WiaraTekst

Z serii: Ze Strachem
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wiara
Wiara
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,80  45,44 
Wiara
Wiara
Wiara
E-book
26,90 
Szczegóły
Wiara
Wiara
Wiara
Audiobook
Czyta Janusz Zadura
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Miejscowi bardzo się buntują?

– Trochę – przyznała ostrożnie. – Ale nie robią nic nielegalnego, tylko piszą petycje.

Boją się, pomyślał Witczak. Milicja nie pieściła się z demonstrantami i mało który chłop miał odwagę ryzykować otwarty protest. Ale Pokój i Wolność to inna para kaloszy, oni niejedną pałą już dostali i w niejednej celi siedzieli. Po nich można się było spodziewać wszystkiego.

Kapitan zapalił następnego papierosa.

– Dobra, wróćmy do naszej dziewczyny. Skąd się wzięła?

– Skąd się wzięła? – powtórzyła Hanka niepewnie.

– Przecież nie spadła z nieba. Musiała jakoś się dostać na ten nasyp. Przyjechała pociągiem, a może autobusem? Przyszła pieszo? Jeśli tak, to skąd?

Starsza szeregowa zastanowiła się.

– Mogła nocować gdzieś w okolicy, ale problem w tym, że nie wiemy gdzie. Na pewno nie tutaj ani nie w schronisku, bo wszędzie pytaliśmy. Ale…

– Ale? – ponaglił ją milicjant.

– Niektórzy chłopi wynajmują pokoje letnikom na lewo – powiedziała z lekkim ociąganiem. – Jeśli tak było, to teraz nikt się do tego nie przyzna. Poza tym mogła spać w namiocie…

– Taka elegancka kobitka?

– Może na co dzień chodziła zwyczajnie, w dżinsach, a eleganckie ciuchy miała gdzieś w osobnej torbie i przebrała się, kiedy szła na spotkanie z mordercą?

– Niech będzie – zgodził się Witczak. – A jeśli nie spała tutaj, to skąd się wzięła?

– Pierwszy poranny pociąg przyjeżdża o dziewiątej pięć…

– To ten, który omal nie rozjechał ciała?

– Ten sam. Autobus z Żywca za to jest w Rokitnicy już o ósmej. Czyli jeśli nie spędziła nocy u kogoś w domu albo siedząc w lesie, to przyjechała autobusem. Tyle że…

– Niech zgadnę: kierowca jej nie pamięta, nikt dziewczyny nie widział.

Skinęła głową, wyraźnie zakłopotana.

– Pytaliśmy też na dworcu, na wszelki wypadek, gdyby jednak przyjechała wcześniej. I nic.

– Zupełnie jakby jednak spadła z nieba, co?

Hanka milczała, wpatrując się w butelkę, z której upiła może trzy łyki. Kapitan swoją zdążył już opróżnić.

– Jest jeszcze jedna możliwość – odezwała się po chwili. – Mogła przyjechać z kimś samochodem, a potem szła przez las i łąkę obok domu Chojniaków aż do nasypu. Niedaleko by miała, jakieś półtora kilometra.

– Półtora kilometra to sporo dla kogoś, kto idzie na wysokich obcasach i martwi się, czy krzaczory nie porwą mu rajstop – zwrócił jej uwagę. – Mniejsza z tym. Chcę teraz zobaczyć miejsce zbrodni, potem porozmawiam z księdzem.

– Już go przesłuchiwaliśmy – zaprotestowała niepewnie.

– Nie chcę go przesłuchiwać, tylko poprosić, żeby nam pomógł – Witczak wyjaśnił jej swój plan. Pomysłowość kapitana niewątpliwie zrobiła na Hance wrażenie, ale błysk w oczach dziewczyny szybko zgasł.

– Ksiądz się nie zgodzi – mruknęła zniechęcona.

– Bo milicja i Kościół się nie kochają? Ale przecież wielebnemu powinno zależeć na zidentyfikowaniu ofiary, choćby po to, żeby rodzina mogła ją po chrześcijańsku pochować.

Skinęła głową, nadal nie do końca przekonana.

Witczak wstał.

– Zaraz wracam.

W pokoju zmienił koszulę na świeżą, wysikał się, a potem, stojąc przed lustrem, potarł szczecinę na policzkach. Powinien się ogolić, uznał jednak, że równie dobrze może zrobić to jutro. Wykrzywił się do własnego odbicia. Był bardzo przeciętnym mężczyzną, w średnim wieku, średniego wzrostu i średniej tuszy. Twarz też miał nijaką: może odrobinę zbyt okrągłą, z oczami nieokreślonego koloru i cienkimi blond włosami, które ostatnio niepokojąco często znajdował na poduszce. Czasem martwił go ten brak wyrazistości – gdyby mógł wybierać, chciałby wyglądać jak znani aktorzy z czasów jego młodości: Charlton Heston czy Rock Hudson. W gruncie rzeczy jednak przeciętna powierzchowność miała pewne zalety, ot, choćby takie, że dzięki niej łatwiej było wtopić się w tło. Poza tym nijakość kojarzyła się z dobrodusznością i brakiem zagrożenia, a to również bywało przydatne w jego zawodzie.

* * *

Stanął na nasypie i rozejrzał się. Na podkładach kolejowych widniała wyblakła czerwona plama – krwi musiało być dużo, cała kałuża, a to oznaczało, że dziewczyna zginęła właśnie tutaj. Witczak wyjął z kieszeni chustkę i przetarł spocony kark. Po jednej stronie, prażąc się w słońcu, rosły rdestowce, pokrzywy i inne chwasty, podchodzące aż pod mury elektrowni. Dziką, wybujałą zieleń przecinała wąska ścieżka – właśnie tędy nadjechał ksiądz. Po drugiej stronie nasypu rozciągał się las, a przed nim łąka, na której pasła się samotna krowa, dalej stał otoczony płotem murowany dom. Było to jedyne gospodarstwo w promieniu kilku kilometrów.

– Do kogo należy ta ziemia? – zapytał.

– To tutaj – Hanka machnęła w stronę zarośniętego pola – to własność elektrowni. A łąka jest Chojniaków.

– Ktoś tu jeszcze bywa?

– W jakim sensie? – Dziewczyna zmarszczyła brwi.

– Jakimkolwiek – zirytował się. – Pary spotykające się w lesie na małe bara-bara, dzieci zbierające grzyby…

– Letnicy teraz niczego nie zbierają, wie pan, przez te wszystkie ostrzeżenia w radiu i telewizji…

Wiem, pomyślał Witczak. Znowu Czarnobyl.

– A miejscowi? – zapytał głośno.

– Miejscowych ciężko jest przekonać – przyznała Hanka. – Ale tak czy inaczej, ludzie raczej tu nie przychodzą. Za daleko i trudno dotrzeć.

Witczak skinął głową, myśląc o samochodzie zostawionym na żwirowej wiejskiej drodze i o marszu przez las, a potem przez podmokłą łąkę. Istotnie, trudno tu dotrzeć. Może więc wybór miejsca zbrodni nie był aż tak absurdalny?

Nie, jednak był, uznał kapitan. Bo nawet jeśli ludzie rzadko się tu zapuszczali, zabójca nie mógł mieć pewności, czy ktoś przypadkowy nie zjawi się akurat w chwili morderstwa. Wystarczyłoby przecież, żeby ksiądz jechał tą ścieżką pół godziny wcześniej. Dlaczego, u licha, facet nie schował się w lesie? Samo zejście trzy metry w dół nasypu zapewniłoby mu osłonę przynajmniej z jednej strony.

Kapitan przeszedł kawałek wzdłuż torów. Pomiędzy zaroślami po prawej błysnęło słońce odbite w kawałku metalu. Witczak osłonił oczy. Pod nasypem stał krzyż, ozdobiony wieńcem świeżych kwiatów. Klnąc na czym świat stoi, kapitan zsunął się po zboczu, naciągnął rękaw koszuli na dłoń i ostrożnie rozgarnął pokrzywy. Z początku myślał, że krzyż ustawiono tu po morderstwie, ale nie – pordzewiały metal zdecydowanie wyglądał na stary. A pod wieńcem świeżych kwiatów był drugi, uschnięty. Witczak zawołał Hankę.

– Co to za krzyż? – zapytał, kiedy dziewczyna przedarła się do niego przez zarośla.

– Nie wiem – odparła spłoszona. – Ja nie jestem stąd. Jako dzieciak spędzałam wakacje u cioci i znam sporo ludzi z Rokitnicy, ale o krzyżu nikt mi nic nie mówił. Pewnie jakiś wypadek na kolei albo coś w tym rodzaju.

– A te kwiaty?

– Może ktoś chciał upamiętnić tę dziewczynę?

– Ofiarę morderstwa? Świetnie. A te? – Uniósł świeże kwiaty i pokazał uschnięte, brązowe i tak skurczone, że nie dało się nawet rozpoznać gatunku. – Jak długo twoim zdaniem musiałyby tu wisieć, żeby tak wyglądać?

– Nie wiem… – Hanka odpowiadała coraz bardziej niepewnie.

– Kilka dni? Dłużej?

– Dłużej – uznała. – Może ze dwa tygodnie.

– Czyli ktoś powiesił na tym krzyżu kwiaty na tydzień przed morderstwem. Nie wydaje ci się to dziwne?

– Niespecjalnie – powiedziała, ale kapitan i tak jej nie słuchał.

Puścił wieniec i wdrapał się z powrotem na nasyp. Dziewczyna poszła w jego ślady. Znaleźli się na górze akurat w samą porę, żeby zobaczyć człowieka w gumiakach idącego przez łąkę. Witczak przyjrzał mu się uważnie, rejestrując ciemne włosy, blisko osadzone oczy i haczykowaty nos. Mimo gumiaków, upaćkanych czymś workowatych spodni i brudnej koszuli mężczyzna był przystojny w jakiś niepokojący sposób, który musiał podobać się kobietom.

– Franciszek Chojniak? – kapitan zapytał swoją towarzyszkę.

– Tak.

– Mieszka tu z rodziną?

– Z żoną, dzieci nie mają. Ewa miała wypadek i teraz jest sparaliżowana.

Chojniak odwiązał krowę od kołka, poklepał ją po boku, a potem zaczął prowadzić w stronę domu. Na Hankę i Witczaka nawet nie spojrzał.

– Chcę go widzieć jutro na komisariacie – powiedział kapitan. – Wyślijcie mu wezwanie.

– Jak wyślemy pocztą, to dojdzie za trzy dni.

– No to zawiadomcie go w inny sposób. – Witczak znowu zaczynał się irytować.

Dziewczyna wahała się może pół sekundy, a potem zbieg­ła w dół nasypu, krzycząc: „Franek, czekaj!”.

Kapitan zamknął z rozpaczą oczy.

* * *

Przed kościołem zatrzymali się pół godziny później. Upał już zelżał, w koronach drzew szeleścił lekki wiatr. Witczak wysiadł, Hanka chciała zrobić to samo, ale ją powstrzymał.

– Nie będę cię na razie potrzebował. Możesz jechać.

Dziewczyna ruszyła, rzucając mu pełne żalu spojrzenie, a kapitan skierował się w stronę plebanii. Chciał porozmawiać z księdzem sam na sam. Jak mężczyzna z mężczyzną, pomyślał nie bez ironii, bo nie był pewien, czy facet ubrany w kieckę zasługuje na to miano.

W dodatku tak wyglądający facet, dodał w myślach, kiedy dziesięć minut później, masując obolałą kostkę, siedział w fotelu naprzeciwko proboszcza. Kapitan miał dziś szczęście do spotykania przystojnych mężczyzn. Najpierw Chojniak, a teraz ksiądz Jerzy Marczewski, długorzęsy i niebieskooki, ładny jakąś delikatną, prawie kobiecą urodą, która przywodziła na myśl młodego Alaina Delona. Pełnego poczucia winy Alaina Delona.

 

– Przepraszam, powinienem coś zrobić z tą gałęzią. – Ksiądz mówił ciepłym barytonem człowieka, który pracuje głosem i nauczył się odpowiednio go modulować. – Jakiś tydzień temu mieliśmy tu burzę, która oberwała z drzewa konar i teraz wszyscy się o niego potykają.

– Nieważne. – Witczak poruszył ostrożnie stopą. Wciąż bolała, ale chyba nic poważnego się nie stało. – Muszę z ojcem porozmawiać.

– Byłem już przesłuchiwany i obawiam się, że nie mam nic nowego do dodania. Znalazłem tę dziewczynę, kiedy już nie żyła, i zatrzymałem pociąg. Nie widziałem nikogo wcześniej.

– Wiem. Nie przyszedłem tu, żeby pytać, jak ojciec znalazł zwłoki. Mam inną prośbę. – Witczak pochylił się w fotelu i wyłuszczył ją spokojnie.

Ksiądz drgnął lekko, a mięśnie wokół jego ust napięły się, ale była to jedyna oznaka zdenerwowania.

– Nie jestem pewien, czy mogę się na to zgodzić. Zdjęcie martwej dziewczyny w kościele to nie jest coś, co ludzie mogliby łatwo zaakceptować.

Kapitan powstrzymał się od repliki, że zwłoki na krzyżu jakoś nikomu nie przeszkadzają, i zamiast tego oznajmił:

– Niech ojciec pomyśli o tej nieszczęsnej dziewczynie i o rodzinie, która gdzieś tam na nią czeka, z każdym dniem martwiąc się coraz bardziej. No i oczywiście na złapaniu mordercy też powinno ojcu zależeć. Zależy, prawda?

– Oczywiście, że tak.

– Świetnie, bo już się bałem, że trzeba będzie ojca uznać za podejrzanego. Zdarza się czasem, że morderca zgłasza się na milicję jako człowiek, który znalazł ciało. To całkiem sprytny ruch. Na przykład gdybyśmy odkryli na dziewczynie jakieś ślady księdza, łatwo byłoby wytłumaczyć je tym, że przecież pochylał się ojciec nad zwłokami, może nawet ich dotykał.

– Nie zabiłem tej dziewczyny – odpowiedział wolno duchowny. Sprawiał wrażenie kogoś, kto aż do przesady panuje nad tonem głosu i stara się pilnować każdego gestu. – Kiedy przyjechałem, już nie żyła.

– Wierzę ojcu, ale mimo wszystko wolałbym, żeby ksiądz spełnił moją prośbę. Wtedy wierzyłbym bardziej.

Ksiądz Jerzy westchnął.

– Zastanowię się. Nie mogę obiecać niczego więcej.

– Doskonale. Mam nadzieję, że się dogadamy.

Duchowny chyba się spodziewał, że kapitan wstanie i wyjdzie, ten jednak rozparł się tylko wygodniej w fotelu.

– Teraz możemy porozmawiać bez stresu. Po pierwsze, widziałem na drzwiach kościoła napis o czymś, co ma nadejść ze wschodu, i o mszy. O co chodzi?

Proboszcz zakłopotał się.

– O elektrownię. Ludzie wierzą, że ściągnie na nas nieszczęście. Wie pan, Czarnobyl to był pierwszy znak, a teraz na nas ma przyjść zagłada. Chcieli, żebym odprawił mszę, ale to tylko zabobony, więc odmówiłem. Taki lokalny folklor. – Uśmiechnął się przepraszająco, jakby przyznawał, że jego parafianie wciąż wierzą w sikające do mleka krasnoludki.

– A ten krzyż przy miejscu, w którym doszło do morderstwa, to też lokalny folklor? Wie ojciec, kto go postawił?

Marczewski zmarszczył brwi.

– Krzyż? A tak, faktycznie. Latem, jak wszystko jest zarośnięte, ze ścieżki go nie widać. Nie mam pojęcia, kto mógł­by go postawić. Był już tam, kiedy zostałem proboszczem.

– Czyli kiedy?

– Zaraz, niech policzę… Wiosną osiemdziesiątego drugiego.

Witczak wyjął z kieszeni paczkę papierosów. Nie zapalił, tylko zaczął się nią bawić, przekładając między palcami.

– Nie za wcześnie ojciec dostał własną parafię?

– Skończyłem trzydzieści pięć lat, nie byłem już taki młody. A ta parafia miała opinię pechowej.

– Dlaczego?

Ksiądz zawahał się, w końcu jednak odpowiedział:

– Poprzedni proboszcz został odwołany w dość nietypowych okolicznościach. Ten przed nim powiesił się na plebanii, a jeszcze wcześniejszy utonął w jeziorze.

– Po pijaku?

Duchowny krótko skinął głową.

– Cztery lata to szmat czasu. – Kapitan wrócił do wcześniejszego tematu. – Wystarczająco dużo, żeby dobrze poznać swoich parafian. Pewnie wie ojciec o nich wszystko. Kto z kim sypia, kto przestawił płot pół metra na miedzę sąsiada i kto komu obił gębę na ostatnim weselu.

– Sugeruje pan, że ja wiem, kto zabił tę dziewczynę? – Głos księdza nawet nie drgnął, ale mimo to Witczakowi wydało się, że słyszy w nim napięcie.

– A wie ojciec?

– Nie mam pojęcia. Poza tym czemu zakłada pan, że to był ktoś stąd?

– Ja niczego nie zakładam, tylko pytam. – Wyjął wreszcie papierosa, rozejrzał się za popielniczką, a kiedy nie znalazł niczego, co by się nadało, schował go z powrotem. – Gdyby to był film, morderca przyszedłby się wyspowiadać, a ojciec po krótkiej walce z sumieniem opowiedziałby mi wszystko. Wtedy sprawa byłaby prosta, co?

– To nie jest film.

– Niestety. – Witczak wstał. – Pewnie się jeszcze zobaczymy. Z Bogiem.

– Z Bogiem – odparł kapłan, który tym razem nie zdołał się opanować i wyglądał na zdziwionego.

* * *

Ksiądz proboszcz odprowadził Witczaka wzrokiem, patrząc przez okno. Z Bogiem? Czy naprawdę milicjant pożegnał go słowami „z Bogiem?”. A wcześniej nazywał ojcem? Duchowny przypomniał sobie przesłuchanie na posterunku – starszy sierżant Waśkowiak mówił do niego „obywatelu”, podkreślając to słowo aż do przesady, a ten młody, Jan Synowiec, niezręcznie i z wyraźnym poczuciem winy podlizywał się szefowi, żartując głupio z wkręcającej się w pedały roweru sukienki.

Ksiądz Jerzy nie miał pojęcia, co myśleć o kapitanie. Funkcjonariusz niewątpliwie próbował mu grozić, ale robił to bez większego przekonania, trochę jakby z przyzwyczajenia. Jakby wiedział, że i tak nie zdoła mu niczego udowodnić. A on miał czyste sumienie – nie znał tej dziewczyny i nawet nie dotknął zwłok. Zastanowił się, czy mimo to milicja mogłaby go wrobić w morderstwo. Uznał, że tak, ale w tym przypadku byłaby to chyba skórka niewarta wyprawki.

– Poszedł sobie? – Pawliczkowa wsunęła głowę do gabinetu proboszcza.

– Poszedł.

– Dobrze. – Gospodyni z satysfakcją skinęła głową. – To podam księdzu obiad.

Pawliczkowa miała czterdzieści parę lat, regularne rysy i całkiem zgrabną figurę, na co dzień jednak robiła wszystko, żeby wyglądać jak najgorzej: nosiła bezkształtne, workowate suknie, a włosy i czoło chowała pod wyjątkowo nietwarzową chustką, zawiązaną pod brodą jak u staruszki. Ksiądz Jerzy podejrzewał, że próbowała w ten sposób uniknąć plotek o urodziwym proboszczu i jego nie tak jeszcze starej gospodyni, która jakiś czas temu zostawiła w mieście bijającego ją męża. Nie mógł jej mieć za złe takiego zachowania, aczkolwiek czasem wolałby, żeby nie była aż tak oschła. Kilka razy próbował nawiązać z nią bliższy kontakt, na przykład zapraszając na partyjkę warcabów, ale Pawliczkowa zawsze wymawiała się jakimiś bliżej niesprecyzowanymi „obowiązkami domowymi”, choć wszyscy we wsi wiedzieli, że wieczory spędza sama przed telewizorem.

Teraz też zaproponował, bez większej nadziei na sukces, żeby gospodyni zjadła z nim obiad.

– Będzie mi bardzo miło – przekonywał. – Nie lubię sam przy stole siedzieć.

Zazwyczaj jadał z wikarym, ale Bartek rano zabrał suchy prowiant i wyszedł z grupą ministrantów na wycieczkę w góry.

Pawliczkowa energicznie potrząsnęła głową.

– Już jadłam – powiedziała, co prawdopodobnie oznaczało, że w czasie gotowania spróbowała zupy i skubnęła parę listków sałaty.

Proboszcz dał więc spokój i zabrał się do rosołu. Był idealny, nie za tłusty, z lanymi kluskami i pływającą na wierzchu posiekaną natką pietruszki. Pawliczkowa bardzo dobrze gotowała, świetnie sprzątała i nigdy nie mówiła niczego o sobie. Ksiądz Jerzy w gruncie rzeczy jej nie znał, tak samo jak nie znał swoich parafian.

„To szmat czasu”, powiedział kapitan.

Czy zdziwiłby się, gdyby Marczewski przyznał, że przez te wszystkie lata nie udało mu się zbliżyć do mieszkańców Rokitnicy? Nadal był kimś z zewnątrz, szanowanym, owszem, ale obcym. Nawet o młodym wikarym wiedział niewiele więcej ponad to, że chłopak wychował się w którejś z okolicznych wiosek, świetnie grał na gitarze i od czasu do czasu lubił pokopać z ministrantami piłkę. Może proboszcz po prostu za mało się starał. Zawsze wolał trzymać się z boku, nie naciskać, nie włazić z butami w cudze życie, jeśli ktoś sobie tego nie życzył. Jako spowiednik miał opinię bardzo łagodnego, bo nigdy nie wypytywał, nie drążył, co właściwie spowiadający się ma na myśli, kiedy mówi: „Robiłem to, no wie ksiądz, co”. Czasem wydawało mu się to zaletą, a czasem wręcz przeciwnie, wadą, pewnego rodzaju tchórzostwem, ucieczką od problemu.

Zjadł ostatnią łyżkę rosołu. Pawliczkowa zabrała talerz i podsunęła drugi, z udkiem kurczaka pływającym w aromatycznym sosie i ziemniakami. Sobotnie obiady po postnych piątkowych zawsze były smaczne i obfite, prawie jak niedzielne.

Czy dlatego właśnie, z powodu tego tchórzostwa, dostał tak wcześnie swoją własną parafię? To pytanie dręczyło go od dawna i teraz, przypomniane przez Witczaka, zaatakowało z nową siłą. Owszem, Rokitnica miała opinię pechowej, ale mimo to była łakomym kąskiem: nie żadna dziura na końcu świata, gdzie jedyną rozrywką jest picie pędzonego nielegalnie bimbru, tylko duża, letniskowa wieś. W lipcu i sierpniu na msze przychodziło tu tyle ludzi, że część musiała stać przed kościołem, a na tacy co niedziela lądowało ponad tysiąc złotych.

Dlaczego taka parafia dostała się właśnie jemu? Nie był przecież pierwszym wikarym w kolejce do probostwa. Ani nawet drugim czy trzecim.

Jedyna odpowiedź, jaka przychodziła mu do głowy, była jednocześnie odpowiedzią bardzo niepokojącą.

W seminarium należał do najbardziej chwalonych studentów: pilny, pogodny i spokojny. Może nawet odrobinę zbyt spokojny. Ksiądz powinien być towarzyski; mruków i introwertyków szybko się pozbywano. Jerzy Marczewski od dzieciństwa miał zdolność wtapiania się w tło, był konformistą przybierającym ochronne barwy po to, by grupa nie wyczuła w nim obcego. A przełożeni obserwowali go uważnie. Na zajęciach, podczas posiłków i w kościele przyłapywał ich, jak na niego patrzą. Przez sześć lat spędzonych w seminarium nigdy nie czuł się pewnie, zawsze miał wrażenie, że niezależnie od dobrych wyników w nauce w każdej chwili może zostać wyrzucony. W gruncie rzeczy zdziwił się, gdy jednak udało mu się dotrwać do święceń. A potem zdziwił się jeszcze bardziej, kiedy jako jeden z młodszych księży otrzymał od biskupa własną parafię.

Bo być może to, co w normalnej sytuacji byłoby wadą, w Rokitnicy stawało się zaletą. Kościół nie potrzebował tu charyzmatycznego, dociekliwego księdza. Potrzebował kogoś, kto nie będzie wtykał nosa w nie swoje sprawy.

Proboszcz odsunął talerz. Nagle zupełnie stracił apetyt.

* * *

Kapitan Witczak wrócił do swojego pokoju w domu wczasowym i przez resztę popołudnia, a potem wieczoru – z niewielką przerwą na kolację – przeglądał dostarczone mu materiały. Zaczął od opisu znalezionych zwłok, tak drobiazgowego, że w raporcie wymieniono nawet „granatową plamkę wielkości dwóch milimetrów na spódnicy, pochodzącą prawdopodobnie od atramentu”. Ktoś – Witczak podejrzewał, że Hanka – naprawdę się postarał. Potem kapitan przeszedł do protokołów przesłuchań. I tu nie miał się do czego przyczepić. Rokitniccy milicjanci wezwali techników z Żywca, sfotografowali twarz dziewczyny i pobrali odciski palców, a sprawę zgłosili do komendy wojewódzkiej. Przesłuchali, kogo trzeba, pilnie notując wszystkie „nie wiem”, „nie znam jej” oraz „nic nie widziałem”. Kiedy śledztwo nie ruszyło z miejsca, Waśkowiak oficjalnie poprosił Bielsko o pomoc. Wszystko odbyło się zgodnie z procedurami i wyglądało czysto. Mimo to Witczak nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że coś tu nie gra. Za dobrze znał takich prowincjonalnych gliniarzy. Większość z nich marzyła o tym, żeby wykazać się przy jakimś poważniejszym przestępstwie. To byli uparci ludzie, którzy twierdzili, że sami sobie poradzą, nawet jeśli wszystko waliło im się na głowy. Prośba o pomoc po zaledwie kilku dniach wyglądała… Dziwnie? Niepokojąco? Witczak nie potrafił znaleźć właściwego słowa, tak samo jak nie potrafił rozgryźć Waśkowiaka. Czy jego spokój był spokojem starego milicyjnego wygi, czy może kogoś, komu w gruncie rzeczy jest wszystko jedno? Starszy sierżant nie był jeszcze stary, ale miał już w sobie rys zniechęcenia charakterystyczny dla funkcjonariuszy, których niewiele dzieli od emerytury i którzy chcą tylko przeżyć te kilka ostatnich lat we względnym spokoju. Może dlatego tak szybko i bezproblemowo przekazał śledztwo wyżej. Nie miał wcale ochoty szukać mordercy nieznanej dziewczyny, w zupełności wystarczały mu aresztowania miejscowych złodziei rowerów i drewna na opał. A może przyczyna była zupełnie inna. Starszy sierżant wiedział albo przynajmniej podejrzewał, że ofiara wcale nie była obca, że ktoś ze wsi doskonale ją znał. Dlatego wezwał człowieka z zewnątrz – żeby ten odkrył coś, czego miejscowy glina nie miał odwagi ujawnić.

 

Witczak włożył papiery z powrotem do teczki, zostawiając jedynie zdjęcie zamordowanej, którego użył jako zakładki do książki. Zszedł z nią na dół, zamówił colę i usiadł na tarasie przed barem. Było już prawie zupełnie ciemno, wielkie miękkie ćmy obijały się o klosze lamp, a w trawie cykały świerszcze. Z piętra przez otwarte okna dobiegały głosy zaganianych do łóżek dzieci, ktoś się śmiał, w łazience szumiała woda. Potem stopniowo wszystko ucichło. Kapitan liczył, że będzie sam, bo hippisi naj­wyraźniej gdzieś wybyli – może planować blokadę dróg albo coś w tym rodzaju – chwilę później jednak na tarasie pojawiła się szczupła kobieta, w której rozpoznał kolonijną wychowawczynię. Podeszła do niego energicznym krokiem.

– Pan jest z milicji? – zapytała. – Przyjechał pan w sprawie tej dziewczyny znalezionej na torach?

Przytaknął, składając książkę, którą trzymał na kolanach. Kobieta zerknęła na tytuł i drgnęła, wyraźnie zdziwiona.

– Chciałabym wiedzieć, czy dzieciom może grozić jakieś niebezpieczeństwo – wyrecytowała prawie jak wyuczoną kwestię. Było w niej coś, co nieodparcie kojarzyło się z harcerką, Witczak łatwo mógł ją sobie wyobrazić w szarym mundurze, salutującą służbiście do rogatywki.

– Nic jak na razie na to nie wskazuje – odparł. – Ale na wszelki wypadek dobrze by było, gdyby w najbliższym czasie nie wychodziły nigdzie same.

– Myśli pan, że morderca może być stąd? To nie jakiś turysta?

– Nawet jeśli turysta, nie jest powiedziane, że już tu nie przebywa – odparł ostrożnie. Chyba wszyscy w Rokitnicy mieli nadzieję, że zabójcą okaże się ktoś z zewnątrz: przyjechał, zabił, wyjechał, jest trup, ale nie ma większego problemu. – Mówiła pani coś dzieciom o tej dziewczynie? – zmienił temat.

– Tylko tyle, że znaleziono zwłoki na torach. Nie kłamałam, raczej zasugerowałam, że to mógł być wypadek kolejowy. Dzieci raczej rzadko kontaktują się z miejscowymi, więc mam nadzieję, że nikt nie powie im prawdy.

– W porządku. – Kapitan zastanowił się, czy dzieci aby już tej prawdy dawno nie znają. Małoletni bywali sprytniejsi, niż się wydawało większości dorosłych.

Wychowawczyni zawahała się, jej wzrok jeszcze raz pobiegł do tytułu książki, którą milicjant trzymał na kolanach.

– Czyta pan Nowe przygody Pana Samochodzika? – zapytała niepewnie.

– Czytam.

Czekała najwyraźniej na jakieś wyjaśnienie, a kiedy niczego takiego nie usłyszała, pożegnała się krótko i odeszła. Witczak wrócił do lektury, ale jego wzrok tylko prześlizgiwał się po perypetiach dzielnego muzealnika, ledwo rejestrując treść. Kapitan myślał o znalezionej na torach dziewczynie. Kim była? Jaka była? Dwadzieścia lat pracy w milicji nauczyło go, że w większości przypadków przyczyna zbrodni tkwi w równej mierze w zabójcy, co w ofierze. Żony ginęły, bo były niewierne, mężowie, bo znęcali się nad żonami, a staruszki, ponieważ trzymały w domu pieniądze i nieostrożnie otwierały drzwi nieznajomym. Coś w charakterze albo przeszłości tej dziewczyny sprawiło, że właśnie ją morderca spotkał na torach i zabił. Była ufna, z gatunku tych, które mężczyzna może wyprowadzić na bezdroża, czy nie? Inteligentna czy głupia, waleczna czy tchórzliwa? Wszystko to miało znaczenie, a on nie wiedział nic.

Podniósł do oczu zdjęcie. O zmarłych mówi się czasem „wygląda, jakby spał” i rzadko jest to prawda, ale tym razem była. Milicyjny fotograf zamknął ofierze oczy, dzięki czemu miała spokojną twarz, jakby odeszła bez bólu we śnie. Poza tym wyglądała zaskakująco zwyczajnie: ani specjalnie ładna, ani brzydka, z pulchnymi policzkami i świeżo zrobioną trwałą. Na pierwszy rzut oka nikt nie wziąłby jej za dziewczynę, której powab skłoniłby mężczyznę do zabójstwa z namiętności, ale Witczak wiedział, że pozory często mylą.

Czy morderca był wściekły? Pięć ciosów mogłoby o tym świadczyć, jednak kapitan wolał niczego nie zakładać. Ciosy były mało precyzyjne, ale nie chaotyczne – tak mógłby zabić ktoś, kto doskonale wie, co chce zrobić, nie wie tylko za bardzo, jak się do tego zabrać. Morderca niedoświadczony, ale zdecydowany. Na ubraniu ofiary brakowało śladów szarpaniny – albo zabójca faktycznie dziewczynę zupełnie zaskoczył, albo wcześniej zastraszył ją tak, że nie broniła się, nawet kiedy wyjął nóż.

Kapitan schował zdjęcie do książki i podszedł do otaczającej taras barierki. W parku umilkły już świerszcze i teraz panowała cisza, przerwana po chwili szelestem krzaków, przez które przedzierało się jakieś zwierzę. Para błyszczących ślepi spojrzała na kapitana, a potem zniknęła w zaroś­lach. Powietrze było przesycone żywicznym zapachem sosen, chłodne i ostre. Witczak wsłuchał się w ciszę – gdzieś niedaleko musiał płynąć strumyk, bo do uszu kapitana dobiegało cichutkie szemranie wody. Zacisnął dłonie na barierce i zamknął oczy. Stał tak przez kilka minut, zanurzony w mrok. Zszedł w głąb siebie, tam gdzie nie było martwej dziewczyny ani śledztwa. Tylko ciemność i pustka. Potem wynurzył się na powierzchnię, westchnął i wrócił do pokoju, żeby położyć się spać.

* * *

Ksiądz Bartłomiej Zięba wrócił z wycieczki ubłocony, ale szczęśliwy.

– Poszliśmy na Wielką Raczę i tam złapał nas deszcz – mówił, podczas gdy proboszcz szykował mu posiłek. Wikary wcześniej trochę protestował, ale ksiądz Jerzy usadził go za stołem i zabrał się do odgrzewania obiadu. – Na szczęście potem się przejaśniło i ze szczytu mieliśmy niesamowity widok. Szkoda, że księdza proboszcza z nami nie było. Jak schodziliśmy, z lasu wyszedł jeleń…

Ksiądz Jerzy zaparzył herbatę i posłodził ją jedną łyżeczką cukru, tak jak wikary lubił. Robienie prostych rzeczy dla drugiej osoby sprawiało proboszczowi przyjemność. Zresztą dla Bartka łatwo było być miłym, bo chłopak, uśmiechnięty, życzliwy i kochający góry, budził odruchową sympatię. W dodatku młody ksiądz świetnie dogadywał się z młodzieżą, a głoszona przez niego wiara nie była posępną religią śmierci i wyrzeczenia, tylko radosnym doświadczeniem braterstwa.

Jednak miał też wadę, dlatego proboszcz wahał się chwilę, zanim powiedział mu o wizycie kapitana.

Oczy chłopaka natychmiast rozbłysły, widelec zawisł nad odgrzanymi ziemniakami.

– O! Mówił coś o tej dziewczynie? Została zgwałcona?

– Nic na to nie wskazuje – odparł Marczewski odrobinę zbyt sztywno.

– Ale przecież mogła zostać – upierał się młody ksiądz. – To, że nie podarł na niej ubrania, jeszcze o niczym nie świadczy. Może zmusił ją, żeby się rozebrała, a potem ubrała, i dopiero później zabił?

Ta seksualna obsesja wikarego krępowała i męczyła proboszcza. Dawno już zdążył pożałować, że tydzień temu po znalezieniu dziewczyny dał mu się namówić na opis stanu jej odzieży.

– Jak myślisz, zgodzić się? – skierował rozmowę na inne tory.

Wikary grzebał przez chwilę w talerzu. Sprawa nie była prosta, obaj o tym wiedzieli. Milicjanci za kontakty z Kościołem, nawet tak niewinne jak ochrzczenie dziecka, mogli mieć kłopoty, ale problemy miewali również księża, na których padł choć cień podejrzenia, że współpracują z władzą. Ksiądz Jerzy przypomniał sobie, jak dawno temu, jeszcze podczas studiów, próbował go zwerbować pewien agent SB. Młody Marczewski odmówił, bo agent nie miał nawet porządnego haka, ale zawsze dręczyła go wątpliwość: co gdyby tamten przyszedł lepiej przygotowany? Gdyby wiedział o rzeczach, o których Jerzy nigdy nikomu nie odważył się powiedzieć?

– Ja bym się zgodził. – Jak większość dwudziestokilkulatków, wikary szybko rozstrzygał dylematy. – Nie zrobimy przecież nic złego. A ta dziewczyna zasługuje na sprawiedliwość.