Wspomnienia w kolorze sepiiTekst

Z serii: Saga małopolska #2
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


[…] I nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości

czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą

ks. Jan Twardowski, Śpieszmy się kochać ludzi

Moim chrześniakom, aby pamiętali

ROZDZIAŁ I


A.D. 1903, Galicja Wschodnia

Przez uchylone okno do pokoju wpadało rześkie powietrze. Gęste, dekoracyjnie upięte firanki tylko częściowo zasłaniały widok na dworski dziedziniec, po którym krążyła służba folwarczna zajęta codziennymi obowiązkami. Monotonne tykanie zegara stojącego na kominku mieszało się z dźwiękami płynącymi zza okna: pokrzykiwaniem praczki z tylnego podwórka, odgłosem rąbania drzewa, nawoływaniem stajennego i gęganiem gęsi wypędzanych na ścieżkę za dworem.

Tuż obok szerokiego biurka z ciemnego dębu stała bez ruchu jasnowłosa dziewczyna. Zniszczone od pracy ręce opuściła na szeroką spódnicę sięgającą kostek, przykrytą czystym, ale wymiętym fartuchem. Luźny biały kaftan skrywający jej obfite kształty kontrastował barwą z ciemnym wyposażeniem gabinetu.

Bez krztyny onieśmielenia i z widoczną ciekawością wodziła wzrokiem po męskim pokoju, ponieważ rzadko dostępowała zaszczytu oglądania prywatnych części dworu. Ciężka metalowa kasa, skrywająca zapewne jakieś bogactwa, nie zrobiła na niej jednak żadnego wrażenia, podobnie jak szklane gabloty pełne książek i różnych dokumentów, których nawet nie umiałaby przeczytać. Równie obojętnym spojrzeniem prześlizgnęła się po rzeźbionym barometrze wiszącym na ścianie i portretach jakichś przodków, natomiast przez dłuższą chwilę z zainteresowaniem myszkowała wzrokiem wśród rozłożonych na biurku przyborów do pisania, które przyciągały uwagę blaskiem srebrnych okuć i delikatnych zdobień. Wreszcie zatrzymała spojrzenie na fotelu ustawionym za biurkiem i raptem uśmiechnęła się nieznacznie.

Fotel, z mocno wytartym na siedzisku materiałem, musiał być często używany przez pana domu. Nieświadomie uśmiechając się coraz szerzej, dziewczyna przez dłuższą chwilę wpatrywała się w to miejsce. Jej oczy zmrużyły się pożądliwie, a oddech przyspieszył, jakby spoglądała nie na mebel, lecz na żywą osobę siedzącą za biurkiem. Mimowolnie rozchyliła usta i delikatnie przygryzła białymi zębami dolną wargę, a płatki jej nosa zadrżały, gdy z widoczną przyjemnością wdychała otaczający ją zapach męskiego gabinetu: drażniącą woń zwierzęcych skór leżących na podłodze, tytoniowy aromat fajek, które ustawiono równo w szafce pod oknem oraz wytrawny zapach starych dębowych mebli.

Kroki dobiegające z sąsiedniego saloniku przywróciły ją do rzeczywistości.

– Jaśnie pani? – bąknęła zdezorientowana, bo na progu zacienionego gabinetu zobaczyła kobiecą sylwetkę spowitą w luźny koronkowy peniuar. Dygnęła niezręcznie. – Ochmistrzyni kazała, żebym przyszła do kancelaryji, do jaśnie pana – wyjaśniła.

– Tak, wiem. – Szczupła, eteryczna kobieta starannie zamknęła za sobą drzwi.

Szeleszcząc koronkami, podeszła do fotela i usiadła w eleganckiej pozie na tym miejscu, które przed chwilą wzbudziło w dziewczynie namiętne skojarzenia. Przez chwilę ze zmarszczonym czołem przyglądała się służce.

– To ja prosiłam, by ochmistrzyni przysłała cię tu zaraz po śniadaniu. Mój małżonek objeżdża teraz pola, więc nikt nam nie przeszkodzi… Sądzę, że wiesz, o czym będziemy rozmawiały, Katarzyno. – Dama znacząco uniosła ciemną brew. Jej głos, choć cichy i melodyjny, zabrzmiał niepokojąco.

Dziewczyna spuściła głowę, krzywiąc się nieznacznie. Nie miała pewności, jakiej reprymendy udzieli jej dziedziczka, ale najwyraźniej nie zamierzała się tym zbytnio przejmować. Choć udawała zawstydzoną, nieufnie śledziła każdy grymas na bladej twarzy rozmówczyni, skubiąc przy tym koniec grubego jasnego warkocza przewiązanego kawałkiem starej tasiemki.

– Milczysz? Cóż, w takim razie powiem otwarcie – dziedziczka przerwała ciszę. – Jeśli sądzisz, że udało ci się mnie oszukać, mylisz się. Już od dawna znam prawdę o tobie i moim mężu.

– Jaką prawdę, proszę jaśnie pani?

– Dość. Wystarczy już tych kłamstw, Katarzyno. Nie oczekuję żadnych wyjaśnień. – Wypielęgnowane, białe dłonie o smukłych palcach zacisnęły się nerwowo na koronkach peniuaru. – Wiem, że mężczyzna inaczej pojmuje kwestię wierności, szczególnie kiedy żona… To nieistotne. – Ciemnowłosa dziedziczka potrząsnęła głową, jakby przypomniała sobie, że rozmawia ze sługą i nie musi się z niczego tłumaczyć. – Chcę po prostu oznajmić, że po tym, czego się dowiedziałam, nie możesz dłużej zostać we dworze.

– Jakże to?! – zaskoczona służąca z pewnym oburzeniem spojrzała na swą chlebodawczynię.

– Powiedziałam. Chyba nie sądziłaś, że będę to nadal tolerować? Zwłaszcza w obecnej sytuacji.

– Ale ja…

– Powiedziałam: dość! – Biała dłoń machnęła ze zniecierpliwieniem, powstrzymując dalsze słowa protestu. – Bez względu na okoliczności nie zamierzam dłużej znosić tej rozpusty w moim domu. – Oschły ton kobiety tylko częściowo maskował drżenie jej głosu. – Sprawy zaszły za daleko. Chyba to pojmujesz?

Dziewczyna niepewnie przestąpiła z nogi na nogę, ale nic nie rzekła. Szybkie spojrzenie, którym obrzuciła siedzącą w fotelu kobietę, mówiło wyraźnie, że te słowa ją zdenerwowały, lecz nie wiedziała, jak powinna na nie zareagować.

– Teraz, gdy mój mąż został ojcem, mam prawo wymagać od niego więcej. Nie może już dłużej folgować swoim zachciankom – mówiła dalej dziedziczka, z widocznym trudem hamując rozdrażnienie. – Na szczęście zrozumiał, że musi zająć się rodziną, jak Pan Bóg przykazał. Dlatego właśnie oboje postanowiliśmy wczoraj, że nadeszła pora, byś na zawsze opuściła mój dom i folwark – oświadczyła, starając się nadać głosowi rzeczowe brzmienie, jakby ta dziwna rozmowa z kochanką męża była czymś najzwyklejszym na świecie.

– Ale proszę jaśnie pani!

– Nie chcę już o niczym słyszeć. Moja Zofia ma dopiero cztery miesiące, jednakże ani ja, ani jej ojciec nie uznajemy za stosowne, by nasza córka wychowywała się w pobliżu… bękarta. – Ostatnie słowo zabrzmiało wyjątkowo pogardliwie.

Urażona do żywego Katarzyna szybkim ruchem odrzuciła na plecy długi warkocz i buntowniczo oparła ręce na szerokich biodrach. Przez krótką chwilę patrzyła śmiało i nieprzyjaźnie na drobną postać kobiety roztaczającej wokół słodką woń kosztownych perfum.

– Pani myśli, że ja swego rozumu nie mam? – spytała ostrym tonem. – Może to i bajstruk[1], ale pański. A ja mego dzieciuka ukrzywdzić nie dam! – stwierdziła zuchwale. W jednej chwili zniknęła cała jej udawana pokora. – A bo to pan dziedzic mi wiele nie obiecywał? A bo to ja nie wiem, co mi trza zrobić?! – rzucała napastliwie kolejne zdania. – Do sędzi pójdę i przysięgnę się przed krzyżem, że to dziecko…

– Katarzyno! – Stanowczy głos kobiety przywołał ją do porządku. – Grzechy rodziców nie są winą dziecka. Dlatego nie zostaniesz bez pomocy. Wszystko już ustaliłam z twoją matką.

– Z matką? – Dziewczyna się zmieszała.

– Tak. Wyrządziłaś jej wielką przykrość. Marzyła, że dokończysz nauki w kuchni i obejmiesz po niej miejsce kucharki. I zapewne tak właśnie by się stało, gdybyś nie zawiodła mojego zaufania. Wiem, jak wszyscy byli ci tu życzliwi i jak bardzo lubił twoje towarzystwo mój świętej pamięci świekier[2]. Jednak ty zmarnowałaś swoją szansę – powiedziała z wyrzutem. – Dlatego teraz musisz pomyśleć o innej przyszłości. Już nie w moim domu – podkreśliła twardo.

Tykanie zegara rozbrzmiewało przez chwilę wśród przedłużającej się ciszy. Obie kobiety zastygły na swoich pozycjach, jakby chciały złapać oddech przed dalszą walką, której wynik wydawał się już w zasadzie przesądzony, choć wciąż nie było do końca wiadomo, jakie jeszcze rany zada przeciwniczka.

– Mój małżonek wyznaczył ci sowity posag i znalazł dla ciebie narzeczonego – odezwała się w końcu dziedziczka.

– Narzeczonego?

– Rządcę z sąsiedniego majątku. Jest wdowcem. To dobry, wykształcony człowiek, choć już niemłody. Ucieszył się, że jesteś zdolna do rodzenia dzieci, bo chce mieć dużą rodzinę, której na razie się nie doczekał – mówiła szlachcianka zmęczonym głosem. Widać było, że ta rozmowa wiele ją kosztuje.

– Mam iść za rządcę? – nagła propozycja zastanowiła Katarzynę, choć jej nie zdziwiła.

– Owszem, taka jest wola mojego męża. To chyba znacznie więcej, niż mogłaś oczekiwać w swoim położeniu? Po ślubie zamieszkacie w zasobnym gospodarstwie, które twój narzeczony kupi za posagowe sumy. Już znalazł odpowiednie miejsce.

– Gdzie?

– Pod Lwowem. Twój narzeczony ma tam owdowiałą bratową, więc będziesz przy rodzinie.

– To daleko – mruknęła dziewczyna.

– Owszem.

– Jaśnie pani galopem mój los obmyśliła – stwierdziła kpiąco.

– W twojej sytuacji, Katarzyno, nie ma już na co czekać. – Kobieta znaczącym gestem wskazała na delikatnie zaokrąglony brzuch służącej. – I jeszcze jedno: nigdy więcej się tu nie pojawisz.

– Nigdy?

– Nigdy – powiedziała z naciskiem dziedziczka. – Ani ty, ani nikt z twojej nowej rodziny. Przynajmniej dopóki ja żyję. Inaczej będziesz musiała zwrócić posag, a będą to niemałe sumy. Ach, prawda! – Przypomniała sobie coś jeszcze. – Mój małżonek wyraził życzenie, by zadbać o edukację twojego dziecka, stosowną do waszej nowej pozycji. Chce zapewnić mu odpowiednią przyszłość, a ja… cóż, postanowiłam, że nie będę tego kwestionować. Dobre wykształcenie na pewno zapewni twemu dziecku lepszą przyszłość. Są tylko dwa warunki.

 

– Jakie?

– Po pierwsze, gdy się już urodzi, przy zapisie w urzędzie nie wyjawisz, kto jest prawdziwym ojcem, ale nie wpiszesz tam również nazwiska swego męża. W dokumentach dziecko będzie nosiło twoje panieńskie nazwisko. Natomiast co powiecie ludziom, to już nie nasza sprawa.

– A czemu nie mogę zapisać, że to będzie dzieciuk mojego chłopa?

– Ponieważ mój małżonek uważa, że dziecko powinno się kiedyś dowiedzieć prawdy o swoim pochodzeniu – odparła zimno dziedziczka. – Kiedy będzie dorosłe. Byłam temu przeciwna, ale skoro on tego chce… – Wzruszyła ramionami z pewnym zniecierpliwieniem. – Ponadto masz wychować to dziecko w obrządku rzymskokatolickim.

– Co?

– To, co słyszysz. Nie będziesz mieć z tym trudności, bo twój narzeczony nie jest prawosławny, więc ci pomoże.

Katarzyna milczała, ale jej zmarszczone czoło sugerowało, że intensywnie rozważa tę osobliwą propozycję. W jej oczach dziedziczka dostrzegła jednak wahanie. Zrozumiała je błyskawicznie i stanowczo pokręciła głową.

– Mój mąż już się z tobą nie zobaczy. Nigdy – oświadczyła twardo. – Cokolwiek postanowisz, jeszcze dziś przed wieczorem przeniesiesz się na wieś do swego kuzyna. Jeżeli przyjmiesz moje warunki, twój kuzyn zajmie się weselem. Będzie huczne i zgodne z waszymi tradycjami. My pokryjemy koszta uczty weselnej.

– Pełna kabza[3] to nie wszystko! – odparła dumnie dziewczyna.

– Nie, ale masz jeszcze czas, by ułożyć sobie życie godne i uczciwe. A przede wszystkim, by zadbać o przyszłość dziecka, bo ono nie jest winne tego grzechu. Jaka jest zatem twoja decyzja, Katarzyno?

– Czy moja matka… czy ona zostanie przy dworze?

– Jeżeli będzie chciała, zostanie. Tak znakomitej kucharki długo musiałabym szukać. – Westchnęła szlachcianka i znużonym gestem przytknęła do czoła batystową chusteczkę. – A zatem?

Jędrne młode usta służącej zacisnęły się ze złości.

– Niech pani powie dziedzicowi, że zgadzam się – odparła. – Odejdziemy stąd na zawsze. Ja i moje dziecko. – Położyła rękę na zaokrąglonym brzuchu i hardo uniosła podbródek. – Pójdziemy na swoje, bo się nam to należy! Ale co przyniesie przyszłość, to już ino jeden Pan Bóg wie.

* * *

Listopad 2012 roku, Małopolska

Dłonie Janiny coraz mocniej zaciskały się na ręce siostry. Nerwowo przełykała ślinę, jak ktoś, komu z emocji zaschło w gardle. Nie wiedziała jednak, jak zacząć.

W cichym domu rozlegało się jedynie wycie jesiennego wiatru za oknem oraz bulgotanie gotującej się na kuchence zupy.

Joasia już dawno zauważyła, że Janinę coś gryzie, ale siostra wciąż zbywała ją półsłówkami. Teraz, gdy wreszcie zostały same, poczuła, że nadszedł właściwy moment, by dowiedzieć się prawdy. Należało ją tylko mocniej przycisnąć.

– Janeczka, powiesz mi wreszcie, o co chodzi? – spytała stanowczym tonem. – Od kilku tygodni jesteś jakaś nieobecna, wszystko ci leci z rąk. Myślałam, że już lepiej się czujesz… – Urwała przestraszona, że niepotrzebnie przypomina o tamtej tragedii.

Janina pokręciła głową, uśmiechając się blado.

– To nie to, co myślisz – mruknęła. – Przynajmniej nie do końca.

Sięgnąwszy po szklankę z sokiem pomarańczowym, wypiła go duszkiem do dna.

– Więc co się dzieje? Martwię się o ciebie.

– Wiem, Asiu. Ja też się martwię. Właśnie w tym problem, bo powinnam się raczej cieszyć – stwierdziła zagadkowo.

Joasia westchnęła i niemal ugryzła się w język. Choroba siostry wymagała w ostatnich miesiącach sporo wytrzymałości od wszystkich członków rodziny, dlatego miała okazję częściej niż zwykle ćwiczyć się w panowaniu nad emocjami. Musiała zachować spokój, choć miała ochotę tak po prostu zmyć jej głowę za te tajemnice. Niecierpliwiąc się w duchu, patrzyła, jak zamyślona siostra obraca w palcach lepką od soku szklankę.

– No więc?

– Będę musiała odstawić antydepresanty – odparła Janina i uśmiechnęła się lekko, błądząc wzrokiem po staroświeckim, haftowanym błękitną nitką obrusie.

– Jak to odstawić? Bierzesz je dopiero… ile? Pół roku? Takich rzeczy nie wolno robić bez porozumienia z lekarzem! – Joasia zdenerwowała się w ciągu sekundy. – Janka, to nie są żarty!

– Wyluzuj, siostra, nie jestem dzieckiem. Byłam już u swojego psychiatry i będę stopniowo zmniejszać dawkę, tylko nieco szybciej niż normalnie.

– I lekarz się zgodził?

– Nie miał wyjścia.

– Ale dlaczego?! Przecież depresja to przewlekła choroba, trzeba ją porządnie wyleczyć. Chcesz mieć nawrót?

– Nie, nie chcę. Ale są ważne powody.

– Jakie znowu powody? Co ty wymyśliłaś? – niecierpliwiła się.

– Aśka, uspokój się. Właśnie po to dzisiaj przyszłam, żeby wam o tym powiedzieć: tobie i mamie. Nie mogłam wcześniej, bo nawet Mateusz dowiedział się dopiero w zeszłym tygodniu. Musiałam mieć pewność. – Janina mówiła z takim wysiłkiem, jakby przerzucała głazy w kamieniołomie.

Joasia czuła, że rośnie jej ciśnienie.

„Za chwilę oszaleję i odwiozą mnie do Tworek! – pomyślała, wolnym ruchem odgarniając z czoła krótką brązową grzywkę. Ten wyćwiczony przez lata gest zawsze dawał jej kilka sekund na wyciszenie emocji. – Jestem spokojna i cierpliwa! Raz, dwa, trzy…” – policzyła w duchu.

Starając się zapanować nad wyrazem twarzy, przybrała jedną z tych łagodnych min, jakimi obdarza się chorych lub zagubione dzieci, by ich nie przestraszyć.

– Możesz trochę jaśniej? – poprosiła. – Nie wiem, kiedy mama wróci z zakupów, więc nie trzymaj mnie w niepewności, bo zwariuję.

– Jestem w ciąży – rzuciła krótko Janina.

W pierwszej chwili Joasię zatkało.

– Słucham?!

– To dziewiąty tydzień. Gdyby nie badania kontrolne, pewnie do tej pory myślałabym, że to tylko stres i przemęczenie. Ale znowu jestem w ciąży, choć tym razem to czysty przypadek.

Joasia przez chwilę nie bardzo wiedziała, jak zareagować. Zdjęła okulary i odruchowo przetarła szkiełka brzegiem kwiecistego kuchennego fartucha.

– Cudownie – powiedziała oszołomiona. – To dlatego ostatnio znowu tak ładnie nabrałaś ciała. No widzisz! A tak się bałaś, że nie będziesz miała więcej dzieci – palnęła. Zaraz potem ugryzła się w język, tym razem naprawdę boleśnie.

– Wiem. I nadal się boję.

– Ale czego?

Janina rzuciła siostrze spojrzenie będące mieszaniną krytyki i politowania. Doskonale wiedziała, że pod maską radości i wsparcia Asia skrywa taki sam niepokój, jaki trawił ją od kilku tygodni.

– Chyba nie trzeba kończyć psychologii, żeby to zrozumieć – stwierdziła z przekąsem. – Nie obawiaj się, dam sobie radę. Na szczęście mam was wszystkich do pomocy. Tak?

Zdenerwowanie, które przez chwilę ogarnęło Joasię, raptem opadło. Powoli docierało do niej, że Janina rzeczywiście bardzo chciała uwierzyć w swoje szczęście, choć jeszcze kilka miesięcy temu była w czarnej rozpaczy po śmierci synka.

– No dobrze, nie dąsaj się. – Zagarnęła ją ramieniem i serdecznie uściskała. – To wspaniała wiadomość, a nasza mama będzie zachwycona. Zobaczysz, że tym razem wszystko będzie dobrze – dodała pogodnym tonem.

– Wiem, tylko… Zanim oficjalnie powiemy całej rodzinie i znajomym, chcę trochę odczekać.

– Jasne. Jeśli sądzisz, że tak będzie lepiej, to zachowamy tajemnicę – zapewniła Joasia.

– Wytrzymasz nawet przy Marcie?

– Wytrzymam – mruknęła rozbawiona Joasia, myśląc jednocześnie o tym, że niełatwo jej będzie ukryć swoje emocje przed przyjaciółką.

– To dobrze. Najpierw chcę pojechać do Krakowa, do profesora, żeby zrobić wszystkie badania. Zresztą my z Mateuszem ciągle jesteśmy w żałobie, a tu taki numer.

– Oj, Janeczko! Proszę cię, nie myśl o tym. Dziecko musi czuć, że jego mama jest szczęśliwa.

– Ostatnim razem też byłam bardzo szczęśliwa, a jednak małe serduszko wytrzymało zaledwie kilka godzin. Gdyby mój synek nie urodził się tak wcześnie… W siódmym miesiącu nie miał szans z tą wadą. – Oczy Janiny zwilgotniały.

– Proszę cię, przestań.

– Tylko skąd miałam wiedzieć? Wszystko przebiegało normalnie. Moje bliźniaczki są przecież zdrowe, dzięki Bogu. – Janina ożywiła się nieco sztucznie, mrugając powiekami, by powstrzymać łzy. – Ale gdybym wiedziała wcześniej, od razu jeździłabym do profesora, a nie do zwykłego położnika. Profesor mówił, że to może być dziedziczne – paplała nerwowo.

Joanna czuła, że siostrze jest teraz zupełnie obojętne, co mówi, byle tylko zagłuszyć bolesne wspomnienia. Przywołała więc na twarz najpogodniejszy uśmiech, na jaki było ją w tej chwili stać.

– Tym razem nie będzie żadnych problemów. Słyszysz, Janeczko? – powiedziała cichym, melodyjnym głosem, jakby usiłowała zahipnotyzować siostrę. – Pamiętasz, co mówił profesor? Że nie ma powodu do strachu, bo kolejne dzieci mogą być zdrowe jak rydze.

– No właśnie: mogą.

– Daj spokój. Ten maluch potrzebuje radosnej mamy. – Delikatnie położyła dłoń na brzuchu siostry. – A ty musisz nad tym jeszcze trochę popracować. Sama wiesz.

– Wiem.

– To przestań się zadręczać. No już, uspokój się, odetchnij i pokaż mi, jak się cieszysz ze swojego szczęścia.

Nieśmiały, lecz pełen wdzięczności uśmiech rozjaśnił twarz Janiny.

– Masz rację. Muszę się po prostu czymś zająć, żeby za dużo nie myśleć. Tylko czym? – zastanawiała się. – Od kiedy obcięli etat pedagoga do połowy, dostaję wariacji, siedząc w domu całymi popołudniami! Dawniej miałam tyle zajęć dodatkowych, a teraz… Wypełniłam już całą dokumentację na pół roku do przodu i nawet napisałam scenariusz na akademię na Dzień Dziecka. Rozumiesz? Na czerwiec.

– Hmm… Może wydziergasz te misie, które mi obiecałaś? Wybieram się do Sącza, do sklepu Marczewskiej, bo skończyłyśmy z mamą to zamówienie na serwety i ozdoby choinkowe. Zabrałabym wszystko razem.

– Jakoś nie mam ostatnio cierpliwości do szydełka – westchnęła Janina. – Potrzebuję działać, organizować, a nie siedzieć na tyłku w fotelu.

– No to nie wiem… Może zaczniesz planować chrzciny?

– Aśka! Takich rzeczy nie robi się przed porodem!

– No już dobrze, dobrze, ty zabobonna poganko – zaśmiała się Joasia. – Ale chyba możesz o tym pomyśleć, co? Sama wiesz, ile jest zamieszania z organizowaniem takiej imprezy. Potem wszystko załatwia się na ostatnią chwilę. Poza tym, zapewniam cię, że to będzie wielkie święto i wielka radość, bo ten maluszek przyjdzie na świat i bez żadnych komplikacji. Wierzysz mi?

– Wierzę – odparła Janina. – A co do chrzcin, to masz rację: pomyślę. Bylebyś mi się zaraz nie pchała z jakimiś pomysłami – zastrzegła szybko. – Sami zajmiemy się tym z Mateuszem.

– Nie ma sprawy. Spróbuję się trzymać na uboczu – obiecała rozbawiona Joasia.

[1] Bajstruk (gwar.) – dziecko nieślubne.

[2] Świekier – ojciec męża.

[3] Kabza – dawniej: woreczek z pieniędzmi.