Króliki z Ravensbrück

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

MIRIAM

Trafiła na wers usłyszany poprzedniego dnia z ust ojca.

„Topi się pradawny obrzęd niewinności”. Wiersz z tego zbioru i ze wszystkich innych pochodzących z Biblioteki Państwowej w Berlinie. Musi kryć w sobie coś więcej, ale co? Tego Miriam nie wie. Może doprowadzi ją do Friedy, wyjaśni, co stało się z ojcem, może pozwoli mu odnaleźć spokój.

„Odnaleźć spokój”. Tak się mówi. Ale to kojarzy się ze śmiercią. A jeśli jest jakaś szansa, chociażby najmniejsza, aby powrócił do żywych?

Miriam odsuwa od siebie tę myśl.

– Przy łóżku umierającego nie znajdziesz nadziei – mawiała mama swoim chłodnym, rzeczowym tonem, kiedy trafiła się jej jakaś szczególnie ciężka zmiana w szpitalu. I, oczywiście, miała rację. – Można tylko przynieść im ukojenie, aby nic ich nie dręczyło w tej ostatniej drodze.

Ojciec umrze na pewno. Ale może coś go jeszcze tutaj trzyma? Gdy podaje mu wodę, przypominają jej się słowa Hildy. Rzeczywiście, ocalały różne dokumenty. Możliwe, że szukał czegoś w berlińskiej Bibliotece Państwowej, a jeśli nie, to idąc tym tropem, może uda się wyjaśnić, przynajmniej po części, zagadkę jego przeszłości. Ostatecznie ten sam los spotkał miliony ludzi, chociaż niewielu miało tyle szczęścia, aby przeżyć, tak jak on.

Przygląda się przez chwilę śpiącemu ojcu, a potem zakłada płaszcz i buty. Staje przed drzwiami.

– Niedługo wrócę – uspokaja siebie samą. – Tylko małe zakupy i biblioteka. Dam radę.

On wiedział, gdzie jej szukać, ale i tak od niego odeszła. To było najtrudniejsze, a teraz… A teraz wychodzę, kończy w myś­lach.

Pomiędzy framugę a drzwi wtyka białe piórko. Jest gęste, skrzywione na końcu i gdzieniegdzie ma trochę ubytków. Pieszczotliwie gładzi je palcem; w środku coś się łamie, ale nie powstaje kłująca zadra.

Klucz obraca się w zamku ze zgrzytem i szczękiem. Miriam oddala się, a ciepło domowego zacisza woła za nią jeszcze na schodach i na samym dole, w pustym holu, gdzie przy swoim biurku siedzi pan Ludwig.

– Dzień dobry. – Unosi wzrok. – Świąteczne zakupy, Fräulein?

Miriam kiwa głową.

– A jak się miewa ojciec? – pyta pan Ludwig.

– Bez zmian – odpowiada Miriam, popychając skrzydło drzwi.

Nie pada już tak mocno jak poprzedniego dnia. Na ulicy ściele się miękki jesienny dywan. Miriam przemierza krajobraz swojego dzieciństwa.

Pod względem struktury nic się nie zmieniło, ale znajome widoki budzą już inne emocje niż kiedyś. Zniknęło poczucie bezpieczeństwa, każdy zakręt niesie ryzyko, otwiera drogę w nieznane. Ze sklepów i kawiarni na głównym placu wylewa się zgiełk głosów, muzyka, jasne światła. Dzieciaki bawiące się na ulicy chodzą z przenośnymi magnetofonami, które huczą jej nad uchem, woda z kałuż pryska spod kół rowerów na chodniki.

Wszyscy ci ludzie zlewają się w jedną masę. Jego w tej masie nie ma.

Neufertstraße to już obcy teren, ale zamiast szukać punktów orientacyjnych, Miriam sprawdza, czy nikt jej przypadkiem nie rozpoznał. Nogi same stawiają krok za krokiem, a ona bacznym spojrzeniem mierzy każdą mijaną osobę. Bez wyjątków. Zagląda pod każdy kaptur i kapelusz, wypatruje, czy gdzieś nie mignie jej On, jego oczy, jego twarz.

On.

W sklepie na rogu pełno ludzi, wózki, jedzenie, radio włączone na cały regulator. Myśli kłębią się w głowie, oczy błądzą, przeskakują od jednej rzeczy do drugiej. Miriam, zapatrzona, stoi z pustym koszykiem przed regałem i w końcu wybiera produkty, które mniej więcej kojarzy. Przy kasie dorzuca jeszcze gazetę. Freiheit, krzyczy do niej nagłówek, Wolność.

Wysupławszy z kieszeni pieniądze, wychodzi, nie zabierając reszty. Na ulicy robi kilka głębokich oddechów, a potem dopiero pierwszy krok. Przypomina sobie słowa młodego bruneta z Berlina Wschodniego o tym, że pierwszy krok jest najtrudniejszy, ale potem pójdzie już łatwiej. Nie zatrzymuj się, mówi sobie Miriam.

Trzeba szukać odpowiedzi.

HEINRICH

Nie musiałem długo czekać na ponowne spotkanie z Friedą. Pierwszy tydzień był burzliwy; Emilie co wieczór płakała w moich ramionach. Potem zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej. Nie spaliśmy po nocach, ani ona, ani ja. Emilie znalazła dla nas nowe mieszkanie, klitkę na poddaszu, z wyjściem na dach. Mogło służyć za kryjówkę, chociaż się nie ukrywaliśmy. Emilie zapłaciła za sześć miesięcy z góry, a właścicielowi podała swoje panieńskie nazwisko.

Wyjechać z Berlina, będąc podejrzanym – to już oznaczało większe ryzyko. Gdyby nas przyłapali na próbie opuszczenia stolicy, nie uniknęlibyśmy aresztowania, a poza tym żadne z nas nie miało ochoty porzucać rodzinnego miasta, więc zostaliśmy. Tłumacząc sobie, że nie ma wyjścia, trzeba przeczekać.

Pożegnaliśmy nasz dotychczasowy dom. Klucz, chcąc nie chcąc, zostawiliśmy u Frau Voss, która tylko cmoknęła cicho – miałem nadzieję, że to była oznaka współczucia, ale całkiem możliwe, że po prostu miała ochotę „zatroszczyć się” o wszystko, czego nie zabraliśmy ze sobą.

Czułem przejmującą pustkę, bo nie wiedzieliśmy, czy kiedyś jeszcze zobaczymy ten dom. Spakowaliśmy dobytek w torby, całe mnóstwo toreb, i przenieśliśmy się do garsoniery na poddaszu, bo tam było bezpieczniej. Emilie wciąż popłakiwała, ale wraz ze łzami przychodził sen. Gdy usypiała, trzymałem ją w ramionach, nasłuchując, jak jej oddech powoli łagodnieje. Sam nie mogłem zaznać odpoczynku, wiedząc, że oni, tamci, są na każdej ulicy, na każdym rogu; wystarczył jeden fałszywy krok, aby stać się ich celem.

Nie miałem pojęcia, co nas teraz czeka. Wyobrażałem sobie wszelkie ewentualności, lecz nijak nie mogłem wymyślić, jak mam zapewnić żonie bezpieczeństwo.

Emilie bała się chodzić do pracy, ale nie opuściła ani jednej zmiany, codziennie szła tam z uniesioną głową. Była pielęgniarką z powołania i nic nie mogło jej przeszkodzić w wykonywaniu obowiązków.

Kiedy wychodziła do szpitala, ja szedłem na spacer, starając się znaleźć choć odrobinę spokoju. Zmuszałem się do wyjścia, wiedząc, że inaczej przez cały dzień będę tkwił w czterech ścianach.

MIRIAM

Autobus rusza z Sophie-Charlotte-Platz. Jest zatłoczony, wszyscy jadą do centrum, dyskutują z ożywieniem, nastroje dopisują. Miriam skręca w palcach swój bilet, na kolanach ma torbę z zakupami, obmywa ją nurt rozmów, nie broni się przed nimi.

Jej kroki dudnią echem na marmurowych płytach chodnika pod biblioteką, kolumnada przesłania otulonych śpiworami ludzi, którzy schronili się tutaj przed deszczem. Na wewnętrznej ścianie rzuca się w oczy szereg dziur po kulach, ślad przeszłości; nietknięty. Miriam nigdy tutaj nie była, właściwie nie miała po co, jej ojciec miał w domu własną bibliotekę.

Wędruje wśród regałów, oblepiona parnym powietrzem, wrażenie jest takie, jakby weszła pomiędzy stronice otwartej książki. Ludzi dookoła jest dużo, czuje się trochę nie na miejscu.

Przed biurkiem bibliotekarza stoi kobieta w rozpinanym swetrze koloru ciepłego różu. Za nią ciągnie się długa kolejka.

– Chcę powiedzieć, że… – peroruje, wsparta dłońmi o blat.

Miriam idzie dalej, przegląda książki na ciemnych regałach. Gmach biblioteki jest olbrzymi, wielopoziomowy, światło pada ze wszystkich stron; schody biegną dookoła, wyskakują znikąd; zanim się obejrzy, już jest piętro wyżej i gdzieś po drugiej stronie. Najpierw idzie za strzałką z napisem „Historia”, a potem znajduje następną: „Europa”.

Miriam peszy ogromna liczba książek. Wzrok przykuwa hasło „Holokaust”, duże, grube litery. Zdjąwszy z półki gruby tom, siada przy stoliku obok regału. Dłonie jej drżą, przygryza policzek od środka; zanim otworzy książkę, czuje w ustach smak krwi.

Twarze.

Ludzie.

Odwraca strony po kolei, boi się tego, co tam zobaczy. Tego, czego tam szuka. Przygląda się każdej twarzy, bez wyjątku. Szuka swojego ojca i matki. Już po kilku stronach robi jej się niedobrze. Każda z tych osób była czyjąś matką, ojcem, bratem, siostrą, synem albo córką. Nigdy tak o nich nie myślała i z każdą kolejną stroną czuje się coraz gorzej. Kręci się jej w głowie, ale nie odwraca wzroku. Po prostu usiłuje przyjąć do świadomości coś, czego nie da się ogarnąć rozumem.

– Przepraszam. – U jej boku pojawia się ta sama kobieta, która przed chwilą rozmawiała z bibliotekarzem. – Siedzi pani na moim płaszczu.

Miriam zrywa się z krzesła, przepraszając ją gorąco.

– Nic się nie stało – zapewnia nieznajoma. – Ciężki temat – komentuje, zauważywszy leżącą na stole książkę.

– Ja tylko… – Miriam urywa w pół słowa, nie potrafi dokończyć tego zdania.

– Pani ze wschodnich Niemiec?

– O, nie. Ja… Ja… – plącze się Miriam. Kobieta ma krótko obcięte włosy, prawie całkiem białe, z nielicznymi śladami złota z lat młodości. Jest opalona i spogląda surowym wzrokiem.

– Przeszłam za mur jako jedna z pierwszych – mówi. – Mieszkałam w Lipsku, zachciało mi się zobaczyć, o co tyle hałasu. – Obciąga na sobie białą bluzkę, którą ma pod różowym swetrem. Miriam dostrzega przepiękny naszyjnik z czerwonych paciorków, który przy tym ruchu chowa się w wycięciu dekoltu.

– Jakiego hałasu? – pyta.

– Że podobno na Zachodzie najlepiej… – Kobieta nie ma na twarzy ani śladu makijażu, ale widać, że siły i zdrowie jej dopisują. Miriam blednie, uświadomiwszy sobie, jak wypada w porównaniu z nieznajomą. Krzyżuje ręce na piersi, zaciąga rękawy, przejeżdża paznokciem po wewnętrznej stronie nadgarstka. – Nie chce mi się w to wierzyć. Ta biblioteka stoi na kłamstwach, powstała z tego, co zrabowali naziści. Te książki zabrano ludziom. – Ma w oczach tyle pasji, że Miriam spuszcza wzrok. Patrzy na książkę leżącą na stole, a po chwili zabiera ją i odstawia na półkę.

– To wszystko zostało zatajone, zapomniane – ciągnie kobieta. – Wszystko. Jak powiedział Stalin, śmierć jednego człowieka to tragedia, śmierć stu tysięcy to statystyka, a gdy umiera sześć milionów…

 

– Sześć milionów – powtarza Miriam, aby jakoś wypełnić ciszę.

– Właśnie. No dobrze, przepraszam, przeszkodziłam pani. – I zanim Miriam zdąży cokolwiek powiedzieć, kobieta odchodzi.

Miriam rozgląda się, wszędzie półki, półki i jeszcze raz półki. Ile książek może być w tej bibliotece? Przeciąga palcami po grzbietach; ile mogły mieć domów, zanim tutaj trafiły?

Mija regał za regałem, mija stoliki, przy których uczą się studenci, rzędy stolików ciągnące się przez całą szerokość sali. Kiedy przechodzi, wiele głów się unosi. Ci młodzi ludzie w swoich wielkich okularach przypominają sowy mrugające w jasnym świetle dnia. Większość tkwi zgarbiona nad notatkami. Ich skupione miny kojarzą się Miriam z ojcem siedzącym za biurkiem w swoim pokoju.

Zdjęcia z przeglądanej przed chwilą książki stają jej przed oczami. Ogarnia ją złość, która ściska żołądek w twardą kulę. Pewnie zgarnęli go w łapance, wsadzili do bydlęcego wagonu, a potem… Gdyby każda z tych książek była człowiekiem, myśli Miriam, rozglądając się dookoła… Ich liczba jest wprost niepojęta.

Nie, ta biblioteka jest za duża. Miriam chce jak najszybciej wrócić do domu.

6

MIRIAM

Stęchła woń przemokniętych ubrań i ludzi unosi się wilgotnym oparem, skrapla na szybach. Miriam przeciera okno rękawem. Chciałaby zdjąć płaszcz, ale ze znużenia nie czuje rąk i nóg. Poddaje się kołysaniu jadącego autobusu. Jej myśli gubią się wśród twarzy, wśród pasów, wśród oczu patrzących w obiektywy aparatów fotograficznych. Była w tych oczach jakaś nieuchwytna pustka, błaganie, lecz i złość, oczekiwanie na… na coś; na rozpoznanie, a może tylko przelotne spojrzenie.

Tata ma numer. On też tam był. Ale przeżył. Miriam widzi go oczyma duszy: leży na podłodze, zwinięty w kłębek. Woła ją. Wykrzykuje jej imię. Potrzebuje jej. Czując na plecach strużki potu, prostuje się niespokojnie na siedzeniu. Autobus toczy się po zatłoczonej ulicy.

Miriam obgryza i skubie skórkę przy paznokciu. Skręca, gniecie w dłoniach torbę na zakupy. Wokół niej panuje gwar, a ona liczy, ile jeszcze przystanków do domu. Wychodzi jej, że pięć, i w tym momencie wsiada kobieta z biblioteki. Miriam posuwa się, robi jej miejsce.

– Znów się spotykamy – mówi z uśmiechem.

– Dzień dobry – odpowiada nieznajoma i Miriam z powrotem odwraca się do szyby. Na głównym skrzyżowaniu przed Bramą Brandenburską powstał korek. Takie tutaj tłumy, że ledwie widać mur. Miriam przygląda się ludziom z aparatami. Kiedyś betonowa ściana, a dziś atrakcja turystyczna. Ta myśl przepełnia Miriam smutkiem. Historia zamieniona w widowisko.

Miriam musi skoncentrować się z całych sił, aby zapanować nad dłońmi leżącymi na kolanach. Aby w ogóle oddychać, kolejno wdech i wydech. Aby nie myśleć o ojcu.

Jeszcze cztery przystanki i dom.

– Znalazła pani to, czego szukała? – pyta kobieta z biblioteki.

Miriam kręci głową.

– Tak naprawdę nie wiem nawet, od czego zacząć.

– A chodzi o coś konkretnego?

– Mniej więcej, ale w zasadzie ja tylko… – Czując na sobie baczny wzrok sąsiadki, Miriam przysuwa się bliżej okna.

– Jestem Eva – przedstawia się kobieta.

– Miriam. – Podają sobie ręce. Dłoń Evy jest ciepła.

Autobus gwałtownie hamuje, a kierowca klnie siarczyście. Pasażerowie chichoczą, a Miriam i Eva uśmiechają się jednocześnie.

– Jeśli mam być szczera, nie wiem dokładnie, czego szukam. Bardzo mi głupio, że nie mam pojęcia, co przeszli ci ludzie.

– Ofiary Holokaustu?

Nowe uczucie ogarnia Miriam jak gęsty opar, który nie chce się rozwiać. Ofiary? Jak to, jej ojciec był ofiarą? Z oczu płyną nieproszone łzy. Eva siedzi w milczeniu, pozwala jej płakać i w końcu powraca spokój, a drżenie dłoni ustaje.

– Odkryłam, że mój ojciec ma numer na ręce. Myślę, że był w obozie koncentracyjnym. Chyba chciałam się dowiedzieć o tym czegoś więcej, ale…

Autobus zatrzymuje się i stoi bardzo długo. Ludzie wysiadają i wsiadają bezładną masą.

Trzy przystanki.

Autobus rusza, warkocząc silnikiem.

– Numery tatuowali tylko w Auschwitz – odzywa się Eva łagodnym głosem.

– Proszę?

– Jeśli pani ojciec ma tatuaż, to znaczy, że był w Auschwitz.

– O Boże.

– Nie, Boga nie było.

Autobus jest pełny, ale ludzie i tak pchają się do środka. Nie przeszkadza im, że nie ma gdzie siedzieć. Stoją i kołyszą się w rytm szarpnięć pojazdu.

Dwa przystanki.

– Auschwitz – powtarza Miriam.

– W bibliotece znajdzie pani sporo informacji o obozie, jeśli naprawdę to panią interesuje.

Miriam unosi głowę.

– Nie wiem. To jest po prostu coś strasznego. – Czuje na ramieniu dłoń Evy. Ze znużonych oczu kapią łzy. Nie da się ich zatrzymać. Eva sięga do kieszeni płaszcza i po chwili wypełnionej cichym szelestem podaje Miriam chusteczkę do nosa, szarą, obszytą koronką, starannie złożoną w kwadrat. Na wierzchu widnieje niebieski kwiatek.

Auschwitz.

– Pani Evo, jak to możliwe, że mój ojciec był w Auschwitz? – pyta Miriam, kiedy autobus zwalnia. – Przecież… on nie jest Żydem, nie mamy Żydów w rodzinie.

– Nie wszyscy więźniowie byli Żydami. – Eva zsuwa się na skraj siedzenia, nogi ma już w przejściu. – Do obozów trafiał element aspołeczny, przestępcy, aktywiści polityczni, Cyganie. Do wyboru, do koloru. Kto sprzeciwiał się hitlerowskiemu reżimowi, kończył w obozie.

– Czy oni mogli tam być razem? Moi rodzice? – drąży Miriam. – Pobrali się przed wojną.

– Nie. Obowiązywała ścisła separacja mężczyzn i kobiet, bez wyjątków.

– Mama nigdy nie wspominała o tamtych czasach. Ale numeru nie miała – dodaje Miriam z przekonaniem.

– To nie był jedyny obóz. W innych nie tatuowano numerów. Istniały obozy wyłącznie dla kobiet.

– Nic… Nic o tym nie wiedziałam.

– Nie szkodzi. Gdzie jest ten tatuaż?

Miriam unosi brwi, zdziwiona.

– W którym miejscu na ciele? – uściśla Eva.

– Na nadgarstku.

– To znaczy, że trafił tam po 1942 roku. Przedtem tatuowali numery na piersi. – Eva podaje informacje tonem tak rzeczowym, że Miriam aż kręci się w głowie od słuchania.

– Naprawdę? – pyta, a Eva, przytaknąwszy bez słowa, zapiera się dłońmi o podłokietniki i wstaje z siedzenia.

– Tutaj wysiadam.

Podczas tej krótkiej jazdy autobusem Miriam dowiedziała się więcej o przeszłości ojca niż przez całe swoje dotychczasowe życie. Chce podziękować Evie, ale brak jej słów, więc tylko spogląda na nią. Ma jasne oczy o jasnej oprawie, a Eva, spostrzegłszy, że jest obserwowana, uśmiecha się i wyciąga do niej rękę.

Miriam, nie zrozumiawszy gestu, oddaje chusteczkę. Eva chowa ją do kieszeni i wysiada. Na ulicy, kiedy autobus już rusza, unosi jeszcze dłoń, jakby chciała pomachać.

Jeden przystanek.

Autobus sunie, szemrząc silnikiem. Po lewej pałac i Szprewa, zielone korony sosen ostrym kontrastem odcinają się od szarego tła.

HEINRICH

Tydzień po rozstaniu z uczelnią wybrałem się do parku pod pałacem. Pochłonięty bez reszty własnymi problemami i znużony ponad wszelkie wyobrażenie, nie zauważyłem Friedy i mało brakowało, abym ją minął, nie zatrzymując się nawet. Siedziała na ławce z widokiem na Szprewę, w cieniu wysokich zielonych sosen, tuż obok głównej alejki. W dłoni trzymała kubek, a na ziemi stał drugi. Jej sukienka była błękitna jak niebo, a buty brązowe, skórzane, te same co zawsze. Warkocz zakręcony z tyłu w kok. Swobodnie odchylona na oparcie ławki. Woń igliwia i trawy, z delikatną kwietną nutką, aż kręciła w głowie.

– Skąd wiedziałaś, że tutaj będę? – zapytałem.

– Nie wiedziałam. – Spojrzała na mnie i nie odwracała wzroku, dopóki nie zarumieniłem się tak jak ona.

– Wybacz mi śmiałość. To chyba nie jest dla mnie, co? – Wskazałem stojący na ziemi kubek. Zaprzeczyła. – Mam sporo na głowie… – mówiłem dalej. – Plotę trzy po trzy. Lepiej się pożegnam, nie chcę przeszkadzać… – Urwałem.

– Nic się nie stało. Proszę. – Podała mi drugi kubek. – Przyłącz się, jeśli masz ochotę. Felix chyba zapomniał, że byliśmy umówieni.

Wziąłem do ręki kubek, ten drugi, który nie dotknął jej ust, a ona nalała do niego kawy z termosu. Usiłowałem opanować myśli. Podziwiać piękną kobietę to nic złego, ale ślinić się do niej jak goryl – już tak. Frieda uniosła kubek do ust, pełnych, szerokich, a widząc, że siadam obok, uśmiechnęła się.

– To kawa – powiedziała, jakby moja mina świadczyła o niepewności.

– Dziękuję. – Wypiłem łyk. Była ciepła i mocna. – Co się stało z Felixem?

– Ma swoje zajęcia.

– Ale jesteście parą?

Uniosła z namysłem kubek do ust, a ja patrzyłem, jak opierają się na jego krawędzi. Po chwili opuściła dłoń.

– Gapisz się – zauważyła.

Odchrząknąłem, spoglądając jej prosto w oczy. I patrzyłem dalej, bo kubek znów powędrował w górę, do lekko otwartych ust. Uśmiechnęła się, przełknęła i z pełną świadomością oblizała dolną wargę. Roześmiała się, a ja, słysząc tę eksplozję błogości, także zacząłem się śmiać, bo było to nieodparcie zaraźliwe.

– Nie mogłam się oprzeć.

– Ja też nie – odparłem, a po chwili rozpaczliwego zbierania myśli, dodałem: – Mówiłaś o Feliksie.

Odwróciłem wzrok ku Szprewie. Rosnące wzdłuż brzegu rzeki drzewa gubiły liście, odsłaniając podobne do nagich kości gałęzie. Siedzieliśmy ramię w ramię. Blisko, ale nie na tyle, aby się dotykać.

– O Feliksie? Wszyscy myślą, że to moja sympatia. Przyjaźnimy się. Pozory pozorami, ale w rzeczywistości taki układ jest obopólnie korzystny.

– Dlaczego? Jeśli wolno zapytać…

– Ze względu na rodziców. Jego i moich. Udawanie pary chroni nas przed ich „planami”. – Musiałem zrobić jakąś cielęcą minę, bo wyjaśniła: – Chodzi o małżeństwo.

– Rozumiem.

– A czy ciebie też rodzice zmusili do małżeństwa?

– Nie, moi rodzice umarli, kiedy byłem mały. Po wojnie udzielali się politycznie, bywali na wiecach i marszach, rzadko pokazywali się w domu. Moja babcia, chociaż nigdy tego nie przyznała, wstydziła się za mamę, ale mnie bardzo kochała. Jestem dzieckiem wojny, którą toczyli, wojny miłości z poczuciem obowiązku. – Z nerwów nie zamykały mi się usta. – Nie pamiętam ich. To babcia chciała, żebym się ożenił. Niestety, moja wybranka nie przypadła jej do gustu.

– Bo…?

– Babcia była… konserwatystką, czego nie można powiedzieć o Emilie.

– Ale i tak się z nią ożeniłeś?

– Owszem. Osiem lat temu i… Ona jest…

– Kochasz ją?

– Bardzo. – Prawda pomogła mi znieść świadomość, że opowiadam takie rzeczy najbardziej fascynującej osobie, jaką w życiu spotkałem. Siedziałem z Friedą na ławce, co w niczym nie umniejszało mojego uczucia do Emilie ani też nie negowało jej istnienia.

– Przykro mi, że twoi rodzice robią takie trudności, na pewno jest ci z tym ciężko – powiedziałem, starając się skierować rozmowę na inne tory.

– Chyba się boją, że skończę jak ciocia Maya. Córa Safony.

Zaśmiałem się, ale jej najwidoczniej nie było do śmiechu.

– To stąd ten układ z Felixem? – zapytałem.

– Że niby chcę ukryć swoje skłonności? Nie. A czy on ma coś do ukrycia? Być może. – Chyba wyglądałem na wstrząśniętego tym wyznaniem, bo dodała: – Chcesz mi powiedzieć, że jesteś konserwatystą jak twoja babcia?

– Nie – zapewniłem. – Co się stało z twoją ciocią Mayą?

– Była mi bardzo bliska. Była poliglotką. Wszystkiego, co umiem, nauczyłam się od niej.

– Stąd znasz tyle języków?

– Tak. Ciocia Maya przywoziła nowy język z każdej podróży. A ja uczyłam się chętnie. Ale w końcu ją zabili. Jestem tego pewna.

– Kto? Twoi rodzice? – zapytałem, wystraszony, analizując jej słowa, ale mój rozum wzbraniał się przed przyjęciem tej wiadomości. Frieda była tak blisko. Tuż obok. Unosząc kubek do ust, otarła się ramieniem o moje ramię.

– Nie. – Odwróciła się z powrotem twarzą do mnie. – Czystka. Już od dawna groziło jej aresztowanie, bo zawsze broniła swoich przekonań. Szkoda, że nie można tego powiedzieć o reszcie mojej rodziny. To tchórze, wszyscy bez wyjątku.

– W takich czasach każdy radzi sobie na swój sposób – powiedziałem, by podnieść ją na duchu.

– Oczywiście, ale bardziej bym ich szanowała, gdyby mieli trochę charakteru.

– Przykro mi, że twoi rodzice są tacy. I że straciłaś ciocię.

 

– Ty straciłeś rodziców. Też ci współczuję.

– Ale twoi na pewno rozumieją, że jesteś za młoda na ślub.

– Za młoda? Ty jesteś żonaty.

– No tak. – Skinąłem głową. – Kiedy braliśmy ślub, byłem mniej więcej w twoim wieku.

– Jaka jest twoja żona?

– Niewysoka brunetka, język cięty, umysł lotny. – Uśmiechnąłem się.

– Jak to zniosła? Kiedy zwolnili cię z pracy?

– Słabo. – To niedopowiedzenie było tak zabawne, że parsknąłem śmiechem.

– Przepraszam – powiedziała, również się śmiejąc.

– Nie przepraszaj, to ja pożałuję, a nie ty.

Jej śmiech płynął ku mnie, pokrzepiający jak serdeczny uścisk. Od razu poczułem się lepiej. Jakby w jego głębi zagubił się trochę ciężar, który mnie przygniatał.

W jej oczach z niewiarygodną mocą zapłonęła iskra, przyciągając mnie bliżej. Bliżej tych oczu i ust. Nasz śmiech ucichł.

Odstawiłem kubek na ziemię i uniosłem jej podbródek, tak jak poprzednim razem, tylko teraz, czując, jak przeszywa mnie prąd, już nie wzdrygnąłem się wystraszony. W jej oczach zobaczyłem siebie. I jeszcze coś. Coś, czego nie umiałem pojąć. Opuszkami palców czułem, jak jej skóra się rozgrzewa, ciepło spływa na mnie elektrostatyczną falą, w niewiadomy sposób przekazując ładunek energii. Starałem się odgadnąć, czy to, co dzieje się we mnie, dotyka także jej.

– Co robisz? – wyszeptała.

– Nie wiem. – Ale mówiąc to, zrozumiałem, że jednak wiem, jestem pewny, tak samo jak tego, że moje serce bije. To było coś nowego. Coś, co u mnie nie miało racji bytu, znalazło odzwierciedlenie u niej. Od czegoś takiego nie mogłem się odwrócić.

Była obrazem w ramie moich oczu. Kontury jej twarzy przyćmiły wszystko dookoła. Musnąłem palcami jej podbródek – jej puls uderzył żywiej – i dotknąwszy w przelocie szyi, otuliłem dłonią policzek.

Miała maleńki pieprzyk, prawie niewidoczny, ukryty za krąg­łym łukiem górnej wargi.

Obserwując jej reakcję, pochyliłem ku niej głowę. Nawet nie drgnęła. W oczach miała powątpiewanie, ale pomiędzy nieznacznie rozchylonymi wargami lśniła wilgoć. Dotarłem tam jednym ruchem, wpijałem się ustami w jej usta.

Potem wycofałem się w miejsce, skąd znów było widać jej oczy. Przetańczyłem palcami na tył jej głowy i niżej, na kark, pociągnąłem ku sobie, a ona wtopiła się we mnie.

Musnęła wargami moje wargi, lekko niczym piórkiem, a jednak poruszyło mnie to do głębi.

Była w tym taka moc, że inne myśli w okamgnieniu wyparowały mi z głowy.

Jej usta przy moich.

To ona odsunęła się pierwsza, a mnie ogarnął żywy ogień, palące pragnienie, aby przytrzymać ją blisko siebie. Pochyliłem się, by pocałować ją jeszcze raz, ale spojrzała mi prosto w oczy i niewiadomym sposobem zatrzymała w pół drogi, więc tylko objąłem ją za ramiona i przygarnąłem do siebie. Odwróciliśmy twarze w stronę parku.

– Masz żonę – zauważyła.

Serce podeszło mi do gardła, szamocząc się niespokojnie, ale ona umilkła na dobre. Przełknąłem ślinę.

– Jest wojna – odparłem.

– A co to zmienia? – Wysunęła się z moich objęć.

– I jedno, i drugie to fakt, zgadzasz się?

– Tak.

– A fakt jest prawdą absolutną.

– Czym zatem ja jestem?

Zamilkłem, ale tylko na ułamek sekundy, bo odpowiedź była oczywista.

– Friedo, ty jesteś wcielonym światłem.

Nasze spojrzenia spotkały się i chociaż nic nie powiedziała, widziałem, że się zastanawia. Rumieniec uderzył jej na policzki. Zapragnąłem pocałować ją jeszcze raz. Dotknąć.

– Muszę wracać na uczelnię. – Wstała z ławki. – Bo się spóźnię.

Też wstałem, starając się pozbierać myśli, poukładać je w głowie. Frieda wygładziła sukienkę, schowała kubki do torby.

– Dziękuję za kawę – powiedziałem.

– Ja też dziękuję, Heinrichu. Za rozmowę.

Słysząc z jej ust swoje imię, poczułem dreszcz przebiegający po ramionach i mrowienie na karku.

– Spotkamy się znowu? – zaproponowałem. – Tutaj, w tym miejscu?

– O tej godzinie?

– Jutro?

Uśmiechnęła się na znak zgody i poszła.