Znak kukułkiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Na koniec zaglądałam do szuflad biurka. Wuj trzymał tam zeszyt z notatkami, które prowadził. Jedna z szuflad była zawsze zamknięta na klucz i nie wiedziałam, co się w niej znajduje. Wuj musiał mieć ten kucz przy sobie, bo nie było go w pęku, który wykradałam gospodyni. Zawsze ciekawiło mnie, co jest w szufladzie, i za każdym razem sprawdzałam, czy jest zamknięta. Miałam nadzieję, że wuj kiedyś zapomni ją zamknąć, jednak nigdy to nie następowało. Za każdym razem, kiedy chciałam ją otworzyć, natrafiałam na opór. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że kiedyś mi się to uda i że znajdę tam coś, czego wolałabym nigdy nie oglądać.

14. ALINA

Sny zapisuję zaraz po wstaniu z łóżka. Mam je wtedy jeszcze ciągle pod powiekami. Ciepłe, roziskrzone i ruchliwe. Łapię je, zanim rozpuszczą się w reszcie dnia jak kostka cukru w szklance herbaty. Przyszpilam do kartek brulionu. Sny, jak owady, nie lubią być niewolone i unieruchamiane, dlatego tak ciężko je złapać w siatkę słowa, ale tylko wtedy można im się dokładniej przyjrzeć. Nie zawsze je pamiętam, jednak większość udaje się uchwycić.

Na początku miał to być rodzaj terapii. Potem robiłam to już z przyzwyczajenia, ale też z ciekawości. Doktor A. twierdziła, że moje sny o Rudolfinie są próbą poradzenia sobie z przeszłością. Zmitologizowania jej do postaci snów podobnych do bajek, aby ukryć pod ich płaszczem coś traumatycznego, co przydarzyło mi się w dzieciństwie. Coś w rodzaju zakamuflowanych wspomnień. Ale nawet ona była zdziwiona, jak bardzo układają się one z czasem w spójną historię. Jak się zmieniają i rozrastają. Nabierają znaczeń i wyrazistości.

— Nigdy nie miałam takiego przypadku — mawiała. — Te sny są naprawdę niesamowite. Być może ma to jakiś związek z twoim zaburzeniem. Echa traumatycznych i przykrych zdarzeń często powracają w snach, sny są jak dziury w zabezpieczeniu. A że twój sen nie wygląda tak jak u większości ludzi, tych dziur jest o wiele więcej.

Tego ranka jak zwykle po wstaniu zapisuję sen i wtedy zaczynam mieć obawy, że moja tajemnica już nie istnieje. Sama się zdradziła. Wstała w nocy z łóżka i poszła się sobą pochwalić. Postanowiłam najpierw przytoczyć tutaj ten sen. Wtedy będą widoczne obie wersje. Wersja moja i wersja Grety.

Sen numer: 210

Typ: inne

Wersja: 1

CIUCIUBABKA

Budzę się z uczuciem głodu. Jest noc, w pokoju panuje półmrok, przez okno przesącza się jedynie światło latarni. Patrzę na zegarek na stoliku. Pokazuje godzinę 1200:8877. Potwornie chce mi się jeść. Idę więc do kuchni. Otwieram lodówkę, wyciągam chleb z szafki. Nigdzie nie mogę znaleźć noża do krojenia, więc urywam kawałek chleba i smaruję go masłem. Kiedy go zjadam, głód ustaje. Znowu robię się senna. Nachodzi mnie ochota, żeby zajrzeć do pokoju rodziców. Idę cichutko, na palcach, żeby ich nie obudzić. Otwieram drzwi i zaglądam. Oboje śpią. Mateusz przez chwilę coś cicho mamrocze. Przysuwam się bliżej, chcąc usłyszeć, co mówi. Nagle otwiera oczy i wydaje się całkiem przytomny.

Odskakuję zaskoczona.

— To ona… — mówi. — Musisz znaleźć siebie, zanim ona znajdzie ciebie.

Po chwili oboje z Janiną znikają. Łóżko jest puste. Nagle uświadamiam sobie, że to musiał być sen. Że ich tu już nie ma.

Wracam do swojego pokoju i przystaję zaskoczona. Ktoś leży w moim łóżku. Przez chwilę stoję, nie mogąc się ruszyć. Ten obraz napełnia mnie dziwnym niepokojem jak lodowatą wodą. Nie widzę tej osoby zbyt dokładnie. Postać jest zawinięta w kołdrę jak w kokon. W końcu podchodzę ostrożnie bliżej i drżącą ręką rozchylam kołdrę. Przyglądam się postaci z zaskoczeniem. W łóżku leżę ja sama. Oddycham spokojnie przez sen. Dotykam twarzy ten drugiej ja. Nie znika, ciągle tam jest. Jestem.

Otwiera oczy. Przez chwilę patrzy na mnie zaskoczona.

— Co tu robisz? — pyta.

Przygląda mi się z uwagą. Potem wstaje.

— Chodź. Zaprowadzę cię na miejsce — mówi spokojnie.

— Tu jest moje miejsce — mamroczę.

Biorę siebie za rękę i prowadzę dookoła łóżka. Okrążamy je kilka razy, mylą mi się strony jak w ciuciubabce, tak że nie wiem już, którą mną teraz jestem. Ta druga ja odsuwa kołdrę, sadza mnie na łóżku, na swoim (moim) miejscu, a potem opatula mnie delikatnie kołdrą. Podchodzi do okna i przypatruje mi się przez chwilę. Ma na sobie moją starą piżamę. Wiatr wdziera się przez otwarte okno i moje (jej) ciemne włosy, lekko smagają (jej) moją twarz. Wchodzi na parapet i wyskakuje przez okno. Zamykam oczy. Robię się coraz bardziej senna. Kiedy po raz ostatni otwieram je na chwilę, wydaje mi się, że widzę za oknem cień wielkiego wilka, albo psa, który zaraz znika. Wpatruję się w powiewającą firankę i zasypiam.

Kiedy kończę pisać, rozlega się pukanie.

— Proszę! — wołam.

Greta uchyla drzwi i zagląda do środka.

— Nie przeszkadzam?

— Nie, właśnie skończyłam — mówię, chowając zeszyt do szuflady biurka.

— Robiłam naleśniki. Przyniosłam ci jednego. Chcesz?

— Chętnie. Bardzo lubię.

Greta wchodzi i rozgląda się po pokoju.

— Ładnie tu — mówi, stawiając talerz z naleśnikiem na stoliku.

— Dzięki.

— Tylko te kraty tu nie pasują. — Wskazuje na okno.

— Moi rodzice zamontowali je, kiedy byłam mała, i tak zostało.

— Bali się, że ktoś stąd coś wyniesie?

— W pewnym sensie — odpowiadam wymijająco, bo wiem, że powiedzenie prawdy zmuszałoby mnie do wyjaśnień.

— I zawsze zamykasz okno, kiedy jest upał? Ja nie mogłabym zasnąć, gdyby u mnie nie było otwarte.

— Chyba się przyzwyczaiłam. Zawsze zamykam je na noc. Otwieram tylko w dzień.

— A często jadasz w środku nocy? — dopytuje.

— Dlaczego pytasz?

— Na stole w kuchni leżała kanapka. Była już zeschła, więc ją wyrzuciłam. Chyba nie miałaś zamiaru jej jeść? Ludzie mają różne upodobania…

— Nie, nie gustuję w zwiędłych kanapkach — zapewniam ze śmiechem, choć ogarnia mnie niepokój, kiedy przypominam sobie sen. — I nie — kręcę głową — prawie nigdy nie jadam w środku nocy.

— Ja, pomijając jabłecznik raz w tygodniu, też zazwyczaj nie. — Uśmiecha się. –Zapomniałaś też schować ser do lodówki i nie nadawał się już do niczego — dodaje. — Możesz wziąć mój.

Zaczynam się niepokoić jeszcze bardziej.

— Powinnaś o czymś wiedzieć — mówię w końcu.

— To to, o czym chciałaś powiedzieć mi wcześniej?

Kiwam głową.

— Cierpię na pewne zaburzenia snu.

— Właściwie to po dzisiejszej nocy domyśliłam się tego. Lunatykujesz?

— Nie. Nie do końca. — Patrzę na nią badawczo. Próbuję coś wyczytać z jej twarzy, ale wydaje się nieprzenikniona. — Po dzisiejszej nocy?

— Niczego nie pamiętasz, prawda?

Waham się chwilę, a potem otwieram szufladę i sięgam po zeszyt. Otwieram na ostatniej zapisanej stronie i podaję go Grecie.

— Pamiętam to — mówię.

Greta bierze zeszyt i zerka do środka.

— „Sen numer: 210, typ: inne, wersja: 1, Ciuciubabka” — odczytuje na głos. — Zapisujesz sny?

— Tak. To coś w rodzaju terapii. Między innymi.

— I mogę to przeczytać? — upewnia się.

— Tak — przytakuję. — Myślę, że nawet powinnaś.

Greta siada na łóżku i zaczyna czytać. Przypatruję się, jak przebiega wzrokiem po kartce. Ma bardzo skupioną minę. Kilka razy marszczy brwi. Raz się uśmiecha.

— To ciekawe — mówi, kiedy kończy.

Oddaje mi brulion.

— Ja oczywiście pamiętam to trochę inaczej. — Uśmiecha się. — Twoja wersja jest bardziej interesująca i bardziej mi się podoba.

— Jak to właściwie było? — pytam.

— Nic szczególnego — mówi. — Obudziłam się w środku nocy. Wydawało mi się, że poczułam czyjś dotyk na twarzy. Otworzyłam oczy i zobaczyłam cię obok łóżka. Zapytałam, co tutaj robisz, ale nie odpowiedziałaś. Wyglądałaś trochę dziwnie. Jakby nieobecnie. Na początku trochę mnie to zaniepokoiło. W końcu połapałam się, co jest grane. Wzięłam cię za rękę i zaprowadziłam do łóżka, do twojego pokoju. Szybko zasnęłaś, a raczej przeszłaś do normalniejszego trybu. I tyle.

Westchnęłam.

— Mam nadzieję, że cię nie przestraszyłam. Oczywiście możesz zamykać drzwi na klucz, jeśli chcesz.

— Daj spokój, nie boję się. Nie ma takiej potrzeby.

— Mnie to nie przeszkadza. Rozumiem, że możesz się czuć nieswojo.

— W dzieciństwie też trochę lunatykowałam. Mój starszy o rok brat też miał tak parę razy. Kiedyś dzieliłam z nim pokój. Zdarzało mi się zaprowadzać go do łóżka w środku nocy. Potem przeszło nam obojgu.

— Właściwie u mnie to nie somnambulizm, ale narkolepsja.

— Naprawdę? Jaki są objawy? Zasypiasz kilkanaście razy w ciągu dnia i upadasz jakbyś zemdlała? Widziałam kiedyś coś takiego w telewizji.

— To katalepsja, u mnie nie przebiega tak gwałtownie, zazwyczaj tylko drętwieją mi dłonie i nie mogę nimi przez jakiś czas poruszać, jeśli ktoś o tym nie wie, nawet nie zwróci uwagi. Często jestem senna, miewam ataki snu, zwłaszcza jeśli mniej śpię w nocy, zdarza mi się zapadać w krótkie, głębokie mikrosny. Leki przeważnie pomagają, dużo dają też drzemki.

— Więc chyba nie jest tak źle w twoim przypadku?

— Zazwyczaj nie. Chociaż ostatnio jestem bardziej senna w dzień niż zazwyczaj. Ostatnio miałam ciężki okres. Kilka miesięcy temu umarł mój ojciec.

— Przykro mi.

— Chorował od dawna. Właściwie powinnam była się na to przygotować, ale teraz widzę, że to niemożliwe. Nawet jeśli się wie, że to nieuniknione. Ze snem też jest teraz gorzej.

 

Przygląda mi się badawczo, jakby chciała spojrzeć na mnie przez pryzmat tego, czego się dowiedziała.

— Ale wyglądasz, jakbyś mimo to dobrze radziła sobie z chorobą. Niczego nie zauważyłam.

— Zazwyczaj tak. Ale bywa ciężko. Czasami chodzę, na wpół śpiąc, i robię niektóre rzeczy automatycznie. Jak przygotowywanie sobie w nocy kanapki albo pójście do swojego dawnego pokoju. — Patrzę na nią znacząco. — Przez jakiś czas nie mogę zasnąć ani do końca się obudzić. Ogólnie polega to na tym, że nakładają się na siebie warstwa snu i jawy. Można powiedzieć, że czasem śnię i nie śnię jednocześnie. Jestem na jawie i we śnie. Wiesz, co to hipnagogia?

Kręci głową.

— Nie mam pojęcia.

— To coś w rodzaju półsnu, zawieszenia między jawą a snem. Przytrafia się to wszystkim, najczęściej przy zasypianiu, tak samo jak omamy hipnagogiczne, ale u mnie trwa to dłużej, częściej i ma większe natężenie. Przez jakiś czas jestem na granicy jawy i snu. Mam okresy, kiedy kiepsko sypiam tak jak teraz, i wtedy ataki snu i zawieszenie w półśnie przydarzają mi się kilka razy w ciągu dnia.

— I potrafisz odróżnić jedno od drugiego? Sen od jawy?

— Zazwyczaj tak, choć czasem nie. Przeważnie półsny zdarzają mi się w dzień i trwają tylko kilka minut. Robię się wtedy trochę senna, ale jestem przytomna. Warstwa snu nie jest wtedy zbyt gęsta, to coś w rodzaju dziurawego, mglistego materiału przesłaniającego jawę. Potrafię oddzielić jedno od drugiego. Potem to mija. Jednak czasami w nocy, kiedy się budzę, jest na odwrót. Warstwa snu jest gęstsza i cięższa. Zazwyczaj nie odróżniam wtedy jawy od snu. Nie potrafię powiedzieć, co się stało naprawdę, co było rzeczywistością, a co snem, mimo że na ogół wszystko z tych epizodów pamiętam. Zdarza mi się to kilka razy w miesiącu. Zawsze nocą. Czasami kiedy zasnę na chwilę, po przebudzeniu nie wiem, kim jestem ani gdzie jestem.

— Też czasami tak mam. Okropne uczucie. Jakby chwilowa amnezja. — Namyśla się chwilę. — Chyba mniej więcej wszystko rozumiem — stwierdza. — Mimo że trochę ciężko to sobie wyobrazić.

— Mam to od dziecka. Narkolepsję zdiagnozowano, kiedy miałam dziesięć lat, choć prawdopodobnie objawy miałam już wcześniej. — Przypominam sobie, kiedy doktor A., która to odkryła, wyjaśniała mi, co mi dolega i jaki to ma wpływ na mój stan. Spoglądam na kraty w oknie. — Gdy byłam mała, nie wiadomo czemu zawsze przychodziłam do tego pokoju i próbowałam otworzyć okno, kiedy nie byłam do końca dobudzona. Rodzice bali się, że wypadnę. Dlatego zamontowali te kraty. Później już mi się nie przytrafiały próby otwarcia okna, ale kraty zostały.

Greta wpatruje się przez chwilę w okno, a później przenosi wzrok na szufladę, w której schowałam sennik.

— Właściwe to twoja wersja, ta ze snu, była ciekawsza.

— Ale to twoja była prawdziwa.

— To, że coś nie zdarzyło się naprawdę, nie znaczy, że nie było w tym nic z prawdy. Czasami w czymś wymyślonym może być więcej prawdy niż w czymś rzeczywistym. To tak jak ze snami. Czasem bełkoczą jak pijane, ale często mówią więcej i są bardziej szczere niż trzeźwa rzeczywistość. Co jest bardziej prawdziwe? To, co możemy kontrolować, czy to, czego nie jesteśmy w stanie?

— Przypominasz mi kogoś — stwierdzam, myśląc o Pani Przedsionków.

— Kogo?

— Właściwie to nawet nie wiem, czy ten ktoś istnieje. I czy w ogóle kiedykolwiek istniał.

— Brzmi obiecująco. — Śmieje się.

— Nazywa się Rudolfina, choć ma też inne imię. Może później ci opowiem, bo na dziś chyba wyczerpałam już swój limit nienormalności. Poza tym muszę się zbierać do pracy.

— Niech ci będzie — mówi, wstając. — Chociaż bardzo mnie to zaciekawiło. Masz szczęście, że też muszę wychodzić, bo inaczej nie dałabym ci spokoju. I tak jestem już spóźniona. Szef mnie zabije.

Po chwili znika za drzwiami. Słyszę jej krzątanie się w korytarzu i brzęk kluczy. Uświadamiam sobie, że nawet jej nie zapytałam, w którym barze pracuje jako kelnerka. Kiedy wychodzę z pokoju, żeby zrobić sobie kawę, już jej nie ma.

* Bolesław Leśmian, W nicość śniąca się droga.

15. ALINA

Po śniadaniu idę od razu do sklepu ze starociami. Mieści się w centrum miasteczka przy ulicy Lisiej. Znajduje się tylko kilka ulic od mojego mieszkania. Zazwyczaj otwieramy dopiero około dziesiątej, ale dziś mamy uporządkować trochę rzeczy. Docieram do rogu brukowanej uliczki i skręcam. Sklep jest usytuowany w starej kamienicy i nie rzuca się zbytnio w oczy, ale nie narzekamy na brak klientów. Ten, kto ma tu trafić, zawsze trafia za sprawą jakiegoś dziwnego przypadku. Czasami myślę, że jest w tym coś z magii. Do sklepu wchodzi się przez stare przedwojenne rzeźbione drzwi, które dobrze się zachowały. Zawsze, kiedy naciskam klamkę, mam wrażenie, że zaraz przeniosę się w czasie i po drugiej stronie znajdę świat sprzed stu lat. Zresztą w pewnym sensie tak właśnie jest, za sprawą wszystkich starych rzeczy, które się tu znajdują.

— Dzień dobry. — Witam się z Janem, który już na mnie czeka w środku. Jan, jak już wspominałam, był wieloletnim przyjacielem Mateusza. Zna mnie od dziecka. Odkąd tylko trafiłam do Mateusza i Janiny. Traktuję go prawie jak rodzinę. Właściwie tylko on mi teraz został. Lubię z nim przebywać i świetnie się dogadujemy, mimo ogromnej różnicy wieku.

— Jak tam? — pyta, kiedy mnie spostrzega. Właśnie rozpakowuje jakieś pudło z rzeczami i książkami. Jan często znika na parę dni, a potem coś przywozi. Obok stoi jeszcze kilka takich pudeł.

— Znalazłam lokatorkę — chwalę się.

— To świetnie — mówi, segregując stare pocztówki. — Myślałem, że dasz sobie spokój po tej, która uciekła ostatnio. — Jan wie o moich ostatnich problemach z zatrzymaniem kogoś na dłużej. — Ciekawe, jak będzie z tą, kiedy się dowie.

— No właśnie… Jest jeszcze coś.

— Co?

— Ona już wie.

— Powiedziałaś jej? — Unosi brwi.

— Samo się powiedziało. W nocy miałam wyjątkowo aktywny atak snu.

— I nadal masz lokatorkę? — Jan unosi głowę i gwiżdże.

— Właśnie — potwierdzam.

— No, no. — Gładzi siwą brodę i uśmiecha się. — W końcu.

Rzucam torbę na krzesło i zabieram się do pomocy w segregowaniu rzeczy.

Do sklepu Jana nie przychodzi zbyt wielu ludzi, ale ci, którzy się pojawiają, są w większości stałymi klientami. Właściwie to mam czasem wrażenie, że ludzie nie przychodzą tu wcale, żeby coś kupić. Albo przynajmniej nie płacą za rzeczy, które ze sobą zabierają, tylko za coś zupełnie innego. Jan chyba doskonale zdaje sobie z tego sprawę. To nie jest zwykły sklep. Na początku miałam obawy, czy przyjąć tę pracę, bo nie jestem zbyt dobra w kontaktach z ludźmi. Powiedziałam to Janowi. „Nie jestem zbyt komunikatywna i mam słabe pojęcie o sprzedaży” — uprzedziłam. „Autoreklama to też nie jest chyba twoja najmocniejsza strona, co?” — Uśmiechnął się pod wąsem. „Delikatnie mówiąc”. „Po prostu wolę powiedzieć prawdę”. — Wzruszyłam ramionami. „Mam wątpliwości, czy się do tego nadaję”. „Masz dobre kwalifikacje. Sprawdziłem to już. Przydałby mi się ktoś do pomocy i kiedy wyjeżdżam”. „Kwalifikacje? Jakie?” — zdziwiłam się, bo według mnie nie miałam żadnych. Kilka miesięcy wcześniej skończyłam studia, które niespecjalnie mnie interesowały. Do tego nie mogłam znaleźć pracy. Kiedy tylko potencjalni pracodawcy dowiadywali się o mojej przypadłości, z miejsca rezygnowali. Nie chcieli mnie nawet ze zniżką, w rabacie i po promocyjnej cenie, jak nazywałam informacje o przysługujących korzyściach i ulgach, które załatwiła mi doktor A. To było dla nich za dużo. Woleliby raczej, gdybym nie miała ręki czy nogi. Przypuszczam, że nawet brak głowy byłby bardziej kuszący. „Potrafisz słuchać”. „I to wystarczy?” — zdziwiłam się. „To więcej niż ci się wydaje. O wiele więcej”. Wystarczyło. Z początku klienci traktowali mnie trochę nieufnie, ale szybko mnie zaakceptowali. Jan uprzedził ich o moich atakach snu, o tym, że czasem przez chwilę mogę być trochę nieobecna. To jednak zdarzało się rzadko. Zazwyczaj pomagało, jeśli robiłam krótką przerwę i ucinałam sobie dwie drzemki podczas pracy w sklepie. Poza tym tkwiłam wtedy jakby w dwóch rzeczywistościach naraz i mogłam być jedynie trochę rozkojarzona, roztargniona i senna. Musiałam się skupić na tym, by odróżnić warstwę rzeczywistości od warstwy snu. Zwykle mi się udawało. Ataki rzadko trwały dłużej niż kilka minut. Gorsze były te, które przydarzały mi się czasem w nocy.

Kiedy kończymy, Jan wychodzi i zostaję sama. Przez następną godzinę nikt się nie pojawia. Czuję senność, przysiadam więc na fotelu przy ladzie, w którym czasem ucinam sobie drzemki. Nagle słyszę dzwonki i unoszę głowę, drzwi są jednak zamknięte, nikt nie wchodzi do środka. Wstaję, podchodzę do witryny i wyglądam na ulicę. Wtedy ją widzę. Przygląda mi się z zewnątrz z dłońmi i nosem przyklejonym do szyby. Zjawa. Jej twarz jest zamazana jak szkic mocno roztarty palcem. Cofam się kilka kroków. Dzwonki dzwonią ponownie. Zjawa znika. Przeciągam się w fotelu i ziewam. Unoszę głowę i widzę panią Różańską. To jedna z moich ulubionych klientek, pojawia się tu średnio co dwa dni. Uśmiecham się na jej widok.

— Dzień dobry, pani Teodoro! — wołam.

— Dzień dobry, kochana. — Pani Różańska odpowiada mi uśmiechem.

Tuż przed jej przyjściem jak zwykle pojawiły się kotostrachy. Kotostrachy to mój najczęstszy półsen. Są mało rozpraszające, pożerające mało rzeczywistości i właściwie nieszkodliwe. Lubię je, przywykłam do nich tak bardzo, że traktuję je nie jak omamy hinagogiczne, ale prawie jak domowe zwierzątka, choć to może się wydawać absurdalne. Czasami, gdy ktoś mnie pyta, czy mam jakieś zwierzę, ledwie się powstrzymuję, żeby nie powiedzieć, że owszem, koty. Kotostrachy nie wyglądają jak zwykłe koty, ale bardziej jak ich cienie. Ciemne, ulotne jak dym, o wydłużonych łapach i uszach. Widywałam je od dziecka i właśnie wtedy tak je nazwałam. Pojawiały się często w nocy, tuż przez zaśnięciem, i mrucząc, układały się w nogach łóżka.

Najwyraźniej lubią panią Różańską, o ile oczywiście omamy mogą mieć jakieś preferencje. Teraz też je widzę obok niej, choć oczywiście ona ich nie widzi, tkwią na krawędzi snu i jawy, jakby mój umysł przystanął na chwilę, nie wiedząc, w którą stronę zrobić krok, i zaczynają się ocierać o jej nogi. Strzepuję z siebie okruchy snu i zaraz znikają.

— Co tam dziś trzeba? — pytam, kiedy staruszka się zbliża.

— Szukam lampki, pani Alino kochana. Widziałam, że trochę ich tu macie. Wzrok już nie ten i przydałoby mi się coś na noc. Lubię sobie poczytać przed snem.

— Dobrze. Zaraz czegoś poszukamy — mówię, wychodząc zza kontuaru.

Ruszamy do drugiego, większego pomieszczenia, gdzie stoją rzędy regałów. Lubię przebywać wśród tych wszystkich starych rzeczy. Mam wrażenie, że gdyby tylko potrafiły mówić, każda miałaby do opowiedzenia mnóstwo historii. Czasem zresztą, kiedy pojawiał się półsen, wydawało mi się, że szepczą. Rzeczy wcale nie są martwe. Jestem tego pewna.

Przechodzimy do części z lampami. Zaczynam pokazywać je staruszce. W tym czasie pani Teodora jak zwykle zaczyna opowiadać. Opowieści pani Różańskiej to jeden z powodów, dla których tak bardzo lubię, kiedy przychodzi. Opowiada najchętniej o swoim dzieciństwie i młodości, jeszcze przed wojną, a ja słucham zawsze z ciekawością. To różne historie — zabawne i smutne, piękne i okrutne. Opowiada mi siebie, z każdą wizytą staje mi się więc bliższa. Te historie składają się na panią Teodorę, są nią, całym jej życiem.

— Może ta — mówię, pokazując jedną z lamp.

Kręci głową.

— Zbyt mała. Potrzebuję czegoś większego — odpowiada i wraca do swojej opowieści, którą zaczęła podczas poprzedniej wizyty.

— A ta? — Wskazuję kolejną.

— Nie, ta nie pasuje do wnętrza.

Szukam następnej, ale w międzyczasie słucham opowieści. Słucham jej naprawdę i pani Różańska to wie. Wiem, że po to tu jestem. Ona wie, że po to tu przyszła. Obie udajemy jednak, że chodzi o lampę. Ludzie czasami potrzebują, żeby ktoś usłyszał ich naprawdę. Niczego więcej. Jeśli wiedzą, że ktoś ich słyszy, wiedzą, że wciąż istnieją.

— Może ta?

— Zbyt ascetyczna.

— A ta?

— Zbyt barokowa. — Znów powraca do swojej opowieści. Podczas każdej wizyty kończy poprzednią historię, a zaczyna kolejną, nigdy jej nie kończąc. Snuje swoje historie jak Szeherezada, jakby grała z życiem na czas.

Pokazuję kolejną lampę.

 

— Zanadto pstrokata.

Wskazuję na inną. Pani Różańska marszczy wydatny nos.

— Zbyt bezbarwna.

Chodzimy tak jeszcze przez jakiś czas, błądząc wśród półek, regałów, zakamarków. Pani Teodora opowiada, a ja słucham. W końcu milknie.

— Dobrze, to może wezmę tę — mówi, biorąc pierwszą lampę z brzegu.

Idziemy do lady i zabieram się za pakowanie.

— Och, byłabym zapomniała! — woła pani Różańska, sięgając do płóciennej torby, którą zawsze ze sobą nosi.

— Uwielbiałam ją jako dziecko, należała jeszcze do mojej matki — mówi, wyjmując z niej książkę. Książka ma podniszczoną, twardą, ciemną okładkę i pożółkłe kartki. — To zbiór baśni i opowiadań dla dzieci. Kiedyś pani o niej opowiadałam.

Wyciąga rękę w moją stronę.

— Pomyślałam sobie, że może mogłabym ją pani podarować.

— Bardzo dziękuję, pani Teodoro. Ale na pewno chce ją pani oddać, skoro to taka pamiątka?

— Tak, bardzo panią lubię, pani Alino. Chciałam dać ją komuś wyjątkowemu. Niech pani potraktuje to jak wyraz sympatii.

— Skoro tak, to bardzo mi miło. — Uśmiecham się, biorąc książkę. — Dziękuję raz jeszcze. Na pewno przeczytam. Lubię baśnie.

— Wiem. Nie ma za co, kochana. — Spogląda na jeden ze starych zegarów, których kilka stoi i wisi przy wejściu. — Późno już, będę się zbierać.

Po chwili wychodzi, a ja jeszcze wtedy nie wiem, że widzę ją po raz ostatni. Przez głowę przemyka mi tylko myśl, że tym razem jej opowieść wydawała się wyjątkowo skończona, staruszka nie zostawiła nic na następny raz.

Dwa dni później inna z klientek, sąsiadka pani Teodory, poinformowała mnie o jej śmierci. Podobno umarła wieczorem w fotelu przy zapalonej lampce, jakby w ten sposób chciała oświetlić sobie drogę do zaświatów.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?