Sekretnik MatyldyTekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Najbardziej ciekawe jest to, co zmienne i kapryśne, nieoczekiwane i dziwne: brzeg morza, który jest trochę lądem i trochę wodą, zachód słońca, który jest trochę ciemnością i trochę światłem, i wiosna, która jest trochę chłodem i trochę ciepłem.

Tove Jansson Pamiętniki Tatusia Muminka


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Nieoczekiwany splot wydarzeń


Kot Gawot najbardziej w świecie nie lubił zamieszania i nerwowej atmosfery. Dobrze się czuł, gdy wszystko toczyło się ustalonym torem, a on mógł leniwie wygrzewać się na kaloryferze, pracowicie wylizywać swoje lśniące futerko, filozoficznie obserwować poruszane wiatrem liście na drzewach za oknem albo po prostu spokojnie drzemać w skrzypcowym futerale. Dzisiejszy dzień niestety znacznie odbiegał od wszelkich innych, które dane mu było przeżyć. A spotkało go już w życiu niejedno – począwszy od mrożącej krew w żyłach przygody na dachu, kiedy był jeszcze małym kociakiem i mieszkał ze swoją mamą – kotką Zwrotką u pani Alicji*, poprzez ciężkie przejścia związane z nagłym pojawieniem się dwóch wścibskich jamniczek w domu jego właścicielki Matyldy, aż po dziś – dzień pełen nietypowych zwrotów akcji i nieprzyjemnych wydarzeń.

Dawniej, kiedy był jeszcze młodym kotem, Gawot lubił czasem poszaleć po dachach, wskakiwać na najwyższe półki w mieszkaniu i wyjadać cichcem z miną niewiniątka resztki jedzenia zostawione przez Matyldę na stole w kuchni. Teraz był dorosły. Poważny i dostojny (tak mu się przynajmniej wydawało). Z wyższością spoglądał na poczynania beztroskich kociaków z sąsiedztwa i pogardliwie mrużył swoje złote oczy. Chadzał dumnym krokiem po okolicy i obserwował świat – wychudzone śmietnikowe koty, hałaśliwe psy, trudno dostępne, świergolące wciąż ptaki i spieszących się nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co ludzi.

Nie da się ukryć – Gawot czuł się lepszy od nich wszystkich. Dzisiejszą noc spędził w blasku księżyca na rozpamiętywaniu swojej niepowtarzalnej natury, mrucząc z zadowoleniem. Kiedy jednak nad ranem poczuł nieprzyjemny skurcz gdzieś w okolicy brzucha, doszedł do wniosku, że najwyższa pora wrócić do domu i dać się pogłaskać w zamian za miseczkę czegoś pysznego. Mrauuu!


Pobiegł więc w stronę domu i wskoczył na parapet, oczekując, że czyjeś troskliwe ręce jak zwykle wpuszczą go do mieszkania. Ale to, co spotkało go dzisiaj, nie mieściło się w żadnych granicach kociego pojmowania świata. Bo jak to możliwe, że od samego rana nikt nie nalał kotu śmietanki do miseczki, ba, nie dał mu nic pysznego do jedzenia i w ogóle nie zainteresował się tym, że chociaż każdy kot musi mieć trochę wolności to jednak, gdy wraca z długiej przechadzki, wypada okazać mu należyty szacunek? Niestety, zamiast normalnej – pełnej ciepła, czułości i spokoju atmosfery – w domu panował nieznośny rozgardiasz, było w nim pełno nieznajomych osób, zapachów, dziwnych sprzętów i nerwowych ruchów. I gdy kotu wydawało się już, że wszyscy chyba o nim w tej trąbie powietrznej, która przelatywała od rana przez dom, zapomnieli, nastąpiło najgorsze. Jakieś obce, pachnące nieznajomo ręce podniosły go (bynajmniej nie delikatnie) i umieściły w wiklinowym koszyku, który następnie został zamknięty za pomocą metalowej kratki, a potem umieszczony w wielkim samochodzie pomiędzy stosem piętrzących się skrzyń i kartonów. Hańba Gawota była straszna! A zło wyrządzone najniewinniejszemu z domowników – niewybaczalne.

W czasie, kiedy nadąsany Gawot w samotności przeżywał swoje upokorzenie, Matylda stała na brzegu morza i wsłuchiwała się w szum fal. Był piękny marcowy dzień. Taki, kiedy jeszcze nie da się spacerować bez czapki i ciepłego płaszcza, ale słońce, które ciekawie wygląda zza chmur, zapowiada, że już wkrótce troskliwie ogrzeje wszystko wokół i nastanie prawdziwa wiosna. Matylda czuła tę nadchodzącą wiosnę w zapachu morskiego, lekko słonego powietrza i z zachwytem przyglądała się połyskującej delikatnym blaskiem wodzie. Nie da się ukryć – przyroda budziła się do życia, a morze, które było tajemnicze i fascynujące – zmieniało kolory i muzykę.


O tym, że morze jest muzyką i to taką, która każdego dnia oferuje inny repertuar, dowiedziała się Matylda od taty kilka miesięcy temu. Było ciepłe wrześniowe popołudnie. Ojciec zabrał ją wówczas na długi spacer po plaży. Szli brzegiem morza, a woda prawie obmywała im buty. Potem usiedli na piasku – tata w swoim nieodłącznym płaszczu, owinięty długim szalikiem – i zaczęli słuchać morskiej muzyki. Matylda dokonała wtedy niesamowitego odkrycia – morza można słuchać bez końca! To nie jest wcale nudny, jednostajny szum. Mimo powtarzalności dźwięku fal, uderzających o brzeg, jego muzyka jest wciąż nowa, tylko trzeba c h c i e ć to usłyszeć. I właśnie wtedy, kiedy Matylda u s ł y s z a ł a tę przedziwną morską symfonię na szum wiatru, plusk fal, pisk przelatujących mew i odgłosy dalekich statków, tata pokazał jej obrośnięty bluszczem stary dom stojący przy samej plaży i powiedział, że kupił go dla nich. Tu, już wkrótce, będą mieszkać wszyscy razem – mama, tata, Matylda, kot Gawot i nierozłączne jamniczki Toccata i Fuga.

Od czasu konkursu skrzypcowego, który wygrała Matylda, minęło sporo czasu. Wiele zmieniło się w jej życiu. Nieoczekiwanie pojawił się ojciec, wprowadzając w uporządkowany świat mamy i córki nagłe zawirowania. Matylda, którą zauroczył ten nieznany dotąd tata, zaczęła marzyć o prawdziwym domu. Takim, w którym jest miłość i ciepło, prawda i uczciwość i każdy ma swoje miejsce.

Jej marzenie w pewnym sensie się spełniło, bo ojciec bardzo chciał naprawić to, że nie było go tak długo, a mama przekonała się, że pomimo tych wszystkich lat, kiedy była sama, zagubiona, zostawiona bez pomocy w wychowywaniu córki, potrafi jeszcze otworzyć serce i wybaczyć tacie. To był wielki przełom i Matylda czuła, że nie powinna wymagać od życia już niczego więcej.


Ojciec mieszkał daleko, miał tam pracę, mieszkanie (w którym panował straszny bałagan), fortepian, dwie jamniczki – Toccatę i Fugę i swoje muzyczne życie. Mama natomiast pracowała nadal w banku, a mieszkała z córką i kotem Gawotem w ich maleńkim uporządkowanym mieszkanku w bloku, niedaleko pani Alicji – nauczycielki skrzypiec, u której wciąż uczyła się Matylda. I chociaż dziewczynka tęskniła za tatą przez wszystkie szkolne miesiące, a potem za mamą, kiedy na ferie i wakacje jeździła do taty, przyjęła, że tak już widocznie musi być. Cieszyła się, kiedy mama zaprosiła ojca na Boże Narodzenie, a on odwdzięczył się zaproszeniem mamy na koncert z orkiestrą, w którym występował jako solista. Widziała, że tata patrzy wciąż nieśmiało na mamę i próbuje w locie odczytać każdą jej myśl. Zauważyła, że mama częściej się uśmiecha, jest rozpromieniona i śliczniejsza niż kiedykolwiek. Ale nigdy by nie przypuszczała – nawet w swoich najśmielszych marzeniach – że może zdarzyć się coś tak niezwykłego jak dom nad morzem, w którym będą mieszkać wszyscy razem!

– Co się stało, Matyldo? – mężczyzna zaniepokoił się milczeniem dziewczynki. – Nie cieszysz się?

– Nie cieszę? – Matyldzie zadrżał głos, odwróciła głowę, żeby ojciec nie zauważył łez w jej oczach i spojrzała daleko w morze, którego ciemny granat na horyzoncie stykał się z błękitem nieba. – Tato, ja się bardzo cieszę… – powiedziała cicho.

Po chwili odwróciła się gwałtownie i zarzuciła ojcu ręce na szyję tak, że ten, zaskoczony, przewrócił się na piasek i wybuchnął śmiechem. Matylda też się śmiała, podała tacie rękę i pomogła mu wstać. Zaczęła skakać, piszczeć i tańczyć z radości. Ojciec przyłączył się do tego tańca i oboje wirowali. Wyglądali bardzo dziwnie – z niesfornymi włosami rozwianymi na wietrze, tańczący szalony taniec na środku plaży, śpiewający i klaszczący niczym pierwotni wojownicy.

Teraz Matylda stała na brzegu morza i uśmiechała się, przypominając sobie tamten wrześniowy dzień. Morski wiatr owiewał ją delikatnie nieznanym, ekscytującym zapachem, a serce napełniał tajemniczym oczekiwaniem. Zaczynała się wiosna. Zaczynało się nowe życie w nowym domu, do którego przeprowadzili się wczoraj późnym wieczorem. Dzisiaj miały przyjechać jeszcze książki, naczynia kuchenne, różne drobne sprzęty, a za kilka dni fortepian, oczekiwany z niecierpliwością przez tatę. Mama, która wzięła na tę okoliczność kilka dni urlopu, od rana myła okna, wieszała firanki i wypakowywała rzeczy z kartonów. Ojciec pomagał jej, ustawiając meble, przesuwając ciężkie sprzęty i wbijając w odpowiednie miejsca gwoździe. Toccata i Fuga biegały po ogrodzie, obwąchując ciekawie wszystkie nowe miejsca.

 

Brakowało tylko Gawota, który w dniu przeprowadzki wyruszył na swoją wieczorną przechadzkę, lekceważąc wszystkich, i nie pojawił się, mimo długich i głośnych nawoływań. Nie pomogły nawet poszukiwania, które podjęły myśliwskie jamniczki – z nosami przy ziemi próbowały wytropić włóczęgę. Nic z tego. Gawot zaszył się w sobie tylko znanym miejscu i najwidoczniej nie miał zamiaru nikomu zdradzać swojej kryjówki. Pozostało więc tylko czekać, aż łaskawie wróci rano do starego domu i przyjedzie samochodem dostawczym wraz z kartonami pełnymi książek i innymi sprzętami.

Pewnie będzie obrażony – pomyślała Matylda, uśmiechając się do siebie, i poszła ścieżką obok plaży do nowego domu.

* Tę przygodę Gawota możecie odnaleźć w książce Matylda – tajemnica i marzenia.

Poranna burza i tajemniczy nieznajomy


Było wpół do siódmej, gdy Matylda otworzyła oczy. Za oknem panowała zimna ciemność i złowrogi szum.

To deszcz – pomyślała i szczelniej owinęła się kołdrą. Gawot, który od czasu haniebnej podróży bagażówką spał nieprzerwanie w skrzypcowym futerale i nie odzywał się do nikogo, otworzył jedno oko i ziewnął. Matylda spojrzała na skrzypce, które leżały na stole. Wyjęła je specjalnie po to, żeby znieważony Gawot mógł rozłożyć się wygodnie w pustym futerale. Było to jedyne godne zaufania, bezpieczne miejsce, które nie zmieniło swojego wyglądu i zapachu w tym nowym, obcym świecie.

Matylda wstała i wzięła skrzypce do ręki. Dawno na nich nie grała. Tyle się ostatnio działo – pakowanie, przeprowadzka, urządzanie nowego domu, a równocześnie normalny tryb nauki w szkole… Przesunęła ręką po zakurzonym gryfie, potrąciła palcem struny, które wydały żałosny, fałszywy dźwięk, i poczuła się winna. Zaniedbała skrzypce…

– Zacznę znowu grać. Od dziś! – powiedziała stanowczo do Gawota. – Dosyć tego zamieszania i szaleństw!

Na te słowa Gawot podniósł głowę, otworzył złote oczy i Matylda mogłaby przysiąc, że się do niej po kociemu łaskawie uśmiechnął. Kto jak kto, ale on umiał docenić stałość, porządek i normalność, w przeciwieństwie do zamieszania i szaleństw, które były domeną tych wścibskich jamniczek.

Teraz wyszedł powoli ze swojego legowiska, otarł się o nogi Matyldy i stanął przy drzwiach. Spojrzał wyczekująco, czy dziewczynka mu je otworzy. Bo to, czego prawdziwy kot potrzebuje najbardziej – to wolność i spokój. No i pełna miseczka, oczywiście.

Z kuchni dolatywał niezwykle kuszący zapach, a kiedy Matylda uchyliła drzwi, został on spotęgowany przemiłym widokiem. Tata w przepastnym fartuchu w kolorowe kwiaty stał przy kuchence i gwiżdżąc jakąś wesołą melodię, zamaszyście mieszał jajecznicę na patelni. Mama, uśmiechnięta i rozpromieniona, zaglądała mu przez ramię i próbowała „dziobnąć” jajko widelcem, żeby sprawdzić, czy danie jest wystarczająco słone. Matylda spojrzała porozumiewawczo na kota, a potem wycofała się cichutko w stronę łazienki.

– Lepiej nie przeszkadzajmy – szepnęła do niego, próbując przymknąć kuchenne drzwi.

Ale on nie zważał na nic, tylko z donośnym miauknięciem wskoczył na kuchenny stół.


– Gawocie!!! – Matylda, która myła się już pod prysznicem, usłyszała krzyk mamy, a potem brzęk tłuczonego szkła.

Zamarła, nasłuchując, co wydarzy się dalej. Zaległa jednak niepokojąca cisza, w czasie której dziewczynka szybko się wycierała. Miała dziwne przeczucie, że w kuchni rozgrywa się właśnie jakiś dramat lub horror z Gawotem w roli głównej. Kiedy w pośpiechu naciągała golf i zakładała skarpetki na mokre jeszcze stopy, rozległ się kolejny krzyk:

– Jajecznica!!! Kompletnie spalona!!! – głos taty wyrażał jednocześnie bezradność i rozpacz.

W całym domu nieprzyjemnie pachniało przypalonymi jajkami. Mama sprzątała rozbite przez kota naczynia z najlepszego serwisu, które właśnie wyjęła z kartonu i postawiła na stole, żeby w odpowiednim czasie poukładać w kredensie. Tata, z krwawiącym palcem, zeskrobywał resztki jajek z patelni. Kiedy nastąpiła katastrofa z serwisem – rzucił się mamie na pomoc, ale niestety przez nieuwagę zadrasnął się w palec. W tym czasie zaczęła przypalać się jajecznica, trzeba więc było ratować patelnię, bo śniadanie nadawało się już tylko do wyrzucenia. Nie chciały go nawet jamniczki, nie mówiąc o Gawocie, który jak gdyby nigdy nic, z całkowicie niewinną miną i podniesionym dumnie ogonem, chłeptał mleko z miseczki.

„W tym domu ciągle jest nerwowo” – zdawały się mówić jego zdziwione oczy. – „Doprawdy, tylko tak wyjątkowy kot jak ja jest w stanie to wytrzymać. Dobrze, że przynajmniej mleko nie jest prosto z lodówki. Nie lubię zimnego, miauuu!”.

Kiedy Matylda weszła do kuchni, przywitały ją dwa milczące i ponure spojrzenia.

– Dobrze, że jesteś, córeczko… – powiedziała mama, a jej głos powiał chłodem jak górski wiatr. – Zobacz, co zrobił ten t w ó j kochany kot! Nie uważasz, że już dość mamy przez niego kłopotów? Czy jest jakakolwiek szansa na to, że on wreszcie n a p r a w d ę wydorośleje?!

– Kochanie… – tata próbował łagodzić wzburzenie mamy, chociaż było to trudne, zważywszy na to, że wciąż walczył ze zwęglonymi resztkami na patelni, na którą kapały krople krwi ze skaleczonego palca. – Koty już takie są… Taka ich natura. A Matylda nie ma z tym nic wspólnego. Przecież nie jest kotem – uśmiechnął się i odetchnął, bo ostatni przypalony kawałek oderwał się od dna i patelnia była uratowana.

– Ty jej nie broń! – mama była naprawdę zdenerwowana. – Chciała mieć kota, to teraz musi brać za niego odpowiedzialność! I to ONA powinna teraz sprzątać ten cały bałagan! A nie my!

– Ale ja zaraz wszystko zrobię. Nie będzie śladu, naprawdę! – tata zawinął palec w ręcznik papierowy, spojrzał prosząco na mamę, a potem mrugnął porozumiewawczo do Matyldy. – I przygotuję pyszne śniadanie…

– Jedno już przygotowałeś! Poza tym jesteś ranny – mama zamaszyście wrzuciła szmatę od podłogi do zlewu i spojrzała złowrogo na kota, który wypił całe mleko i z iście stoickim spokojem zajął się poranną toaletą.

– To ja… może pójdę na spacer z jamniczkami… – Matylda wolała nie wchodzić w dyskusję z mamą w tej chwili. – Zdążę przed szkołą.

Powietrze było rześkie, cudowne. Trochę jeszcze padało i wiał chłodny wiatr, ale wyraźnie się już przejaśniało. Matylda biegła w stronę morza, a za nią na krótkich łapkach dreptały jamniczki, które przystawały co chwilę i obwąchiwały wszystko swoimi czarnymi nosami. Dziewczynka chciała zobaczyć, jak wygląda i brzmi morze o tak wczesnej porze. Było jej to potrzebne do uspokojenia się po porannej, domowej burzy. Rozumiała mamę i jej zdenerwowanie – Gawot bywał czasem trudny do wytrzymania. Nigdy nie było wiadomo, czego można się po nim spodziewać. Realizował zawsze z nieprawdopodobną konsekwencją sobie tylko wiadome cele i nie przejmował się nikim i niczym. Ale czy ONA – Matylda – miała na to jakiś wpływ? Czy JĄ można obarczać winą za wszystkie wyczyny kota? Wbrew temu, co powiedziała mama, CZUŁA się odpowiedzialna za tego nieprzewidywalnego zwierzaka. Ale co mogła zrobić, żeby go wychować? I czy to w ogóle możliwe?


Morze zaszumiało. Piasek zaskrzypiał miękko pod jej stopami. Spokojna wędrówka wody działała kojąco. Morskie fale – powolne i senne – nadchodziły jedna za drugą, konsekwentnie i uporczywie. Matylda zatrzymała się. Morze było dzisiaj ciemnoszare przy brzegu, a w oddali zmieniało się w zieloną ciemność. Pomrukiwało cicho, jeszcze nie do końca rozbudzone, a jego muzyka była w tonacji molowej, tempie lento i dynamice mezzo piano.

Morze też jest nieprzewidywalne – pomyślała dziewczynka i zamknęła oczy. – A przecież właśnie to jest w nim najbardziej fascynujące. Może cała tajemnica polega na tym, żeby polubić to, czego nie da się zmienić, a podziwiać to, co piękne?

Zachwyciła się swoim odkryciem i uśmiechnęła, myśląc, że jak tylko wróci ze spaceru, powie to tacie. On na pewno ją zrozumie. Też jest czasem trochę nieprzewidywalny. A mama? Ona z kolei jest uporządkowana… Dla niej wszystko musi mieć swój cel, swoją kolejność i swoje miejsce. Czasem trudno przez to Matyldzie się z nią porozumieć, ale bez niej, takiej właśnie mądrej, uporządkowanej i rozsądnej, nie dałoby się żyć.

Nagle dziewczynka poczuła, że ktoś jej się przygląda. Otworzyła oczy i zobaczyła chłopaka w kolorowej czapce, jadącego na rowerze po mokrym piasku przy samym brzegu morza. Z tyłu miał pękaty plecak, a z ramienia zwisała mu kwadratowa, płaska torba. Spojrzał na nią uważnie, z ciekawością i jakby ze smutkiem… Ale może Matyldzie tylko się wydawało… Tak czy inaczej, jego spojrzenie było miłe, ciepłe i jakieś takie, że chociaż się nie uśmiechał, Matylda poczuła do niego przedziwną sympatię i nieznane wcześniej zainteresowanie. Bardzo zapragnęła się dowiedzieć, kim on jest.

Ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, zanim nawet zdążyła dobrze pomyśleć, nieznajomy chłopak oddalił się na swoim rowerze, żegnany przez Toccatę i Fugę, które wąchały jego ślady.


Internetowe plotki i zeszyt z ornamentem


Julka ogłosiła w klasie, że założyła internetowy blog. Wpisuje tam swoje myśli, przedstawia ważniejsze wydarzenia, a inni to czytają i dodają komentarze. To rodzaj pamiętnika, tylko otwartego dla wszystkich. Matyldzie wydało się dziwne to, że Julka pisze o sobie w internecie.

– To bez sensu! Przecież wszyscy będą o wszystkim wiedzieć! – powiedziała, kiedy na przerwie w szkole Julka podawała koleżankom i kolegom adres swojego bloga, żeby mogli tam wejść i wpisać komentarz.

– Jak się nie znasz, to lepiej nie gadaj! – zezłościła się Julka. – Myślisz, że będę tam pisała o sobie? Byłabym głupia! – prychnęła i wydęła pogardliwie wargi.

– No to o czym będziesz pisała? Ej, no powiedz – Matylda nie chciała, żeby Julka się obrażała. Przecież była jej najlepszą koleżanką.


– Kobieto! – Julka spojrzała na nią wzrokiem pełnym wyższości. – Ty naprawdę jesteś kompletnie nie na czasie! To chyba oczywiste! Będę tam opisywać innych! To jest superzabawa! Opisałam już część nauczycieli i wszystkich chłopaków, i Kaśkę, i Gośkę! – Julka zniżyła teraz głos do konspiracyjnego szeptu: – Napisałam też o Beacie i Mateuszu, i o ich wielkiej miłości… Ha, ha! Mówię ci! Musisz to zobaczyć, umrzesz ze śmiechu!

Po powrocie ze szkoły, Matylda usiadła do komputera. Wystukała adres bloga Julki i zaczęła czytać.

Moje plotki i ploteczki – tytuł strony wprowadzał od razu w temat. Rzeczywiście, Julka opisywała nauczycieli, ich zachowania, śmieszne powiedzenia. Dowcip miała celny i bardzo trafne spostrzeżenia. Pisała też o koleżankach i kolegach – zmieniając, co prawda, ich imiona, ale charakteryzując w taki sposób, że nie było wątpliwości, o kogo chodzi. Matylda znalazła tam również siebie – pod postacią szalonej artystki, która z rozwianym włosami biega po szkole z głową w chmurach. Było to rzeczywiście dowcipne, ale też trochę przykre. Julka śmiała się ze wszystkich i robiła to publicznie, bo każdy mógł to przeczytać i wpisać swój komentarz.

2367 wejść i kilkaset postów – Matylda była zaskoczona popularnością „twórczości” koleżanki. Julka zamieściła też na stronie linki do innych blogów. Okazało się, że prawie wszyscy z klasy mają swój blog, forum internetowe albo stronę.

Tylko dla dziewczyn – słodki blog Magdy – czytała Matylda i oczy robiły jej się coraz większe ze zdumienia. My dziewczyny – porady na każdą okazję, Zwariowane dziewczyny, Aktorzy, modelki i ich szalony świat, Mój własny kawałek sieci – to było niesamowite! Szkolni koledzy i koleżanki prowadzili nieznane życie w innym świecie, w którym wszystko było dozwolone. Można tam obgadywać innych, pisać głupoty, zamieszczać porady, publikować wiersze, udawać kogoś innego i wcale się nie przejmować, co z tego wyniknie.

 

– Co robisz, Matyldo? – tata cicho wsunął się do pokoju córki i usiadł na jej łóżku. – Znalazłaś coś ciekawego w internecie?

– Zobacz, tato. Moje koleżanki prowadzą blogi.

– Blogi? No dobrze, i co w związku z tym? Znam lepsze formy wypowiedzi artystycznej.

– Oj, tato! Tu nie chodzi o wypowiedzi artystyczne. Ludzie tam piszą o wszystkim. Julka dzisiaj się śmiała, że ja się na tym nie znam.

– Na czym, córko? Jeżeli nie znasz się na plotkowaniu, to ja osobiście jestem z tego bardzo zadowolony.

– Ale dlaczego? Przecież każdy ma teraz komputer, już dzieci w przedszkolu korzystają z internetu. Każdy coś zamieszcza w sieci. Czy to coś złego?

– Internet sam w sobie nie jest zły. To dobre źródło informacji, jeżeli umie się z niego korzystać. Ale takie pisanie na jakimś blogu wszystkiego, co ślina na język przyniesie, to strata czasu.

– Ale blog to rodzaj pamiętnika, tylko takiego internetowego. A przecież wielu sławnych ludzi pisało pamiętniki.


– Tak, masz rację. Wszystko zależy od tego, kto pisze i o czym. Z pewnością w internecie można założyć bardzo ciekawy, mądry blog. Ale umieszczenie czegokolwiek w sieci to rodzaj publikacji. Trzeba pomyśleć, czy jest się już dostatecznie mądrym i czy ma się do powiedzenia tyle, żeby pokazywać to całemu światu. Stanisław Lem – największy polski pisarz literatury science-fiction – powiedział kiedyś, że dopóki nie poznał internetu, nie wiedział, że na świecie jest aż tylu idiotów.

– Mocne! – zaśmiała się Matylda.

– Ale prawdziwe – tata spojrzał na dziewczynkę poważnie. – Jeśli chcesz prowadzić pamiętnik, radzę ci zacząć od tradycyjnej formy – zeszytu i pióra. To ma wciąż swój niepowtarzalny klimat i wartość.

– No nie wiem… To takie… staroświeckie. Dziś nikt już nie pisze w zeszytach. Chyba że w szkole. Ale nie o to przecież chodzi.



– I to właśnie jest wielka strata. Kiedyś ludzie, żeby wysłać do kogoś list, musieli pisać go ręcznie. Żeby cokolwiek zmienić, kreślili, potem przepisywali na czysto i zabierało im to dużo czasu. Ale dzięki temu mieli możliwość zastanowić się wiele razy nad każdym słowem i zdaniem. Brali za nie odpowiedzialność. Dziś bardzo prosto jest wysłać esemesa, maila, każdy może założyć blog i napisać tam cokolwiek, bez żadnych ograniczeń. Stąd cała masa głupoty, błędów, skrótów i uproszczeń. A relacje między ludźmi nie są proste. Bo człowiek sam w sobie nie jest prosty. Więc jak można w esemesie wyrazić prawdziwą miłość? Jak można na blogu publikować głęboką poezję? Wszystko, co prawdziwe i cenne, wymaga czasu i przestrzeni, a nie skrótów i łatwizny.

– No może… masz rację. Brzmi to bardzo sensownie, ale dziewczyny i tak będą mówiły, że ja nie mam bloga, bo jestem na to za głupia i nie na czasie.

– To nic. Nie przejmuj się. Nie trzeba robić tego, co wszyscy. Zacznij pisać w zeszycie, sprawdź, czy lubisz to robić. Najważniejsze, żeby dawało ci to radość i satysfakcję. A wtedy, za jakiś czas, pomyślisz nad stroną internetową albo tym całym… blogiem – tata uśmiechnął się i wyszedł z pokoju.

Zaraz za drzwiami natknął się na mamę, która stała tam z filiżankami gorącej czekolady w rękach.

– Co się stało? – zapytał, widząc, że ma łzy w oczach.

– Nic. Ja… Po prostu… Nikt tak nigdy z Matyldą nie rozmawiał… Więc pomyślałam, że… Dobrze, że jesteś! – powiedziała szybko, przytulając swoją głowę do ramienia taty.

Ten próbował ją objąć, ale między nimi tkwiły wciąż filiżanki z parującą czekoladą.

– Uważaj, bo się oparzysz! – roześmiała się mama i podała tacie jedną z filiżanek.

Tata powąchał jej zawartość, przymykając oczy z uśmiechem.

– Tamtego dnia, po pikniku mozartowskim, kiedy podałaś mi po raz pierwszy czekoladę do picia w swoim ulubionym kubku, wiedziałem już, że to wszystko musi się tak skończyć. Że ty i ja… Że Matylda… Że musimy być razem! Nigdy wcześniej, po żadnym koncercie nie czułem się tak dobrze jak teraz.

Matylda siedziała wciąż przy komputerze, ale bezwstydnie i z całą świadomością podsłuchiwała to, co działo się za drzwiami. Gdy pojawił się tata, niosąc coś w ręku, spojrzała na niego promiennie. Wyglądał jakoś tak uroczyście i poważnie. To nie był już ten dawny zwariowany artysta, który miał w domu straszny bałagan i tylko makaron do jedzenia. To był prawdziwy ojciec. JEJ własny.

– Co tam masz, tato? – zapytała.

– Coś specjalnego dla ciebie, Matyldo. Bardzo pamiątkowy zeszyt. Przywiozłem go z Dusznik, gdzie grałem na Międzynarodowym Festiwalu Chopinowskim. Kupiłem go w Muzeum Papiernictwa, bo spodobał mi się papier, z którego jest zrobiony. To papier czerpany, wytwarzany ręcznie, bardzo cenny. Zrób z niego odpowiedni użytek. Leżał tyle lat… Znalazłem go przypadkiem w czasie przeprowadzki. A może to nie był przypadek?

Matylda wzięła zeszyt do ręki i przyjrzała mu się uważnie. Jego kartki były pofalowane, nierówne i lekko pożółkłe. Pachniał czymś starym i odległym, zmieszanym z lekką wonią wody kolońskiej taty. Był elegancki i tajemniczy, a jego puste kartki aż prosiły o to, żeby zapełnić je tekstem.

– Jaki piękny! Dziękuję! – dziewczynka przycisnęła zeszyt do serca i wyłączyła komputer. – To magiczny zeszyt. Czuję to, tato. Będzie mi się w nim dobrze pisało – powiedziała i usiadła przy biurku.

Tata uśmiechnął się i wyszedł cicho z pokoju. Czekała na niego mama i gorąca czekolada…

Matylda otworzyła zeszyt na pierwszej stronie.

„SEKRETNIK MATYLDY” – nakreśliła dużymi literami i ozdobiła zawijasami w kształcie liści bluszczu, kończąc ornamentem z klucza wiolinowego i pięciolinii.

Mój nowy dom jest stary, obrośnięty bluszczem i stoi nad samym morzem – napisała na kolejnej kartce. – Wygląda tak: – tu Matylda narysowała swój dom. – W środku też jest piękny. Każdy ma w nim swój kącik, jest duża kuchnia i ogród. Ja mieszkam w pokoju z wielkimi oknami, przez które widać morze. Lubię morze, zawsze mnie czymś zaskakuje. Dziś spotkałam na plaży kogoś niezwykłego. Przyglądał mi się ciekawie, ale się nie uśmiechał i był jakiś taki smutny… Kim on może być? Bardzo chciałabym się dowiedzieć… Może jest tajemniczym wędrowcem, który jeździ po świecie na swoim rowerze, spotyka ludzi, rozmawia z nimi, a potem opisuje to w książkach? Nie, chyba jest na to za młody… Ale może jest najstarszym z siedmiu braci, których niedawno osierociła matka i on sam zarabia na ich utrzymanie? Jeździ na rowerze z wielkim plecakiem, w którym ma… No właśnie? Co on ma w tym plecaku?

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?