Znak kukułkiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6. ALINA

Przez kolejne tygodnie od czasu do czasu powracają myśli o szufladzie biurka Mateusza i teczce, ale odsuwam je od siebie. Zamykam w swojej własnej szufladzie, gdzieś w podświadomości.

Jakiś miesiąc po śmierci Mateusza spotykam Gretę. To czysty przypadek. O ile oczywiście cokolwiek, co się dzieje w tej historii, można nazwać przypadkiem. Dopiero teraz, po czasie, uświadamiam sobie, jak to wszystko już wtedy się ze sobą łączyło i zazębiało.

Dzieje się to kilka dni po tym, jak moja kolejna lokatorka, czwarta z kolei, wyprowadza się w pośpiechu. Wracam właśnie ze sklepu ze starociami. Dwa lata temu przyjaciel Mateusza, pan Jan, przyjął mnie tam na stałe. Praca mi się podobała. Nie zarabiałam jednak zbyt wiele, więc po jakimś czasie postanowiłam wynajmować komuś pokój. Mieszkanie było spore i miałam dość miejsca, jednak najwyżej po tygodniu wszyscy rezygnowali. Przerażało ich to, co czasami się ze mną działo. Ludzie zawsze się tego bali. Do jakiegoś stopnia potrafię ich zrozumieć. Nie każdy jest w stanie przełknąć coś takiego i nie dostać niestrawności. Nie mam pojęcia, jak bym zareagowała, gdyby rzecz nie dotyczyła mnie samej. Może też bym zwiała w podskokach?

Zazwyczaj nie zwracam zbytnio uwagi na słupy ogłoszeniowe, ale w tej chwili myślę akurat o tym, że trzeba będzie zamieścić nowe ogłoszenia na portalu internetowym i w gazecie. I wtedy mój wzrok przyciąga plakat na słupie. Nie jest ani specjalnie duży, ani nie rzuca się w oczy. Jakby ktoś próbował go wstydliwie ukryć wśród tej pstrokatej zbieraniny. Tym, co mnie zaciekawia, jest tytuł: Kobieta z kukułką. Jak wynika z opisu, jest to zbiór kilku filmów krótkometrażowych, które tworzą całość. Nazwisko twórcy wydaje mi się znajome, chyba kojarzę jeden popularny film, którego był reżyserem. O tych krótkometrażówkach nigdy nie słyszałam, ale ten tytuł wydaje mi się w jakiś sposób znajomy. Dopiero jakiś czas później uświadamiam sobie dlaczego. I jak wiele w tym wszystkim jest pozornych przypadków i zbiegów okoliczności. Seans ma się rozpocząć o siedemnastej. Spoglądam na zegarek. Za piętnaście piąta. Kino znajduje się kilka minut drogi stąd. Nagle czuję nieprzepartą ochotę, żeby tam iść, zupełnie jakby coś mnie przyciągało. Jakby jakiś wewnętrzny głos nakazywał mi tam iść. I pewnie rzeczywiście tak było, choć wtedy nie mogłam jeszcze tego wiedzieć. Zupełnie jak wtedy, kiedy nachodzi ochota na zjedzenie czegoś konkretnego. Nie można przestać o tym myśleć, aż nie ulegnie się zachciance.

Wchodzę do kina i proszę o bilet.

— Mogłaby pani powtórzyć? — mówi kasjerka, robiąc zdziwioną minę.

Jeszcze dwa razy pyta o tytuł, zanim poda mi bilet, jakby nie miała pojęcia, że coś takiego wyświetlają.

Kiedy wchodzę, światła są już przygaszone, seans ma się rozpocząć lada chwila. W sali nie ma nikogo oprócz mnie. Zajmuję miejsce w jednym z pierwszych rzędów i rozglądam się. Wtedy zauważam, że jest jeszcze ktoś, ale nie widzę tej osoby zbyt wyraźnie. Zajmuje miejsce na górze, na balkonie. Zaczynają się wyświetlać napisy początkowe, kiedy drzwi się otwierają i wchodzi ktoś jeszcze. Rozgląda się przez chwilę, a potem rusza w moją stronę i siada na miejscu obok mnie. Zerkam na nią przelotnie. Jej twarz, bo to kobieta, oświetla światło ekranu. Ma ciemne, krótkie włosy i jest mniej więcej w moim wieku. Dziwi mnie to, że usiadła tuż przy mnie. Jestem pewna, że jej nie znam. A ludzie zazwyczaj nie siadają w kinie tuż obok kogoś nieznanego, jeśli wokół jest tyle wolnych miejsc. Przynajmniej ja nigdy tak nie robiłam, nawet jeśli był większy ścisk. Widzi, że na nią zerkam, i się uśmiecha. Uśmiech ma ładny, choć jest w nim coś kpiącego. Jakby to, że się przyglądam, wydało jej się zabawne. Jakby rzucała mi wyzwanie. Odwracam wzrok w stronę ekranu.

Filmy są dziwne. Nigdy wcześniej nie oglądałam nic tak niepokojącego. Jakiś czas później, kiedy szukamy w tym wszystkim punktów stycznych, oglądamy je z Gretą raz jeszcze. Opisuję je wtedy dokładnie.

Kobieta z kukułką, opis, scenariusz i reżyseria Adam Przebiśniewski

Film numer 1 — Kołysanka

Ciemny pokój rozjaśnia tylko słaby blask nocnej lampki. W pokoju stoi kołyska. Dziecko śpi spokojnie, ale muzyka w tle jest niepokojąca, jakby miało się zdarzyć coś złego. Za oknem słychać kukanie kukułki. Ptak siada na parapecie za oknem. Lekko puka w szybę, a potem odlatuje. Kamera znów zostaje skierowana na kołyskę. Dziecko nadal śpi. Jest jeszcze małe. Może mieć najwyżej miesiąc, dwa. To chyba chłopiec. Jest ubrany w niebieskie śpiochy i kaftanik. Teraz kamera pokazuje ciemny kąt pokoju. Coś w tym kącie się porusza. Jakaś sylwetka. Ciemny cień. Dziecko budzi się i kwili cicho, ale zaraz znów zasypia. Lampka wydaje z siebie cichy syk i gaśnie. Dziecko znów płacze, ale nie widzimy, co się dzieje. Słyszymy tylko rozpaczliwy płacz.

Zapala się światło. Widzimy teraz ciągle płaczące dziecko. Do pokoju wchodzi kobieta. Jest młoda, może mieć jakieś dwadzieścia parę lat. Podchodzi do kołyski, wyjmuje dziecko i zaczyna je kołysać. Nuci coś cicho. Kiedy dziecko się uspokaja, następuje zbliżenie na jego rączkę. Na przedramieniu widnieje dziwny ciemny znak — owalny jak jajo, z jaśniejszą kulistą plamką w środku i jakby przecięty na pół pionową kreską.

Film numer 2 — Zabawa w chowanego

Ciemność. Słychać dziecięcy głos, który odlicza: „Sześć… siedem… osiem…”. W tle rozlega się tupanie, jakby ktoś biegł.

Rozjaśnia się. Najpierw widzimy tylko fragmenty obrazu — ściany, małe bose stopy, które przebiegają po podłodze i znikają z kadru, okno, szafę, jakbyśmy patrzyli przez palce, potem coraz szerzej aż do pełnego widzenia. Widzimy teraz okołosześcioletniego chłopca, stojącego tyłem do ściany. Ma zasłonięte dłońmi oczy. Na jednym z przedramion widnieje czarny znak — owalny jak jajo, z jaśniejszą kulistą plamką w środku i jakby przecięty na pół pionową kreską. „Dziewięć… dziesięć!” — mówi głośno.

Chłopiec odsłania oczy i rozgląda się po pokoju. Zagląda pod łóżko. Potem pod stół. Podbiega do szafki, wymijając porozrzucane na podłodze zabawki, i otwiera ją. Potem zagląda do drugiej. I kolejnej. Wychodzi na korytarz, otwiera drzwi kolejnego pokoju. Zagląda pod łóżko. Potem pod stół. W końcu przystaje przy szafie. Uśmiecha się. Sięga ręką do drzwi, ale nagle nieruchomieje, jakby się rozmyślił. Wybiega z pokoju i biegnie do tego, z którego wrócił. Podchodzi do pudła z zabawkami i zaczyna w nim czegoś szukać. W końcu wyjmuje maskę wilkołaka i tekturowy miecz. Wraca do pokoju z szafą. Przystaje przed nią i sięga ręką do drzwi. W tle słychać kukanie kukułki. Drzwi rozchylają się powoli, skrzypiąc. Chłopiec przykłada do twarzy maskę. Drzwi stają otworem i w tej samej chwili maska i miecz upadają na podłogę. W szafie wisi kobieta. Twarz ma siną, a oczy zamglone. Na jej szyi zaciska się pętla ze skórzanego paska. Ma na sobie białą nocną koszulę. Jej bose stopy kołyszą się lekko.

Słychać kroki. Chłopiec stoi jednak nieruchomo, jakby skamieniał. Kroki słychać coraz wyraźniej, widzimy teraz chłopca tyłem. Kamera przybliża się do niego, jakby coś nadchodziło. Po chwili kieruje się na lustro w szafie. Znów widzimy chłopca. Stoi nieruchomo, jego oczy są szeroko otwarte, pełne przerażenia. Bose stopy martwej kobiety kołyszą się obok lustra jak wahadło. Chłopiec otwiera usta. Wylatuje z nich szary ptak i przysiada na otwartych drzwiach szafy. Kukułka. Chłopiec odwraca głowę i spogląda w lustro. Nie jest teraz sam. Obok niego stoi inne dziecko, drugi chłopiec. Wyglądają niemal identycznie — jak bliźnięta. Różni ich tylko jeden szczegół. Wyraz twarzy. Ten drugi chłopiec nie jest przerażony. On się uśmiecha. Podnosi z podłogi maskę wilkołaka i przykłada do twarzy pierwszego chłopca.

Film numer 3 — Raz, dwa, trzy — Baba-Jaga patrzy

Las. Zmierzcha. Słyszymy ciężkie dyszenie, a potem widzimy okołoczterdziestoletniego mężczyznę, który biegnie przez las. Mężczyzna ma na sobie elegancki płaszcz, spodnie i buty. W tle słychać kukanie kukułki. Mężczyzna wygląda na przerażonego. Biegnie, oglądając się za siebie co chwilę. Przystaje, pochyla się, łapie oddech i biegnie dalej. Dyszy coraz ciężej, po twarzy spływają mu krople potu. Odwraca się znowu. Między drzewami coś się porusza, jakiś czarny cień. Przybliża się, choć zdaje się poruszać wolno. Jakby znikało, a później pojawiało za każdym razem coraz bliżej. Mężczyzna znów przystaje. Chowa się za drzewem, a potem wyciąga z kieszeni płaszcza butelkę wódki i pociąga kilka łyków. Chowa butelkę i znowu zaczyna biec. Nagle potyka się i upada. Rękaw płaszcza podgina się i widzimy na jego przedramieniu czarny znak — owalny jak jajo, z jaśniejszą kulistą plamką w środku i jakby przecięty na pół pionową kreską. Mężczyzna unosi głowę i ogląda się za siebie z przerażeniem. Próbuje się podnieść, ale znów upada na ziemię. Widzimy teraz czarny podłużny cień, który pada na jego sylwetkę. Mężczyzna próbuje się odczołgać, ale nagle osuwa się na ziemię jak martwy. Nie porusza się. Po chwili tuż przy jego głowie upada martwe pisklę. Mija kilkanaście sekund. Mężczyzna, który leżał cały czas nieruchomo, nagle otwiera oczy. Jego tęczówki są dziwne, ptasie. Podnosi się i otrzepuje płaszcz. Spogląda w górę. Na drzewie wisi martwy mężczyzna z pętlą zaciśniętą na szyi. Wygląda jak sobowtór mężczyzny w płaszczu. Mężczyzna sięga do kieszeni płaszcza i wyjmuje maskę wilkołaka. Przystawia ją do twarzy. Odwraca głowę od wisielca i spogląda w głąb lasu. Coś się tam porusza, jakiś czarny cień. Oddala się, choć zdaje się poruszać wolno. Jakby znikało, a później pojawiało za każdym razem coraz dalej. Mężczyzna przez chwilę się temu przygląda, a potem uśmiecha się i rusza w tamtym kierunku.

7. ALINA

Kiedy wychodzę z sali i staję przed drzwiami kina, wita mnie kurtyna deszczu. Leje tak, jakby właśnie nastąpiło urwanie chmury. Postanawiam trochę przeczekać. Po chwili dołącza do mnie nieznajoma z sali kinowej.

 

— Ale leje — mówi, przysuwając twarz do szklanych drzwi. — Zupełnie jakby ci na górze postanowili opróżnić wszystkie nocniki. Istne szczyny bogów. — Wyciąga do mnie rękę.

— Jestem Greta.

— Alina — przedstawiam się. — Greta… Ładnie, nie znam nikogo o tym imieniu.

— Moja matka lubiła filmy z Gretą Garbo, szczególnie jej rolę w Królowej Krystynie. Chyba odziedziczyłam po zacnej królowej pewne upodobania, ale wbrew oczekiwaniom mojej matki nie jest to ani królewskie dystyngowanie, ani elegancja. — Śmieje się i przeciąga ręką po krótkich włosach.

Rzeczywiście, raczej nie można nazwać jej elegancką. Ma na sobie luźne, wyblakle dżinsy i ciemną koszulkę z krótkim rękawem z logo jakiegoś zespołu metalowego, a na nogach sportowe buty. Na jednym z przedramion duży tatuaż.

— Mam trzech braci — dodaje. — Chyba oni są już bardziej wytworni niż ja. Alina to też niezbyt popularne imię. Ale fajne. Takie… „balladynowe”. Czyżby twoi rodzice zaczytywali się w Słowackim?

— Chyba nie. Nie mam też siostry.

— I jak? — pyta. — Podobało ci się? — Wskazuje ręką w stronę sali, więc domyślam się, że chodzi o filmy.

— Ciekawe — stwierdzam. — Chociaż trochę dziwnie. Właściwie jestem tu przypadkiem. Zobaczyłam plakat w ostatniej chwili.

— Cóż. Nie było nas zbyt wielu. Delikatnie mówiąc. — Uśmiecha się z nutką kpiny, tak jak za pierwszym razem. — Myślałam, że będzie większe zainteresowanie. Wiesz, że scenariusze do tych filmów powstały na podstawie snów?

— Snów? — pytam z zainteresowaniem. Z powodu mojej choroby wszystko, co związane ze snami, bardzo mnie ciekawi.

— Tak. Czytałam o tym w gazecie i dlatego postanowiłam je zobaczyć. Facet podobno miał je od dziecka. Często się powtarzały.

— I nie zwariował?

— Jakiś czas temu popełnił samobójstwo. Pisali o tym w gazetach.

— Nie wiedziałam. — Patrzę na nią z zaskoczeniem. — Ale to chyba nie przez te sny?

Wzrusza ramionami.

— Nie mam pojęcia. O tym nie pisali.

— Właściwe to tytuł Kobieta z kukułką z czymś mi się jeszcze kojarzy — mówię z namysłem. — Tylko nie mam pojęcia z czym…

— Jest taka stara rymowanka… Chyba miała taki tytuł. Od razu mi się skojarzyło. Możliwe, że to jakieś nawiązanie.

— No tak, rzeczywiście — przypominam sobie. — Dzieciaki na podwórku często ją wykrzykiwały. Była nawet jakaś zabawa z tym związana.

Mam jednak wrażenie, że chodzi o coś jeszcze, choć nie mam pojęcia o co. Zawsze kiedy słyszałam tę starą rymowankę na podwórku, zamierałam na chwilę i mimowolnie wstrzymywałam oddech.

— U nas straszyli nią niegrzeczne dzieci. — Śmieje się. Spogląda na szybę i kręci głową. — Cholera. Ciągle pada. Chyba nie zamierza przestać. Zanim dojdę do siebie, założę się, że będę mogła wyżymać nawet bieliznę.

— Daleko mieszkasz?

— To prawie drugi koniec miasta. W hotelu. Niedawno przyjechałam i chyba tu trochę zostanę. Szukam właśnie czegoś taniego do wynajęcia.

Zaczynam się zastanawiać, czy powinnam wspomnieć o pokoju. W końcu prawie jej nie znam. Z drugiej strony, żadnej z pozostałych osób, które miały nieszczęście ze mną mieszkać, również.

— Mam pokój do wynajęcia — mówię w końcu. — Mieszkam w kamienicy zaraz obok kina. Chyba uda nam się tam dojść, nie moknąc aż tak bardzo, jeżeli zrobimy to szybko. Jeśli chcesz, możesz przeczekać u mnie ulewę i od razu obejrzeć pokój. Oczywiście jeśli jesteś zainteresowana…

— Byłoby świetnie! — Cieszy się. — Chętnie obejrzę ten pokój.

Dotarcie do mojej kamienicy nie mogło zająć nam więcej niż minutę, a i tak zdążyłyśmy nieźle przemoknąć.

— Chcesz kawę albo herbatę? — pytam Gretę, kiedy wchodzimy do mieszkania i siada w pokoju przy stoliku.

— Poproszę herbatę, jeśli to nie problem — mówi, ocierając deszcz z twarzy.

Wstawiam wodę i idę do łazienki. Spoglądam w lustro. Moje włosy wyglądają jak mokra ścierka, a po twarzy ciekną jeszcze krople deszczu, przez co wyglądam, jakbym właśnie zanurzyła głowę w wiadrze. Jestem pewna, że można mnie wyżymać, a wody z odzysku starczyłoby co najmniej na kilka herbat. Biorę ręcznik i wycieram twarz, osuszam trochę włosy. Na szczęście mój makijaż jest zazwyczaj raczej symboliczny, bo nigdy nie umiałam go robić zbyt dobrze, więc prawie się nie rozmazał. Potem biorę czysty ręcznik z szafki i podaję Grecie, która wygląda pod względem nawodnienia niewiele gorzej ode mnie.

— Dzięki — mówi, osuszając twarz i włosy. — Dawno już tak nie przemokłam.

— Ja też. W ogóle nie pamiętam, żeby kiedykolwiek aż tak lało.

Stawiam na stoliku dwie herbaty i siadam na kanapie obok Grety. Rozgląda się z zaciekawieniem. Jesteśmy w salonie połączonym z kuchnią.

— Są tu jeszcze dwa pokoje — mówię. — Zaraz pokażę ci ten do wynajęcia.

— Dobrze, niech tylko trochę przeschnę — zgadza się i upija łyk herbaty.

— Od dawna jesteś w Gnieździe? — pytam.

— Od paru dni.

— A skąd się przeprowadziłaś? Z daleka?

Kiwa głową.

— Sporo podróżuję i często zmieniam miejsca.

— Więc pewnie nie chcesz wynająć pokoju na zbyt długo? — Nie kryję zawodu. Chciałabym wreszcie znaleźć kogoś na dłużej. Te ciągłe poszukiwania mnie męczą.

— Właściwie podoba mi się tutaj i chyba zostanę na jakiś czas. Możesz być spokojna. Jeśli się zdecyduję, nie zniknę zaraz po przeprowadzce — zapewnia.

Nie byłabym tego taka pewna. Dotychczas wszyscy znikali. Zastanawiam się, czy powiedzieć jej prawdę, ale ludzie zazwyczaj wtedy od razu rezygnują. Zaczynają mnie traktować jak dziwadło (w najlepszym przypadku) lub wariatkę (w tym gorszym), choć z medycznego punktu widzenia wcale nią nie jestem.

— Słyszałam kiedyś, że ci, którzy ciągle podróżują, czegoś szukają albo przed czymś uciekają — mówię zamiast tego. — Jak jest w twoim przypadku?

Uśmiecham się, dając znać, że nie mówię całkiem serio. Ona jednak pozostaje poważna. Zamyśla się, wpatrując się w filiżankę, jakby na jej dnie szukała odpowiedzi.

— Chyba jedno i drugie.

Przez chwilę mam wrażenie, że chce dodać coś jeszcze. Nie mówi jednak nic więcej.

— A ty od dawna mieszkasz w Gnieździe? — pyta po chwili.

— Od dziecka. Nigdy się nie przeprowadzałam. — Oprócz tego jednego razu. Bardzo dawno temu — myślę. — To było mieszkanie moich rodziców. Niestety, oboje już nie żyją.

— Przykro mi. — Jej twarz smutnieje. — Moi jeszcze żyją, ale nie widuję ich zbyt często.

Upija kolejny łyk herbaty i podnosi się z krzesła.

— Chodźmy zobaczyć ten pokój. Jestem ciekawa, jak wygląda.

Wstaję i prowadzę ją korytarzem.

— To nic nadzwyczajnego — uprzedzam, otwierając drzwi. — Ale myślę, że nie jest zły.

Wchodzimy do środka. Greta rozgląda się zaciekawiona dookoła.

— Jest w sam raz — stwierdza po chwili z zadowoleniem. — Ani za duży, ani za mały. Nie przepadam za wielkimi pokojami ani za klitkami, rzecz jasna. Ten jest akurat. Poza tym jest tu wszystko, co trzeba.

— Kiedyś ten pokój był mój. Większość mebli została. Teraz zajmuję ten obok, bo jest trochę większy.

— Czy to nie dziwne uczucie?

— Co? — pytam, nie wiedząc, co ma na myśli.

— Wynajmować komuś swój pokój. Czy to nie trochę tak, jakby wypożyczać komuś swoje ciało albo ubranie?

— Chyba nie myślałam o tym w ten sposób. Na początku było trochę dziwnie, ale już przywykłam.

— Czasami wydaje mi się, że ludzie przypominają ślimaki — mówi, gładząc oparcie fotela, w którym kiedyś zawsze czytałam. — Mimo że nie noszą swojego domu na plecach, to dom staje się ich częścią, tak jakby był kawałkiem ciała, przyrasta do nich. Zapełniają go rzeczami. Tworzą dom na swój obraz i podobieństwo. Swoje odbicie. Wpuścić kogoś do domu to trochę jak wpuścić kogoś w siebie. Pozwolić zajrzeć pod skórę.

— Może coś w tym jest — przyznaję po namyśle.

Greta spogląda na mnie i uśmiecha się. Wydaje się zmieszana.

— Przepraszam. Pewnie dziwnie to zabrzmiało. Ostatnio nie mam czegoś takiego, co mogłabym nazwać domem, i czasami nachodzą mnie takie dziwne myśli.

Milczymy przez chwilę. Greta rozgląda się po pokoju, jakby zastanawiała się, czy za jakiś czas i do niej przyrośnie jak druga skóra i czy odmieni go na swój obraz i podobieństwo.

— A więc jesteś zdecydowana? — pytam. — Czy potrzebujesz trochę czasu do namysłu?

— Tak. Biorę — Uśmiecha się. — Kiedy mogę się wprowadzić?

— Kiedy chcesz. Nawet jutro.

— Dobra. Niech będzie jutro. Nie mam zbyt wielu rzeczy, więc pewnie szybko pójdzie.

Wracamy do pokoju gościnnego. Greta dopija herbatę, odstawia kubek i wstaje.

— W takim razie do zobaczenia niedługo. — Podaje mi rękę.

— Ciekawy tatuaż — mówię, przyglądając się jej przedramieniu. Przedstawia szarego wilka, który leży na przednich łapach, jakby odpoczywał. Jego oczy są jednak czujne, jakby zobaczył w oddali coś, co wzbudziło jego niepokój. — Bardzo realistyczny.

— Zrobiła mi go znajoma według mojego pomysłu. Dziewczyna ma talent. Wyszedł nawet lepiej, niż zakładałam. — Gładzi tatuaż palcem. — Wielu ludziom się nie podoba. Mówią, że jest w nim coś niepokojącego. Choć równie wielu podoba się właśnie z tego powodu.

Przyglądam się jeszcze raz tatuażowi.

— Chyba mają rację. Mimo wszystko jest interesujący.

— W sumie to nie zrobiłam go dla ozdoby. To był najmniej istotny powód.

— Więc dlaczego?

— Zrobiłam go właściwie z dwóch powodów.

— Jakich? — pytam zaciekawiona.

— Z jednej strony, żeby coś ukryć.

— Ukryć? — Patrzę na nią pytająco.

— Mam w tym miejscu bliznę — wyjaśnia. — Dzięki temu stała się mniej widoczna.

Przyglądam się tatuażowi. Blizna musiała być niewielka albo tatuaż dobrym kamuflażem, bo niczego nie dostrzegam.

— Rzeczywiście nie widać. A drugi powód?

— O tej drugiej rzeczy powiem może kiedy indziej — mówi zagadkowo. — To dość dziwne. Jeśli kogoś słabo znasz, lepiej trochę poczekać z robieniem z siebie wariatki. Tym bardziej, jeśli ten ktoś proponuje ci pokój.

Chyba że tym kimś jest prawiewariatka. Zaczynam myśleć, że nieźle się dobrałyśmy. Chyba że to, co chciała mi powiedzieć, nie jest tak dziwne i wyolbrzymia całą sprawę tylko po to, żeby mnie zaciekawić. Udaje jej się. Uświadamiam sobie, że w całej Grecie jest zresztą jakaś tajemnica, coś, co sprawia, że człowiek nie może jej „uchwycić” i przyjrzeć się dokładnie. Ciągle się wymyka. Przecieka przez palce jak woda, mgła, sen.

Idziemy do drzwi i Greta zaczyna wkładać buty.

— Właściwe ja też powinnam tobie powiedzieć o jednej rzeczy — wyznaję w końcu. — Wolałabym zrobić to później, ale nie wiem, czy tak nie będzie uczciwiej.

— To coś strasznego? Jesteś seryjną morderczynią? — pyta, unosząc głowę i uśmiechając się pod nosem.

— Nie. A przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.

— Psychopatką? — Mruży oczy i zawiązuje sznurówkę na idealną kokardkę

Kręcę głową.

— Gwałcicielką?

Wzruszyłam ramionami, starając się zachować powagę.

— Tylko w piątki między dziewiętnastą a dwudziestą.

— Będę pamiętać. Nic poza tym mi nie grozi?

— Nie. Nie jestem niebezpieczna dla otoczenia.

Wstaje i wpatruje się we mnie przez chwilę badawczo.

— W takim razie to może poczekać — stwierdza lekko. — Jeśli nie masz zbyt wielkiej ochoty o tym mówić, możesz zrobić to później. Będziemy kwita. Ja też nie powiedziałam ci o tej drugiej rzeczy.

— Jesteś pewna?

Kiwa głową.

— Nie ma sprawy — mówi, znikając za drzwiami.

Sen numer: 11

Typ: narodzinowy

Wersja: 8

JAJO

— Skąd właściwe się tu wzięłam? — pytam.

— Spadłaś z nieba — odpowiada Pani Przedsionków z powagą.

— Z nieba?

— Tak. Było wtedy bezchmurne, niebieskie jak tafla wody i gładkie jak szkło. Nagle rozległ się grzmot jak w czasie burzy. Spojrzałam w górę i zobaczyłam coś małego, jasnego i błyszczącego, później stawało się coraz większe i większe, aż w końcu zobaczyłam, że opada gdzieś w ogrodzie na trawie. Poszłam w tamto miejsce, żeby zobaczyć, co to takiego.

 

— I co to było, Rudolfino? To byłam ja?

— Nie do końca. W ogrodzie znalazłam wielkie jajo.

— Jak duże było?

— Dużo większe niż strusie. Było półprzezroczyste i gładkie jak szkło, ale miękkie jak skóra. Całe pożyłkowane cienkimi pulsującymi złotymi niteczkami. W dotyku przypominało galaretę. Coś się w środku poruszało i wybrzuszało, kiedy nacisnęłam je palcem. A później zobaczyłam na powierzchni jaja słowa, jakby ktoś napisał je palcem na zaparowanym lustrze. Na początku wydały mi się dziwne i nie mogłam ich rozszyfrować, ale później zrozumiałam, że to lustrzane odbicie, i pojęłam ich sens.

— Co to były za słowa?

— „Zakop mnie w ziemi pod drzewem na trzy dni i trzy noce”, tak tam było napisane. Wykopałam więc wielką dziurę pod drzewem najstarszej jabłoni i zakopałam tam jajo. Przychodziłam tam codziennie. Koty leżały w tamtym miejscu dniami i nocami, jakby je wysiadywały. Nic się jednak nie działo. Dopiero trzeciej nocy, kiedy księżyc miał kształt obciętego paznokcia, a gwiazdy migotały na granatowym niebie, usłyszałam płacz w ogrodzie. Długo szukałam źródła dźwięku, aż w końcu zrozumiałam. To ziemia płakała. Przyłożyłam ucho do miejsca, w którym zakopałam jajo. Usłyszałam dziecięcy szept: „Odkop mnie, proszę”. Kiedy je odkopałam, jajo było o wiele większe niż wcześniej, korzenie jabłoni oplatały je jak gniazdo. Jajo świeciło zielono-złotym światłem jak świetlik, rozjaśniając noc. Zobaczyłam, jak wygina się od środka, dwie małe dłonie przycisnęły się do jego powierzchni jak do szyby. Później skorupa jaja ściemniała i rozsypała się jak spalony papier. I wtedy zobaczyłam ciebie. Twoja skóra i włosy nadal jarzyły się światłem. Trzęsłaś się z zimna, bo nie miałaś na sobie ubrania. Wzięłam cię za rękę i poszłyśmy do chaty. Byłaś umorusana ziemią, więc podgrzałam wodę i wykąpałaś się w miednicy. Wraz z ziemią zeszło z ciebie trochę światła i unosiło się na powierzchni wody w miednicy jak tłusty olej. Ale zostało go w tobie dużo, bo światło brało się ze środka, nie z zewnątrz. Nadal masz je w sobie.

— Wcale nie. — Spoglądam po sobie i naciskam skórę na przedramieniu palcem. — Nic nie widać.

— Bo to takie światło, którego nie widać, jeśli się nie wie, jak patrzeć. Poza tym trudno zobaczyć swoje światło, tak jak nie można zobaczyć swojego odbicia bez lustra.

— Wcześniej opowiadałaś inaczej. Która z tych historii jest prawdziwa? Jak było naprawdę? — pytam. — Czasami myślę, że żadna z nich nie jest prawdziwa — dodaję z goryczą.

— Wszystkie są prawdziwe.

— To niemożliwe.

— Mylisz się — odpowiada. — Wszystkie są prawdziwe. Po prostu wybieram jedną z możliwych wersji. To, co prawdziwe, może mieć różne ubranie, ale w środku, kiedy się temu przyjrzysz, zawsze wygląda tak samo. Tak. Tak właśnie było. Tak to było.