Króliki z Ravensbrück

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

THE RABBIT GIRLS

Copyright © 2019 by Anna Ellory

All rights reserved.

Projekt okładki

Wojciech Wawoczny

Zdjęcie na okładce

© Stefan Witte/Arcangel Images;

schankz/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Małgorzat Denys

ISBN 978-83-8169-894-8

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Kobietom, o których czas zapomniał

Kręcąc się, kręcąc w coraz szerszym wirze,

Sokół nie słyszy już sokolnika;

Wszystko się rozpada; nie trzyma się środka;

Czysta anarchia spuszczona na świat,

Rozlał się krwią barwiony przypływ i wszędzie

Topi się pradawny obrzęd niewinności;

Najlepszym brak przekonań, gdy najgorsi

Są pełni intensywnej pasji.

W.B. Yeats, Drugie przyjście1

1 Tłum. Barbara Dziedzic [w:] „Akant”, nr 6, czerwiec 2016. Wszystkie zacytowane w książce fragmenty Drugiego przyjścia pochodzą z tego źródła.

Styczeń 1945

Czegoś takiego nie da się zrobić szybko.

Przycupnęła w nogach pryczy, nie widząc niczego poza rozłożonym na kolanach pasiakiem. Opuchniętymi, zdrętwiałymi palcami rozpruła dwa centymetry szwu. Bardzo ostrożnie wsunęła kartkę do kieszonki.

Trzeba ją ułożyć płasko. Tak, żeby całkiem zniknęła w fałdach tkaniny.

Drugą kartkę wcisnęła w szew, najdalej, jak tylko się dało, sprawdziła, jak to wygląda z przodu, z tyłu i na zgięciu. W ślad za nią poszła następna i w końcu ta ostatnia.

Ta ostatnia.

Czas umykał, pędził jak szalony. To już koniec.

Palce pospiesznie chwyciły igłę, aby ją nawlec, ale uszko było maleńkie, a nitka cienka. Nawoływania i wrzaski grzmiały coraz bliżej, coraz donośniejsze, coraz bardziej naglące. Jej dłonie drżały i taki sam dygot chwycił podbródek, usta oraz serce.

Już, schowane.

Bezpieczne, nikt ich nie znajdzie.

Zręcznymi ruchami zwinęła koniec nitki i wsunęła ją w szew. Igłę wbiła w brzeg pasiaka, żeby nie wypadła.

To było już wszystko, jeszcze tylko…

1

MIRIAM

Grudzień 1989

Otwarto przejścia w murze i Wschód połączył się z Zachodem. Drzwi oddzielające ją od świata są zamknięte. Zamknięte na klucz i sprawdzone, dwa razy. Palec wsunięty między skrzydło a futrynę odnajduje maleńkie, mięciutkie piórko. Jest tam, gdzie ma być. Dłoń zsuwa się niżej po wysłużonym drewnie, zatrzymuje się na klamce. Sprawdza trzeci raz. Zamknięte.

Podnosi słuchawkę domofonu, przyciska ją do ucha.

Cisza.

Na podłodze w korytarzu leży gruba wykładzina. Dalej jest jego pokój. Nie patrząc na niego, wchodzi i starannie wyrównuje aksamitne zasłony, a potem je rozsuwa. Ukazuje się niebo koloru lawendy. Deszcz oczyścił powietrze, a lekki wiatr jest bardzo przyjemny.

– Piękny dzień – szepcze kobieta, pragnąc, aby okazało się to prawdą. Kamienica naprzeciwko pnie się wysoko w całej swojej klasycystycznej wyniosłości, fasady ma surowe, a okna zamknięte. Szczelinami sączy się światło, stare, powyginane balustrady bronią mu dostępu na drugą stronę ulicy. „Berlin znów jest Berlinem”. A Miriam znów jest w domu.

Brukowce na Klausenerplatz lśnią, mokre po nocnym deszczu. Kiedy rzężenie zmiennociśnieniowego materaca przeciwod­leżynowego jest już tylko szumem w tle, odwraca się w stronę łóżka i mężczyzny, który w nim leży. Wyciągnięty na wznak, otulony białą kołdrą.

Miriam nieruchomieje.

Potem styki zwierają się – co za ulga – a jej ciało samo zaczyna wykonywać dobrze znane czynności.

– Jak ci się spało? – Musi coś mówić, boi się, że jeśli umilknie, myśli eksplodują jej w głowie.

Na stoliku nocnym leży „Berliner Zeitung” z dziesiątego listopada. Od tamtej pory nie kupiła nowego numeru. Bierze gazetę do ręki i otwiera. Zapach słów budzi przejmującą nostalgię.

WSZYSCY DZIĘKUJEMY BOGU, woła nagłówek czarnym tłustym drukiem. Miriam odwraca stronę. Radosne, roześmiane twarze, łzy w oczach, ludzie padają sobie w ramiona, unoszą butelki z piwem, a w tle: mur.

– Jak myślisz, tato? Czy to… – Papier marszczy się w jej dłoniach. – Czy naprawdę Bóg to sprawił? – Uśmiecha się, bo wie, co by odpowiedział. Tak przynajmniej jej się wydaje.

– Na tych, co burzą mur własnoręcznie, młotkiem i dłutem, mówią Mauerspechte, „dzięcioły muru”. Zajmie im to pewnie z dziesięć lat, ale spójrz… – Podsuwa ojcu gazetę pod oczy, tak, że gdyby je otworzył, zobaczyłby czarno-białe zdjęcie małego chłopca z jeszcze mniejszym młotkiem. „Dzięcioły” są w różnym wieku, starzy i młodzi. Miriam widzi ich oczami duszy: stuk-stuk, narzędzia w ich rękach wbijają się w beton. – Powinieneś to zobaczyć – dodaje półgłosem.

Nie doczeka się odpowiedzi ani choćby znaku, że jej słowa zostały usłyszane.

Ojciec zawsze był w ruchu; nie potrafił usiedzieć spokojnie. Dopiero teraz to się zmieniło. Umysł miał żywy, ale bez przerwy się o coś potykał, na coś wpadał; ciało zdradzało swój wiek, chociaż siły mentalnej nie ubywało.

Miriam kładzie złożoną gazetę, opowieść zawieszoną w czasie, z powrotem na stoliku. Świat kręci się dalej; docierają do niej wieści tak olbrzymiej wagi, że aż trudno je ogarnąć umys­łem. Tyle euforii, tyle radości… Mur berliński runął, ale nie ma to większego znaczenia, nie dla niej są te emocje, bo ona musi sprzątać, pielęgnować i przewijać.

Ten cykl ma swój koniec, który nastąpi już wkrótce.

– Podniosę cię. – Opiera się o łóżko i chwyta ojca pod pachy, omijając wzrokiem jego twarz. Unosi go, napiera ciałem na jego pierś i przesuwa o kilkanaście centymetrów. Przetrzepawszy poduszki, układa go swoimi drobnymi rękami w pozycji półleżącej.

– No i już. – Nalewa do kubeczka wody z plastikowego dzbanka. – Małymi łyczkami – przestrzega, podkładając mu pod brodę czysty ręcznik.

Kubeczek ma skośny kształt i dwa uszka. Słyszała od lekarzy, że to ułatwi mu picie, ale nie, do zamkniętych ust nie wpada ani kropla wody, wszystko spływa po zarośniętej brodzie. Lekarze używają zresztą wielu różnych terminów: równowaga płynów ustrojowych, nawodnienie, wygoda. Na ich twarzach maluje się znudzenie. Brak zainteresowania. Rutyna. Patrzą, ale nie widzą. Trzeba dbać, żeby było mu wygodnie i żeby się nie odwadniał, a poza tym prowadzić bilans płynów. I tak miał pożyć najwyżej parę dni. Śmierć jest nieunikniona, chociaż mijają kolejne tygodnie, a on wciąż oddycha. Dbanie o „wygodę” w takiej sytuacji wydaje się bezcelowe, równie dobrze można by mu przykleić plaster z opatrunkiem i czekać, aż to go uleczy.

– Napij się. No, jeszcze trochę.

Pielęgniarki w szpitalu radziły, żeby go goliła, ale to była dla niej zbyt intymna czynność, więc zarost rośnie coraz dłuższy, a woda spływa po nim na ręcznik.

Miriam opróżnia worek na mocz do miski w kształcie nerki i idzie do łazienki, pamiętając o tym, że po drodze jest schodek. Płyn przelewa się w misce, wydziela kwaśny zapach, który drażni zarówno nos, jak i żołądek; chwytają ją mdłości, musi nad nimi zapanować. Spuściwszy wodę, chowa miskę i siada na krawędzi wanny, gdzie czeka, aż woda się nagrzeje. Podstawia palce pod strumień, opierając się pokusie umycia rąk.

Napełnia wodą większą miskę i wraca do sypialni, aby rozebrać chorego i zabrać się do mycia. Wszystkie czynności wykonuje w milczeniu.

Bez słowa.

Czystą, umytą skórę wyciera miękkim białym ręcznikiem, a potem smaruje odleżyny specjalnym kremem. Zmienia ojcu górę od piżamy i zauważa, że jego zegarek się zatrzymał. Stukanie w szkiełko nie przynosi efektu, wskazówki nie ruszają z miejsca. To stary zegarek: złote wskazówki i złota tarcza z czarnymi cyferkami zatartymi przez czas, widać tylko cieniutkie kontury.

Miriam obraca rękę ojca dłonią do góry, szukając zapięcia. Na szerokiej złotej bransoletce nie ma niczego, co dałoby się otworzyć. Pochyliwszy się niżej, obmacuje ją palcami.

Tak bardzo jest zaprzątnięta tymi pieszczotliwymi poszukiwaniami po omacku, samymi opuszkami palców, że umyka jej co innego: ojciec oddycha inaczej. Poruszył się. Uniósł drugą rękę.

Lodowato zimne palce niespodziewanie zaciskają się na jej nadgarstku.

Miriam patrzy na niego. Głowa ojca wciąż leży bezwładnie na poduszce, a oczy są zamknięte.

Aż nagle się otwierają.

Uścisk lodowatych palców coraz mocniejszy, przenosi ją w przeszłość, do czasów, gdy była pogodniejsza i młodsza, nie miała wtedy jeszcze dwudziestu lat. Wybrała się do zoo ze znajomymi. Galeria zamazanych twarzy, długa lista zapomnianych nazwisk. Kolorowa mozaika ułożona z ręcznie barwionych ciuchów, hipisowskich wzorów, cieni do powiek i piór.

Nieduży „pawilon do głaskania zwierzaków” był przedzielony sięgającą kolan drewnianą barierką. W środku panowała duchota, a trociny, którymi wysypano podłogę, wzbijały się w powietrze. Miriam, wypchnięta przed szereg, stanęła oko w oko z olbrzymim drapieżnym ptakiem. Obejrzawszy się na znajomych, którzy w ten sposób wytypowali ją „na ochotnika”, doznała nagłego uczucia klaustrofobii. Dostała ochronne rękawice, ale to było za mało, aby ukryć fakt, że na jej przedramieniu siedzi ciężkie ptaszysko o szorstkich łapach zakończonych ostrymi szponami. Strzelało ślepiami na wszystkie strony. Wszyscy patrzyli na nią. Potem kilka osób przysunęło się bliżej i otoczyło ją. Widziała ich jak w kalejdoskopie. Ptak zaciskał swoje szpony coraz mocniej, aż nagle wszystko utonęło w ciemności.

 

Miriam sięga wolną ręką, próbując rozewrzeć zimne palce. Potrąca przy tym miskę, która spada na podłogę, mydliny rozlewają się szeroko. Przywykła do oglądania jego powiek, otwarte oczy rażą oślepiającą bielą i przepastną głębią. Chce odwrócić wzrok. Ale nie, jego spojrzenie nie pozwala jej się poruszyć, przeszywa ją na wskroś.

– Co się stało? – pyta łagodnie, chociaż on ściska ją mocno i ciągnie za rękę. Miriam pochyla się, tak jak przedtem, gdy go układała, a on podciąga się na posłaniu. Ich twarze znajdują się teraz na jednej wysokości.

– O co chodzi?

Jego oddech ma zjełczałą, słodką woń gnijących owoców. Owiewa jej twarz, snuje się spiralą po policzku. Tętno w unieruchomionej ręce najpierw przyspiesza, a potem zaczyna mocno dudnić w rytm spowolnionego krążenia. Oczy, których wciąż nie może oderwać od jego oczu, dostrzegają zmianę: wzrok ojca koncentruje się na niej. Jego twarz łagodnieje.

– Już dobrze. Jestem przy tobie. – Słowa, wypchnięte w pośpiechu, łamią głos w ostre drzazgi.

– Frieda. – W jego ustach to imię jest niczym szept opadającego liścia. – Frieda.

Dźwięk tego głosu przypomina jej, kogo ma przed sobą: to on, tata, ten sam, który śpiewał jej kołysanki, czytał bajki i głaskał po głowie. Ten sam tata, z którym przez dziesięć lat nie zamieniła ani słowa.

– Tato, to ja, Miriam – mówi łagodnie, odchrząknąwszy.

Przez ułamek sekundy chyba ją poznawał. Kładzie wolną dłoń na jego palcach, wciąż mocno zaciśniętych. Chwyta go kaszel, w całym pokoju aż huczy.

– Tato?

– Frieda! – Krzyk niesie się jak przeciągłe basowe wycie syreny mgłowej nad głowami tłumu. – Frieda!

Próbuje wstać z łóżka, ale ciało go nie słucha. Zmaga się, mocuje, szarpie pościel, nie może się uwolnić. Miriam nie potrafi oderwać wzroku, tyle w tym daremnego wysiłku. Ojciec jeszcze raz wykrzykuje imię „Frieda” i jego ruchy powolnieją. Wiotczeje. Zamyka oczy. Ręce ma złożone razem, palce prawej dłoni trzymają zegarek.

Miriam czeka, aby nabrał powietrza. Nabiera.

Wypuszcza.

Przerwa.

Nabiera powietrza.

Teraz Miriam też może odetchnąć drżącymi ustami. Przez jakiś czas stoi bez ruchu i tylko obserwuje, jak jego klatka piersiowa unosi się i opada, podając rytm cierpieniu. Ściągnięta twarz ojca łagodnieje, a z kącika ust ścieka strużka śliny. Miriam wyciera ją ściereczką.

HEINRICH

Tato! – woła ona. Słyszę kobiecy głos, szumiący cicho niczym liście bzu na wietrze.

Ale ja… Zagubiłem się…

Zagubiłem się w przeszłości.

Zagubiłem się… Z Friedą…

Był rok 1942, a ona uczęszczała na moje zajęcia już od blisko sześciu miesięcy. Rzadko się odzywała i nigdy się nie uśmiechała, ale słuchała wszystkiego tak pilnie, że każdy wykładowca byłby wniebowzięty. Gdyby, ma się rozumieć, nie wykładał w nazistowskiej uczelni.

Pilna studentka i jej wnikliwe zainteresowanie przedmiotami, których uczyłem, i tekstami, które studiowaliśmy, budziły we mnie tylko narastający niepokój.

Była atrakcyjna, w identyczny sposób jak reszta klasy. Chłopcy i dziewczęta. Wszyscy piękni i silni. A jednak ona przykuwała moją uwagę, domagała się jej wręcz i oddałbym wiele, aby poznać jej myśli. Co sądziła na temat przerabianych tekstów? Jak dotąd nie usłyszałem z jej ust ani jednego słowa.

Za oknem sypał gęsty śnieg, a grupa nudziła się i była marudna; najchętniej polecieliby na dwór, jak stadko szczeniaków.

Z kredą w dłoni przechadzałem się tam i z powrotem za moim biurkiem. Na tablicy zapisałem jedno słowo: Schmerz, czyli ból, a koniuszki palców miałem białe od pyłu. Przedstawiłem studentom teorię na temat śmierci i umierania oraz pojęcie „większego dobra”. Wszystko spotkało się z przychylnym przyjęciem. A potem, przypadkowo rzuciwszy okiem na nią, nagle zdecydowałem się na ogromnie ryzykowny krok.

Zszedłem z właściwej drogi. Dla niej.

Obserwowałem jej reakcję.

– À propos bólu… – starannie dobierałem słowa, obracając je w ustach. – Współcześni pisarze nie potrafią przedstawić go tak, jak autorzy z poprzednich stuleci.

Uniosła głowę i spojrzała mi prosto w oczy, a ja zamarłem, wrosłem w podłogę tuż przed jej ławką, lecz mimo to mówiłem dalej.

– Ból to zjawisko stare i… No cóż, być może jednak Rosjanie mogą nas czegoś nauczyć.

– Jak zdychać z głodu – zachichotał pod nosem jeden ze studentów. Przyszpiliłem go wzrokiem, a on prawie wsunął się pod ławkę.

– Rosyjscy pisarze naprawdę odczuwają ból. Robią to po to, aby ich czytelnicy cierpieli – powiedziałem.

Po sali przeleciał śmiech, chociaż to raczej nie był dowcip.

– Już niedługo Führer im pokaże, co to znaczy ból – dorzucił inny student.

– Nie. – To ona powiedziała. Wtrąciła się. – Panu profesorowi chodzi zapewne o to, że odczuwamy ból autora tak samo, jak gdyby to nas bolało.

Po raz pierwszy zabrała głos na zajęciach i cała grupa, łącznie ze mną, spojrzała na nią zaintrygowana, nie posiadając się ze zdziwienia, że ta dziewczyna w ogóle umie mówić. Któryś z chłopaków zagwizdał zaczepnie i klasa utonęła w śmiechu i gwarze.

Ale to była prawda: ona się odezwała, odezwała się do mnie, a potem mówiła dalej, konspiracyjnie zniżyła głos. Pochyliłem się.

– Siła literatury tkwi nie w słowach ani w czynach, siła literatury to tworzenie ze wszelkimi niuansami uczuć, których zaznał ktoś inny, zgodzi się pan, profesorze? – zapytała. Po francusku!

– Zgadzam się – przytaknąłem, pieczołowicie dobierając słowa i przez cały czas wietrząc podstęp. Wytworne francuskie zwroty leżały gdzieś na zakurzonej półce z tyłu mojej głowy.

– Patrząc na Rosję, Francję i Irlandię, możemy poznać ból, którego nie potrafimy sobie wyobrazić. – Mówiła dalej po francusku, ale już pełnym głosem, którego chropawe brzmienie przeczyło jej wiekowi. Gdy jej słuchałem, ten obcy język nagle stał się świeży, ekscytujący, wyzwalający. Studenci znów zaczęli się wiercić, obserwując wymianę zdań pomiędzy nami.

Zniżyłem głos.

– Nasza historia także jest przepełniona bólem.

– Owszem – zgodziła się i, przechodząc z francuskiego na angielski, dodała: – Ale nasza historia jest na łasce tego, kto akurat ma władzę; coraz mniej w niej faktów, a coraz więcej fikcji, rządzi nią, wedle własnych kaprysów i widzimisię, jeden nadęty Schwachkopf. – Niemieckie słowo oraz szok na mojej twarzy rozeszły się szerokim echem po sali. Nikt nie zrozumiał, o czym mówiliśmy, ale to wyzwisko – tępak – długo odbijało się rykoszetem od ścian. A ona spojrzała na mnie. W oczach miała wyzwanie.

– Proszę otworzyć książki na stronie siedemdziesiątej szóstej – zwróciłem się do grupy po angielsku, a słysząc jej śmiech, powtórzyłem polecenie po niemiecku, dodając: – Omówcie w parach, za pomocą jakich technik autor opisał ból.

Rozległ się szelest przewracanych kartek i mamrotanie, które po chwili przerodziło się w żywą dyskusję. Podszedłem do jej ławki i pochyliłem się nisko.

– Co pani wyprawia? – zapytałem.

– Tylko znając język danej kultury, można prawdziwie zanurzyć się w jej zbiorowym bólu i czytać tekst zgodnie z intencją autora. Nie tak jak te zakute pały, ci connards. – Przeszła z powrotem na francuski. – Taśmowo produkowane pajace niepotrafiące samodzielnie myśleć: tak, proszę pana, nie, proszę pana – wyskandowała, przedrzeźniając kolegów, a gdy uniosłem głowę, zobaczyłem, że wielu studentów gapi się w okno albo przewraca kartki w swoich książkach.

– To bardzo ryzykowne, Fräulein – powiedziałem po angielsku, znów za jej przykładem zmieniając język. Angielskie słowa lepiej leżały mi w ustach, ale wolniej przychodziły do głowy. Cudowna była złożoność tych języków, których od lat nie miałem okazji używać. Takie przeskakiwanie z jednego na drugi było niesłychanie trudne, ale mój umysł zapalił się do wyzwania.

– Ryzykowne? – Uśmiechnęła się, jak gdyby myśl o ryzyku była dla niej zabawna. – Sądziłam, że jako nauczyciel ceni pan prawdziwą rozmowę, taką, powiedzmy… – Przeszła na jeszcze inny język i pogubiłem się; nie rozumiejąc ani słowa, śledziłem tylko ruchy jej warg.

Zaśmiała się.

– No dobrze, więc raczej nie po holendersku… – Sypnęła słowami z taką szybkością, że zabrzmiały jak seria z karabinu.

– Ile języków pani zna? – zainteresowałem się.

– Kilka – odparła tym razem po francusku.

– Proszę lepiej uważać, w obecnych czasach ten, kto mówi językiem wroga… – Zniżyłem głos, wracając do angielskiego.

– A czy to jest nasz wróg? – zapytała, powoli cedząc słowa. – Może to naród, który nas wyzwoli?

Rozejrzałem się, ale studenci gadali w najlepsze, a gdy z powrotem zwróciłem na nią wzrok, siedziała z nosem w książce, jakbyśmy wcześniej nie zamienili ani słowa.

– Dziękuję pani, Fräulein…? – powiedziałem, nie chcąc, aby umilkła.

– Mam na imię Frieda – odparła, nie unosząc głowy.

– Dziękuję, Friedo.

MIRIAM

Frieda? Jaka Frieda? myśli Miriam.

Jej ojciec wciąż obejmuje dłonią zegarek. Miriam sięga do bransoletki, ale rezygnuje, nie chcąc znów go zdenerwować. Palcami szybkimi niczym rytm jej galopującego serca zapina mu guziki od piżamy.

Jego oczy, obrzmiałe, oklejone cienkimi jak bibułka powiekami, przypominają dwa balony przytwierdzone linami do ziemi. Miriam zmienia pozycję, umykając przed oddechem bijącym z szeroko otwartych ust, ale poczucie winy nie pozwala jej odejść. A w to poczucie winy, które każe jej trwać przy ojcu, wpleciona jest jej matka.

Ona umiałaby się zatroszczyć o niego lepiej od Miriam, wiedziałaby, co zrobić, co powiedzieć. Mamie nie zdarzały się pomyłki ani potknięcia; zawsze robiła dokładnie to, co trzeba, ale kiedy potrzebowała córki, nie miała jej przy sobie.

Miriam nie była przy umierającej matce i nie chce wierzyć, że męczyła się tak samo, jak teraz męczy się ojciec. Woli przywołać z pamięci scenę, w której rozmigotane brokatem kurzu światło wpada przez pojedyncze okno i dotyka wykrochmalonej białej pościeli. Na tym łóżku leży ona. W koszuli nocnej, tej najlepszej, równiutko okryta kocami. Ojciec klęczy, trzymając rękę mamy w obu dłoniach, widać tylko tył jego pochylonej głowy.

Miriam ujmuje takim samym gestem dłoń taty i spogląda na jego zegarek. Wskazówki pokazują dziesięć po czwartej. Są nieruchome, ale zegarek się przesunął. Widnieje nad nim pasek ziemistej skóry. Miriam odwraca jego rękę, czujna, niepewna, jak zareaguje.

I widzi.

Widziała to już wcześniej, w podręcznikach, w telewizji.

A teraz tutaj. Czarne na białym, zasłonięte złotem.

Na ręce jej ojca.

Cyfry.

Szaroczarne cyfry, może centymetrowej wielkości, idealnie kwadratowe, wytatuowane na jego skórze.

On tam był. W tamtym miejscu.

Miriam przesuwa zegarek na miejsce i mocno ściska ojca za rękę, a do oczu napływają jej łzy. Pochyla się, aby pocałować go w głowę, ale zmieniwszy zdanie, ściska jego dłoń ostatni raz i odwraca się od łóżka.

Siada w kuchni, odkręca kran. Woda płynie, a ona opiera głowę o chłodny blat szafki. Po plecach, na szczurzych łapach, przebiega strach. Te cyfry, ten numer. Przypominają jej się filmy i zdjęcia oglądane w dzieciństwie, puste twarze, stosy ciał. Nie potrafi wyobrazić sobie ojca w tym morzu ludzkich istnień.

Myśli biegną do mamy. Jedynej osoby, która w tej chwili umiałaby jej pomóc. Gdybym mogła mieć ją teraz przy sobie, choćby przez chwilę.

Wtedy nie czułabym się tak strasznie samotna.

Miriam widzi ją zamkniętymi oczami. Obraz jest tak wyrazisty i budzi tak głębokie uczucia, że ma moc, aby cofnąć czas. Fartuch okrywający jedną z najpiękniejszych sukienek mamy, żółtą jak płatki słonecznika, stukot wysokich obcasów na kuchennej podłodze, w tym miejscu, gdzie każdy pokarm żywił duszę, jeszcze zanim posmakowały go usta.

Zakręca kran i ociera twarz starą, szorstką ścierką do naczyń, pachnącą tłuczonymi kartoflami. Nie odkłada jej potem, ale przyciska do siebie, bo dobrze coś trzymać w rękach. Jakiś impuls ciągnie ją do pokoju mamy. Wchodzi tam. Zasłonki z cienkiej żółtej bawełny nie tłumią światła zza okna. Kwietne desenie na ścianach i meblach, łóżko posłane i przykryte kocem, szafa pełna.

 

Pełna mamy.

Szafa jest niemal tak duża jak garderoba, można wejść do środka. Miriam odsuwa na bok pudełka z butami i siada na podłodze. Kurtyna sukienek zamyka się wokół niej tęczą barw i faktur, otacza zapachem kwiatu pomarańczy i słodkiego ciasta. Sukienki wiszą bez ruchu, jakby czekały na powrót właścicielki.

Widzi dłoń mamy trzymającą pomadkę, z najmniejszym palcem wyprostowanym jak przy piciu wykwintnej herbaty. Skóra dłoni blada, jak jasna rękawiczka, z wiekiem pojawią się plamki i znamiona. Obrót przed wysokim lustrem ukrytym w głębi starej garderoby, żeby sprawdzić, czy nowa sukienka dobrze leży. Mama opiera nogę na kolanie, wsuwa stopę do buta, najpierw palce, potem piętę, tak ostrożnie, jakby to był szklany pantofelek.

Obrazy są jak olbrzymie pejzaże, nie sposób ich objąć wzrokiem, każdy jaśnieje zaledwie przez sekundę, niczym blask morskiej latarni, po czym gaśnie, a z mroku wyłania się następny. Co sekundę nowa raca wybucha płomieniem, rzuca jasne, białe światło na to wszystko, co Miriam bezpowrotnie straciła. Wreszcie obraz nieruchomieje niczym zatrzymany kadr z filmu.

Kiedyś to była mama, teraz jej miejsce zajął grobowiec wypełniony pustką.

Serce Miriam, zaciśnięte w pięść, tłucze o klatkę żeber. Miriam nie może uciszyć myśli, więc wyskakuje z garderoby. Zrywa przy tym sukienki z drążka i wykopuje pudełka z butami na środek pokoju.

W łazience, pohamowawszy pośpiech, co wcale nie jest łatwe, odkręca kran z gorącą wodą, unikając spoglądania w duże lustro wiszące nad umywalką. Wsuwa pod strumień dłonie złożone jak do modlitwy, modlitwy na opak. Woda jest zimna. Powoli ścieka po palcach, zbiera się w zagłębieniu dłoni. Gdy pojawia się pierwsze muśnięcie ciepła, Miriam natychmiast odkręca kran do oporu.

Teraz mydło.

Ściska je w dłoniach, żeby się rozgrzało.

Mydli zawzięcie, aż pojawia się obfita piana. Wtedy odkłada ociekającą bąbelkami kostkę do mydelniczki i zabiera się do mycia. Drapie skórę paznokciami i kostkami palców, szoruje, pucuje, energicznie trze dłonią o dłoń, aż wreszcie mydlana piana traci jedwabistą delikatność i zaczyna szczypać.

Czując, że nadchodzi dobrze znany ból, nie przerywa, pozwala, aby jego głos zagłuszył wszystkie inne. Jest konkretny. Wypełnia ją tam, gdzie próżnia żarzy się niczym zapomniany płomyk, czekając na iskrę, aby rozgorzeć.

Jej małe dłonie w dłoniach mamy. Już nigdy więcej.

Mydło przywiera do jędrnej skóry jak taśma z rzepem, ciągnie mocno, wyrywając z niej pamięć dotyku, który kiedyś był wszystkim.

Miriam wsuwa dłonie pod wodę i aż syczy, taki ukrop. Znów jest tu i teraz. Nie cofa rąk. Niech piana spłynie dokładnie, do ostatniego bąbelka.

Kiedy na jaskraworóżowej skórze nie pozostanie nawet najmniejsza drobinka mydła, długo patrzy na swoje dłonie. I wyobraża sobie, jak tam w środku wściekle tętni krew. Bierze szczoteczkę i wsuwa ręce pod wodę, po czym mocno szoruje.

Każdy paznokieć po kolei, ze wszystkich stron. Nagle włosie wbija jej się pod skórkę na kciuku. Różowawa kropelka krwi spływa do otworu w umywalce.

Płucze szczoteczkę pod buchającym parą strumieniem i wsuwa najpierw jedną, a potem drugą dłoń pod kran. Tam, gdzie spłoną z bólu. Liczy.

Trzy.

Dwa.

Jeden.

Zakręca kran, mocno, do końca, starając się uspokoić łomoczące serce. Dłonie, które aż błyszczą, wsuwa w fałdy ręcznika, osusza skórę. Każdy palec po kolei. A co z kciukiem? Zobaczmy.

– Będzie dobrze – mówi do siebie. I już jest spokojniejsza, woda i mrowienie w dłoniach przyniosły odprężenie i ukojenie. Dopuszcza myśli do głosu, atak paniki został opanowany.

Na razie.