Matylda. Tajemnica i marzeniaTekst

Z serii: To lubię
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tajemnica Matyldy
Nudny dzień


Wszystko wskazywało na to, że to będzie kolejny nudny dzień. Matylda wstała rano, umyła zęby i usiadła do stołu, żeby zjeść jak zwykle porcję płatków z mlekiem. Pogrzebała trochę łyżką w miseczce i zamyśliła się: Co będę dzisiaj robić?

Dość już miała wszystkich programów w telewizji, które mogła przez cały dzień oglądać w swoim pokoju. Dość już miała nawet komputera i gier, które kupiła jej mama. Była pierwsza sobota września, słońce świeciło radośnie, a Matylda bała się kolejnego nudnego dnia. Żeby tak chociaż Julka przyszła. Niechby już nawet z tym swoim okropnym bratem…

Julka była sąsiadką Matyldy i jej najbliższą koleżanką. Wszystko, co robiły razem, było niesamowite. Julka potrafiła wymyślać takie rzeczy, że nie można się było z nią nudzić. Matylda uwielbiała spędzać z nią czas. Tylko ten brat Julki – Antek… Mały był, ciągle się złościł, beczał, no i wszystko psuł.

Dzisiaj wytrzymałabym nawet z Antkiem, byleby tylko Julka przyszła… – pomyślała Matylda, grzebiąc dalej w miseczce pełnej płatków. Z Julką był jeszcze taki problem, że rzadko miała czas na zabawę. Chodziła na tańce, angielski, basen, zajęcia plastyczne i może coś jeszcze – Matylda nie pamiętała.

Nagle do kuchni weszła mama i przerwała rozmyślania dziewczynki.

– Córeczko! Nic nie zjadłaś! – krzyknęła i pokręciła głową z niezadowoleniem.

Mama była śliczna. Matylda była z niej bardzo dumna. Była taka wysoka, szczupła, miała dłuuugie jasne włosy i tak cudnie pachniała…

– Dziecko, dlaczego ty mi to robisz?! Przecież wiesz, że się spieszę do pracy! Czy ty naprawdę ZAWSZE musisz zachowywać się tak, żeby od rana mnie zdenerwować? No, jedz już. Bo nie urośniesz. Postaram się dziś wrócić wcześniej. A ty bądź grzeczna, porysuj trochę, pooglądaj telewizję – tylko nie za dużo! Pobaw się lalkami… A ja niedługo będę. No chodź, daj mi buziaczka. Pa!

Matylda uwielbiała dawać mamie buziaki. Czuła wtedy wyraźniej ten śliczny zapach i mogła przytulić się trochę do niej. A to było takie miłe…

Mama pogłaskała Matyldę po głowie i powiedziała z rezygnacją:

– Znowu się nie uczesałaś… Spróbuj coś zrobić z tymi włosami, może zepnij je spinką albo zwiąż. Przez ten nieład na głowie zepsujesz sobie oczy. Oj, córeczko…

Kiedy za mamą zamknęły się drzwi, Matylda wstała powoli od stołu, włożyła miseczkę pełną płatków z mlekiem do zlewu i podeszła do lustra. Popatrzyła krytycznie na dziewczynkę stojącą naprzeciwko, przekręciła głowę w jedną, a potem w drugą stronę, stanęła bokiem, wzięła grzebień i zaczęła czesać włosy.

– I co ja mam z nimi zrobić? – powiedziała z pretensją do dziewczynki z lustra. – Przecież one mnie w ogóle nie słuchają.

Rzeczywiście, włosy Matyldy były bardzo niesforne. Niezależnie od tego, jak bardzo starała się zrobić z nimi porządek, wymykały się spod grzebienia i układały każdy w inną stronę. Oczywiście wcale nie w tę, w którą chciałaby Matylda…


– Gdybym mogła być tak piękna jak mama… Jej włosy są delikatne i miękkie, kiedy się ich dotyka. Albo chociaż jak Julka. Włosy Julki oczywiście nie są tak śliczne jak mamy, są krótkie i nie mają takiego złocistego koloru, ale przynajmniej się układają. A moje?

Zrezygnowana Matylda machnęła ręką i powlokła się do okna. Postała trochę, popatrzyła i przesunęła się w kierunku drugiego okna. Znowu postała, popatrzyła, a potem przykleiła nos do szyby. Szła właśnie jakaś miła kobieta z zakupami i jamnikiem, który zapierał się krótkimi łapkami i nie chciał za nią iść. Właścicielka się denerwowała, jamnik marszczył się groźnie i wszystko to wyglądało tak zabawnie, że Matylda zaczęła się głośno śmiać.

Ech… Jak by to było fajnie, gdybym ja też miała jakieś zwierzątko – pomyślała. – Mogłabym z nim rozmawiać i przytulać się, i bawić. A tak…

Julka miała golden retrievera – pięknego, kremowego, włochatego psa, który nazywał się Tristan. Nie da się ukryć – Matylda okropnie go koleżance zazdrościła. Zazdrościła jej też wielu innych rzeczy. Tego, że była codziennie zajęta, miała tyle ciekawych spraw, brata (chociaż był beksą), no i przede wszystkim tego, że jej rodzice nie pracowali tak dużo i mogli robić razem różne rzeczy.

Mama Matyldy nie miała dla niej czasu. Ciągle pracowała – od rana do wieczora – a jak wracała do domu, to padała na łóżko, bo była bardzo zmęczona. Matylda pytała czasem mamę, czy nie mogłaby mniej pracować. Wtedy spędzałyby więcej czasu razem. Ale mama gniewała się tylko i mówiła do Matyldy:

– A co ty myślisz? Jak przestanę pracować, to nie będę ci już mogła kupować tych wszystkich lalek Barbie, Polly i gier komputerowych. Przecież muszę na wszystko zapracować sama.

Matylda bardzo nie lubiła, kiedy mama się denerwowała. I wcale nie potrzebowała tych wszystkich lalek i gier! Wolałaby chodzić z mamą na spacery, czytać książki, śmiać się i po prostu spędzać z nią czas. Nie mówiła tego wszystkiego jednak, bo nie chciała jej martwić i denerwować. Widocznie tak już musi być. Mama sama w pracy, a ona sama w domu.

O tym wszystkim myślała Matylda z nosem przyklejonym do szyby. Nagle poczuła, że ktoś się w nią wpatruje. Spojrzała uważnie i zobaczyła czarnego, puchatego kota stojącego przed jej domem. Popatrzyli tak chwilę na siebie – Matylda na kota, a kot na Matyldę. I wtedy dziewczynka się zdecydowała. Wybiegła z domu, popędziła po schodach i wypadła na podwórko. Kot siedział w tym samym miejscu, gdzie wcześniej, leniwie wylizując sobie futerko.

– Kotku, koteczku, jaki ty jesteś śliczny! Zupełnie czarny! – pochyliła się nad kotem Matylda.


– Pewnie przynosi pecha – burknął starszy pan, który właśnie przechodził obok i słyszał, jak dziewczynka zachwyca się zwierzakiem.

– Na pewno nie przynosisz pecha – szepnęła do kotka Matylda. – Chodź tu do mnie, daj się pogłaskać.

Wyciągnęła ręce, żeby go dotknąć. Zwierzę spojrzało na nią bardzo poważnie, odwróciło się i zaczęło odchodzić.

– Nie odchodź, koteczku! – zawołała Matylda. – Chcę tylko z tobą trochę porozmawiać.

Kot przystanął, obejrzał się, zrobił kilka kroków, a potem znowu zatrzymał się i łypnął okiem, jakby chciał powiedzieć: „Chodź za mną, Matyldo”. W każdym razie Matylda tak to zrozumiała. Poszła więc za kotem, który poprowadził ją wzdłuż ulicy, na której mieszkała. Skręcili w prawo, poszli trochę prosto, potem jeszcze raz w prawo i kot zatrzymał się przed jakimś domem. Usiadł i znowu zaczął wylizywać swoje futerko jak gdyby nigdy nic. Matylda rozejrzała się wokoło.

– Gdzie jesteśmy, kotku? Gdzie mnie przyprowadziłeś?

Ale zwierzak tylko siedział i mrużył oczy. Właśnie świeciło słońce i wyglądało na to, że jest mu w tym słońcu bardzo dobrze.

Matylda pomyślała, że pewnie wydawało jej się, że kot ją dokądś prowadzi. Chciała już wracać do domu, gdy nagle usłyszała głośne dźwięki. Dźwięki te coś jej przypominały. Kojarzyły jej się z koncertem w filharmonii, na którym była kiedyś z klasą.

– Co to może być!? – zapytała kota, który spojrzał na nią złotymi oczami. – Wiem! Tak brzmią skrzypce, kiedy się je stroi! Ciekawe, kto tam gra… Czy ty, kotku, wiesz coś o tym?

Kot zrobił koci grzbiet, ziewnął i Matylda przysięgłaby, że się uśmiechnął.

– Wejdę i zobaczę, co tam się dzieje – powiedziała do kota. – Co mi szkodzi, prawda?

Pchnęła ciężkie drzwi starej kamienicy i nadsłuchując dźwięku skrzypiec, podeszła do drzwi, zza których dochodziła muzyka. Nacisnęła dzwonek. Usłyszała szybkie kroki i kobiecy głos: „Nie zaciskaj tak palców na smyczku, Marysiu”, a potem otworzyły się drzwi. W progu stała uśmiechnięta, elegancka starsza pani, która wcale się nie zdziwiła, że widzi Matyldę, tylko powiedziała:

– O, pewnie przyszłaś posłuchać, jak gramy? Wejdź, proszę, i siadaj. Właśnie mamy lekcję.

Matylda nieśmiało wsunęła się do dużego pokoju i usiadła na krzesełku zaraz przy drzwiach. W pokoju było kilkoro dzieci – dziewczynka podobna do Matyldy, starszy chłopiec i dwa zupełne maluchy. Wszyscy mieli skrzypce.

– No to zaczynamy! – uśmiechnęła się pani, która też wyciągnęła instrument z futerału i zaczęła grać.

Wszyscy razem zagrali jakąś melodię, która bardzo podobała się Matyldzie. Była wesoła, szybka, potem smutna, tęskna i wreszcie znowu wesoła. Kiedy skończyli, Matyldzie chciało się śmiać i płakać jednocześnie.

Pani pokazywała dzieciom, jak mają ruszać smyczkiem – czasem w górę, czasem w dół, wolno i szybko. Poprawiała układ rąk, robiła z dziećmi różne wesołe ćwiczenia, a Matylda siedziała jak zaczarowana. Lekcja się skończyła, dzieci pożegnały się z panią i wyszły, a Matylda dalej siedziała pełna zachwytu.

– I co, jak ci się podobało? – spytała z uśmiechem pani, siadając przy Matyldzie.

– Bardzo – szepnęła dziewczynka. – To było bardzo… – zaczerwieniła się po same uszy.

 

– Chciałabyś też tak grać?

– Tak! – krzyknęła Matylda, uśmiechając się szeroko.

– No to nic nie stoi na przeszkodzie. Mam tu właśnie skrzypce w sam raz dla ciebie. Możemy zacząć choćby zaraz. Mam na imię Alicja, a ty?

– Matylda.

– Och, jakie śliczne imię. Zobacz, Matyldo, to są twoje skrzypce. Niezwykły instrument. Kiedy się go oswoi, potrafi opowiadać naprawdę cudowne historie. Połóż skrzypce na ramieniu. Ooo tak! A teraz przytul do nich policzek tak, jakbyś przytulała się do kogoś bardzo bliskiego. Czujesz, jak pasują? Świetnie! Pokażę ci, jak musisz ułożyć rękę na smyczku. Zobacz…

I tak zaczęła się pierwsza lekcja skrzypiec Matyldy.


Kot, który wszystko rozumie


Kiedy Matylda wyszła po lekcji przed kamienicę pani Alicji, zobaczyła, że kot ciągle siedzi w tym samym miejscu. Dopiero teraz dziewczynka dostrzegła, jaki jest piękny. Słońce odbijało się w jego czarnym futerku, które błyszczało tak mocno, że dziewczynce wydawało się, że jest granatowe. Spojrzał na nią głęboko swoimi złotymi oczami, jakby chciał powiedzieć: „Widzisz, w jakie ciekawe miejsce cię przyprowadziłem?!”, a potem zeskoczył lekko, z gracją, na chodnik i zaczął się ocierać o nogi dziewczynki.

– Och, ty śmieszny kocie! Wiesz, jak było świetnie?! Umiem już trzymać smyczek i skrzypce, i pani Alicja jest taka miła, i będę grać różne utwory, i… – Matylda posmutniała – i nie wiem, co mama na to. Jak myślisz, pozwoli mi grać? A jak się będzie gniewać? Może lepiej na razie jej nic nie mówić, co? Jak myślisz?

– Mrrrau – odpowiedział kot, wyginając się z zadowoleniem pod głaszczącą go ręką Matyldy.

– Chodź, kotku, muszę iść do domu. Mama niedługo wraca.

I poszli. Matylda prawie biegła, pogwizdując radośnie, a za nią kroczył dostojnie kot. Wyglądali razem tak malowniczo, że wzbudzali zainteresowanie przechodniów. To wcale nie przeszkadzało Matyldzie, która wciąż na nowo przeżywała swoją pierwszą lekcję skrzypiec.

Kot odprowadził ją aż do domu. Przed wejściem do klatki długo patrzył jej w oczy, jakby chciał zapytać, czy Matylda zaprosi go do środka. Dziewczynka się wahała.

– Wiesz, chciałabym cię wziąć do siebie. Jesteś taki mądry i piękny. Ale boję się, że mama będzie niezadowolona. Rozumiesz?

Zwierzę patrzyło, jakby wszystko rozumiało.

– Ale poczekaj, przyniosę ci coś dobrego.

Matylda pobiegła do domu. Po chwili wróciła z miseczką płatków z mlekiem, których nie zjadła na śniadanie. Kot powąchał nieufnie zawartość miseczki, obszedł ją parę razy dookoła, aż wreszcie usiadł i wychłeptał mleczko ze smakiem. Rozmiękczone płatki zostawił na dnie. Potem oblizał się, machnął parę razy ogonem, miauknął – jakby chciał powiedzieć: „Dziękuję” – i odszedł powoli w swoją stronę z podniesionym ogonem, nie żegnając się z Matyldą.

Dziewczynka uśmiechnęła się do siebie, westchnęła i zawróciła do domu. A tam wszystko było inne niż zawsze. Jakieś weselsze i milsze. Właściwie Matylda nie umiała powiedzieć, co się zmieniło. Wszędzie było czyściutko, bo mama bardzo lubiła porządek. Naczynia w kuchni równiutko poustawiane, czysty obrus na stole, książki na półce. Ład i spokój. A jednak było inaczej… A może to Matylda była inna? Chciało jej się śpiewać i tańczyć. Zaśpiewała więc piosenkę, której nauczyła ją pani Alicja na pierwszej lekcji:


– Na małych skrzypcach tak pięknie już gram.

Tak cieszę się! Dziś szczęście mam!

Znam wszystkie struny: g, a, e i d,

na skrzypcach gram, cieszę się!

Ręką smyczkową pociągam raz-dwa…

Ręka skrzypcowa dziś melodię gra.

Na małych skrzypcach tak pięknie już gram.

Dziś cieszę się! Dziś szczęście mam!

Nie wiadomo, kiedy minęło popołudnie i mama wróciła z pracy. Była zmęczona, ale w dobrym humorze. Przyniosła siatki pełne różnych smacznych rzeczy i powiedziała:

– Wiesz, Matusiu, zrobimy sobie coś pysznego na obiad. Dzisiaj był naprawdę dobry dzień.

– Tak, mamo! – ucieszyła się Matylda. – Masz rację.

I kiedy wieczorem dziewczynka leżała już w łóżku, myślała o tym, że był to rzeczywiście niezwykły dzień. Pierwsza lekcja skrzypiec! No i ten niesamowity kot…

Ciekawe, czy on naprawdę wszystko rozumie – zastanawiała się Matylda, zasypiając. – Chciałabym o wszystkim opowiedzieć mamie…

Co z tym kotem?


Kolejny tydzień minął Matyldzie jak mgnienie oka. Rano szkoła, po południu odrabianie lekcji. Czasem udało jej się spotkać z Julką. Wychodziły razem na spacer z Tristanem i gadały sobie o różnych rzeczach.

– Wiesz, Mati, że już potrafię tańczyć walca, polkę i uczę się tanga? – chwaliła się Julka. – To jest naprawdę super, mówię ci, tak lubię tańczyć, że… no nie masz pojęcia. I pani ciągle mnie chwali. Ostatnio powiedziała mamie, że wezmę udział w prawdziwym turnieju tanecznym, takim, wiesz, jak w telewizji. Mam już nawet specjalną suknię. Długą, kolorową, z falbanami i cekinami. No i takie buty do tańca, jak mają prawdziwe tancerki!

– Mhm.

– A latem pojadę na obóz, taki specjalny, gdzie będziemy tańczyć, pływać i uczyć się angielskiego. Już się nie mogę doczekać! A ty gdzie pojedziesz na wakacje, wiesz już?

– Nie. Ale przecież jest wrzesień. Wakacje dopiero za rok.

– No to co? Moja mama mówi, że o wszystkim trzeba myśleć wcześniej. A o wakacjach fajnie jest myśleć, no nie?

– Chyba tak…

Matylda słuchała, co mówiła Julka, i myślała ze zdziwieniem, że wcale nie czuje się zazdrosna. Przecież miała SWOJĄ tajemnicę. Bardziej niezwykłą niż lekcje tańca.

– Mati?

– Co?

– A dlaczego ty nie chodzisz na żadne ciekawe zajęcia?

– Zajęcia? Przecież chodzę na kółko matematyczne w szkole.

– Eee, no wiesz, o co mi chodzi. Nie o kółko w szkole, tylko o jakieś fajne zajęcia, jak na przykład pływanie albo taniec, albo muzyka…

Matyldę bardzo korciło, żeby opowiedzieć Julce o sobotniej przygodzie i lekcjach skrzypiec, ale równocześnie się bała, że koleżanka jej nie uwierzy. Wszystko, co wydarzyło się tamtego dnia, było tak niezwykłe, że dziewczynka sama do końca nie mogła w to uwierzyć.

Może to mi się tylko śniło – myślała sobie czasami. Ale wtedy zaraz przypominała sobie piosenkę, której nauczyła ją pani Alicja – i już wiedziała, że zdarzyło się naprawdę.

Matylda była umówiona z nauczycielką na kolejną lekcję skrzypiec w następną sobotę na jedenastą. Tak jak wtedy, kiedy przyprowadził ją kot. Nie mogła się już doczekać. Martwiła się tylko dwiema sprawami: czy mama powinna dowiedzieć się o graniu? I co się stało z kotem? Sama nie wiedziała, co martwi ją bardziej. Tak chciała powiedzieć mamie o skrzypcach, pochwalić się nawet, ale równocześnie bała się, że się na nią pogniewa i nie pozwoli jej uczyć się u pani Alicji. A tego Matylda bardzo się bała…

Z kolei z kotem zupełnie nie wiadomo, co się działo. Co prawda dziadek kiedyś mówił Matyldzie, że koty chodzą własnymi drogami, ale dziewczynce wydawało się, że TEN jest zupełnie wyjątkowy. Że wszystko rozumie. Myślała, że zaprzyjaźnił się z nią, i codziennie rano zostawiała dla niego trochę mleka, zjadając płatki na śniadanie. Wyglądała przez okno, chodziła koło domu, wędrowała pod kamienicą pani Alicji po szkole i ciągle miała nadzieję, że spotka gdzieś złote, mądre oczy i czarne futerko. A tu nic. Ani śladu kota. Matyldzie było bardzo smutno.

Mama niczego się nie domyślała. Była bardzo zajęta. Ostatnio robiła jakieś rozliczenie finansowe – bo mama Matyldy pracowała w banku. Wracała więc późno do domu, a potem nieraz siadała jeszcze w nocy przed komputerem.


W sobotę mama znowu musiała iść do pracy, ale tym razem Matylda tak bardzo się tym nie martwiła, tylko wybiegła z domu na lekcję skrzypiec. Cieszyła się na spotkanie z panią Alicją, no i ze skrzypcami oczywiście, ale ciągle jeszcze było jej przykro z powodu kota. Szła tą samą drogą, którą ją wtedy prowadził, i myślała o tym, jak by to było miło znowu go spotkać. Zastanawiała się, jakie dałaby mu imię, gdyby to był JEJ kot.

Pani Alicja przywitała dziewczynkę serdecznie.

– Dobrze, że jesteś. Bardzo się cieszę, że przyszłaś. Czekają na ciebie skrzypce i jeszcze KTOŚ. Chodź zobaczyć.

Poprowadziła Matyldę do drugiego pokoju. Było tu ciepło i przytulnie. Z radia płynęła muzyka skrzypcowa, która bardzo podobała się Matyldzie. Było naprawdę miło, ale dziewczynka zupełnie nie domyślała się, po co pani Alicja ją tu przyprowadziła.

– Zobacz – powiedziała starsza pani. – Urodziły się dwa dni temu.

Matylda zajrzała do wiklinowego koszyczka, który stał w rogu pokoju, i zobaczyła… złote oczy, czarne futerko SWOJEGO kota i mnóstwo małych kotków przytulających się do niego!


– Ja tego kota znam! – krzyknęła dziewczynka. – Przyprowadził mnie do pani! Myślałam, że to chłopczyk. Martwiłam się o niego, czekałam. Chciałam wymyślić mu jakieś imię, a to przecież jest…

– Kotka – dokończyła pani Alicja. – Nazywa się Zwrotka. Jest bardzo mądra i kochana. Pomaga mi uczyć dzieci grać na skrzypcach. A teraz została mamą. Zobacz, jak one wszystkie się do niej garną.

Matylda stała jak zaczarowana. Radość rozpierała jej serce. Kot się znalazł! Jest cały i zdrowy, a na dodatek jest mamą i ma małe kotki!

– Zwrotko – szepnęła Matylda kotce do ucha – jestem z ciebie dumna. Jesteś taką śliczną i kochaną mamą i masz takie cudne dzieci…

Zwrotka spojrzała na Matyldę poważnie i zaczęła wylizywać swoje małe, które popiskiwały cichutko, tuląc się do niej.

– Śpijcie słodko, koteczki – uśmiechnęła się Matylda.

– A my do pracy! – pani Alicja była pełna energii. – Wyjmij skrzypce z futerału, kochanie, i gramy.

Nastroiły skrzypce i zaczęły grać. Pani Alicja uczyła Matyldę nowej melodii, którą dziewczynka powoli powtarzała:

Struna a pięknie gra,

struna d, gdy mi źle,

struna e wszystko wie,

tajemnice zna.

A ja sobie gram,

przyjaciela mam.

Kiedy jest mi źle,

w skrzypce wtulam się.


Ważne spotkanie


Zaczął się październik. Matylda chodziła teraz codziennie po szkole do pani Alicji, gdzie grała na skrzypcach i bawiła się z kotami. Uwielbiała te wizyty – jej nauczycielka zawsze czekała na nią z dobrym, pachnącym ciastem, pyszną herbatą i skrzypcami, na których Matylda grała coraz lepiej.

A koty? Koty rosły. Najpierw otworzyły oczy, potem zaczęły niezdarne próby chodzenia, a po kilku tygodniach bawiły się wesoło ze sobą i ze swoją mamą. Zwrotka była bardzo dobrą kocią mamą. Matylda lubiła obserwować, jak myje swoje maleństwa, uczy je dobrych manier i karmi.

– Matyldo? – zapytała któregoś dnia pani Alicja, kiedy dziewczynka siedziała pochłonięta obserwowaniem kota. – Czy twoja mamusia wie, że do mnie przychodzisz i grasz na skrzypcach?

Matylda szybko odwróciła głowę, żeby nauczycielka nie zauważyła rumieńca na jej twarzy.

– Taaak, mówiłam jej…

– I co ona na to? – starsza pani nie dawała za wygraną.

 

– Nic. Jest bardzo zajęta, ale cieszy się, że spędzam pożytecznie czas, kiedy ona jest w pracy. Ja, ja chyba… muszę już iść – zmieszana kłamstwami Matylda odłożyła kociaki z powrotem do koszyczka i skierowała się w stronę drzwi. – Przyjdę jutro, do widzenia.

– Do widzenia, kochanie – powiedziała pani Alicja.

Zamyślona, z troską na twarzy, odstawiła filiżankę z herbatą i powiedziała do Zwrotki:

– No, moja droga, chyba przyszedł czas na mnie. Muszę załatwić coś ważnego.

Matylda niewiele opowiadała nauczycielce o swoim domu. Chciała przecież ukryć fakt, że mama nic nie wie o jej graniu. Z pojedynczych słów, które kiedyś wyrwały się dziewczynce podczas lekcji, pani Alicja domyśliła się, jaka jest sytuacja Matyldy. Było jej bardzo żal dziewczynki, która ukrywała to, czym na pewno mogłaby i chciała się pochwalić.

– Dość tego. Muszę jej pomóc – mruczała do siebie pani Alicja, zakładając płaszcz i kapelusz.

Niestety, nie było łatwo pomóc Matyldzie. Nauczycielka nie znała nazwiska dziewczynki ani jej adresu. Wiedziała tylko, że mama Matyldy jest śliczna, ma długie włosy i pracuje w banku niedaleko domu starszej pani. Ale w którym banku? W okolicy było ich kilka.

– Oj, Zwrotko, gdybyś mogła mi pomóc… Ale ty musisz teraz być z dziećmi. Trudno, sama będę szukać.

Pani Alicja podjęła się trudnego zadania. Postanowiła po prostu obejść pobliskie banki, licząc na to, że w jakiś sposób trafi do właściwego.

Starsza pani bardzo polubiła dziewczynkę. Przez lata pracy w szkole uczyła na skrzypcach wiele zdolnych dzieci. Ale w tej małej było coś szczególnego. Coś, co można było czasem zauważyć w wyrazie oczu Matyldy i w dźwięku jej skrzypiec.

– Dzień dobry. Chciałabym założyć konto – pani Alicja szybkim spojrzeniem ogarnęła wszystkich pracowników w pierwszym oddziale. – Nie… To chyba nie tu – mruknęła do siebie. – Przepraszam, muszę się jeszcze zastanowić – powiedziała głośno i wyszła.

Przez następne dwie godziny próbowała założyć w bankach konto lub lokatę terminową. Na próżno. Wszędzie znajdowała osoby, które pasowały do skromnego opisu Matyldy: „śliczna, z długimi włosami”. Takich pań pracujących w banku było wiele. Ale która z nich była mamą dziewczynki? Nauczycielka liczyła na to, że w jakiś tajemniczy sposób rozpozna właściwą osobę. Niestety, nic takiego się nie stało. Zmęczona i zrezygnowana skierowała się w stronę pobliskiego parku, skąd miała już blisko do domu.

Było chłodno. Jesień królowała na całego, panosząc się wśród drzew, tarmosząc im czupryny, strącając liście, kasztany i żołędzie. Babcie i mamy spacerowały z pociechami, łapiąc ostatnie promienie słońca. Było spokojnie, cicho. Pani Alicja szła zamyślona i smutna. Przechodziła właśnie obok ławki, na której siedziała młoda kobieta, i spojrzała na książkę, którą czytała nieznajoma.


Jak zrozumieć swoje dziecko. Hm, ciekawy tytuł – mruknęła starsza pani. – Czy mogę się przysiąść?

– Proszę bardzo – młoda kobieta odsunęła się nieco, odgarnęła włosy i ponownie zatopiła się w lekturze.

– Czy nie pogniewa się pani, jeśli o coś spytam? – zwróciła się pani Alicja do nieznajomej.

– Proszę mówić.

– Przepraszam, że przeszkadzam w czytaniu, ale tytuł książki tak mnie zaciekawił. Pomyślałam, że może warto porozmawiać… Czy to takie trudne, żeby zrozumieć swoje dziecko?

Kobieta przez długi czas nic nie odpowiadała.

– Czasem trudne – powiedziała w końcu. – Chciałoby się jak najlepiej, ale ciągle nie wychodzi, ciągle coś jest nie tak. Szczególnie jeśli matka sama wychowuje swoje dziecko. Tak jak ja… Wtedy jest bardzo trudno.

– To dziwne – obruszyła się starsza pani. – Ja co prawda mam już dorosłe dzieci, ale uczę muzyki i z dziećmi w różnym wieku mam kontakt na co dzień. Osobiście uważam, że to proste.

– Czy ma pani na to jakąś szczególną receptę? – zainteresowała się młoda kobieta.

– Nic specjalnego. Po prostu trzeba kochać, wymagać i akceptować, to trzy rzeczy, które potrzebne są dziecku. No i jeszcze najważniejsze – czas. Trzeba mieć czas na kontakt z dzieckiem, na rozmowy i zabawy z nim… Każde dziecko bardzo chce, żeby spędzać z nim czas, dużo czasu.

– A jeśli tego czasu jest mało, bo praca, ciągły pośpiech i brak sił, by to wszystko pogodzić?

– Trzeba się zastanowić, co jest najważniejsze. Czy to, żeby dziecko miało kolejną zabawkę, czy to, żeby miało przyjaciela w rodzicu, który ma dla niego czas.

– Tak pani to mówi, jakby to było bardzo proste. A to wcale tak nie jest. Może pani dzieci były jakieś wyjątkowe, ale z moją córką naprawdę nie jest łatwo.

Młoda kobieta spojrzała na panią Alicję i zamilkła. Starszej pani wydawało się, że rozważa to, o czym rozmawiały. Przyjrzała się jej uważniej.

Szczupła, długie, jasne włosy, śliczna – pomyślała. – Pasowałaby na mamę Matyldy. Ale czy pracuje w banku?… Pójdę już do domu. To wszystko nie ma sensu.

Pani Alicja już się podnosiła, żeby odejść, ale coś ją zatrzymało. Coś w wyrazie twarzy kobiety, w jej oczach.

– Czy pani źle się czuje? – nieznajoma zaniepokoiła się dziwnym zachowaniem nauczycielki.

– Nie, przepraszam, jestem po prostu zmęczona. Szukałam dziś od rana kogoś bardzo dla mnie ważnego. Wie pani, to taka długa historia. Nie chciałabym pani zanudzać…

– Ależ proszę opowiedzieć, chętnie posłucham.

– Proszę sobie wyobrazić, że którejś soboty, w czasie gdy prowadziłam lekcję skrzypiec, przyszła do mnie niezwykła dziewczynka. Ogromnie wrażliwa i, jak się później okazało, bardzo uzdolniona muzycznie. Zaczęłam ją uczyć gry na skrzypcach. Bardzo ją polubiłam. Robi duże postępy w graniu, mimo że nie ma możliwości ćwiczyć w domu. Przychodzi do mnie codziennie po szkole i gramy razem.

– Wspaniale. To musi być jakieś zdyscyplinowane dziecko – przerwała pani Alicji kobieta.


– Problem w tym, że dziewczynka utrzymuje całą tę sprawę w tajemnicy przed swoją mamą. Boi się jej powiedzieć o naszych lekcjach, a miałaby się czym pochwalić – odpowiedziała z dumą nauczycielka. – Myślę, że Matylda jest bardzo samotna.

– Matylda? – zdziwiła się kobieta.

– Tak ma na imię ta dziewczynka. Jest bardzo miłym dzieckiem, zawsze uśmiechnięta. Ogromnie lubię jej wizyty. Mała chyba znalazła u mnie to, czego nie ma w domu. Trochę ciepła. O rodzicach nigdy nic nie mówi. Tylko raz wyrwało jej się, że mama pracuje w banku i jest śliczna. Więc ja dzisiaj od rana, proszę pani, chodzę po okolicznych bankach i szukam tej mamy. Chciałabym jej powiedzieć, jaką ma wspaniałą córkę. Matylda kiedyś może zostać naprawdę dobrą skrzypaczką. Ale nie to jest najważniejsze. To dziecko ma dobre serce i potrzebuje miłości. Dużo miłości. Dziecko w tym wieku ma się tylko raz w życiu. Ten czas nigdy nie wróci. Praca pracą, ale najważniejszy jest czas spędzony z bliską osobą. Na litość boską! Dlaczego pani płacze?! Czy powiedziałam coś, co panią uraziło?


– Nie – odpowiedziała kobieta. – Przepraszam, muszę już iść.

– Proszę zaczekać – pani Alicja dotknęła ramienia kobiety. – Te oczy, ten sam wyraz… Czy pani jest…

– Tak, znalazła pani mamę Matyldy. I proszę się nie obawiać, nie uraziła mnie pani. To wszystko prawda. Nie mam z Matyldą kontaktu. Nigdy nie miałam. Ona zawsze była inna niż ja. Taka jak jej ojciec. Bujał w obłokach, kiedy ja musiałam chodzić po ziemi, żebyśmy obie miały z czego żyć. A teraz znowu… skrzypce. Proszę mi wybaczyć, nie mogę się na to zgodzić.

– Rozumiem – powiedziała ze smutkiem nauczycielka. – Proszę tylko nic nie mówić Matyldzie o naszym spotkaniu. Ma pani prawo być niezadowo lona, ale…



– Ona mnie okłamała. Proszę mi powiedzieć, ile jestem winna pani za lekcje do tej pory. Za wszystko zapłacę i sprawa będzie załatwiona.

– Nie, to nie było kłamstwo. Ona po prostu bała się powiedzieć prawdę. Nie chciała pani denerwować. A jeśli chodzi o pieniądze, to nic pani nie płaci. Nie uczyłam Matyldy dla pieniędzy. Nie jest mi pani nic winna. Proszę tylko dać córce szansę. Tylko do Bożego Narodzenia. Organizuję koncert kolęd dla moich uczniów i ich rodzin. Proszę obiecać, że pani przyjdzie i posłucha, jak Matylda gra. Potem pani zadecyduje, co dalej. 22 grudnia, godzina osiemnasta. Proszę przyjść, to moja wizytówka z adresem. I jeszcze raz proszę, niech pani nie mówi Matyldzie, że o wszystkim wie. Nie wybaczyłaby mi…

– Dobrze – zgodziła się niechętnie mama Matyldy – przyjdę na ten koncert. A teraz naprawdę muszę już iść. Do widzenia.

Kiedy pani Alicja wróciła do domu, w przedpokoju już czekała na nią Zwrotka. Ocierała się o nogi swojej pani i pomrukiwała, jakby chciała zapytać, co udało się załatwić w sprawie Matyldy.

– No jestem już, jestem, koteczko. Wszystko w porządku. Spotkałam się z mamą Matyldy, chociaż był to dziwny przypadek. To miła osoba, ma dobre serce, tylko bardzo poranione. Ale dobra muzyka w odpowiednim wykonaniu leczy wszystkie rany. Będzie dobrze!

Pani Alicja usiadła w swoim ulubionym fotelu i włączyła płytę z koncertami skrzypcowymi Mozarta. A Zwrotka wskoczyła jej na kolana, umościła się wygodnie i z pełną ufnością zasnęła.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?