Znak kukułkiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

11. MYSZA

Kiedy Mysza idzie do Sekretnego Miejsca po raz kolejny, spędza tam o wiele więcej czasu niż za pierwszym razem. Otwiera okno, żeby wpuścić świeże powietrze, i postanawia, że następnym razem tu posprząta. Rozgląda się uważnie i dopiero wtedy odkrywa pod łóżkiem dużą walizkę. Walizka wygląda na bardzo starą, ma metalowe okucia i zamek. W rogu z jednej strony ktoś wyrył inicjały — „M.S.” Długo ją ogląda i dopiero po chwili otwiera, bo w głębi duszy obawia się, że okaże się pusta albo nie znajdzie tam nic ciekawego, a dopóki jest zamknięta, może wyobrażać sobie, że jest tam co tylko sobie wymarzy. To trochę jak z Kotem Schrodingera, o którym czytała w jednej dziwnej książce Taty.

Kiedy w końcu zagląda do środka, okazuje się, że jest tam tylko jedna rzecz. To książka, którą zna. A przynajmniej tak jej się wydaje na początku, dopiero później odkrywa, że nie do końca tak jest. W środku książki ktoś schował kilka czarno-białych zdjęć. Mysza przygląda im się z uwagą. Wie, że są stare, bo osoby, które się na nich znajdują, ubrane są tak, jak dziś już nikt się nie ubiera, poza tym fotografie są pożółkłe, a brzegi mają postrzępione i nierówne. Takie osoby mogły kiedyś mieszkać w Domu. Chowa zdjęcia za stronę tytułową i zaczyna przeglądać książkę. W szkolnej bibliotece wypożyczyła kiedyś taką samą. Była stara i zakurzona, jakby od dawna jej nikt nie czytał. Nosiła tytuł Co widziały gwiazdy i znajdowały się w niej głównie bajki o dwóch dziewczynkach i ich życiu na wsi w wielkim dworze, tak wielkim jak Dom. Mysza nie przepadała za wypożyczaniem książek z biblioteki, zwłaszcza kiedy była w niej akurat Pani Igła, a Mysza miała takiego pecha, że trafiała częściej na nią niż na Panią Niebieską. Obie bibliotekarki różniły się i fizycznie, i wewnątrz. Mysza widziała to dokładnie. W ich przypadku wewnątrz odpowiadało temu, co na zewnątrz, choć nie zawsze tak było. Często zewnętrze i wnętrze różniło się tak bardzo, że gdyby Mysza zobaczyła tylko jedno z nich, nigdy nie odgadłaby, że to ta sama osoba. Jedna z bibliotekarek była chuda i koścista, jakby zbudowana z ostrych krawędzi, nawet wzrok miała przenikliwy, Myszy zdawało się, że wbija w nią igły zamiast spojrzenia. I tak właśnie Mysza ją nazywała — Igła. Patrzyła na nią tak zwłaszcza wtedy, kiedy Mysza długo błądziła między regałami i nie mogła się zdecydować, co wybrać. Przez to zawsze czuła się wtedy jak intruz i szybko wybierała coś przypadkowego, co często niezbyt jej się podobało. Druga bibliotekarka miała okrągłą twarz i krągłe biodra, jej spojrzenie było łagodne i uspokajające, jakby patrzyło się w jasne, niebieskie niebo. I Mysza nazywała ją Panią Niebieską. Mysza mogła wybierać książki tak długo, jak chciała, nie czuła na sobie przeszywającego wzroku, wiedziała, że jest w bibliotece wyczekiwanym gościem, a nie kimś, kto przyszedł nieproszony.

Najgorzej było, kiedy Pani Igła odpytywała z treści książki. Mysza tego bardzo nie lubiła, czuła się wtedy jak zdrajczyni, jakby łamała sekretne przymierze pomiędzy nią a książką. Kiedy za dużo się o niej opowiadało i zdradzało, książka stawała się coraz bardziej pusta, wysychała jak zwiędły kwiat. Im więcej wypuszczało się na zewnątrz, tym mniej zostawało z niej w środku człowieka. A książki jak najwięcej powinno zostać w środku, bo tylko wtedy ma prawdziwą moc, może być wieloma książkami naraz, tak jak wielu jest ludzi, choć składa się dla każdego z tych samych słów i liter. To tak jakby musieć streścić Jasną, albo Mamę. Nie da się tego zrobić, trzeba je przeczytać, bo dla każdego Jasna może być inną Jasną, może być wiele różnych wersji Jasnej — wersja Mamy i wersja Myszy, i mnóstwa innych ludzi. Tylko wtedy Jasna może być prawdziwą Jasną, mimo że tak bardzo zwielokrotnioną, a Mama Mamą. Na przykład dla Szybkiej i Dolara Mama jest kimś zupełnie innym, kimś, kogo Mysza nie zna.

Pani Niebieska nigdy nie odpytywała z treści, jakby rozumiała, że nie zdradza się sekretów, że czytanie jest tajemnicą, że pewne rzeczy powinny zostać tylko wewnątrz, bo tylko wtedy nie przestają być prawdziwe.

Ale Mysza trafiała częściej na Panią Igłę, wolała więc, kiedy to Jasna przywoziła jej książki, a robiła to za każdym razem, kiedy przyjeżdżała, i był to jeszcze jeden z powodów, dla których Mysza wyczekiwała tych dni. Miała już sporą kolekcję swoich własnych książek, a czytać się nauczyła, jeszcze zanim poszła do szkoły. Książki, które lubiła najbardziej, ukryła później w Sekretnym Miejscu.

Kiedy przygląda się bliżej książce w kufrze, zauważa, że różni się od tej z biblioteki. Znajduje się tu opowiadanie, którego Mysza nigdy wcześniej nie widziała. Tylko początek jest znajomy, zaczyna się rymowanką o Szarej Pani i znaku kukułki, którą zna chyba każdy, nawet Mama i Jasna, a dzieci na osiedlu często powtarzają chórem, zwłaszcza kiedy chcą kogoś nastraszyć. Dalej zaczyna się coś, czego nie czytała i nie widziała w drugiej książce. To zaskakujące i ekscytujące jednocześnie, jakby to opowiadanie przeznaczono wyłącznie dla niej. Opowiadanie różni się od pozostałych, jest trochę straszne, zupełnie jakby w ogóle nie pasowało. Ale Mysza czyta je z zapartym tchem, szybko przewracając kartki starej książki. Później dzięki niemu odkrywa Skraj Świata.

Teraz Mysza oswoiła już Sekretne Miejsce i należy do niej. Kichając, wymiotła kurz i wytarła wszystko do czysta, często otwierała okna i powietrze przestało być ciężkie i duszące. Jeśli tylko chciała, mogła zostać tu na dłużej, nawet wtedy, kiedy było zimniej albo w nocy. Miała wszystko, czego potrzeba, schowane w starej walizce: latarkę, którą znalazła w szufladzie w kuchni, trochę świec i zapałki, które wykradła z szafki w pokoju Mamy, koc i ubranie na zmianę, a nawet starą apteczkę z samochodu Taty, którą znalazła kiedyś na strychu. I oczywiście książki. Nikt by jej tu nie znalazł, była tego pewna. Ani Dolar, ani Szybka, ani puści i pchłopijawki, bo choć pochodzili z Innego Świata, nie mieli tu wstępu. To było prawdziwe Sekretne Miejsce.

12. MYSZA

Nie od razu zorientowała się, że tajemnicze opowiadanie z książki mówi o Domu i okolicach. Że to wszystko dzieje się właśnie tutaj. Może to sam Dom je napisał, jakby chciał opowiedzieć o sobie Myszy. Wiele rzeczy się zgadzało, więc Mysza była pewna, że ma rację. To działo się tutaj, choć zdawała sobie sprawę, że nie wszystko w opowiadaniu musi wyglądać tak jak w rzeczywistości, że ten, kto je pisał, mógł ukryć prawdę pod grubą wierzchnią warstwą, owinąć długą nicią jak szpulkę. Poza tym wiedziała, że czas i las mogły zatrzeć niektóre ślady, wymazać je jak gumką, tak jak drogę prowadzącą do Domu. Oglądała więc Dom dokładnie, długo zwiedzała zdziczały ogród. Znalazła sad, jabłonkę i staw. Przede wszystkim chciała jednak sprawdzić, czy uda jej się znaleźć Skraj Świata. Opowiadanie było jak mapa. Mysza doszła do tylnych krańców ogrodu, tak jak zapamiętała, i ruszyła drogą, która była już teraz ledwie widoczną wąską ścieżką i ktoś, kto nie wiedział o jej istnieniu, mógłby jej wcale nie zauważyć. Szła długo, niekiedy musiała przedzierać się przez gęste zarośla, wymijać podmokłe tereny. W końcu dotarła do końca ścieżki, a jej oczom ukazała się stara pordzewiała tablica z nazwą miejscowości. Napis był ledwie widoczny, ale dało się go jeszcze odczytać. „Skraj Świata” — wyszeptała Mysza.

A więc on naprawdę istniał. Przed nią rozciągała się duża polana, gdzieniegdzie porośnięta drzewami. Mysza szła, przyglądając się wszystkiemu dokładnie, szukając śladów. Niewiele ich zostało, ale były. Drzewa, wciąż jeszcze dające owoce, ale mocno już zdziczałe, których nikt już nie zrywa i na nie nie czeka, podobne do tych w ogrodzie Domu, stary zardzewiały pług porzucony w wysokiej trawie, dziurawy, blaszany garnek. Mysza widziała też resztki murów porośniętych mchem, które przypominały puste, zepsute zęby. Wyglądały tak, jakby tkwiły w ziemi tylko dlatego, że ktoś zapomniał je wyrwać. Ale czy ten Skraj Świata był tym samym Skrajem Świata co w opowiadaniu? Wiedziała, że aby się o tym przekonać, musi przyjść tu trochę inną drogą.

13. MARIA
(Nie)bajka o Wilczej Dziewczynce

Nie mogę powiedzieć, że mam tylko złe wspomnienia z domu wuja, choć właśnie tam zdarzyło się coś okropnego, coś, co zaciążyło na całym moim życiu. Spędziłam tam jednak także wiele wspaniałych chwil. Kochałam ten dom i nadal kocham, mimo że tak bardzo ostatnio zmarniał. Oboje jesteśmy już u kresu drogi. Niewiele czasu nam zostało. Czasami, kiedy zmrużę oczy, widzę go takim jak dawniej — niczym zuchwałego wędrowca, który rozpanoszył się i umościł w samym sercu lasu. Lubiłam biegać po plątaninie korytarzy, pokojach i zakamarkach, które przypominały labirynt. Nie wszędzie dało się wejść, klucze do niektórych pomieszczeń miała ochmistrzyni, ale zawsze zdejmowała je na noc. A noc należała do mnie. Potrafiłam wejść wszędzie bezszelestnie jak duch. Zresztą duchy mi często towarzyszyły. Niektórym wydawało się to przerażające, ale ja się nie bałam. Nie mogły zrobić mi krzywdy. Najczęściej nawet mnie nie widziały, jakby znajdowały się tutaj tylko po części, a po części zupełnie gdzie indziej. Kiedy ochmistrzyni zasypiała, zawsze głośno chrapała, po tym poznawałam, że mogę już zakraść się do jej pokoju i chwycić klucze, które zawsze wieszała na haczyku przy toaletce. Miałam swoje ulubione miejsca. Lubiłam zakradać się do gabinetu wuja, gdzie w ciągu dnia znikał na długie godziny. Nocą gabinet wydawał się jeszcze bardziej tajemniczy niż za dnia. Za dnia bywałam tam wyłącznie wtedy, kiedy wuj i doktor R. prowadzili swoje badania. Nie przepadałam za nimi, choć niektóre z nich wydawały się interesujące, a nawet zabawne. Jak wtedy, kiedy miałam przesunąć siłą woli igłę, srebrną łyżeczkę albo zatrzymać wahadło zegara. Nigdy mi się to zresztą nie udało, z czego wuj był bardzo niezadowolony.

 

Badania zazwyczaj wyglądały bardzo podobnie. Dwa razy w tygodniu zaraz po śniadaniu stawałam punktualnie u drzwi gabinetu wuja. Pukałam i czekałam chwilę, aż usłyszałam:

— Wejdź, Mario.

Nigdy nie wchodziłam wcześniej, bo wuj potrafił się wtedy rozgniewać. Kiedy wchodziłam, wskazywał ręką fotel po drugiej stronie biurka, przy którym zawsze siedział.

— Usiądź, Mario — mówił znów wuj.

Nigdy nie zwracał się do mnie inaczej, nawet kiedy byłam jeszcze maleńkim dzieckiem. Nie uznawał zdrobnień, tak samo zwracał się do swoich dzieci. Kornelia i Tadeusz, nigdy Nela czy Tadek. Wuj był osobą szorstką w obyciu i zdystansowaną, choć Franciszka utrzymywała, że kiedy żyła jeszcze ciotka, potrafił być radosny i beztroski, szczególnie ona potrafiła go rozweselić, a kiedy umarła, sposępniał i nawet dla własnych dzieci nie potrafił się zdobyć na uśmiech.

Na fotelu trochę dalej siedział doktor R. i wszystko obserwował niczym milczący świadek, nigdy się nie odzywał, jedynie od czasu do czasu coś zapisywał w niewielkim notesie. Nigdy nie lubiłam wuja, ale doktor R. wzbudzał we mnie z jakiegoś powodu strach, wręcz przerażenie. Było tak, odkąd pamiętałam. Może to przez ciemne przenikliwe oczy albo krzaczaste brwi, może przez drobne i lekko szpiczaste zęby, widoczne, kiedy się uśmiechał. W każdym razie było coś, co nadawało jego twarzy straszny wyraz. Miała w sobie coś z drapieżnika.

Kiedy siadałam, widziałam, że wuj też notuje coś w grubym zeszycie. Później, kiedy odbywałam swoje nocne wędrówki i udało mi przejrzeć notatki, widziałam, że notował tam zawsze temperaturę w pomieszczeniu, ciśnienie powietrza, i temperaturę ciała, którą zmierzył mi doktor R. przed i po badaniach.

Nie rozmawialiśmy zbyt wiele. Zazwyczaj miałam po prostu wykonywać określone czynności. Na początku podejmowałam próby w różnych dziedzinach. Głównie przesuwanie przedmiotów siłą woli oraz jasnowidzenie, jednak próby się nie powiodły. Ani zgadywanie, co zapisane jest na odwrotnej stronie kartki, ani odgadywanie, która karta do wista jest ukryta w szufladzie biurka, ani przesuwanie siłą woli igły, monety, łyżeczki. Kilka razy wskazówka zegara w gabinecie zatrzymywała się na chwilę, a mnie się wydawało, że powietrze wokoło zgęstniało jak galareta, później wskazówka zaczęła się cofać, by znów powrócić do punktu wyjścia. Wuj i doktor R. zdawali się tego nie dostrzegać, widziałam to jedynie ja i nie byłam pewna, czy mi się nie zdawało. W późniejszym czasie skupili się więc na moich rzekomych zdolnościach mediumicznych.

Doktor R. zawsze badał mnie przed eksperymentem i po nim. Ściskał rękę, sprawdzając puls, a ja za każdym razem wzdrygałam się od dotyku jego zimnej i szorstkiej skóry. Później zaglądał do gardła, osłuchiwał stetoskopem, przyglądał się dłoniom, odciągał powieki i zaglądał w oczy. Podczas tych oględzin starałam się na niego nie patrzeć, żeby nie pokazać, jak wielki wzbudza we mnie lęk. Szczególnie kiedy zaglądał mi w oczy, patrzyłam gdzieś w bok, żeby tylko nie spojrzeć w jego ciemne, prawie równie czarne jak źrenice tęczówki.

Po tym jak siadałam w fotelu i zostałam zbadana przez doktora R., zasłaniano kotary. W pokoju panował półmrok, świeciła tylko mała lampka, dająca niewiele światła. Później zamykałam oczy, a po jakimś czasie zwykle zaczynała mnie ogarniać senność, zwłaszcza jeśli wcześniejszej nocy odbywałam swoje wędrówki i rano budziłam się niewyspana. Wkrótce zapadałam w półsen, który wuj i doktor R. nazywali transem. Wtedy zazwyczaj się pojawiali. Byli to często ci, których widywałam na portretach w salonie, dawni mieszkańcy domu. Wuj zwykle chciał, żebym przywołała ciotkę, ale udało mi się to tylko kilka razy, poza tym była słabo widoczna i ledwie wyczuwalna. Rozpoznawałam ją, bo widziałam jej zdjęcie wiele razy, były też portrety w salonie i jeden w jej dawnym pokoju, który teraz stał pusty, podobnie jak pokój mojej matki, dopóki w nim nie zamieszkałam. Zjawy nic nie mówiły, jakby nie potrafiły tego robić. Kilka razy widywałam też Jagnę z niemowlęciem na rękach, choć zazwyczaj ukazywała mi się w innych miejscach, zwłaszcza kiedy zasiedziałam się w którymś z pokoi podczas moich nocnych wędrówek i zasnęłam. Ale o tym nie wspominałam wujowi. Mógłby się domyślić, że zakradłam się tamtej nocy kilka lat wcześniej do pokoju i wszystko widziałam. Chyba nikt oprócz ochmistrzyni nie miał pojęcia, że Jagna i jedno z jej dzieci zmarło tamtej nocy, że urodziła tu bliźnięta. Wśród służby słyszałam od tamtego czasu jedynie plotki, że wyjechała pod koniec ciąży do rodzinnej wsi i wyszła za mąż. Tylko ja to wiedziałam, była to jedna z niewielu rzeczy, których nie zdradziłam nawet Franciszce. To była moja tajemnica.

Czasami pojawiały się złe rzeczy. Zawsze wtedy raptownie się wybudzałam, cała rozdygotana, a kiedy wuj i doktor R. pytali, co takiego widziałam, niechętnie o tym opowiadałam. Czasami byli to źli ludzie, którzy za życia robili nikczemne rzeczy, ale o wiele gorsze były istoty, których nie można było nazwać ludźmi. Nie wiem, czym były. Te istoty zazwyczaj były długie, ciemne i puste w środku jak wydrążone pnie, czasami jednak wypełniała je dziwna ruchliwa czarna masa, a kiedy jeden raz zdołałam się im przyjrzeć uważniej, wyglądały jak połączenie owadów z pijawkami, które wuj trzymał w gabinecie w wielkim słoju. Podobno kiedy ciotka zachorowała, tylko one pomagały, w końcu jednak nic już nie działało i nic nie mogło jej uratować. Podczas eksperymentów widywałam wszystkie dusze mieszkańców, o jakich wiedziałam i słyszałam, z wyjątkiem mojej matki. Ta nigdy nie pojawiała się w gabinecie wuja.

Widywałam też innych ludzi, którzy różnili się od dusz zmarłych. Rozpoznawałam ich po tym, że otaczała ich złotawa poświata jak promienie słońca. Nazwałam ich mglistymi. Nie byłam pewna, kim są. Mgliści mieli zazwyczaj na sobie dziwne stroje i w przeciwieństwie do dusz zmarłych, czasem mówili. Kiedy się odzywali, często nie mogłam do końca ich zrozumieć, ich głosy były niewyraźne, a język, którym się posługiwali, różnił się od tych, jakie znałam, choć jednocześnie było w nim coś bliskiego. Im dziwniejsze były stroje, tym zazwyczaj dziwniejsze były też słowa, a mgliści mniej widoczni. Czasami język różnił się tylko pojedynczymi, nieznanymi mi słowami, innym razem nie mogłam w ogóle zrozumieć sensu wypowiadanych zdań. Często zresztą obrazy i dźwięki były zniekształcone, jakbym była odbiornikiem radiowym albo telewizyjnym, a podczas odtwarzania obrazu i dźwięku następowały zakłócenia. Nie wiem, czym owe zakłócenia były. Twarze wydłużały się i drgały, głosy trudno było wychwycić spośród dziwnych szumów i trzasków. Czasem obrazy rozbłysły tylko na chwilę, a później wszystko pochłaniała ciemność.

Oprócz ludzi widywałam też zwierzęta. Te często były jeszcze bardziej zniekształcone niż postacie ludzkie. Jakie były to zwierzęta, poznawałam czasem po odgłosie, jaki wydawały. Najbardziej lubiłam koty. Pojawiały się chyba zresztą najczęściej. Miały długie, szare i ulotne jak dym ciała, przypominały wydłużony cień zwykłego kota. Wydawały jednak takie same odgłosy jak zwyczajne koty i były tak samo miękkie w dotyku. Mrucząc, ocierały się o moje nogi, wskakiwały na kolana i trącały pyszczkiem moją brodę.

Pojawiały się też zwierzęta, które wydawały się zupełnie odmienne od tych, jakie kiedykolwiek widziałam. Kiedy później szukałam ich w książkach przyrodniczych, nigdy nie mogłam ich znaleźć. Kiedy pytałam o nie i opisywałam je guwernantce, patrzyła na mnie ze zdumieniem, więc przestałam to robić. Widywałam też inne istoty, które miały w sobie coś i ze zwierząt, i z ludzi, ale nie były ani jednym, ani drugim.

Podczas jednego z badań po raz drugi spotkałam Wilczą Dziewczynkę. Czy bywała w domu wuja już wtedy? A może tylko ją sobie wyobraziłam? Tego dziś też nie mogę już być pewna. Zaczęło się tak jak już wiele razy wcześniej. Usiadłam w fotelu, a doktor R. mnie zbadał. Później zaciągnięto kotary w oknach i zapadła ciemność. Przymknęłam oczy i rozsiadłam się wygodniej w fotelu. W gabinecie było teraz słychać jedynie tykanie zegara, nic poza tym. Minęło kilka chwil i usłyszałam lekkie skrzypienie podłogi. Później wyczułam coś w kącie pokoju, poczułam lekkie muśnięcie na ramieniu. Zaraz potem zobaczyłam kobietę. Widywałam ją już kilka razy. Miała na sobie prostą, szarą suknię, jej włosy z pasmami siwizny były splecione w schludny kok. Nie wiem, kim była, może jedną ze służących. Pytałam kiedyś o to Franciszkę. Często wypytywałam ją o stare czasy i o byłych mieszkańców, a ona z lubością o wszystkim mi opowiadała. Miała do tego talent, była niezwykłą gawędziarką i prawdopodobnie od niej przejęłam zamiłowanie do opowieści. Franciszka wierzyła mi też, że widuję duchy, i była świecie przekonana o ich istnieniu. „Ale ja tam bym nie chciała tak jak panienka…” — Wzdrygała się. „Wystarczy, że czasem mi się zdaje, że w ciemności coś widzę, a ciarki idą po plecach”. Opowiedziała mi, że kiedyś zdarzył się wypadek, jedna ze służących nieszczęśliwie się potknęła, myjąc okno, i spadła z piętra. Zginęła na miejscu. Przez długi czas było to tematem numer jeden we dworze, na miejsce przybyła policja z miasta i wszystkich wypytywano o szczegóły. Niektóre osoby nawet podejrzewały, że ktoś wypchnął nieszczęśnicę przez okno, ale to były tylko plotki, oficjalnie uznano to za nieszczęśliwy wypadek, niczego więcej nie udowodniono. Jej opis pasował do postaci, którą widziałam. Kiedy zniknęła, pojawiło się kilka kocich zjaw, ale i one wkrótce odeszły. A później zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Gdzieś z tyłu usłyszałam tupot stóp, ale nie widziałam żadnego obrazu. Tupot przybliżał się, a po chwili poczułam czyjś dotyk. Ten ktoś musiał być teraz za moimi plecami. Ktoś chwycił mnie od tyłu za rękę. Uścisk był mocny i doskonale wyczuwalny. To mnie zdziwiło. Coś się nie zgadzało. Zazwyczaj dotyk zjaw, duchów i mglistych był lekki, ledwie wyczuwalny. Z moich ust wydobył się mimowolny okrzyk zdziwienia.

— Mario, co się stało, co widzisz? — zapytał zaniepokojony wuj.

Nie odpowiedziałam. Dłoń zacisnęła się jeszcze mocniej, wyczuwałam, że jest drobna, mniejsza od mojej.

— Mario? — zapytał znów wuj.

Dłoń ściskająca moją rękę przekręciła się do przodu, ktoś musnął moją twarz, wiedziałam, że zjawa stoi teraz przede mną, nikogo jednak nie widziałam.

— Co, u diabła… — rozległ się głos doktora R.

Otworzyłam oczy. Zazwyczaj wtedy zjawy znikały lub stawały się mniej wyraźne, jakby to, że miałam przymknięte powieki, sprawiało, paradoksalnie, że widziałam je wyraźniej. Jak wtedy, kiedy patrzymy pod słońce i mrużymy oczy, żeby coś widzieć, bo jego blask nas oślepia. Teraz jednak przez mgnienie widziałam czyjąś twarz tuż przy swojej twarzy. Tak mnie to zaskoczyło, że podskoczyłam ze strachu na krześle. To było dziecko, byłam tego pewna, mimo że lampa dawała niewiele światła. Wpatrywało się prosto w moje oczy. Nagle lampa zgasła z sykiem, w pokoju zrobiło się kompletnie ciemno. Po chwili usłyszałam, jak wuj i doktor R. podrywają się z foteli, rozległy się kroki.

— Do licha… — Usłyszałam głos wuja. Dodał coś jeszcze, ale dalsze słowa wypowiedział szeptem i nie mogłam ich zrozumieć. Wydawało mi się, że wuj powiedział: „Zabierz ją stąd”.

Ucisk na mojej ręce zelżał, wydawało mi się, że słyszę przez chwilę dziecięcy płacz, ale zaraz został stłumiony i wszystko ucichło. Kiedy w pokoju zapalono lampy, doktor R. właśnie zamykał drzwi gabinetu, jakby gdzieś przed chwilą wychodził. Przyglądał mi się czujnie.

— Wszystko w porządku, Mario? — zapytał wuj, który już stał przy mnie.

Pokiwałam głową. Z jakiegoś powodu nie chciałam zdradzić, co takiego widziałam. Coś mi mówiło, że lepiej tego nie robić. Podejrzewałam, że wuj i doktor R. mieli z tym coś wspólnego. Poza tym sama nie byłam pewna, co właściwie widziałam. Czy to była zjawa? Dziewczynka nie przypominała ani duchów, ani zjaw, ani mglistych. Wydawała się zupełnie żywa jak ja, wuj, Franciszka czy doktor R.

— Wuju, czy był tu ktoś przed chwilą? — zapytałam tylko.

Wuj i doktor R. twierdzili jednak, że niczego nie widzieli i nikogo nie było w gabinecie. To mi jeszcze bardziej dało do myślenia. Czy mówili prawdę, czy coś ukrywali?

Tamtego ranka nie pobiegłam od razu do pokoju guwernantki, gdzie odbywały się lekcje, jak zazwyczaj robiłam. Zniknęłam w sąsiednim korytarzu, odczekałam chwilę i zakradłam się pod drzwi gabinetu.

Drzwi gabinetu były grube, a wuj i doktor R. rozmawiali przyciszonymi głosami, więc nie wszystko słyszałam, tylko pojedyncze słowa, które jednak wzbudziły moją czujność.

— Jak ona… — Usłyszałam głos wuja.

— Musimy… ostrożność… — To był doktor R.

— …mało… gotowa… domyślić… wysoce niewskazane… — To znowu wuj.

 

— …nikt… na razie… tajemnicy…

Nigdy nie zapomniałam tej rozmowy. Byłam pewna, że wuj i doktor R. coś przede mną ukrywają. Musiało jednak upłynąć jeszcze sporo czasu, nim moje podejrzenia się potwierdziły.

Tamtej nocy jak wiele razy wcześniej zakradłam się podczas swojej nocnej wędrówki do gabinetu wuja. Jak zwykle spędziłam sporo czasu na przeglądaniu zgromadzonych tam czasopism i książek. Były to w większości lektury poświęcone zjawiskom nadprzyrodzonym, metapsychice i spirytyzmowi. Księga duchów Kardeca, Z nieświadomości do świadomości, Życie po śmierci, Wiedza tajemna, Ektoplazma i wizje, „Kurier Metapsychiczny”, Zagadnienia metapsychiczne… Czytałam o siostrach Fox, o Eusapii Palladino, Stefanie Ossowieckim, Franku Kluskim i wielu innych, o duchach, telepatii, wizjach, seansach, teoriach, z których większość dziś wydałaby się bzdurna. Przeglądałam to wszystko z fascynacją, choć wielu rzeczy nie pojmowałam, starałam się też zrozumieć, czym było to, co widywałam. Nie byłam podobna do innych opisywanych mediów. Z moich ust nie wydobywała się ektoplazma, zjawy, które wywoływałam, nie były widzialne ani wyczuwalne ani dla wuja, ani dla doktora R., ani dla nikogo innego. Z drugiej strony, nigdy nie uczestniczyłam w prawdziwym seansie spirytystycznym. Kto wie, co by się wtedy działo?

Po przejrzeniu czasopism i książek ruszałam z lampą w stronę regałów i szafek. Stał tam stary fonograf na korbkę, który wuj nam kiedyś demonstrował, zawsze przykładałam usta do lejkowatej metalowej tuby i mówiłam kilka słów, a potem przykładałam do niej ucho i wyobrażałam sobie, że słyszę czyjś głos. Zastanawiałam się, jakby to było móc usłyszeć głosy zjaw za pomocą fonografu. W szafce ze szklanymi drzwiczkami stały trunki wuja, cygara w zdobnym pudełku, a obok wielki słój z pijawkami. Zawsze przyglądałam mu się z fascynacją i obrzydzeniem. Ciemne, błyszczące i oślizłe ciała wiły się na dnie słoika, lub przyklejały się do jego ścianek. Wiedziałam, że potrafią przyssać się naprawdę mocno. Kiedyś wybraliśmy się z guwernantką, panną Osowską, Kornelią i Tadkiem nad jezioro za lasem. Kiedy się kąpałam, wielka pijawka przyssała się do mojej nogi tak mocno, że ledwie ją oderwałam. Rozpłakałam się donośnie, a Tadek śmiał się, nazwał mnie beksą i dźgnął pijawkę patykiem. Kornelia wpatrywała się w nią z daleka, a panna Osowska zaczęła opowiadać nam o jej budowie i zastosowaniach. Od tamtej pory pijawki wzbudzały we mnie strach i obrzydzenie. Kiedyś widziałam, jak Franciszka leczyła nimi chorą nogę, i wydało mi się to przerażające. W tamtych czasach leczono nimi już o wiele rzadziej niż w poprzednim wieku, ale doktor R. nadal był ich zwolennikiem, a wuj czasami wciąż je stosował.

Na jednej z półek leżały woskowe odlewy zjaw zdobyte przez wuja podczas seansów spirytystycznych, w których uczestniczył. Były to głównie odlewy dłoni i stóp, rzadziej twarzy. Dotykałam ich delikatnie koniuszkami palców, gdzieś w mojej głowie tkwił absurdalny strach, że któraś z tych dłoni gwałtownie się poruszy i zaciśnie się na mojej ręce, puste oczodoły nagle wypełnią wlepione we mnie oczy, a z ust wydobędzie się złowrogi pomruk. Na samą myśl wzdrygałam się ze strachu. Obok stała drewniana szkatułka wypełniona zdjęciami z tych samych seansów. Przyglądałam im się ze strachem pomieszanym z fascynacją. Największe wrażenie robiły na mnie dwa zdjęcia. Jedno przedstawiało dwóch mężczyzn patrzących nieco w bok, mieli na sobie eleganckie surduty i można było dostrzec, że siedzą przy stoliku, trzymając się za ręce, po obu ich stronach widać było ręce dwóch innych osób, ale dalsze sylwetki nie mieściły się w kadrze. Za plecami mężczyzn stała ciemna postać. Wyglądała na kobietę, choć jej twarz była słabo widoczna, zamazana, okalały ją ciemne i bardzo długie włosy. Postać była przyobleczona w długą, szarą suknię. W jej sylwetce rysowało się coś złowrogiego i przerażającego, jak w przypadku kilku złych zjaw, które czasami widywałam. Najstraszniejsze było to, że zjawa trzymała chudą rękę o nienaturalnie długich i bladych palcach na ramieniu jednego z mężczyzn. Znałam tego mężczyznę. Bywał parę razy we dworze, pamiętałam go mgliście, bo miało to miejsce kilka lat wcześniej. Zapytałam Franciszkę, kim był. Długo nie mogła zgadnąć, o kogo mi chodzi.

— Ten, który przywiózł mi zabawkę. — Wskazałam na nakręcanego pajaca, którego dostałam w prezencie od mężczyzny.

— Ach, to profesor Walewski! Ale dlaczego pytasz o niego, Marysiu? — Jej twarz spoważniała. — On już na tamtym świecie. Dobre trzy lata będzie.

— Zastanawiałam się właśnie, od kogo dostałam tę zabawkę, i nagle sobie go przypomniałam — skłamałam, nie chcąc zdradzać, że pamięć wróciła, kiedy spojrzałam na zdjęcie w gabinecie. — Był bardzo miły. Co mu się stało, Franciszko? Dlaczego umarł?

— Nie powinnam o tym właściwe mówić… Panienka jeszcze dziecko jest… A to dość straszna i dziwna historia — zaczęła, ale wiedziałam, że nie utrzyma języka za zębami. Franciszka kochała ciekawe opowieści, zwłaszcza te straszne i niezwykłe, to było silniejsze od niej.

— Niech Franciszka opowie… — prosiłam. — Bardzo jestem ciekawa.

— Dobrze, ale niech panienka nie powtarza nikomu. Jeszcze mi się dostanie i wuj panienki znów gotów się rozgniewać.

Kiedyś opowiedziałam Kornelii o wilczych ludziach i innych historiach, które słyszałam od Franciszki. Kornelia powtórzyła niektóre bratu, a ten ojcu i Franciszce dostało się za opowiadanie niestworzonych historii. „Kto to słyszał, żeby nabijać dziecku głowę takimi banialukami! Bajdy niestworzone!” — mówił wuj ze złością. To przyśpieszyło rozpoczęcie mojej nauki u guwernantki, która uczyła już Kornelię i Tadeusza. Miała sprawić, że zajmę się czymś pożytecznym, nabiorę ogłady i nauczę się dobrych manier.

— Z tą śmiercią to była dziwna sprawa, nie wiem wszystkiego, ale słyszałam to i owo. Może to plotki, może nie… — zaczęła. — W każdym razie mówią, że przed śmiercią profesor dziwnie się zachowywał. Opowiadał o strasznych snach, w których widział dziwną kobietę. To była podobno ta sama zjawa, która pokazała się podczas jednego z wieczorów stolikowych u jakiejś hrabiny w mieście. Kiedy profesor zobaczył zdjęcie, na którym była widoczna zjawa, bardzo się przeraził. Nie wiem dokładnie, co na nim było. Mówią, że odtąd sypiał coraz gorzej, nawiedzały go koszmary. W dzień czasami przystawał i rozglądał się lękliwie. Niektórzy twierdzili, że zwariował. W końcu znaleziono go martwego w oficynie, którą zajmował. Podobno przedawkował lekarstwa, ale niektórzy mówią, że zrobił to rozmyślnie. Że sam sobie życie odebrał. A jeszcze inni, że to musiała być ta zjawa…

Wpatrywałam się w zdjęcie i zastanawiałam się, czy to tę kobietę widywał w snach profesor. Czy została uwieczniona na zdjęciu chwila, w której przyssała się do niego niczym pijawka ze słoika wuja?

Drugie zdjęcie, które mnie fascynowało, przedstawiało kobietę siedzącą na krześle z przymkniętymi oczami. Miała na sobie szykowną i zdobną suknię, jej ręce były rozłożone, z palców wydobywało się coś, co przypominało promienie. Promienie te, niczym sznurki, oplatały słabo widoczną postać małej dziewczynki w ciemnej, falbaniastej spódnicy i marynarskiej bluzeczce. Twarz dziewczynki była słabo widoczna, jakby półprzezroczysta, dziecko przypominało marionetkę w rękach kobiety. Kobieta musiała być medium, ale kim była dziewczynka? To ciekawiło mnie o wiele bardziej, może dlatego, że była trochę podobna do mnie. W jej twarzy było coś znajomego. Wymyślałam jej dziesiątki różnych imion i dziesiątki różnych żyć. W mojej głowie rodziła się i umierała wciąż na nowo, była nieśmiertelna.