobniejsze, bardziej krągłe. Kolejna strona i znów to imię rozwleczone na całą linijkę.

Wciąż przewracał kartki. Montserrat, Montserrat, Montserrat… Czarne litery: po uczniowsku proste, eleganckie i ozdobne, a nawet dziecinnie niezgrabne, tańczyły mu przed oczami.

Montserrat, Montserrat…

Zaciekawiona Vianne podniosła głowę. Jordan zorientował się, że mówi na głos.

— Czy Veronica znała kogoś, kto się tak nazywa? — zapytał. — Nie… To dziwne imię, nietypowe. Z Południa, jeżeli się nie mylę. U nas w miasteczku kobiety noszą porządne, chrześcijańskie imiona. Nigdy nie słyszałam o żadnej Montserrat.

Zamknął notesik i włożył z powrotem do szuflady.

Przyszła mu do głowy jeszcze jedna myśl.

W górnej szufladzie znalazł ułożone w równy stosik bibuły. Tę, która leżała na wierzchu, już wykorzystywano. Odciśnięte litery były blade, w niektórych miejscach ledwo widoczne, ale przy odrobinie wysiłku dałoby się coś odczytać.

Poszukał w toaletce lusterka, po czym przyłożył je do kartki.

… ogrodzie, gdzie dusze zmarłych kwiatów pachną słodką zgnilizną… Trupimi Palcami… poruszają się delikatnie… białe robaki kłębiące się pod skórą…

I dalej, na dole strony:

… księżyc to olbrzymie zamknięte oko. Bałam się wtedy, że… i oko spojrzy na mnie z nieba.

Jordan niedbałym gestem podarł bibułę, jakby nie wyczytał z niej nic ciekawego.

— Czy Veronica prowadziła pamiętnik? — zapytał.

Młode panny często tak robiły, zwłaszcza jeśli nie miały zaufanej przyjaciółki.

Vianne milczała. Zbyt długo. Jej palce szarpały koniec paska przy sukni.

— Nic o tym nie wiem — odparła po chwili, zaciskając usta z niechęcią.

Przeklął własną niezręczność. Niepotrzebnie pozwolił, by patrzyła, jak przegląda prywatne papiery panny d’Amat.

Pozornie jednak przyjął słowa starej piastunki za dobrą monetę. Odprowadził ją do drzwi i pożegnał, uprzejmie, ale i stanowczo tłumacząc, że nie chce jej dłużej zatrzymywać. Potem zawrócił w głąb domu. Zatrzymał pierwszego z brzegu służącego i zadał mu kilka pytań. Chwilę później rozmawiał już z niedawno przyjętym na służbę Leonem. Potem Jordan przeszkodził jeszcze don Rogierowi, który odkurzał właśnie miotełką jakąś wyjątkowo wielką księgę. Zamienił z nim ledwo parę słów, lecz miał nadzieję, że to wystarczy.

Zamek Mandracourt, późne popołudnie

Zamek zbudowano na szczycie wzgórza, wkomponowując go w krajobraz tak precyzyjnie, że miejscami nie sposób było rozpoznać, gdzie kończy się skała, a zaczynają ułożone ludzkimi rękami kamienie. Zwieńczone blankami mury wznosiły się na wysokość ponad dwunastu stóp, posępne i szare na tle odrobinę tylko jaśniejszego nieba.

Jordan ujął ciężką kołatkę i zastukał w bramę.

Nikt nie otworzył.

Odczekał chwilę i zastukał raz jeszcze, mocniej. Wciąż żadnej odpowiedzi. Odsunął się, zadarł głowę.

— Jest tam ktoś?! — krzyknął.

Chłodna cisza zaniosła jego słowa daleko. Ktoś powinien go usłyszeć. Lecz Mandracourt jakby na złość wciąż pozostawało głuche i milczące.

Odetchnął. Wrzeszcząc przed bramą własnego domu, czuł się jak głupiec.

Odrobinę rozbawiony tą osobliwą sytuacją podniósł z ziemi kamień, zważył go w dłoni i rzucił. Kamień przeleciał ponad murem, ale zamiast oczekiwanego stukotu o bruk dziedzińca rozległo się miękkie, lepkie plaśnięcie, a zaraz później oburzone krakanie. W powietrze wzbiły się kruki. Jeden z nich usiadł na murze. Połykał coś pospiesznie, lśniące czarne pióra na jego gardle drgały leciutko.

Jordan poprawił na ramieniu pasek skórzanej torby. Miał w niej parę najpotrzebniejszych rzeczy. Resztę bagaży, a także konia zostawił w gospodzie ciotki Vianne. Skierował się w lewo, chcąc obejść zamek dookoła.

Na główny dziedziniec można się było dostać jeszcze jedną drogą – wąską bramą, która prowadziła na przestrzał przez wschodnią basztę. Nikt nigdy nie próbował zamknąć tego przejścia. Nie było takiej potrzeby.