Jak naprawić palanta

Tekst
Z serii: Stackhouse #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Patry Za to, że wierzy we mnie – zawsze i bezgranicznie. A także dlatego, że ma z tą powieścią więcej wspólnego, niż myśli.

Przeszyło mnie spojrzenie kilkudziesięciu par oczu. Pomimo niemal namacalnej nadziei wiszącej w powietrzu nie padłem trupem. Powoli odkręciłem małą, szklaną butelkę położoną przede mną i w ciszy obserwowałem, jak krystaliczna woda przelewa się do szklanki, iskrząc się bąbelkami.

– Zmarnowaliście już pół godziny, więc teraz zostało wam piętnaście minut, żeby mnie przekonać, dlaczego uważacie się za jednych z najlepszych w branży – powiedziałem, podnosząc wzrok i wygodnie rozsiadając się w fotelu na końcu stołu.

Wieczór dorosłego człowieka powinien służyć odpoczynkowi. Gorąca kąpiel, czas spędzony z rodziną albo przyjaciółmi, butelka wina, dobry film, oddawanie się swoim pasjom. Zawsze lubiłam muzykę i taniec, ale dzisiaj jedyną moją rozrywką było rozciąganie się przy akompaniamencie trzasków pochodzących ze skostniałych stawów. Chociaż miałam wprawę w długim ślęczeniu nad notatkami, czułam doganiające mnie z każdą chwilą zmęczenie. Dochodziła północ, a ja miałam za sobą ciężki dzień. Postanowiłam jednak zebrać się w sobie i wykorzystać czas, kiedy jestem sama w mieszkaniu, żeby pracować, dopóki nie wróci mój współlokator. Nasz jedyny stół był w kuchni, a ja nie chciałam go wiecznie zawalać papierami, żeby nikomu nie przeszkadzać.

– Jak randka? – zapytałam, gdy tylko Dennis pojawił się w drzwiach kuchni z miną zbitego psa.

– Sam nie wiem… Chyba nie potrafię tak szybko przechodzić do rzeczy – westchnął, zdejmując plecak i siadając naprzeciwko mnie.

– Nie jestem ekspertem, ale sądząc po twojej twarzy… Przykro mi – szepnęłam, ściskając mocniej kubek. – Ale zobaczysz! Jeszcze los się do nas uśmiechnie. – Złapałam go pocieszająco za dłoń.

Dennis wzruszył ramionami i upił łyk mojej herbaty.

– Mocna! – Skrzywił się. – Chyba jednak musimy zacząć mu trochę pomagać… Znowu pracujesz w domu?

– Co zrobić. – Wzruszyłam ramionami – Muszę jakoś zarobić na czynsz. Kładziesz się? – zapytałam, widząc, że podnosi się z krzesła.

– Taaa, jutro mam poranny dyżur. Obudzę cię, jak będę wychodził.

– Dzięki! – rzuciłam, kiedy zniknął w drzwiach.

Spojrzałam na stertę dokumentów przede mną. Trafił w sedno. Tak naprawdę nie planowałam dzisiaj rozliczać faktur, tylko przygotować się do jutrzejszej rozmowy. Nie chciałam mówić nic Dennisowi, żeby znowu nie czuć się jak przegrana.

Mam dyplom jednej z najlepszych uczelni – do tego ze świetnymi wynikami. Właściwie skończyłam jednocześnie dwa kierunki – oba jako jedna z najlepszych studentek, przez co zupełnie nie miałam czasu na nic innego. Na przykład zorientowanie się, że wiedza i stopnie to nie wszystko. Gdybym mogła cofnąć czas, wiele rzeczy zrobiłabym inaczej. Chodziłabym na imprezy, nawet jeśli nigdy za tym nie przepadałam, zdobywałabym znajomości, żeby nie startować w wyścigu szczurów jako zupełnie obcy człowiek i kserowałabym dokumenty na stażach w firmach, gdzie ludzie posługują się w większości wypadków skrótami zrozumiałymi tylko dla wtajemniczonych. Zamiast tego zakuwałam nocami, a w weekendy i podczas przerw między semestrami pracowałam na dwa etaty, żeby odciążyć rodziców. Mimo stypendium studia swoje kosztowały, a ja wolałam nie zaczynać dorosłości z kredytem studenckim na karku, czy nadwyrężać domowego budżetu. Zwłaszcza, że Ryan będzie już niedługo potrzebował pomocy, kiedy sam będzie zaczynał przygodę na uniwersytecie. Do tego czasu muszę być na tyle samodzielna finansowo, żeby mu pomóc. Nie chciałam, by brat musiał podzielić mój smutny los albo rezygnować z marzeń. Kwiaciarnia prowadzona przez mamę nie przynosi zawrotnych przychodów, a mój tata jest książkowym przykładem nauczyciela kierującego się powołaniem i misją – a te dwie rzeczy rzadko idą w parze z nieco bardziej biznesowym podejściem do swojej kariery. Zawsze pragnęli dla nas jak najlepiej, wspierając najbardziej szalone pomysły wiarą i radą, nie pieniędzmi. Mimo wszystko jednak chciałam dołożyć swoją cegiełkę do świetlanej przyszłości Ryana.

Problem w tym, że jestem albo zbyt wykształcona, albo zbyt niedoświadczona, aby starać się o pracę w miejscach, które choć trochę mogłyby mnie przybliżyć do celu. Westchnęłam głośno, pragnąc wszystko zmienić.

Całe szczęście, człowiek nie jest samotną wyspą. Zawsze znajdzie się jakiś rozbitek z zupełnie szalonym planem, żeby zasiedlić nowy ląd. Pytanie, czy wystarczająco odważny czy głupi, żeby zaryzykować. Otworzyłam teczkę z wydrukiem dyplomu uczelni znanej co najwyżej z bycia stanowym średniakiem. Z moim nazwiskiem u góry strony.

Jeśli to się uda, już niedługo będę mogła zapomnieć o przecieraniu stolików, zapamiętywaniu rozkładu rozgrywek lokalnej drużyny baseballowej i marnych napiwkach. Już nigdy więcej nie będę ślęczała nad kuchennym stołem, rozliczając faktury za połowę ceny biura rachunkowego. Stanę do wyścigu szczurów ze sfałszowanym dyplomem w ręce i nadzieją, że wszystko pójdzie gładko.

* * *

– Nie, nie i jeszcze raz nie! – wstałam z łóżka jak poparzona. – Chyba nie mówisz serio, Beth. Powiedz, że nie mówisz poważnie – poprosiłam błagalnym tonem, w duchu modląc się, żeby złośliwy los nie zadrwił ze mnie jeszcze bardziej, mieszając w głowie mojej przyjaciółce, kiedy wyjechałam.

– Sama pomyśl, Rose – wkręciła się Beth. – Jak wytrzymasz rok, będziesz miała bardzo dobry start. A tak? Nadal będziesz biegać bez celu jak chomik w kołowrotku.

Spojrzałam na nią podejrzliwie z drugiego końca pokoju. Znałyśmy się od dziecka. Urodziłyśmy się w tym samym szpitalu, ten sam chłopak był naszą pierwszą miłością w przedszkolu, siedziałyśmy w jednej ławce aż do liceum. W piątej klasie na znak protestu pofarbowała włosy na rudo, żeby podnieść mnie na duchu, kiedy uwzięła się na mnie paczka szkolnych łobuzów. Dostała od mamy szlaban na wychodzenie z domu, więc rozmawiałyśmy przez krótkofalówki Ryana. Ja z kolei chodziłam z nią na te okropne podwójne randki, żeby studzić zapędy jej licznych wielbicieli z drużyny futbolowej. Do tej pory z tego żartowałyśmy, bo skończyła jako żona najbardziej ułożonego i cichego mężczyzny, jakiego znam. Byłyśmy nierozłączne, dopóki nie wyjechałam na wymarzone studia, a ona ledwo dostała się na ten sam kierunek na lokalnej uczelni.

– Nie wiem, czy to najlepsze porównanie…

– Rose – zaczęła poważnie. – Nie proponuję ci kradzieży tożsamości, tylko pożyczenie swojego dyplomu, który zresztą zdobyłam dzięki temu, że pomagałaś mi przez parę lat zdawać egzaminy.

– Jak to sobie wyobrażasz? – zapytałam bez przekonania, mając nadzieję, że zbije ją to z tropu.

– To proste. – Oglądała swoje wypielęgnowane paznokcie w kolorze krwistej czerwieni. – Umieścimy na nim twoje nazwisko i użyjesz go, żeby wkręcić się na staż do jakiejś firmy. Zobaczysz, że jak już się zaczepisz, będzie ci łatwiej.

Spojrzałam na nią zszokowana.

– To oszustwo.

– To kreatywne podejście do radzenia sobie z brutalną rzeczywistością. – Rozłożyła ręce, wzruszając ramionami.

– A jak wszystko się wyda?

– Myślisz, że ktoś będzie miał pretensje, że sprzedamy mu diament w cenie cyrkonii? Zresztą, kto miałby prześwietlać stażystkę… Ważne, żebyś miała pewny numer dokumentu.

– Beth… nie mogę…

– Oczywiście, że możesz. Ja i tak robię sobie rok przerwy, żeby pomóc rodzicom w firmie. Nie będę szukać teraz pracy.

– Dzięki temu mogę się gdzieś zaczepić…

Beth oparła dłonie na biodrach i uniosła brew, patrząc mi w oczy. Nie mogła mnie zwieść jej porcelanowa cera i burza ciemnych, kręconych włosów okalających twarz jak aureola. Ta dziewczyna nie miała w sobie nic z anioła.

– I teraz w końcu mówisz do rzeczy. Znam jednego chłopaka, który…

* * *

Stojąc przed budynkiem pokrytym szkłem i witającym gości nowoczesną, metalową konstrukcją przy wejściu, ściskałam w dłoniach podrobiony dyplom i swój życiorys, w którym pominęłam fakultet z marketingu. Od dzisiaj miałam być Rose Amber Sullivan – absolwentką finansów ze średnimi wynikami, ubiegającą się o rolę zaparzaczki kawy i kserokopiarki w Stackhouse – niewielkiej, ale jednej z najdynamiczniej rozwijających się firm w branży reklamowej. Oby szczęście mi sprzyjało. Inaczej będę musiała wymyślić, jak przeżyć i wysłać brata na studia z pensji kelnerki, przy okazji nie kończąc w areszcie.

– Znowu zawracasz mi głowę jakimiś pierdołami – warknąłem na Scotta, który kierował kadrami.

– To ważne – zaczął spokojnie – żeby tym razem sam pan wybrał tegorocznego stażystę. W końcu będzie pomagał pracownikom bezpośrednio podlegającym panu.

– Sam wybierz. – Machnąłem ręką, ale on położył przede mną plik podań i spojrzał wyczekująco.

– Tutaj ma pan szczegóły.

Ostentacyjnie przewróciłem oczami, biorąc do ręki papiery.

– Gdzie są zdjęcia? – zapytałem, przewracając kolejne kartki.

– Nasza polityka nie pozwala na…

– OK, OK. Jezu – przerwałem mu. – Zanudzisz mnie…

Szybko przeskanowałem wzrokiem życiorysy i dane kandydatów. Większość zawierała jakieś frazesy sprawiające, że chciało mi się rzygać na myśl o słuchaniu podobnego pieprzenia przez następne dwanaście miesięcy. Już to przerabiałem ze śliczniutką, ale niestrawną stażystką z zeszłego roku. Myślę, że część osób nadal pamięta jej spotkania mające scalić nas w jedną, szczęśliwą, firmową rodzinę. Nie wiecie nic o pracy w korporacji, jeśli nie byliście zmuszeni do uczestniczenia w kilkugodzinnych spotkaniach niemających żadnego sensu ani niedających efektu. Mimowolnie się wzdrygnąłem, a wtedy jedno z podań przykuło moją uwagę. Informacje były konkretne i podane w zwartej formie. Życiorys zawierający znaczące detale wyróżniał się na tle przekombinowanych podań.

 

W końcu jakiś normalny kandydat – pomyślałem, wznosząc wzrok ku niebu. Głośno westchnąłem, dając wyraźnie znać Scottowi, co myślę o tym, żeby osobiście wybierać kogoś, kto ma za nami chodzić jak pies i nosić papiery przez następne kilkanaście miesięcy. Z zaskoczeniem odkryłem, że podanie należy do kobiety o przyjemnie brzmiącym imieniu. Co prawda uczelnia i jej wyniki nie były z najwyższej półki, ale przecież nie szukaliśmy dyrektora, tylko pomocnicy mającej ocieplać wizerunek firmy i przygotowywać minutki ze spotkań.

– Masz. – Wyciągnąłem do niego rękę z papierami. – Ma zacząć jutro.

– Ale… tak bez rozmowy? I jutro jest piątek…

– Rób, co chcesz. Ja już zdecydowałem – powiedziałem, łapiąc za słuchawkę i dając Scottowi znak, że może już wyjść.

Skinął głową, zabrał resztę podań i poszedł do siebie, zamykając cicho drzwi mojego gabinetu.

* * *

Po weekendzie, który ledwo pamiętam, chociaż wydaje mi się, że był przyjemny, przyjechałem do biura. Musiałem odreagować ciężką pracę w ciągu tygodnia, więc jak zwykle w poniedziałki byłem na miejscu dopiero w porze lunchu. Zaparkowałem w garażu podziemnym i udałem się do windy, nie ściągając okularów przeciwsłonecznych. Telefon wibrował w mojej kieszeni za każdym razem, kiedy – jakkolwiek miała na imię – męczyła mnie wiadomościami. Powłóczyłem nogami prosto do gabinetu, nie zwracając uwagi na tłumione przez strach powitania dochodzące z różnych części biura. Zupełnie jakbym nie miał nic innego do roboty, tylko opieprzać załogę od rana. Powinni mnie już znać na tyle, żeby wiedzieć, że zwykle czekam z tym aż skończę pierwszą kawę. Zamknąłem za sobą drzwi gabinetu i klapnąłem na krzesło, uruchamiając komputer. Nie zdążyłem nawet zebrać myśli, kiedy ktoś zapukał do drzwi.

– Niech cię cholera – mruknąłem do siebie. – Wejść!

Drzwi uchyliły się, powoli odsłaniając nieznajomą twarz. Zdjąłem okulary i przetarłem oczy. W wejściu kuliła się młoda, rudowłosa dziewczyna, jedną ręką trzymając kurczowo za klamkę, a drugą poprawiając obrzydliwe oprawki spadające jej z nosa. Spojrzałem z pogardą na jej brązowy golf i totalnie aseksualną spódnicę w kratę. Odchrząknęła zdenerwowana i odezwała się pierwsza, chociaż dziwiłem się, jak z tej dygoczącej istoty może wydobyć się jakikolwiek dźwięk.

– Mogę wejść? – zapytała niespodziewanie pewnym głosem.

– Skoro już zapukałaś. Czego chcesz? – warknąłem, przyglądając się papierom poukładanym na biurku.

Moją uwagę zwróciły odręczne notatki wykonane starannym pismem na marginesach, podkreślenia zrobione kolorowymi markerami i zakładki pomagające zorientować się w stercie dokumentów.

– Chciałabym przypomnieć, że ma pan spotkanie o trzynastej…

– Myślisz, że nie wiem? – przerwałem jej.

Wzięła głęboki oddech i niezrażona moim zachowaniem kontynuowała.

– Przygotowałam panu materiały. Pomyślałam, że…

– Kim ty właściwie jesteś? – zapytałem, lekceważąco odchylając się na krześle.

– Rose. Rose Sullivan. Nowa stażystka – wyjaśniła, pękając z dumy, jakby dostała co najmniej posadę dyrektora.

Pomasowałem skronie. Los ze mnie zadrwił i postanowił zatrudnić mi do pomocy jakąś nader ambitną, wystraszoną mysz. Trudno, trzeba będzie szybko pokazać, gdzie jej miejsce.

– Stażystko…

– Rose. – Teraz to ona mi przerwała, unosząc wysoko brodę.

– Pełnisz tu funkcję stażystki i tak będę cię nazywał. – Wstałem, biorąc do ręki papiery, które najwyraźniej przygotowała i wrzuciłem je do kosza. – Nie masz myśleć. Masz parzyć kawę, kserować papiery, które ci damy i starać się niczego nie zepsuć.

Chyba chciała coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Ulżyło mi, widząc, że szybko sprowadziłem ją do parteru.

– Powiedziałbym, że mi przykro. Pewnie spędziłaś cały weekend, przygotowując dla mnie dokumenty, ale szczerze powiedziawszy, mam to gdzieś. Nie kazałem ci tego robić. Możesz wyjść – wyrzuciłem z siebie, podchodząc do okna. Stałem teraz tyłem do niej, podziwiając panoramę miasta.

– Godzina – usłyszałem głos za plecami.

– Słucham? – zapytałem, odwracając się, zdziwiony jej bezczelnością.

– Zajęło mi to godzinę – powiedziała pewnie, choć wyczułem w jej głosie gorycz. – Przepraszam – rzuciła i wyszła tak szybko, że prawie przytrzasnęła drzwiami długi warkocz, w jaki zaplotła rude włosy.

Zaśmiałem się pod nosem i wróciłem do biurka. Z ciekawości sięgnąłem do kosza po notatki, które dla mnie zostawiła i z zaskoczeniem zacząłem przeglądać nader trafne uwagi.

– Godzina. Jasne.

Oddychałam głęboko, opierając dłonie o zimny blat. Szum wody spływającej po krzywiźnie zlewu pomagał mi pochwycić galopujące myśli. Zaraz po spotkaniu z szefem uciekłam do łazienki, żeby się uspokoić. Jak mantrę powtarzałam sobie, dlaczego tu jestem, ale ręce nadal mi drżały. Jak miałam czegokolwiek się nauczyć pod okiem takiego… tyrana? Teraz zaczynałam rozumieć te dziwne pytania Scotta z działu personalnego. Ten staż już pierwszego dnia pretendował do miana piekła na ziemi, a ja nie mogłam się wycofać. Spojrzałam w lustro, na swoją bledszą niż zwykle twarz i postanowiłam, że nie dam się złamać. Znalazłam sposób, żeby się tu dostać, znajdę i drugi, żeby czegoś się nauczyć.

– Nasz książę już dał ci w kość? – zapytała kobieta w dopasowanym, czarnym garniturze i różowych szpilkach, która nagle pojawiła się przy sąsiedniej umywalce. Wyciągnęła z torebki pomadkę identycznego koloru jak jej buty i poprawiała makijaż, nie patrząc w moją stronę.

– Słucham?

– Alexander „jestem dupkiem” Stack. – Przeczesała blond fale palcami, akcentując każdą sylabę. – Daj spokój, wszyscy mają go po dziurki w nosie. Ale jakimś cudem steruje tą łajbą na tyle dobrze, że i my z tego korzystamy. Jestem Madison, dział kreatywnej reklamy. – Wyciągnęła do mnie rękę, pokazując starannie wykonany manikiur.

– Rose.

– Witaj na wojnie, pisklaku. Jestem na końcu korytarza, jakbyś czegoś potrzebowała. – Wysłała całusa w kierunku lustra i wyszła, stukając o posadzkę niebotycznie wysokimi obcasami.

– Na wojnie – powtórzyłam, patrząc w lustro. – A więc wszystkie chwyty dozwolone. – Uśmiechnęłam się i wróciłam do biurka w nieco lepszym humorze.

– Chcę mieć to streszczone w dziesięciu punktach, stażystko. Jutro rano na moim biurku.

Alexander Stack rzucił w moją stronę plik dokumentów, które uderzyły o blat, niemal przewracając kubek z herbatą, który złapałam w ostatniej chwili, chroniąc klawiaturę przed niechybnym zalaniem. Sam zniknął w pokoju, trzaskając drzwiami, zanim zdążyłam się odezwać. Nie mogłam nawet rzucić mu nienawistnego spojrzenia, bo natychmiast zasłonił drewniane rolety, odgradzając się od wszystkich. Nienawidziłam tego akwarium pełniącego rolę jego gabinetu. Nie dlatego, że miałam coś przeciwko przeszkleniom, których było w biurze pełno. Chodziło o to, że mieszkał w nim rekin. Właściwie nie rekin, tylko podstępny, oślizgły wąż morski. Czekający w ukryciu, żeby upolować płotki takie jak ja.

Przez kilka miesięcy miałam wrażenie, że chce mi pokazać, że nic nie potrafię, wymyślając coraz trudniejsze lub bardziej absurdalne zadania. Ku jego niezadowoleniu na ogół udawało mi się zdawać testy śpiewająco, chociaż kosztowało mnie to masę nerwów, nieprzespanych nocy i łez wylanych w kabinie damskiej toalety. Tak właściwie musiałam sama przed sobą przyznać, że całkiem nieźle mi szło, biorąc pod uwagę, że dodatkowo potajemnie pomagałam reszcie pracowników z otoczenia Stacka. Pod jego nosem wykorzystywałam każdą możliwą okazję, żeby chłonąć praktyczną wiedzę i zgłębiać tajniki biznesu. Na szczęście moi koledzy i koleżanki nie drążyli tematu, zadowalając się wymówką w stylu – jestem zdolna, ale byłam leniwa na uniwerku, więc ledwo dostałam dyplom. Pierwsza lekcja, której się tu nauczyłam – najważniejsze, co pokażesz, a nie kto wystawił ci papierek na koniec studiów. Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk biurowego komunikatora.

ADAMS, JIM:

Ile tam masz stron?

Wystukał na prywatnym czacie nasz dyrektor finansowy i jeden z najmilszych ludzi, jakich tu spotkałam.

Zważyłam w dłoniach ryzę zadrukowanego papieru, robiąc poważną minę i wywołując jego cichy śmiech na drugim końcu sali.

SULLIVAN, ROSE A:

Jakieś czterysta. Chyba idziemy na rekord.

Spojrzałam na zegarek wskazujący czwartą po południu.

ADAMS, JIM:

Jeśli masz coś do roboty, sam przejrzę raporty.

SULLIVAN, ROSE A:

Nie!

Odpowiedziałam, podskakując na krzesełku. Bardzo chciałam zobaczyć, jak Jim finalizuje półroczną analizę. Nie będę miała drugiej takiej szansy.

SULLIVAN, ROSE A:

Spotkamy się, jak wyjdzie. Tak jak ustaliliśmy.

ADAMS, JIM:

To randka?

Zapytał, dodając na końcu uśmiechniętą emotkę.

SULLIVAN, ROSE A:

Tylko jak twoja żona pozwoli. Kupiłeś jej prezent na rocznicę, czy byłeś zajęty podrywaniem stażystek?

ADAMS, JIM:

Miałem nadzieję, że pomożesz mi wybrać. Myślałaś, że ten raport to za darmo?

SULLIVAN, ROSE A:

Punkt dla ciebie Jim

Odpowiedziałam i zaczęłam przeglądać dokumenty zostawione przez szefa, czekając aż opuści biuro, żebym mogła w końcu zająć się czymś pożytecznym.

Wyszedłem, ignorując Rose przygryzającą końcówkę długopisu. Jej skupienie na stercie papierów wypełnionych drobnym drukiem i tabelami, którymi ją zarzuciłem, było równie nieludzkie co przerażające. Byłem pewien, że pomimo najwyraźniej dobrych chęci, nie ma szans na wyciągnięcie odpowiednich wniosków bez specjalistycznej wiedzy i doświadczenia. Albo zajebistego farta. Tak czy inaczej nie podejrzewałem jej o posiadanie żadnej z tych rzeczy, chociaż póki co nie udało mi się jej zagiąć. Nie żebym potrzebował tego streszczenia do czegokolwiek. Po prostu przyjemność sprawiła mi myśl, że będzie musiała jutro tłumaczyć się z niewykonanego zadania. A przy odrobinie szczęścia załamie się, odejdzie i przestanie grać mi na nerwach. Byłem ciekaw, czy jest świadoma tej małej rywalizacji i czy taka wiedza cokolwiek by zmieniła. Nie wyglądała na kogoś, kto czerpałby przyjemność z takiej zabawy, ale kto wie. W końcu życie potrafi zaskoczyć.

Wyjechałem na ulicę i skierowałem się do domu rodziców na cotygodniową kolację w gronie najbliższych. Byłem przyzwyczajony do regularnego suszenia głowy przez ojca, który jednocześnie był dumny z wyników mojej firmy i rozczarowany sposobem, w jaki zarządzam swoim interesem. Dla niego pracownicy byli jak rodzina. Byłem pewien, że przynajmniej połowa z nich ma jego zdjęcie w ramkach, zaraz obok fotografii z wakacji i chrzcin dzieci. Ja taki nie byłem i nie widziałem powodu, żeby to zmieniać. Tym bardziej, że miałem przed sobą jasny cel i póki co moje metody mnie do niego przybliżały.

Wjechałem na dziedziniec i zanim zdążyłem podejść do dużych, białych drzwi, w wejściu pojawiła się moja matka. Jak zwykle wyglądała nienagannie – jak pierwsza dama oczekująca na przyjazd ważnej delegacji, a równocześnie emanująca ciepłem domowego ogniska, którego przez tyle lat strzegła. Czasem zastanawiałem się, co może o mnie sądzić taka troskliwa i bezkonfliktowa osoba. Pewnie była zawiedziona, że wyrosłem na bydlaka i gbura.

– Alex. – Ucałowała mnie w policzek. – Dobrze, że jesteś wcześniej. Ojciec chce z tobą mówić.

– Brzmi poważnie – odpowiedziałem teatralnym tonem. – Jest w gabinecie?

– Tak. Przyjdźcie potem do jadalni. Będziemy czekały z Harper.

– Moja kochana siostra raczyła się pojawić na cotygodniowym sabacie! – udałem ekscytację, a matka pokręciła głową, kładąc rękę na moim ramieniu.

– Już dobrze. – Ucałowałem smukłą dłoń i skierowałem się do gabinetu. – Zaraz będziemy.

Szybkim krokiem pokonałem długi korytarz prowadzący do miejsca kaźni i wszedłem do otwartego pokoju, gdzie w centralnym punkcie pomieszczenia stał ojciec, wpatrując się w ogień strzelający w kominku. Na masywnym biurku, przy którym uwielbiałem przesiadywać jako dziecko, udając, że jestem kimś bardzo ważnym, miał otwarty laptop. Zabawne, że to pomieszczenie od dłuższego czasu nie kojarzyło mi się z niczym dobrym.

 

– Pracujesz? – zapytałem, wskazując na tabelki wypełniające ekran. – Mama i Harper czekają.

– Alexandrze – podszedł do mnie ojciec i poklepał po ramieniu – usiądź proszę. Chciałbym o czymś z tobą porozmawiać.

Zawsze musiał zachowywać się jak jakiś spróchniały lord. Cud, że nie umówił się na rozmowę ze mną przez sekretarkę – powinienem być zaszczycony. Ten człowiek nie potrafił normalnie pogadać z własnym synem. Natychmiast przechodził do ważnych dla siebie spraw i uderzał w ten protekcjonalny ton. Westchnąłem i zająłem miejsce w fotelu po jednej stronie biurka, podczas gdy on usiadł naprzeciwko. Poczułem się, jakbym zaraz miał dostać naganę od dyrektora szkoły.

– O co chodzi? – zapytałem, bawiąc się piłeczką golfową leżącą na blacie.

– Jak idzie w Stackhouse? – zapytał, krzyżując palce i patrząc mi prosto w oczy.

– Dostajesz kwartalne raporty – warknąłem.

Chociaż już dawno spłaciłem dług, jaki u niego zaciągnąłem na rozkręcenie firmy, uparł się, żeby nadal mieć część akcji, nie pozwalając mi na ich odkupienie.

– Nie musisz się denerwować, nie chodzi mi o rezultaty finansowe. Wiem, że świetnie sobie radzisz.

– Ale? – Oczywiście musiał znaleźć coś, co mu nie pasowało.

– Martwią mnie wyniki ankiety pracowniczej – powiedział poważnie.

– Ankiety? Jaja sobie robisz? – parsknąłem. – Jesteśmy odkryciem roku w branży, a oni narzekają?

Wstałem i zacząłem przechadzać się po gabinecie. Dzięki mnie dostaliśmy statuetkę, tytuł i dobre miejsce w rankingu, a moi kochani podwładni będą płakać, bo nie mamy rodzinnych pikników i kolorowych puf w biurze?

– Alexandrze! – zagrzmiał ojciec, na co zatrzymałem się w pół kroku. – Zresztą, sam to przeczytaj – westchnął zrezygnowany.

Kilka ruchów myszką i za chwilę na mojego maila spłynęły pliki z wynikami. Przesuwałem palcem po ekranie telefonu, czytając jakieś bzdury na swój temat. Dane dotyczące warunków, płac czy możliwości rozwoju były całkiem dobre, ale sekcję dotyczącą zarządzania, konkretnie mojej osoby, można było określić trzema słowami. Katastrofa. Tyrania. Strach.

– Mam uwierzyć, że ponad dwadzieścia procent ankietowanych myśli o odejściu z pracy z mojego powodu? – prychnąłem. – Przecież większość z nich nawet mnie osobiście nie zna.

– Trudno kłócić się z danymi.

– A słowami najczęściej pojawiającymi się w określeniu mojej osoby – kontynuowałem, cytując podsumowanie ankiety – są kolejno: tyran, gbur, zamordysta i wymagający? To ostatnie to chyba coś dobrego, nie? – Podniosłem wzrok na ojca, który siedział bez ruchu. – Mam się tym przejąć?

– Alexandrze…

– I znowu ten ton. – Schowałem telefon do kieszeni. – Powiem to po raz kolejny i oby ostatni. To moja firma i będę nią zarządzał, jak mi się podoba.

– Dopóki nie zostaniesz w niej sam. Zrozum – ojciec wstał i podszedł do mnie, opierając się na eleganckiej lasce z ciemnobrązowego drewna – chcę, żeby dobrze ci szło. Ale firma to przede wszystkim ludzie. A twoi…

– Nie muszą mnie kochać – wszedłem mu w słowo. – Mają dla mnie pracować. Jak tylko zobaczą, że… mój styl zarządzania przynosi efekty, przestaną tracić energię na nienawidzenie mnie i użalanie się nad sobą. Swoją drogą, wolałbym, żebyś następnym razem powiedział mi, zanim odwalisz taki numer w mojej firmie.

Ojciec zwiesił głowę i podszedł wolno do fotela. Usiadł i gestem ręki wskazał, żebym zajął obok miejsce na sofie. Usadowiłem się wygodnie, rozkładając szeroko ręce na oparciu.

– Jestem zmęczony, Alexandrze.

– Weź sobie wolne.

– Mówię o tej sytuacji. Chciałem ci pomóc, ale chyba nic nie wskóram. Więc będzie tak. – Oparł dłonie na gałce laski i pochylił się w moją stronę. – Jeśli okaże się, że masz rację i następna ankieta wykaże poprawę, oddam ci swoje akcje. Nie będę miał nic do powiedzenia w Stackhouse.

– Mówisz serio? Dasz mi święty spokój? – zapytałem z niedowierzaniem, równocześnie czując, jak przepełnia mnie euforia na myśl o tym, że uwolnię się z tej spirali pouczeń i zawodów.

– Sobie go dam – mruknął. – Chodźmy, twoja matka i siostra czekają.

Ojciec wyszedł pierwszy, a ja stanąłem i boksowałem powietrze, żeby wyładować nagłą radość, której towarzyszył przypływ nowej energii. Nie chciałem dawać Harper powodów do żartów czy zainteresowania swoją osobą. Miałem wystarczająco dużo na głowie, bez jej małych dramatów i prób wtargnięcia w moje życie z kolejną przyjaciółką mającą być dla mnie idealną dziewczyną. Niech myśli, że znowu pokłóciłem się z ojcem i będę miał z nią spokój na jakiś czas. W tej rozgrywce zdecydowanie bardziej opłacało się jej grać córeczkę tatusia i stawać po jego stronie. Już dawno to zrozumiała, a ja byłem poniekąd dumny, że szybko odkryła, jak działa świat. Bądź co bądź – nazwisko Stack zobowiązuje.