Dworek pod Lipami

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ IV

ZAPOMNIANE PROBLEMY


Zimno… Obudziło mnie zimno i okrutny ból głowy. Nim otwarłam oczy, zdziwiłam się, czemu łoże, w którym spać mi przyszło, tak wielce jest niewygodne, że nawet ruszyć się nie mogę, jakbym w pościeli uwięzioną była. A i ochoty jakoś do wstawania nie miałam zupełnie, z sił opadłszy nie wiedzieć czemu. Zaparłam się jednak w sobie, by niemoc tę dziwną zwalczyć, a wtedy jasność dnia wdarła się pod me powieki, boleśnie mnie oślepiając.

Zobaczyłam nad sobą szare i od chmur ciężkie niebo. Ze zdumieniem odkryłam, że nie we własnym łożu leżę, jeno nad brzegiem jakiegoś strumienia. Spróbowałam się podnieść, ale słabość taka mnie ogarnęła, że musiałam na łokciach się wesprzeć i nad mokrym piaskiem długą chwilę tkwić w bezruchu, by postrzymać womity. Głowa ciążyła mi jak ołów, świat wirował, a w uszach jakowyś szum się rozlegał i piszczenie uciążliwe. Ścisnęłam więc skronie lodowatymi dłońmi i to dopiero ulgę niejaką mi przyniosło.

Nie wiem, jak długo leżałam skulona, ale gdy trochę do przytomności wróciłam, usłyszałam, że tuż obok coś parska i ogrzewa mnie oddechem. Odwróciłam się powoli. To klaczka moja ulubiona trącała mnie delikatnie, do wstania z mokrego piasku zachęcając.

Rozejrzałam się i nagle zdjął mnie strach. Strumień i zagajnik nie były mi znane. Między drzewami łąka jakaś prześwitywała, którą wiatr smagał niemiłosiernie, podobnie jak moje włosy i suknię. W trawie pod drzewem zobaczyłam swój kapelusz z niebieską wstążką, cały piaskiem oblepiony, a tuż obok sukni szpicrutę, com ją od wujaszka dostała.

Gdzieś w oddali błysnęło i grzmot przeszył powietrze. Huk ten odbił się bolesnym echem w mojej biednej głowie, tak że aż się skuliłam.

„Mój Boże! – pomyślałam w panice. – Co się stało?! Gdzie ja jestem?”

Spojrzałam po sobie i zgroza mnie ogarnęła. Nie dość, że suknia cała błotem uwalana, a warkocz na ramionach rozsypał się nieprzyzwoicie, to jeszcze na dłoni dostrzegłam krew.

Ręka jednak nie była skaleczona, więc szybko pojęłam, skąd ból potworny i zawroty się biorą – to rana na czole najwyraźniej przytomność mi odebrała. Pewnie klaczka mnie poniosła z jakiejś przyczyny i spadłam, bo inaczej wytłumaczyć sobie nie umiałam, jak się znalazłam w tym nieznanym lesie.

Tysiące pytań cisnęło mi się do głowy: „Skąd się tu wzięłam? Co to za miejsce? Dlaczego sama bez towarzystwa konno wyjechałam, na obyczaje zupełnie nie zważając?”.

Zdarzało mi się czasem, gdy dzieckiem byłam, opiekunce mojej galopem uciec, ale co innego dziecko psotliwe, a co innego panna na wydaniu, która o reputacji swojej pamiętać musi.

„Co by to było, gdyby narzeczony w takim stanie mnie ujrzał? Ciotka znów będzie ze mnie niekontenta – pomyślałam z lękiem. – Drogę do domu muszę znaleźć czym prędzej!” – jęknęłam w duchu, bo podniesienie się z piasku nową falę mdłości wywołało.

Gdyby nie klaczka moja ukochana, która cierpliwym i spokojnym okiem na mnie patrzyła, chyba rozpłakałabym się w jednej chwili.

– A niech to kuropatwa! – zaklęła Gabriela, gwałtownie oderwana od pisania.

Przez chwilę machała rękami, kaszląc i otwartym notesem odganiając chmurę pyłu, który otoczył samochód. Ulicą przejechał właśnie kolejny tir, ciągnąc za sobą tumany pozostałego po zimie piasku, który zalegał na poboczu od czasu wiosennych roztopów.

Otrzepawszy się z brudu, przeszukała torebkę w poszukiwaniu chusteczek, by wytrzeć zaczerwienione od pyłu oczy. W końcu zniecierpliwiona wysypała zawartość na fotel kierowcy. Wtedy na wyświetlaczu smartfona zobaczyła informację o kilku nieodebranych połączeniach.

„Widocznie nie słyszałam. – pomyślała. – No tak, Marek, pięć razy. I Marylka?” – zdziwiła się.

Wsiadła do samochodu, zatrzasnęła drzwi i odszukała numer przyjaciółki. Już po pierwszym sygnale usłyszała głos:

– Gabi? No, nareszcie! Gdzie ty jesteś? Dzwonię do ciebie już od pół godziny.

– Przepraszam, nie słyszałam. Coś się stało?

– Martwiłam się.

– Dlaczego?

– Godzinę temu dzwonił twój mąż.

– Marek?

– Tak, Marek. A masz jakiegoś innego męża? To może mi go przedstawisz, bo chyba się nie znamy.

– Oj, nie denerwuj się! Tak mi się powiedziało. Dlaczego dzwonił do ciebie?

– Bo nie odbierasz telefonu. Szukał cię. Podobno mu rano uciekłaś. – W głosie Maryli dało się wyczuć rozbawienie.

– Tak powiedział?

– No coś ty! On, taki powściągliwy, miałby mi się spowiadać z waszych spraw? Na szczęście jestem bardzo inteligentna i się domyśliłam. Pytał, czy jesteś u mnie i koniecznie chciał z tobą rozmawiać.

– I co mu powiedziałaś?

– Że cię nie ma.

– Ale nie wygadałaś się, że do ciebie jadę?

– Nie. Był zmartwiony, ale nie drążył tematu. Gabi, co się właściwie stało? Pokłóciliście się?

– Tak jakby.

– Cóż za wyczerpująca odpowiedź. Nie chcesz chyba powiedzieć, że miałam rację z tą ucieczką od męża?

– Nie wiem – mruknęła Gabriela.

– Co to znaczy: nie wiem?

– No, nie wiem, czy to ucieczka, ale walizkę mam ze sobą.

– Hmm… A gdzie teraz jesteś? Zresztą to nieważne. Proszę natychmiast schować notes, wrócić do rzeczywistości i zaraz chcę cię widzieć u mnie w domu na obiedzie, bo na pewno od rana nic nie jadłaś. Zrozumiano?

– Jak ty mnie jednak dobrze znasz – westchnęła Gabriela. – Dobrze, będę za kwadrans.

– Czekam.

* * *

Gdy dotarła do domu Maryli, przyjaciółka właśnie wychodziła. Okazało się, że zapracowany Grzesiek zapomniał o najważniejszym – o zrobieniu obowiązkowego przeglądu auta i wymianie opon na letnie.

– Bardzo cię przepraszam, Gabi, ale musimy jechać do diagnosty. On ma teraz godzinne okienko przed następnym klientem, więc może nas przyjąć – tłumaczyła, pomagając jej wnieść bagaże do środka. – Pomijam kwestię mandatu, ale nasze auto to już emeryt. Nie wsiądę do niego z dziećmi, dopóki się nie upewnię, że jest bezpieczne. Załatwię to szybciutko, a później tylko zamorduję swojego męża i będziemy mogły spokojnie pogadać. – Spojrzała krzywo na Grześka.

– Jasne! – mruknął, wychodząc.

– Co jasne? Co jasne?! – krzyknęła za nim, wychylając się z werandy. – Mam tyle spraw na głowie i daję radę, a ty nawet o przeglądzie nie pamiętałeś. Oszaleć można! – stwierdziła groźnie, po czym momentalnie się uśmiechnęła do Gabrieli. – Kochana, dobrze, że jesteś, bo ktoś musi zostać z dzieciakami. Weź sobie obiad, my już jedliśmy. A dzieci niech dokończą pakowanie zabawek, bo marnie im to idzie. Będziemy najdalej za dwie godziny. Pa! – Wybiegła z domu.

Gabriela pomachała im, gdy odjeżdżali, zamknęła za sobą drzwi i odetchnęła. Uwielbiała dom Maryli. Zawsze, gdy do niego wchodziła, czuła dobrą energię emanującą ze starych, wiejskich murów, w których, jak sądziła, musieli zawsze mieszkać szczęśliwi ludzie.

– Ciocia! – Entuzjastyczne przywitanie Haneczki zatrzymało ją w korytarzu.

To był dopiero początek. Za Hanią przybiegł w radosnych podskokach labrador Lizak, który najpierw prawie zwalił Gabrielę z nóg, opierając się na niej swoim wielkim płowym cielskiem, a potem obślinił jej całą twarz. Oganiając się od psa, mogła jedynie pomachać Krystianowi, starszemu bratu Hani, który zwisając znad poręczy na piętrze, krzyknął tylko: „Cześć, ciocia!” i zniknął w swoim pokoju. Dopiero na samym końcu pojawił się kot Albert. Spojrzał z pogardą na zgromadzonych w korytarzu, prychnął i majestatycznym krokiem pomaszerował do kuchni.

Po takim powitaniu Gabrieli nieco się poprawił nastrój. Zdążyła się rozpakować w pokoju gościnnym, zjeść obiad i pozmywać, a Maryli wciąż nie było. Dzieciaki zajęły się na piętrze swoimi sprawami, kot spał pod fotelem w salonie, co Gabriela przezornie sprawdziła, by uniknąć niespodziewanego ataku jego pazurów, a kanarek rezydujący w swojej klatce w kuchni zaczął wyśpiewywać jakąś fałszywą arię.

Żeby się czymś zająć i nie myśleć o kłótni z Markiem, Gabriela wyjęła laptop oraz czerwony notes i usiadła przy kuchennym stole. Przez moment wertowała zapisane kartki, a później zaczęła szybko uderzać w klawisze.

– Ciociu, ciociu! – krzyknęła z piętra Hania. – Chodź, pokażę ci, jak się ładnie spakowałam. Sama! – W głosie dziewczynki słychać było dumę.

– Za chwilę, wróbelku, dobrze? – odkrzyknęła z roztargnieniem, klepiąc zawzięcie w klawiaturę. – Muszę coś skończyć i zaraz do ciebie przyjdę.

Nie przyszła – na dobre utonęła w powodzi słów i zdań układających się w coraz dziwniejszą historię. Nawet okrzyki dzieci dobiegające z piętra nie były w stanie oderwać jej od widoku błyskawic rozjaśniających szare niebo nad łąką.

– Wielmożna pani? – z tyłu odezwał się chłopięcy głos.

Obejrzałam się. Na ścieżce obok lasu stał umorusany wyrostek, za którym szły wolno dwie chude krowy. Około dziesięcioletni ten chłopiec – w krótkich do kolan portkach i z bosymi stopami – patrzył na mnie wielce zdumiony, gdy wychodziłam spomiędzy drzew na ścieżkę, wsparta o moją gniadoszkę. Na siodło nie zdołałam się wspiąć przez zawroty głowy i słabość, więc schwyciwszy się uprzęży, przedzierałam się przez krzewy na łąkę.

– Czy wielmożna pani z konia spadła? Może zawołać kogo? – Chłopczyna podbiegł, jakby sam chciał mnie podeprzeć, ale w ostatniej chwili odwagę stracił i tylko patrzył na mnie jak na dziwowisko jakieś.

– Nie pani, a panienko – poprawiłam go odruchowo. – Tak, koń mnie poniósł i zbłądziłam. Zupełnie nie poznaję tej okolicy. Możesz mi drogę do dworu pokazać? Którędy najbliżej? – spytałam, nieznacznie poprawiając włosy.

 

Jeszcze nad strumieniem próbowałam je mocniej związać, doprowadzić do ładu i schować pod kapeluszem, ale bez mojej zaufanej Zuzi żadnym sposobem nie umiałam sobie z nimi dać rady.

– A to przecie tu za pagórkiem. Stajnie będzie widać, co do dworu należą. Ino ten kawałek koło brzózek trza przejść. Nijak dziedziczka nie może pobłądzić.

– Jak to: tu zaraz? – zdziwiłam się.

Chłopiec brudną ręką pokazywał przed siebie i tak był pewny tego, co mówi, że lęk mnie zdjął. Okolice dworu znałam jak własną kieszeń, od dwóch lat u ciotki mieszkając, a jednak ścieżka, o której mówił, obca mi się wydała zupełnie.

– Toż wielmożna pani nieraz już tędy jeździła. Sam widziałem, jak my z matulą po patyki do lasu chodzili.

– Ja tędy jeździłam? Kiedy?

Wiatr targnął nagle moją suknią, że aż mocniej musiałam się uchwycić siodła. Grzmiało coraz głośniej, więc klaczka zarżała niespokojnie, a i krowy zaczęły się tłoczyć na ścieżce, porykując.

– Pietrek! A czemu to bydlątka jeszcze nie w oborze? – nagle od strony zagajnika rozległ się głos jakiejś kobiety. – Pastuch z ciebie taki, że ociec znowu ci skórę wygarbuje, jak ze dworu wróci! Nijakiego pożytku z tego chłopaczyska nie ma, a jadłby za dwóch. Skaranie boskie! Niech ino… – umilkła, gdy tylko stanęła na ścieżce.

– W imię Ojca i Syna! Dziedziczka? – Zrzuciła na ziemię wiązkę gałęzi, którą dźwigała na plecach i tupiąc bosymi stopami, podbiegła do mnie. – A cóż to się wielmożnej pani stało? – Dygnęła niezgrabnie, a potem ręce ze zdumienia jak do modlitwy złożyła. – Olaboga! Suknia cała błotem uwalana! Ukrzywdził kto panią, co nie daj Boże?

– Nic mi nie jest – mruknęłam oschłym tonem, bo zdumiało mnie, że nieznana mi chłopka tak bez ceregieli lamentuje mi nad głową. – Spadłam z konia, a wasz syn drogę mi pokazuje, bo zabłądziłam.

– Toż przecie tu zarutko dwór będzie widać z pagórka. Ale jak wielmożna pani zezwoli, to mój chłopak klaczkę podprowadzi, bo ino patrzeć, jak rypnie piorunami. Żeby znowu koń nie zrzucił.

– A krowy? – Mały buntowniczo spojrzał na matkę.

– Rób, co mówię! – fuknęła na niego. – Powiadam wielmożnej pani, że same utrapienia z tym chłopcem. Tyle gąb trza w chałupie wyżywić, a do roboty ciągle rąk za mało. Gdyby nie służba, co ją mój chłop we dworze ma z łaski dziedzica, to już pewnikiem oba bydlątka trza by na przednówku żydom sprzedać za grosz jaki.

– Ale jak to… – wtrącić się chciałam w ten potok słów, lecz bez powodzenia.

– Burza idzie, to spieszyć się trza. Pietrek migiem panią do dworu podprowadzi. Ino może ja suknię otrzepię raz dwa, żeby wstydu nie było. – Chłopka bez pytania zakrzątnęła się wokół mnie. – A ty, Pietrek, drugiej rękawiczki poszukaj, może gdzie leży. Tak przecie nie wypada się dziedziczce we dworze pokazać. To by dopiero starsza pani Zawilska miała używanie!

Tęga kobieta z zatroskaną miną poprawiała moją garderobę, trajkocząc bez przerwy, a ja z oszołomienia nawet spytać nie zdołałam, kim jest pani Zawilska. Szczęście, że nad strumieniem choć twarz wodą obmyłam i chusteczką otarłam krew ze skroni, bo zapewne krzyk by podniosła na całą okolicę.

– Jak was nazywają? – spytałam.

– Toż przecie Maciejowa jestem. – W oczach chłopki mignęło zdziwienie. – Żona tego Macieja, co przy koniach służy. Wielmożna pani mnie nie poznała?

– Ach, tak. Poznaję – skłamałam niechętnie, a ona się wyraźnie ucieszyła.

– We wsi to ciągle się dziwują, że dziedziczka nam, prostym ludziom, takie serce okazała. Bo gdyby nie ten doktór, co go pani do nas wysłała, to z moją córcią już pewnikiem koniec by był. A tak to Kasia już zdrowa i stale wypatruje, czy wielmożna pani znowu do naszej skromnej chałupy nie zajrzy. Ja wiem, że pani przykrości z tego miała. Mój chłop wszyćko słyszał, jak starsza pani Zawilska podniosła krzyk, że się do służby folwarcznej doktorów posyła. Cały dwór słyszał. Ale przecie jakby nie złote serce wielmożnej pani… – Oczy się jej zaszkliły. – Do śmierci wdzięczna będę, że…

Wzruszona chłopka nadal coś mówiła, ale ja tylko stałam i patrzyłam na nią, coraz bardziej osłupiała.

„Jaka Maciejowa? Jaki doktór? Przecież od czasu, jak mi ciotka zakazała pomagać włościanom, nawet nie zajrzałam do wioski. Z rok już będzie. Dziwy jakieś wokół mnie się dzieją – pomyślałam zdenerwowana. – Boże mój! Może ten upadek w głowie coś mi popsuł?”

– … i tak umyśliłam sobie, żeby do pani, co taka dobra dla nas była, jakowym sposobem dostać się i przestrzec – mówiła dalej Maciejowa. – Prosiłam mojego chłopa, żeby choć pokojówce wielmożnej pani wszyćko powiedział, ale on się zaparł i mówi, że mu nijak ze stajni do dworu iść. Krzyczał na mnie, że się do pańskich spraw mieszam, alem mu porządnie łeb zmyła. Bo jakże to tak? Dziedziczka moją córuchną się zatroskała, a ja bym miała na takie nieszczęście pozwolić? Niedoczekanie!

– Jakie nieszczęście? – spytałam pomieszana zupełnie.

– Nie znalazłem rękawiczki, wielmożna dziedziczko – oznajmił w tym momencie chłopiec, wróciwszy z zagajnika.

– Nie szkodzi – mruknęłam. – O jakim nieszczęściu Maciejowa mówi?

– A o tych plotkach paskudnych, co się rozchodzą o panience Helenie.

– O mojej siostrze? – W jednej chwili wróciła mi przytomność. – A cóż to się może o Helenie w okolicy mówić? Przecież w mieście na pensji jest.

Chłopka milczała przez krótką chwilę, patrząc na mnie z dziwną miną.

– Yyyy… Toż przecie wszyscy wiedzą, że od kiedy panienka Helena na święta do dziedziczki zjechała, to jeszcze do klasów nie wróciła. Ja tam wścibska nie jestem, ale baby we wsi gadają, że panienka bardzo zapadła na zdrowiu. A przecie choroba nie wybiera i wstydzić się nie ma czego. Jakby doktór do panienki Heleny nie przyjechał, to i do mojej chałupy by go wielmożna pani wysłać nie mogła. A wtedy moja córcia…

– Helena zachorowała? – przestraszyłam się. – Kiedy?

– Czy aby wielmożna pani dobrze się czuje? – spytała chłopka, przyglądając mi się podejrzliwie. – To przecie żaden sekret, że pan doktór Malicki nie dla przyjemności do dworu jeździ już od dwóch niedziel. Ludzie nawet chwalą, że nasz dziedzic taki dobry pan i na leczenie siostry swojej małżonki grosza nie skąpi. My się w chałupie o zdrowie szwagierki naszego dziedzica codziennie modlimy…

Huk pioruna i świst wiatru zagłuszył jej dalsze słowa, a z ciemnego nieba spadł w końcu deszcz tak gwałtowny, że w jednej chwili suknia mi przemokła. Nie słuchałam już, co Maciejowa mówi, tylko skinęłam na chłopaka, bo sama bym sobie rady nie dała z koniem, plączącą się suknią i kapeluszem. Ruszyliśmy przed siebie, walcząc z deszczem i wiatrem. Uszliśmy spory kawałek, gdy nagle dotarło do mnie, co jego matka powiedziała.

„Jak to: na leczenie siostry swojej małżonki? – dziwne podejrzenie zrodziło się w mojej obolałej głowie. – I dlaczego Helenę nazwała szwagierką dziedzicą?”

Aż przystanęłam, przestraszona. Tknięta złym przeczuciem, z trudem zdjęłam mokrą rękawiczkę, która nieprzyjemnie obciskała mi prawą dłoń.

– O dobry Boże! – szepnęłam. – Co to ma znaczyć?

Na moim serdecznym palcu w świetle błyskawicy zalśniła ślubna obrączka.

* * *

– Co? – Zdegustowana Gabriela oderwała palce od klawiatury i spojrzała na ostatnie zdanie. – Obrączka? Jak mogłaby zapomnieć, że wyszła za mąż? Moment… Czyżby amnezja? – rozważała półgłosem, wpatrując się w ekran laptopa. – To dlaczego pamięta inne rzeczy? Wie, kim jest, mówi o ciotce i siostrze… Chwileczkę.

Szybko wpisała w wyszukiwarkę odpowiednie hasło i przeczytała: „Amnezja wsteczna polega na utracie pamięci w odniesieniu do zdarzeń, których dana osoba była świadkiem przed urazem, będącym powodem amnezji.”

– Aha! Więc przed upadkiem z konia musiało się zdarzyć coś ważnego. Co prawda motyw utraty pamięci jest mocno wyświechtany, ale w sumie może wyjdzie z tego ciekawy wątek. Tylko ten język… – skrzywiła się zniechęcona. – Okropna stylizacja mi wyszła. I do tego w pierwszej osobie. To fatalne ograniczenie wszechwiedzy narratora.

– Cioociuu! On mi zabiera okulary! – Krzyk rozpaczy przywrócił Gabrielę do rzeczywistości.

Wrzaski na korytarzu zabrzmiały poważnie, więc poderwała się z krzesła i pędem wbiegła po schodach na piętro. Hania i Krystian wydzierali sobie z rąk okulary do pływania.

– To moje! – jęczała Hania, bliska płaczu. – Oddawaj!

– Nie są twoje! Tata kupił je dla mnie, bo ty nawet nie umiesz pływać, dzieciaku! Puszczaj to!

Gabriela w pierwszej chwili nie wiedziała, czy ratować dzieci, czy okulary, które nie wyglądały na najtańsze, a ta szarpanina wyraźnie im nie służyła.

– Spokój! – zażądała i chwyciła przedmiot sporu. – Proszę to natychmiast puścić! Oboje!

Dzieciaki wahały się przez kilka sekund, ale potem posłusznie wypuściły okulary z rąk.

– Ja się tym zajmę, a wy dokończcie pakowanie. No już – pośpieszyła Krystiana, który niechętnie poszedł do siebie.

Widząc, że rozżalona Hania chlipie pod nosem, przysiadła się do niej.

– Masz, wytrzyj nos. I nie przejmuj się, wróbelku. Rodzeństwo czasem się kłóci, ale to nie znaczy, że brat cię nie kocha.

– E tam!

– Naprawdę. Ja też posprzeczałam się nie tak dawno z moją siostrą, ale już się pogodziłyśmy. A co to?

Wśród leżących na podłodze rzeczy Gabriela dostrzegła prześliczną jedwabną chusteczkę obrębioną błękitną koronką. Ponieważ od kilku dni wszystko, co błękitne, dziwnie zwracało jej uwagę, zamilkła i wzięła do ręki delikatny kawałek materiału. Chusteczka była lekko pożółkła, wymięta, a w rogu miała wyhaftowane inicjały H i H. Wyglądało to na starą ręczną robotę, więc z szacunkiem dotykała gładkiego jedwabiu.

– Śliczna. Skąd ją masz? – spytała.

– Znalazłam na strychu. To szalik dla królewny. – Hania złożyła chusteczkę na pół i owinęła dookoła szyi małej lalki. – Często się przeziębia, więc musi mieć ciepło.

– Mama pozwoliła ci chodzić na strych?

– Byłyśmy razem. Tam są stare pudła i dużo fajnych rzeczy. Mam jeszcze to.

Spod biurka wyciągnęła wielkie kartonowe pudło.

W środku Gabriela zobaczyła coś, co zapewne miało być salonem: sklejone razem pudełka zapałek imitowały komodę, stare puzderko Maryli było pięknym ozdobnym stołem, a opakowanie po jakichś lekarstwach – szafą. W rogu tkwiły wepchnięte w plastelinę kawałki gałązek udające kwiatki, a wszystko zostało ustawione na ręcznie dzierganej serwetce, która najwyraźniej pełniła funkcję dywanu.

– Bardzo ładnie urządziłaś ten dom – pochwaliła dziecko.

– Taki będę miała, jak będę duża i ożenię się z tatą.

– Kiedyś też marzyłam o własnym domu – mruknęła Gabriela, ale szybko się zreflektowała. – Ożenić może się mężczyzna, a kobieta wychodzi za mąż. Tak się mówi prawidłowo.

– Aha.

– Jeśli mama pozwoli, pokażesz mi, gdzie stoją te pudła na strychu?

– No jasne, ciociu. Może na ciebie będzie coś pasowało, bo tam jest dużo ślicznych starych ciuchów.

– Dziękuję, wróbelku. – Gabriela pocałowała dziewczynkę w czoło. – Bardzo lubię takie stare rzeczy. A teraz musimy to szybciutko posprzątać, bo chyba samochód rodziców wjechał na podjazd. Lepiej, żeby mama nie widziała tego bałaganu.

* * *

Powrót Maryli i Grzegorza, zamiast uspokoić sytuację, zwiększył tylko chaos panujący w domu. Gabriela od razu zauważyła, że oni również o coś się posprzeczali. Domyśliła się, że poszło o stan techniczny starego samochodu, który podobno nie wzbudził zachwytu diagnosty, choć na szczęście zmieścił się w normach. O nowym aucie nie mogli jednak na razie pomyśleć. Maryla skarżyła się ostatnio, że klienci Grześka ciągle zalegają z płatnościami, a ona nie wie, jak poradzić sobie z lawiną rachunków. Ta sytuacja momentalnie przypomniała Gabrieli o jej własnych kłótniach z mężem, dlatego współczująco milczała, udając, że niczego nie zauważyła.

Naburmuszony Grzesiek zabrał się do upychania w bagażniku przygotowanych przez żonę walizek i toreb. Kursował po schodach w górę i w dół, dźwigając pakunki, a za nim tam i z powrotem biegały z piskiem dzieci oraz Lizak radośnie obszczekujący domowników.

W kuchni Maryla ze złością rozpakowywała ostatnie zakupy. Gdy Gabriela cicho zaproponowała pomoc, usłyszała tylko, że ma sobie usiąść w ogrodzie i odpocząć, bo jest gościem, a kolacja będzie gotowa za pół godziny. Bez słowa usunęła się zatem z placu boju. Rozumiała, że w takich chwilach kobieta potrzebuje odrobiny samotności, żeby się uspokoić.

 

Zgarnęła po drodze jakieś czasopisma oraz kubek z herbatą, zarzuciła kurtkę i wyszła do ogrodu. Ławka, na której usiadła, znajdowała się tuż pod otwartym kuchennym oknem. Trzaskanie szafek, brzęczenie garnków, pokrzykiwania Maryli wyganiającej z kuchni kota oraz wściekle wysokie tony dobiegające z ptasiej klatki rozlegały się na pół ogrodu.

Kanarek Fredzio uwielbiał hałas. Im głośniej lała się w zlewie woda na naczynia, im głośniej Maryla pobrzękiwała talerzami, dzieci krzyczały i tupały po schodach, a pies szczekał, tym głośniej z małej ptasiej piersi wyrywały się dźwięki fałszywych trelów, które po jakimś czasie zmieniały się niemal w odgłosy warczenia starego silnika. Fredzio, jak każda istota w tej rodzinie, był bowiem na swój sposób niezwykły i wyjątkowy: nie tylko miał zadziorny charakterek, ale też natura w zadziwiającym kaprysie pozbawiła go pięknego ptasiego głosu.

Zgiełk wydobywający się przez otwarte okno powoli wchłonął Gabrielę w swój świat.

„Przypomina bitwę pod Grunwaldem w szczytowej fazie. Nie brakuje nawet szczęku mieczy” – pomyślała, gdy na kuchenną podłogę posypały się jakieś sztuće lub inne metalowe przedmioty.

Przed jej oczami mimowolnie zaczęła się pojawiać wizja zajadle walczących rycerzy zakutych w ciężkie zbroje, na których promienie zachodzącego słońca malowały krwawe refleksy. Chorągwie chwiały się w rękach obrońców, konie dziko rżały, uniesione miecze spadały ze wściekłością na walczących, a w oddalonej od pola bitwy wsi szczekał pies i krzyczały dzieci…

– Kurczę pieczone! – mruknęła, potrząsając głową. – Nie! Jeszcze mi tylko średniowiecza brakowało…

Otuliła się szczelniej kurtką, bo wiosenne popołudnie robiło się coraz chłodniejsze. Gdy wiatr targnął kartkami czasopisma leżącego na jej kolanach, odruchowo spojrzała na tytuł artykułu: Rozwód w kościele – nie! Unieważnienie – tak.

Mimowolnie zaczęła czytać tekst napisany suchym prawniczym stylem. Taki temat nigdy wcześniej nie zwróciłby jej uwagi, ale w tym momencie nie mogła się od niego oderwać. „Prawo kanoniczne dopuszcza stwierdzenie nieważności małżeństwa w kilku zasadniczych sytuacjach” […] – pisał autor, a Gabriela, coraz bardziej zdenerwowana, prześlizgiwała się wzrokiem po kolejnych akapitach.

– Gabi, twój telefon dzwoni.

Podskoczyła przestraszona na dźwięk głosu Grzegorza. Stał tuż obok niej, podając jej smartfon.

– Co? Aha, dzięki – rzuciła zaczerwieniona i szybkim ruchem zamknęła czasopismo. – Słucham, Gabriela Strzelecka – odebrała połączenie, nie spojrzawszy na wyświetlacz.

– Dość oficjalne powitanie – usłyszała głos Marka.

– Nie wiedziałam, że to ty dzwonisz – mruknęła. – Coś się stało?

W słuchawce przez chwilę panowała cisza.

– Poza tym, że wyprowadziłaś się z domu bez sensownego wyjaśnienia, to nic się nie stało – odparł z ironią.

– Nie wyprowadziłam się, tylko wyjechałam. Na jakiś czas. Oboje potrzebujemy od siebie odpocząć.

– Ja nie potrzebuję.

– Dobrze, więc ja potrzebuję. Ile razy mam to powtarzać?

Znów zapadła cisza.

– Marek, jesteś tam?

– Jestem. Zastanawiam się tylko, dlaczego tak nagle.

– Nie planowałam tego – stwierdziła cicho. – Wszystko tak jakoś się potoczyło.

– Co się potoczyło? Gabi, o co w tym wszystkim chodzi?

– To nie jest rozmowa na telefon.

– Właśnie. Więc wróć do domu – wszedł jej w słowo.

– Nie! – rzuciła twardo, bo głos męża przywołał wszystkie poranne emocje, o których starała się zapomnieć. – Zapewniam cię, że gdybym wróciła teraz, nasza historia nie miałaby szczęśliwego zakończenia. Jestem na ciebie wściekła i muszę poczekać, aż mi przejdzie.

– Jaka historia? Jakie zakończenie? – Marek zdębiał. – Chodzi o nasze życie, a nie o jakąś cholerną książkę!

– Właśnie.

– Co właśnie?

– Kiedy napiszę coś, co mi się nie podoba, mogę to wykasować i zacząć od nowa, rozumiesz? Jeśli zechcę, to Julia ożyje i urodzi swojemu mężowi śliczne zdrowe dziecko. A potem będą żyli długo i szczęśliwie. Ale może też pozostać martwa, wyłącznie dlatego, że ja tak zdecyduję. Nad własnym życiem straciłam jednak kontrolę. A to nie jest kartka papieru, nie da się tak po prostu wymazać zdarzeń, słów.

– Gabi, otrzeźwiej trochę. Mówimy o rzeczywistości, a nie o fikcji. Zachowujesz się kompletnie nielogicznie.

– Myśl sobie, co chcesz. Ale zapewniam cię, że wolałbyś nie usłyszeć tego, co mam ci dziś do powiedzenia, więc nie upieraj się tak głupio.

– A co ja takiego zrobiłem?

– Chodzi właśnie o to, czego nie zrobiłeś. I ty, i ja – dodała ciszej. – Potrzebuję po prostu trochę czasu.

Marek milczał. Czuł się porzucony, zdezorientowany i zły – na nią i na siebie.

– Dobrze – burknął. – Skoro tego właśnie chcesz.

– Chcę.

– Kiedy wrócisz? – spytał chłodno.

– Nie wiem. Może za tydzień… Jestem u Maryli – powiedziała, bo nie miała serca dłużej trzymać go w niepewności. – Wyjeżdżają nad morze i obiecałam, że popilnuję jej domu i zwierzaków.

– U Maryli? Dzwoniłem do niej dzisiaj – stwierdził niemile zaskoczony.

– Mówiła mi, ale wtedy byłam jeszcze w drodze. Proszę, nie przyjeżdżaj tu, nie dzwoń. Potrzebuję spokoju.

– Skoro tego chcesz – powtórzył, kapitulując. – A jak twoja głowa? Czy ten guz już zniknął? – zapytał jeszcze, żeby się nie rozłączać jak najdłużej.

– Wszystko jest w porządku.

– No to pa – powiedział niechętnie.

– Pa – mruknęła i rozłączyła się pierwsza.

Jej wzrok prześlizgnął się po okładce czasopisma, które wciąż leżało na jej kolanach.

„Nie, nie dzisiaj. Pomyślę o tym wszystkim jutro” – westchnęła w duchu.

* * *

Gabriela kończyła zmywanie po kolacji. Układając na suszarce mokre talerze, patrzyła kątem oka na przyjaciółkę, która ze zmarszczonym czołem czytała jej ostatnie zapiski w laptopie. Dzieci już dawno spały, Grzegorz właśnie poszedł do sypialni, więc w obszernej ciepłej kuchni były same. Gdy uporała się ze zmywaniem, wytarła mokre ręce, usiadła z drugiej strony kuchennego stołu.

– I jak? Co o tym myślisz?

Maryla od lat była pierwszą komentatorką tekstów Gabrysi, ale tym razem nie mogła się skupić na treści. Czytając dziwną opowieść, myślała intensywnie, jak od rozmowy o nowej książce niepostrzeżenie przejść do właściwego tematu, czyli problemów rodzinnych przyjaciółki.

– No cóż… – mruknęła w odpowiedzi. – Miałaś rację, trochę nietypowe to opowiadanie jak na ciebie. Czy to początek nowej powieści?

– Nie wiem. Fajnie byłoby napisać coś niewspółczesnego, ale nie jestem specjalistką od powieści historycznych. Zresztą ta narracja w pierwszej osobie i język…

– No właśnie, trochę dziwnie się to czyta. Co to za czasy właściwie?

– Mam wrażenie, że dziewiętnasty wiek. Ubranie bohaterki pasuje mi do tej epoki: długa amazonka, damski cylinder, szpicruta. W każdym razie na pewno są to czasy po powstaniu styczniowym.

Maryla nie zdziwiła się, słysząc, że Gabrysia dostosowuje czas akcji do tego, co zobaczyła w swojej wyobraźni, zamiast samej zdecydować o szczegółach. Zaskoczyło ją co innego.

– A skąd wiesz, że po powstaniu?

– Dzięki obrączce.

– Jak to?

– Bo przed powstaniem styczniowym w Polsce kobiety nosiły obrączki na lewej ręce, od serca. Na prawej nosiły tylko wdowy, odwrotnie niż dzisiaj. Dopiero na znak żałoby narodowej wszyscy przełożyli obrączki na prawą dłoń i tak już zostało. A ta dziewczyna nosi obrączkę na prawej ręce.

– Aha – mruknęła Maryla.

Jej mina rozbawiła Gabrielę.

– Daj spokój. Po prostu mam dobrą pamięć do takich ciekawostek. Gdzieś o tym przeczytałam, nawet nie wiem, gdzie.

– Hmm… Tylko czy ty się nie porywasz z motyką na słońce? Wydaje mi się, że powieść historyczna to ogromnie dużo pracy.

– Dlatego nie wiem, czy to jest materiał na książkę. Tak jakoś samo mi pod palce weszło. Nie podoba ci się, prawda?

– Nic takiego nie powiedziałam.

– Nie musisz. Sama widzę, że to się nie nadaje. – Gabriela spochmurniała. – Po prostu jak się coś psuje, to wszystko naraz, talent też. Jestem beznadziejna.

– Co ty wygadujesz? Nic ci się nie psuje! Jesteś po prostu zmęczona i tyle. Spróbuj się zrelaksować przez ten tydzień. Jeśli chcesz, możesz mi przekopać grządki albo posprzątać na strychu – poradziła jej z uśmiechem. – Pamiętam, że generalne porządki zawsze cię uspokajały.