Króliki z RavensbrückTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

9

MIRIAM

Tory są kasztanowe od rdzy, zasypane liśćmi i kamieniami. Miriam przystaje na peronie, a wiatr zawodzi niczym żywa istota, chrypi, gwiżdże i cicho mruczy pomiędzy drzewami. Nos i koniuszki uszu mrowią i pulsują. Miriam wpatruje się w dal, jak gdyby czekała na pociąg z przeszłości.

Trzy podkłady kolejowe ułożone jak popadło jeden na drugim i opatrzone tabliczką z brązu upamiętniają ludzi, których stąd wywieziono. Ile to już lat. Całe życie, myśli Miriam. Dłonie grabieją z zimna, czucie w stopach zamiera, a ona stoi dalej. Czeka.

Wiatr bawi się łodyżkami róż złożonych tutaj jako dowód pamięci. Ich płatki leżą teraz na dużych szarych brukowcach, razem z liśćmi, które opadły z drzew. Jeden płatek, niegdyś czerwony, dziś sczerniały i pomarszczony, muska w przelocie buty Miriam. Kobieta pochyla się i podnosi z ziemi kamień. Nierówne krawędzie czuć wyraźnie pod palcem, a ciężar dodaje jej otuchy.

Miliony ludzi, wywiezionych, zamordowanych. Ci, którzy przychodzą tutaj z różami, chcą pamiętać, ale jej rodzice woleli zapomnieć. Dlaczego?

Kładzie kamień na pomniku z podkładów.

– Za mamę – mówi, a potem dokłada obok jeszcze jeden, tak żeby się stykały. – Za tatę.

Oni przeżyli. Jedni z nielicznych. Postanowili uwolnić się od przeszłości, ale skoro tak, to dlaczego mama przechowała ten pasiak? Miriam nie potrafi tego zrozumieć. Na niebie gromadzą się chmury, wiatr kręci powietrzem.

– Skoro chcieliście zapomnieć, czemu zatrzymałaś tę sukienkę? – szepcze, przykucnąwszy nisko, teraz oba kamienie ma na wysokości oczu.

Mocno zaciska wargi.

– I ten list. – Przecież mama nie znała żadnej Eugenii. Po co jej był list, który tak naprawdę „nie należał” do niej?

Obrazy z przeszłości kłębią się jak dym poruszany wiatrem i nagle rozwiewają się w nicość, bo słychać kroki. Miriam podnosi się, walcząc z odrętwieniem kończyn. Dwoje ludzi, każde w długim, ciemnym płaszczu i futrzanej czapce. Niosą kwiaty. Na ich widok Miriam kiwa głową i wtedy dopiero zauważa, że wszędzie leżą kamienie. Tyle kamieni, tak wielu ludzi. Dlaczego jej matka przechowywała pasiak z jednym jedynym listem?

W tym musi się coś kryć.

Przytupuje, aby rozgrzać stopy, i nagle czuje, że coś popycha ją do przodu, nadaje rozpędu. Zostawić miejsce zatopione w bursztynie pamięci i wrócić do domu, do tu i teraz, do taty i do pasiastej sukienki. Poznać ich losy. Zaczyna padać, oddech unosi się mgiełką tuż przed jej twarzą.

Niebo nad stacją tonie w szarości. Miriam jest cała mokra; zanim zdąży dotrzeć choćby do końca parkingu przed budynkiem dworca, woda cieknie z kaptura prosto na jej twarz. Na parkingu stoi jedna, samotna taksówka; już ma odjeżdżać, ale Miriam zatrzymuje ją gestem i wsiada.

Radio brzęczy, taksówkarz trajkocze, ogłuszona wesołkowatą kakofonią Miriam siedzi w milczeniu. Razi ją ten hałas, bo wciąż ma w uszach czystą, rześką ciszę dworca Grunewald. Spokój i uszanowanie dla przeszłości wyrugowane tandetną muzyką.

– Dokąd, złotko? – pyta taksówkarz, przekrzywiając lusterko, żeby ją zobaczyć. Gdy Miriam podaje adres, rzuca jej się w oczy tłusty odcisk palca, który pozostał na szkle i rozprasza światło swoim niepowtarzalnym rysunkiem. Za oknami przepływają puste ulice, a ten znaczek wciąż przyciąga jej wzrok. Wycieraczki szorują po szybie, zasypując ją garściami kropel rozmigotanych niczym gwiazdy. Im bliżej domu, tym częściej Miriam zadaje sobie pytanie: gdzie jest Axel? Sama myśl o nim przyprawia ją o mdłości.

– Nie będzie ci przeszkadzać, jak dam głośniej radyjko?

Trajkoczący taksówkarz buzuje sztuczną radością.

Płaci i wysiada. Taksówkarz życzy Miriam wesołych świąt i rusza, zostawiwszy ją przed dużą, czteropiętrową kamienicą, ocienioną z obu stron wysokimi dębami, które sypią liście na brukowany chodnik. Białe światło drzwi wejściowych wskazuje zagubionemu statkowi drogę do domu.

Miriam wyjmuje klucz, otwiera i wchodzi do środka, po czym rusza schodami na górę. Futerko przy kapturze łaskocze mokrą twarz. Stara się iść jak najszybciej, ale nogi nie nadążają, wlecze je za sobą, jakby po pas brodziła w wodzie.

Obróciwszy drugi klucz w zamku, popycha drzwi.

Czas przeskakuje jak klatki filmu w aparacie fotograficznym. Błysk. Pstryk. Dalej. Myśli kołują w głowie. W tle posykuje materac ciśnieniowy, cicho gra radio.

Miriam otwiera drzwi sypialni. Ojciec leży na swoim łóżku jak martwy.

Wchodzi dalej, pospiesznie, choć jeszcze nie jest pewna, ale zatrzymuje ją słodki zapach przejrzałych owoców, tym mocniejszy, że dopiero wróciła. Wrażenie jest takie, jakby wpadła na ścianę.

Pierś ojca unosi się, opada.

Miriam uśmiecha się do siedzącej na fotelu Hildy. Z radia płynie jakiś solowy koncert skrzypcowy, kaskady przejmujących, ostrych dźwięków przywodzą jej na myśl podróże i pożegnania.

– Pogoda się popsuła, co?

Miriam kiwa głową.

– Tak sobie pomyślałam... – Hilda wstaje z fotela. – Skoro przeprowadziłaś się tu na stałe, może umówisz się na spotkanie z lekarzem?

Miriam zdejmuje płaszcz i składa pocałunek na pergaminowej skórze ojca.

– Nic mi nie dolega – oznajmia stanowczo, ale szybko traci pewność siebie, bo coś jednak wytrąciło ją z równowagi. Rozsypała się gdzieś pomiędzy dążeniem niespodziewanie odnalezionym w kamieniach na peronie stacji Grunewald a chwilą obecną, po powrocie do mieszkania taty.

Hilda chowa okulary do torby.

– Moim zdaniem świetnie sobie radzisz, ale wiem, że to byłby błąd, gdybym nie zaproponowała pomocy, czy to lekarskiej, czy innego rodzaju. – Zamknąwszy torbę, wiesza ją na ramieniu. – Pomyśl o tym, dobrze?

Miriam spogląda na ojca, na jego lśniące czoło i różowe policzki. Samymi opuszkami gładzi go po wierzchu dłoni.

– Gdybyś zdecydowała się na takie rozwiązanie – dodaje Hilda.

Ognista kula frustracji wybucha w piersi Miriam z taką siłą, że jeszcze chwila i rzuci się na Hildę i ją rozszarpie na kawałki.

– Są różne placówki, hospicja, jeśli to dla ciebie zbyt trudne… To nie będzie źle świadczyć o tobie, po prostu…

Wewnętrzny ogień gaśnie z sykiem.

– Nie. Ja muszę. I chcę – tłumaczy Miriam błagalnie.

– W takim razie o siebie też powinnaś się zatroszczyć, żebyś mogła opiekować się ojcem. Umówię cię na wizytę. – Hilda całuje ją w oba policzki, jakby chciała w ten sposób przypieczętować obietnicę, i wychodzi.

Koncert skrzypcowy wciąż trwa. Miriam wyłącza radio, gaś­nie harmonia dźwięków.

HEINRICH

Wspomnienie Friedy w moim płaszczu, barwa północnej godziny. Wiem, że jeśli będę pamiętał, jeśli wytrwam… Szukam wspomnienia, które kiedyś utrzymywało mnie przy życiu.

Teraz też mi pomoże.

I natrafiam na nie pośród cieni, bez żadnego trudu, jakbym pytał siebie samego o nazwisko.

Yeats.

Obrazy sypią się jak krople deszczu z płaszcza, który po wejściu do mieszkania Friedy strzepnąłem i powiesiłem na drzwiach łazienki.

Spalili dzisiaj twoje książki. – Frieda podała mi filiżankę czarnej herbaty i przeczesała dłonią moje mokre włosy. Siedziałem na łóżku, które za dnia pełniło rolę sofy, ponieważ oprócz niego jedynym meblem był tutaj niski stolik. Pomalowane na różowo ściany pociemniały już, przyrudziały. Pomimo panującego chłodu wnętrze emanowało ciepłem.

Znajdowało się na wschodniej ścianie kamienicy, w środkowej klatce. Miało tylko jedno okno, w łazience; brak dziennego światła oznaczał brak naturalnego ogrzewania.

– I ogłosili nagrodę za ciebie. Dziesięć tysięcy marek. – Usiadła na stoliku, naprzeciwko mnie, dmuchnęła w swoją filiżankę; obłoczek pary wzbił się w górę jak kłąb dymu. Była tak blisko, że prawie dotykaliśmy się kolanami. Prawie.

– Dziesięć tysięcy?

– Tak. A co, myślisz, że jesteś wart więcej? – Zaśmiała się.

– Nie. Gdyby dali więcej, sama byś na mnie doniosła.

– Nie mów tak.

Dotknąłem kolanem jej kolana, ale szybko się odsunęła.

– Moje książki… – powtórzyłem. – Wszystkie?

Bolało, choć na dobrą sprawę nie powinno.

– Nie przejmuj się, byłeś w doborowym gronie. Coś mi się wydaje, że jutro rano chmury będą pełne uczonych słów. Cały świat przeczyta, co napisałeś, wystarczy spojrzeć w niebo.

Wypiłem łyk herbaty i spuściłem głowę, zatrzymując wzrok na filiżance.

– O co chodzi? – zapytała.

– Wellsa i Freuda też palą. Po moich pracach nikt nie będzie rozpaczał.

– Oczywiście, że będzie. Spójrz na mnie. – Nie uniosłem oczu. Trąciła mnie kolanem i omal nie rozlałem zawartości filiżanki. – To tylko na pokaz, wiesz przecież. Książki przetrwają stosy.

Wtedy uniosłem głowę i spojrzałem jej prosto w oczy.

– Emilie może załatwić nam wyjazd z Berlina.

– Ach. – Zgarbiła się, oklapła. – Kiedy jedziecie?

– Ja nie wyjadę. Nie mogę.

– Musisz.

– Nie, nie zostawię cię samej.

– Masz własne życie. Z nią. Nie możesz postąpić inaczej – oznajmiła stanowczo, a po chwili milczenia dodała: – Czy ona wie?

– Powiedziałem jej prawdę, żeby mogła odejść ode mnie, jeśli zechce. Nie chce. Nazwała mnie naiwnym głupcem.

– Całkiem słusznie zresztą. – Frieda się uśmiechnęła. – Gdyby nie wiadome okoliczności, na pewno byśmy się zaprzyjaźniły. Zrobisz, co zechcesz, ale wiedz, że ja się z nią zgadzam. Tutaj nie masz już czego szukać.

– Friedo – powiedziałem, a ona uniosła wzrok. – I kto tutaj jest głupi?

Przechyliła głowę na bok, a ja myślałem tylko o tym, żeby musnąć palcami jej policzek i przygarnąć ją do siebie.

– Heinrich, wiesz, że muszę to powiedzieć: nie masz innego wyjścia. Musisz wyjechać.

 

– I co, lepiej ci już?

– Lepiej? Coś takiego! Mam się lepiej poczuć, prosząc cię: wyjedź, może już na zawsze, ze swoją żoną? Żyjcie długo i szczęśliwie, a ja zostanę tutaj sama?

– Więc czemu mi to mówisz?

Nasze twarze rozdzielała tylko cienka wstążka przejrzystej pary.

– Bo chyba powinieneś to usłyszeć – odparła. – Właśnie ode mnie.

– Dajesz mi swoją zgodę?

Przytaknęła.

– Gdybym potrzebował zgody, żeby wyjechać, to już by mnie tu nie było. Wiesz, że cała ta sprawa jest znaczniej bardziej zagmatwana. – Postawiłem filiżankę na podłodze.

– Nasz kraj jest w ruinie – oznajmiła, ale gdy jej usta się poruszały, wyrzucając słowa, ja zajrzałem jej w oczy i nagle więź, która kiedyś połączyła nas bez słów, zapłonęła na nowo. Trudno okreś­lić, na czym polegała, wiem na pewno, że była w niej odrobinę krępująca świadomość wzajemnej obecności. Nie rozumiałem tego, wiedziałem jednak, że ta właśnie siła trzyma nas razem.

– Nie chodzi o nasz kraj ani o źle pojęty patriotyzm. Nie chcę wyjechać, bo nie umiem cię zostawić.

– Umiesz – odparła cicho, niemal szeptem. – Skoro ja potrafię, to ty też.

Uśmiechnąłem się.

– Umiem cię zostawić. Umiem – powtórzyła, tym razem chyba do siebie.

Pochyliłem się jeszcze bliżej, zsunąłem z łóżka i przykucnąłem przed nią. Jej gorący oddech owiał moją twarz.

– Kogo chcesz przekonać? – zapytałem.

– To tylko słowa – odparła.

– Wiem, ale… – Urwałem targany wewnętrznym konfliktem: pragnąłem ją pocałować i jej ustami wypowiedzieć swoje myśli, lecz zależało mi na tym, aby widzieć jej oczy, bo magia ich spojrzenia sprawiała mi czystą rozkosz. – Szczerze kocham Niemcy – powiedziałem z braku innych słów. – Stare Niemcy.

Uśmiechnęła się i cofnęła odrobinę, unosząc do ust filiżankę, którą po chwili postawiła na podłodze obok mojej.

– Jesteś zupełnie jak Yeats.

Taki miała zwyczaj: zbić mnie z tropu niejasną uwagą, której sens znała wyłącznie ona. Wymamrotałem coś niezrozumiałego, adorując wzrokiem kontur jej ramion, obrys pochylonej głowy, owal policzka.

– Mylisz miłość do ojczyzny z miłością do kobiety – wyjaśniła ze śmiechem.

Usiadłem z powrotem na łóżku.

– Potrafisz to wykazać?

– Weźmy Ledę i łabędzia. W tym wierszu gwałt zadaje się nie kobiecie, lecz krajowi. Yeats nade wszystko kocha Irlandię. Ten posępny skrawek ziemi, który dla niego jest domem. A ty stawiasz mnie sobie na drodze. Trzyma cię tutaj twoja miłość do Niemiec, nie do mnie.

Ująłem jej dłonie w swoje, potarłem kciukiem kostki. Powoli.

– Nie obrażaj mnie – poprosiłem.

– Podobno Yeats kochał kobiety, ale tak naprawdę ponad wszystko inne kochał ziemię ojczystą, ten pokonany kraj.

– Czy to źle?

– Nie, ja tylko twierdzę, że gdybyś zajrzał w głąb swojej duszy, zrozumiałbyś, że ja symbolizuję wszystko, co kojarzy ci się z Niemcami, to, co dobre, i to, co złe. – Odwróciła wzrok. – I dlatego musisz wyrzec się nas obu, razem.

– To prawda, ale ciebie się nie wyrzeknę, a kraj niech piekło pochłonie.

– To już się stało.

– No dobrze, skończyłaś? – Siedzieliśmy nos w nos i wiedziałem, że jeśli choćby drgnę, to stracę z nią kontakt wzrokowy i dalsza rozmowa potoczy się bez słów.

– Nie. – Cofnęła się. – Nie skończyłam.

– Proszę więc, mów dalej. Nie przeszkadzam. – Z powrotem położyłem dłoń na jej dłoni, przyciągnąłem ją bliżej, moje nogi splątały się z jej nogami.

– Najlepszym brak przekonań, gdy… – zaczęła.

– Gdy najgorsi są pełni intensywnej pasji3 – dokończyłem, pocierając kciukiem jej nadgarstek.

– Właśnie. To pokazuje, jacy są ludzie.

– Chcesz powiedzieć, że brak mi pasji?

– Nie. Brak ci przekonań.

– Doprawdy? – Mówiąc, czułem, jak jej usta dotykają moich, spoczywają na nich piórkową wagą oczekiwania. Tylko że traciłem z oczu jej oczy, a jeszcze nigdy nie lśniły tak jasno i nie były takie zielone. – Yeats przedstawia człowieczeństwo, pokazuje, jaki jest człowiek, a nie to, jacy są ludzie.

– No cóż, jak doskonale wiesz… – Ujęła mnie pod brodę, zmuszając do uniesienia oczu utkwionych w kosmyku włosów, który opadł jej na ramię. – Mnie ani intensywnej pasji, ani przekonań nie brakuje. – Uśmiechnęła się.

– Ty… – powiedziałem. – Ty jesteś wyjątkiem od zasady.

Przywarła do mnie całym ciałem i pocałowała mnie. Dowiodła swojej racji, zezwalając moim dłoniom, aby ruszyły w dalszą wędrówkę szlakiem jej ciała.

I tak trwała rozmowa naszych ciał, od wysiłku do wytchnienia, a my nie rozdzieliliśmy się.

3 Drugie przyjście.

MIRIAM

Siada obok cicho pochrapującego ojca i układa na kolanach wyciągnięty z szafy pasiak. Tomik Yeatsa, …gdy wszystko legnie w gruzach znów4. Brutalna rzeczywistość upadku muru berlińskiego, jej odejście od męża, choć zakrawało na niemożliwość, a potem jeszcze… puste twarze ofiar Holokaustu, które należy „wykuć w kamieniu”, ocalić od zapomnienia. Rozkłada w dłoniach list.

A może ten pasiak nie należał do mamy? Iskierka nadziei tli się w mroku, każe przeczytać list ponownie. Miriam nie wie nawet, gdzie szukać miasta o nazwie Lublin.

Przesuwa rękami po szorstkim drelichu, kładzie każdy palec na osobnym pasku, jak pianistka na klawiszach fortepianu. Kciuk, wskazujący, wielki, serdeczny – no tak, już bez obrączki – i mały, a potem jeszcze raz po kolei, tylko wstecz. Odsłonięta, pomarszczona skóra na serdecznym palcu błyszczy bielą w świet­le lampy służącej ojcu.

Spacerując palcami po paskach, Miriam dociera do kieszeni. W miejscu, gdzie znalazła list, sterczy nitka. Chcąc ją schować, wsuwa palec do środka, maca dookoła. To jeszcze nie koniec, na pewno.

Odnajduje w nadprutej kieszeni tylko fakturę tkaniny, odór udręki wsiąka pomiędzy linie papilarne.

4 When all is ruin once again (Gdy wszystko legnie w gruzach znów, przeł. M. Juszkiewicz) – ostatni wers wiersza epitafium W.B. Yeatsa To Be Carved on a Stone at Thoor Ballylee (Wykuć w kamieniu na ścianie Thoor Ballylee), zamykającego tom Michael Robartes i tancerka.

10

HEINRICH

Frieda oderwała się ode mnie, zanim ja zdążyłem to zrobić. Chyba czuła, że musi, ostatecznie to zawsze ja odchodziłem od niej, nie na odwrót. Napiliśmy się wody.

– Musisz już iść. Niedługo godzina policyjna – mruknęła.

– Zostanę… – zaproponowałem, bez przekonania.

– To niemożliwe, wiesz o tym równie dobrze jak ja.

Ubrała się leniwymi ruchami. Bluzki nie zapięła, a tylko wsunęła za pasek spódnicy. Pod spodem nie miała nic.

Objąłem ją od tyłu, zanurzyłem nos w jej włosach.

– W innym świecie… – powiedziałem.

– W innym życiu… – westchnęła. – Wiesz, który wers z tego wiersza Yeatsa najbardziej zapadł mi w pamięć?

Potrząsnąłem głową, jeszcze głębiej chowając twarz w jej włosach.

– Gubi się pradawny obrzęd niewinności.

– Topi się – poprawiłem, odsłaniając jej kark i składając na nim pocałunek.

– Topi się pradawny obrzęd niewinności5 – powtórzyła.

Skinąłem głową, dmuchając lekko na jej skórę, wilgotną od dotyku moich ust.

– Topi się pradawny obrzęd niewinności – wyrecytowała jeszcze raz. – Jakie to prawdziwe.

– Muszę iść.

– Musisz. – Odwróciła głowę, abym mógł jeszcze raz ją pocałować.

5 Drugie przyjście.

MIRIAM

W zapadającym zmroku czuć zapach sukienki z grubego drelichu. Miriam jest świadoma porażki, ale i tak obmacuje kieszeń na wszystkie strony, chcąc znaleźć coś, cokolwiek, co wyjaśni, skąd wziął się u mamy obozowy pasiak, a w nim – jeden list, którego treść nic jej nie mówi. Nie przypomina sobie też, aby rodzice kiedyś wspominali choćby słowem o tym pasiaku i liście. W końcu ogarnia ją zniechęcenie i wtedy właśnie palce natrafiają na drugą kieszonkę, wewnątrz tamtej. A w środku wyraźnie czuć papier.

Siada prosto, próbuje chwycić go kciukiem i palcem wskazującym, ale nic z tego.

– Tu jest coś jeszcze – mówi do ojca i idzie po nożyczki, odłożone do pudełka, w którym mama trzymała przybory krawieckie. Tym razem mocno zamyka je w dłoni i zabiera do sypialni.

Pochyliwszy się nad sukienką, drżącymi dłońmi rozcina szew i szeroko otwiera kieszeń, by z wewnętrznej kieszonki wydobyć trzy kartki złożone do rozmiarów pudełka zapałek.

– Znalazłam coś jeszcze – powtarza, kładąc nożyczki na odchylonej na bok kieszeni. Ostrożnie rozkłada papier.

Pierwsza cienka kartka ma wielkość kieszonkowej książki i oderwany róg. Po obu stronach pokrywają ją rzędy zdań pisanych ołówkiem. Litery są maleńkie, filigranowe.

Cały list jest chyba w obcym języku. Po francusku.

Miriam rozkłada drugą kartkę, najcieńszą, jaką w życiu widziała.

– Czy to ty pisałeś? – pyta, ale nic nie wskazuje na to, że ojciec ją słyszy. Litery są zbyt małe, żeby dało się przejrzeć tekst pobieżnie, ale ten list też jest po francusku: iskierka nadziei wybucha płomieniem.

Mama. Mówiła tylko po niemiecku, obcych języków nie znała nawet w piśmie. Te listy nie są do niej, a co więcej, myśli Miriam z ulgą, nie mogą też być od niej.

Skoro nie mama, to kto?

Włącza górne światło i siada pod mocną lampą przy łóżku. Trzecia kartka jest nie większa niż portfel, też zapisana z obu stron. Miriam przygląda się uważnie; list jest po niemiecku.

Heinrichu,

żyję. Tak mi się w każdym razie zdaje. Jeśli umarłam, to gorszego piekła już nie ma. Widziałam Cię – wiem, że to byłeś Ty – na peronie, kiedy wpychali mnie do wagonu. Było ciasno, ale weszło nas tam ponad dwadzieścia osób, a sześć umarło, jeszcze zanim pociąg ruszył. Zauważyłam jednak Twoją wydatną szczękę, gdy się odwróciłeś; zaciśnięte zęby zdradzały strach.

Pamiętam, jak złożyłam głowę na Twym ramieniu, koniuszkiem nosa dotykając tego wrażliwego skrawka skóry tuż pod samym uchem. Zapach w tym miejscu, w tym maleńkim punkcie, ukryty przed całym światem, był mój i tylko mój. Wspomnienie o nim przynosi nutę tytoniowego dymu i melodię słów, które czytałeś mi na głos. Gdy patrzyłam, rozglądałeś się dookoła – chciałabym myśleć, że to mnie szukałeś, możliwe jednak, że za bardzo się bałeś, aby mnie szukać.

Moje serce jest zamknięte w bryle lodu, który nie stopnieje, dopóki Cię znów nie zobaczę. Przeczucie mówi mi, że żyjesz; wiem, że jesteś silny i zdolny wiele znieść.

W powietrzu czuć sól, oczyma duszy widzę fale, piasek. Tutaj nie ma odrobiny wolnego miejsca. Ludzie otaczają mnie ze wszystkich stron, leżą pod nogami, stoją obok, a jeśli stracę równowagę, lecą prosto na mnie. Oddycham powietrzem przerobionym przez innych.

Brak mi słów, aby opisać to, co widzę. Myślę tylko o tym, że Ty trafiłeś lepiej, że nie cierpisz. Lepiej nie dopuszczać do siebie myśli, że Ty także podróżujesz w takich warunkach.

Postaram się dowiedzieć, co się stało. Nikt mnie tu chyba nie słyszy ani nie rozumie. Ludzie tłoczą się dookoła bez celu, każdy zamknięty we własnym świecie pełnym cierpienia i pustki, każdy stara się przystosować do nowych, nieznanych reguł.

Kiedy będę już wiedzieć, gdzie jestem, postaram się do Ciebie napisać.

Przepraszam Cię.

Miriam odkłada list. Niedawno wróciła z dworca, z tego samego peronu, na którym był też jej ojciec.

– Ten list jest do ciebie – mówi.

Ale on nie odpowiada.

– Od kogo to? Po niemiecku, więc może od mamy?

Ale list został pisany tą samą ręką co pierwszy. Miriam składa oba razem i bierze do ręki następny. Niczego nie rozumie. Znów po francusku. Ten sam charakter pisma.

– Czy od Friedy? – wymawia to imię ostrożnie. Ojciec nie reaguje.

Wie, że nie powinna pozwalać sobie na nadzieję, ale jednak… Gdyby miał po co żyć, gdyby znalazła mu coś takiego, może by się ocknął.

W głowie aż huczy od pytań, ale ręce same sięgają po nożyczki. Zabiera pasiak oraz torbę ze schowanym w środku prześcieradłem, wynosi do jadalni. Zdjąwszy ze stołu podkładki, świeczniki i bieżnik, rozkłada na blacie najpierw prześcieradło, a potem obozową sukienkę. Włącza wszystkie światła i zaczyna obmacywać kołnierzyk i rękawy.

 

Rozemocjonowana jak małe dziecko.

Obmacuje każdy szew, starając się nie zwracać uwagi na swoje poranione, pokryte strupami dłonie. Rozpina guziki i wsuwa jedną dłoń do środka, nakrywa od góry drugą; okazuje się, że szwy są twarde, wypukłe, jakby czymś wypchane.

– Tu jest coś jeszcze.

Obrzuca spojrzeniem sukienkę, rozłożoną, obnażoną, podobną do zwłok oczekujących na sekcję. Rozciąwszy szew kołnierzyka, wydobywa ze środka kartkę i odkłada na bok. Po chwili dołączają do niej następne. Cały kołnierzyk jest wypchany papierem.

Rozpruwa po kolei wszystkie szwy. Każdą znalezioną kartkę odkłada na bok i dalej tnie nitki, wyjmując z ukrycia list za listem. Po godzinie pracy zbiera się pokaźny stosik: listy były w górnej części, w pasku, rękawach i w każdym obrębieniu.

Ta praca to odkrywanie przeszłości.

Wypruwanie starych słów. Rozdrapywanie dawnych ran.

Stęchły odór bijący z tkaniny zalepia jej nozdrza, głowa puchnie, jakby ktoś ją owinął tym starym drelichem.

Miriam spogląda na stos wydobytych z ukrycia kartek. Jest ich wiele. Jedne duże, inne to skrawki papieru nie dłuższe od kciuka. Na niektórych jest tekst, drukowany albo pisany na maszynie, zdarzają się listy na marginesach stronic wyrwanych z książek. Jeden z nich znalazł się na odwrocie karty z nutami. Większość złożono kilka razy. Niektóre zwinięto w rolkę cienką jak najmniejszy palec.

Upewnia się, że to już wszystko, co było ukryte w pasiaku, rozkłada i liczy kartki. Bierze każdą do ręki. Listów po francusku jest tyle, że powstają z nich dwa osobne stosiki. Znalazłszy jeden po niemiecku, unosi go do światła.

Heinrichu,

ten list jest do Ciebie, ale także do mnie. Bo wiem, że jeśli nie będę pisać, to zniknę w tłumie.

Serce mi pęka – nie wiem, czy Ciebie traktują lepiej, ale obawiam się najgorszego. Niczym na to nie zasłużyłeś. Nie wiem, czy żyjesz, nie wiem, czy cierpisz, czy nie. Na myśl o tym, że możesz cierpieć, przeszywa mnie tysiąc igieł i boli to znacznie bardziej niż ukąszenia nieznośnych wszy.

Może w ogóle nie trafiłeś do pociągu, może to nie Ciebie widziałam, może uciekłeś, wróciłeś do Emilie i teraz jesteście razem, szczęśliwi. Może udało Ci się wyjechać za granicę, może…

Zdanie urywa się, niedokończone.

Emilie. Widząc w liście imię mamy, Miriam czuje, jak serce wyrywa się jej z piersi i wzlatuje pod niebiosa. A więc mamy tam nie było, na pewno. Uciekłeś. Razem, szczęśliwi… Świat wiruje, przyspiesza, jakby miał zaraz pomknąć w wybranym przez siebie kierunku. Ale zaraz, przecież tata ma numer na ręce. Czyli nie mógł uciec. Miriam czyta dalej. Ten fragment jest napisany piórem, tusz poszarzał już dawno.

Gdy myślę o was razem, przepełnia mnie nadzieja, ale też serce mi krwawi ze strachu, że mnie już nie wspominasz, nie pragniesz. Bo jestem tutaj, a Ty jesteś szczęśliwy. Katuję się tymi myślami, a obóz katuje moje ciało i mojego ducha.

Tamtego dnia poszłam do rodziców, chociaż wiedziałam, że to zły pomysł. Potem pobiegłam do Was. Aby uciec, musieliście mieć coś na wymianę. Bałam się tego, co nadchodzi. Pierścionek i brylanty, które ukradłam mamie, miały umożliwić wam wyjazd.

Wyjedziesz, myślałam, i już Cię nie zobaczę, nie będę Ci potrzebna. Będziesz bezpieczny, ale nie ze mną. Zostanę sama. Nogi niosły mnie do Ciebie, a ja nasłuchiwałam z trwogą marszowego tupotu ciężkich butów, wiedząc, że tak czy inaczej czeka nas rozstanie.

Nie umiem powiedzieć, czy celowo zwlekałam, wolę myśleć, że nie, ale może jednak tak było. Zasiedziałam się u mamy, uwięziona za szybami, gdy tymczasem teraz moje więzienie to ceglany mur, płoty pod prądem i kolczaste druty.

Zastanawiam się, czy gdyby nie wojna, byłaby dla nas szansa.

Czy ta wojna nas stworzyła, czy zniszczyła?

Zapukałam do drzwi, a Ty nie otworzyłeś od razu. Przeraziłam się, że już za późno, że wilki odnalazły Twój dom po moich śladach. Ale potem w drzwiach stanęła Emilie. Kazała mi odejść. Kipiałam zazdrością, podsycaną smutkiem i pustką po stracie; zazdrościłam jej urody, prostoty, a najbardziej tego, że miała Ciebie pierwsza. Naparłszy ramieniem na drzwi, wepchnęłam ją do środka.

Staliśmy tak wszyscy, w pośpiechu płytkich oddechów. Niesamowite, jak cicha może być czysta furia.

Położyłam brylanty na dłoni Emilie. Tak wiele chciałam jej przekazać, lecz ona spojrzała na mnie takim wzrokiem, jakbym przyszła ją okraść.

– Wyjedź. – Tylko tyle zdołałam wykrztusić w tych niewysłowionych emocjach. Bałam się, że źle to zrozumiała, na opak, ale ona, widząc, że patrzę na Ciebie, zabrała klejnoty i zniknęła. Wiedziała, o co mi chodzi. Jestem pewna, że jej radość dorównywała mojej rozpaczy.

A potem ktoś zapukał do drzwi.

Tego listu nie napisała mama. Serce Miriam przepełnia ulga i radość. Może mamie jednak udało się uciec? Tylko że sam fakt istnienia tych listów i pasiaka to dowód, że inna kobieta kochała tatę, kiedy był z mamą, a mama jakimś sposobem weszła w posiadanie obozowego stroju. Ta świadomość uderza do głowy, podcina kolana.

Co ja znalazłam? myśli Miriam. I czy mama w ogóle o tym wiedziała?

Jej wzrok przyciąga fotografia stojąca na kominku, duży ślubny portret rodziców w srebrnej ramce. Stoją pod ramię przed kościołem Zbawiciela i wyglądają na szczęśliwych. Teraz ten kościół na pewno popadł w ruinę, bo znalazł się na ziemi niczyjej pomiędzy Wschodem a Zachodem. Miriam też chciała wziąć tam ślub, tak jak oni, ale był niedostępny – z jednej strony płynęła rzeka, a z drugiej ciągnął się pas śmierci. Wybrała więc inny, mniejszy, na peryferiach miasta.

Kościół Zbawiciela był piękny, miał liczne kolumny i łukowato sklepione wejścia. Stał nad brzegiem rzeki, podobny do statku, który osiadł na mieliźnie.

Czy wszystko, w co wierzyła, było kłamstwem?

Miriam zdejmuje zdjęcie w srebrnej ramce z kominka i zabiera je razem z listami do sypialni. Ojciec oddycha nierówno, lekko drżą mu dłonie i ramiona.

– Nie zostawiaj mnie, tato. Znalazłam listy. Pisane do ciebie, ale…

Nie mając mu nic więcej do przekazania, chwyta pospiesznie kolejny list, trójkątny kawałek pożółkłego papieru, wyrwany z większego notatnika.

Heinrichu, jestem w Ravensbrück…

– Ravensbrück – powtarza na głos. Kilka razy, by się przekonać, czy zareaguje. Następnie spogląda na kartkę i czyta dalej.

Sól w powietrzu pochodzi z jeziora, nie z morza, jak wcześniej myślałam. Jestem pewna, że w dzieciństwie przyjeżdżałam na wakacje w te strony, do Fürstenbergu. Na wzgórzu, skąd widać to miasto, znajduje się grób Louisy. Odkąd wiem, gdzie dokładnie się znalazłam, jakoś mi lepiej, chociaż z tego miejsca nie ma ucieczki. Trudno oprzeć się poczuciu, że stąd wszędzie jest bardzo daleko. Kobiety w obozie są chłodne i surowe. Zamknęły się w sobie, żeby przeżyć. Zdaję sobie z tego sprawę, ale sama nie mogę tego zrobić; jeśli stracę ducha, nic mi już nie zostanie.

Na pasiaku mam naszyty czerwony trójkąt, co oznacza więźnia politycznego. Mam też nawet czerwony krzyż, dwa pasy farby na plecach starego płaszcza z przydziału. Ani pasiak, ani płaszcz nie pasują. Nie mam pojęcia, dlaczego nie mogłam zatrzymać własnego ubrania.

Czuję się jak żywy cel. Tutaj mogą zabić bez powodu i bez ostrzeżenia.

Jakąś kobietę, trochę tylko starszą ode mnie, pogryzł dzisiaj pies blokowej, tak bardzo, że blokowa ją zabiła. Strzeliła jej w głowę, jak gdyby nigdy nic. Ta kobieta robiła dokładnie to samo co ja.

Nie potrafię tego zrozumieć.

Nie znam nawet jej nazwiska i nikt go już nie pozna.

– Bestialstwo – mówi Miriam do śpiącego ojca, po czym jeszcze raz czyta ostatnie dwa zdania. – Kto to pisał?

Odkłada listy razem z tymi czterema, które była w stanie przeczytać. Krąży po pokoju, przystając nad nimi od czasu do czasu. Ruch pomaga jej się skupić.

– Pisała je kobieta… Czy to była Frieda? – Tym razem nie przepełnia jej radość, bo nie rozumie: kto, jak, dlaczego. Myśli bezładnie kotłują się w głowie, jeszcze bardziej pomieszane, jeszcze więcej w nich wątpliwości.

– „Żywy cel” – czyta na głos. – „Więzień polityczny”. – I przypomina się jej, jak w telewizji pokazywali mieszkańców Berlina Wschodniego zastrzelonych za próbę przedostania się za mur. Tak Niemiecka Republika Demokratyczna mordowała własne dzieci.

Cena wolności.

A moja wolność, myśli Miriam. Jaka ma być jej cena?

Przegląda listy, aż palce rwą bólem, a w głowie huczy. W końcu wraca na fotel, kładzie na kolanach stos papieru.

Do tego, co napisano po francusku, nie zajrzała przez całą noc. Wpatruje się w te kartki, jakby mogła jakimś sposobem przemienić obcy język w ojczysty niemiecki albo sprawić, że do rana będzie umiała to wszystko przeczytać. Czy napisała je ta sama osoba?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?