Róża dla lady Tess

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ann Lethbridge
Róża dla lady Tess

Tłumaczenie:

Barbara Budzianowska-Budrecka

W młodości Ann Lethbridge – autorka wyróżniona licznymi nagrodami – odtwarzała w wyobraźni lektury romansów z czasów Regencji. Obecnie z upodobaniem tworzy własne powieści rozgrywające się w tym okresie. Mimo że mieszka w Kanadzie, co rok odwiedza Wielką Brytanię. Tamtejsza rodzina rozumie, bądź tak twierdzi, jej pasję tropienia antyków, gdziekolwiek los ją rzuci.

Jeśli chcesz dowiedzieć się o niej więcej, napisz na adres: annlethbridge.com. Ann bardzo się ucieszy.

Książkę tę poświęcam dwu niezwykłym młodym kobietom – moim córkom. Ich wsparcie i przyjaźń to jedna z najcenniejszych wartości w moim życiu. Życzę im szczęścia na wszystkich drogach, jakie w przyszłości wyznaczy im los.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Hrabia Sandford ponownie przeczytał otrzymany z Home Office raport. Kolejne włamanie w dzielnicy Mayfair, już czwarte w tym miesiącu, pomyślał Jaimie. Bardzo to zaniepokoiło ministra spraw wewnętrznych Roberta Peela, który oznajmił, że względu na skalę powszechnego oburzenia sprawa wymaga niezwłocznej reakcji.

Dziwne, że w większości przypadków nie skradziono żadnych przedmiotów sporej wartości. Sprawcy dopuszczali się głównie aktów wandalizmu, na przykład przed opuszczeniem domów rozrzucali papiery i wylewali atrament na cenne dywany. W każdym z przypadków ich właściciele głęboko spali w swych sypialniach na piętrze, co po stwierdzeniu włamania głęboko wytrącało ich z równowagi.

Czy owe przestępcze działania dokonywane były przez tę samą osobę lub osoby? Czy może nasilenie kryminalnych aktów było dziełem przypadku? Owocem przypadkowej zbieżności czasu i metod działania?

Jednak Jaimie zgromadził zbyt wiele doświadczenia jako śledczy, by wierzyć w przypadki.

– Mówiłem już, panienko. Nie przyjmie pani. – Ochrypły bas Growlera rozbrzmiał za drzwiami na tyle wyraziście, że Jaimie ocknął się z zamyślenia i podniósł wzrok znad pisma. Struny głosowe kamerdynera uszkodził dym dobywający się z kominów, które zmuszony był przepychać jako dziecko, dlatego rzadko mówił głośniej niż szeptem.

„W sprawach ważnych, mój chłopcze, nie wolno się rozpraszać” – gdzieś z głębi pamięci dobiegły Jaimiego słowa ojca, przywołując mgliste wspomnienie, gdy jako pięciolatek próbował opanować zawiłości litery F. Jakże były słuszne. Ponownie przeczytał fragment raportu opisującego ostatnią kradzież.

– Zechce panna stąd wyjść – rozległo się jeszcze głośniej, a jak na Growlera nadzwyczaj głośno.

Jaimie zaklął, kolejny raz tracąc wątek. Nigdy jeszcze nie słyszał, by ten człowiek o groźnym wyglądzie podniósł głos na kobietę. Istoty płci odmiennej darzył szacunkiem graniczącym ze śmiesznością. A teraz posuwa się do krzyku?

Odpowiedź nieznajomej, jeśli nastąpiła, nie przeniknęła przez solidne dębowe drzwi.

Pukanie, które rozległo się chwilę później, postawiło Jaimiego na nogi. Zerwał się zza biurka. Osoba na tyle odważna, by oprzeć się Growlerowi, wzbudziła jego ciekawość pomimo wagi raportu.

Drzwi lekko się uchyliły.

– Tak, Growler?

Szczelina nieco się poszerzyła, ukazując zwalistą postać kamerdynera. Twarz eksboksera skrzywiła się z zakłopotania.

– Jakaś dama chce z panem rozmawiać. Powiedziałem, że jest pan zajęty, ale nalega…

Wykluczone, by jakakolwiek dama odważyła się odwiedzać go w apartamencie wynajętym na biuro w Lincoln’s Inn.

– Powiedz jej…

W tej samej chwili niewysoka zawoalowana postać, od stóp do głów spowita w żałobną czerń, wyminęła Growlera, jakby go nie dostrzegała, co zważywszy na jego rozmiary i groźną posturę, stanowiło nie lada wyczyn.

– Może mi pan to sam powiedzieć, lordzie Sandford. – Lekko przechyliła głowę w stronę Growlera. – To wszystko, dziękuję.

Jaimie zesztywniał.

– Growler…

– Tak jest, panienko. – Kamerdyner z wyraźną ulgą się oddalił.

Zdumiony i jakby wbrew sobie rozbawiony Jaimie obrócił się do natrętnego gościa.

– Pani wybaczy, ale…

– Oczekuję pańskiej pomocy w odnalezieniu zaginionej osoby, milordzie – oznajmiła, jakby go nie słysząc.

Rozbawienie ustąpiło irytacji. Niech diabli wezmą artykuł w Timesie, w którym opisano cudowne odnalezienie dziecka skradzionego przez piastunkę. Teraz każda niezamężna mieszkanka Londynu pragnęła, by odnalazł coś, co zgubiła. Zazwyczaj chustkę lub szczenię, gdyż po latach zapomnienia do tych kobiet dotarło, że nawet będąc wdowcem, jest jedną z najlepszych partii na rynku matrymonialnym. Poczuł ucisk w gardle.

Myśl o konieczności powtórnego ożenku nieodmiennie przyprawiała go o głęboki niesmak, a nawet lekką panikę, choć wiedział, że musi to nastąpić. Zobowiązywał go do tego tytuł, o czym regularnie przypominał mu kuzyn, a zarazem aktualny spadkobierca.

Skrzyżował ręce na piersi i zmierzył petentkę surowym spojrzeniem.

– A zatem? – rzuciła w reakcji na jego milczenie. Jej oddech lekko unosił woal kryjący twarz.

Zaskoczyła go gwałtowna chęć uchylenia rąbka tej materii, pragnienie, by sprawdzić, czy ta twarz harmonizuje z czystą i chłodną tonacją pięknie modulowanego głosu. Jednocześnie uświadomił sobie, że Growler trafnie uznał ją za damę. Choć nadal pozostawało pytaniem, jaką była damą.

Ale nie zamierzał jej usatysfakcjonować pytaniem o nazwisko.

– Jeśli pani kogoś poszukuje – rzekł spokojnie i znacznie bardziej uprzejmie, niż jego zdaniem zasługiwała – radziłbym wrócić do domu i poprosić o pomoc któregoś krewnych, a jeśli takowych brak, sugerowałbym skorzystać z usług lokaja.

Spod sztywnego drogiego jedwabiu sukni rozległo się tupnięcie.

– Wiem z wiarygodnego źródła, że nikt lepiej od pana nie wykona takiego zadania.

Znów to usłyszał. Ten rzeczowy chłodny głos, który brzmiał przy tym zdumiewająco muzykalnie. Jego bogactwo… Gwałtownie uciął zbłąkaną myśl.

– Dziękuję za wiarę w moje możliwości, niestety nadmiar pracy nie pozwala mi w tej chwili na podjęcie żadnych nowych zobowiązań. Musi pani przyjąć do wiadomości, że jestem bardzo zajęty i zapewne potrwa to dłuższy czas. Żegnam.

– Jestem gotowa zapłacić. – Wyciągnęła w jego stronę pierścionek z perłą, ściskając go między kciukiem a palcem wskazującym.

Ogarnął go gniew. Za kogo ona go bierze? Czyżby nie wiedziała, że ma do czynienia z dżentelmenem? Sądziła, że odmawia ze względu na pieniądze? Opanował wzburzenie. W kontaktach z kobietami należało je hamować, tym bardziej że nieznajoma, choć narzuciła sobie spokojną modulację głosu, ewidentnie była zdesperowana. Nie ukrywał jednak irytacji.

– Kaucja wynosi sto funtów. Gotówką. Zanim wstępnie ocenię sprawę.

Wartość pierścionka pokryłaby niewielką część tej sumy.

Westchnęła. Palce, które ściskały perłę, zadrżały, a lekki ruch powietrza znów poruszył woalem, nadal jednak nie ujawniając wieku i kondycji damy. A także wyglądu.

Bezradnie opuściła ramiona.

Zamiast zadowolenia z jej kapitulacji, poczuł się zakłopotany. Bez słowa wyciągnął rękę, wskazując drzwi. Stali tak blisko siebie, że czuł delikatną woń lawendy. Kwietny symbol pogody, wdzięku i spokoju, ale… Zmarszczył brwi. Pierwotnie ów kwiat symbolizował nieufność.

Tego uczucia zapewne nie znała. Bo niby czemu ta młoda i zapewne rozpieszczona kobieta z uprzywilejowanego świata miałaby je znać? Znów poczuł chęć, by zajrzeć pod ciężki woal i zobaczyć jej twarz. Było w niej coś, co nieodparcie budziło jego ciekawość.

Skierował ją jednak ku drzwiom, którymi weszła.

Na szczęście się nie opierała. Nie protestowała ani nie próbowała go przebłagać. Wyszła, zostawiając go z pewnym poczuciem winy. Może i dlatego, że zażądał tak horrendalnej sumy za swą usługę jedynie po to, by ją zniechęcić.

Stanowczym ruchem zamknął za nią drzwi i oparł się o nie ramieniem, słuchając zrzędzeń Growlera, choć nie rozróżniał poszczególnych słów. Niebawem jednak w przedpokoju do kancelarii zapadła cisza.

Jaimie podszedł do okna i patrzył, jak jego niedoszła klientka podeszła do dorożki czekającej przy krawężniku. Widać zależało jej na dyskrecji. Większość kobiet demonstracyjnie próbowała zwrócić jego uwagę, podjeżdżając herbowymi powozami. Przez chwilę rozmawiała z dorożkarzem, który w końcu twierdząco skinął głową. Jaimie nagle poczuł, że musi się dowiedzieć, kim ona jest.

Przeszedł przez pokój i szarpnięciem otworzył drzwi.

– Niech ktoś śledzi tę kobietę. Chcę się dowiedzieć, kogo poszukuje.

Growler otworzył ze zdumienia usta, po czym odparł służbiście:

– Tak jest, milordzie! – i ruszył do wyjścia.

Kiedy Jaimie znów spojrzał na ulicę, dostrzegł małego i nieznanego mu chłopca, który pędził co sił za dorożką, by po chwili lekko wskoczyć na tył pojazdu. Wprawdzie tego nie popierał, ale mali ulicznicy, by skorzystać z transportu, często tak robili, i nikt nie zwracał na to uwagi.

Westchnął, tłumiąc zakłopotanie. Co go to właściwie obchodzi? Zapewne, mimo wyraźnego wzburzenia okazywanego przez nieznajomą damę, jej tak zwane poszukiwania są zwykłym wymysłem. Do diabła, miał na głowie znacznie poważniejsze sprawy niż damskie kaprysy. Usiłował odtworzyć w pamięci głos ojca, a tymczasem słyszał tylko chłodne, czyste brzmienie słów: „Oczekuję pańskiej pomocy w odnalezieniu zaginionej osoby”.

Co za bezczelność! Nie była nawet uprzejma ukazać swej twarzy. Ale ten głos…

Do diabła, nie pozwoli, by ta kobieta rujnowała mu cały dzień.

Podniósł odłożony raport. Pierścionek. Proponowała, że zapłaci mu pierścionkiem. Musiała być naprawdę zdesperowana.

 

Tess zignorowała minę lokaja, który patrzył z dezaprobatą na jej wyjściowy strój. Na szczęście pamiętała, by zdjąć gęsty woal, którym zakryła twarz. Podczas rozmowy z lordem Sandfordem ta zasłona dodawała jej pewności. Pozwalała ukryć rumieniec wstydu zarówno przed nim, jak i potem, w sklepie jubilerskim, gdzie sprzedała pierścionek tak wzgardliwie potraktowany przez jego lordowską mość. I choć nie był on wiele wart, powinien wystarczyć na opłacenie kogoś, kto się podejmie choćby wstępnego dochodzenia.

Wchodząc po schodach do swego pokoju na piętrze, rozmyślała o spotkaniu z lordem Sandfordem. Miała zupełnie inne wyobrażenie o tym bogatym arystokracie, który poświęcił się rozwiązywaniu kryminalnych zagadek i poszukiwaniu zaginionych osób. Spodziewała się kogoś w typie starszego naukowca, jednego z tych ekscentryków budzących powszechne rozbawienie, a nie wytwornego młodego człowieka, który dorównywał urodą greckim posągom.

Jak to możliwe, by ta doskonała powierzchowność kryła tak arogancki charakter? Doprawdy, jego aparycja zapierała dech. Na samo wspomnienie serce zaczynało jej mocniej bić. Gdy weszła do jego gabinetu, głos uwiązł jej w gardle. Był diablo przystojny – wysoki, smukły i wytworny, a przy tym bardzo angielski ze swymi blond włosami, przy których zaskakiwała barwa jego oczu – aksamitnie brązowych, a nie jasnobłękitnych, jakie na ogół miewają blondyni.

Z drugiej jednak strony jego impertynencja była oburzająca:

„Radziłbym poprosić o pomoc któregoś krewnych, a jeśli takowych brak, sugerowałbym skorzystać z usług lokaja”.

Wprost niepojęte! Najwyraźniej uważał, że jej sprawa jest zbyt mało ważna, by raczył na nią tracić swój bezcenny czas. Ona z kolei nie zamierzała ujawniać żadnych szczegółów oprócz nazwiska osoby, którą pragnęła odnaleźć. Nie była aż tak głupia, by wierzyć, że chodzi po tej ziemi jakiś godny zaufania mężczyzna.

Choćby jej ojciec. Nie zdołał nawet uporządkować rodzinnych spraw. I choć od jego nagłej śmierci upłynął ponad rok, wciąż nie mogła uwierzyć, że odebrał sobie życie, nie zabezpieczając swych dzieci. A przecież trudno się dziwić, zważywszy na to, jakie prowadził życie. Wolał ryzykować, licząc na uśmiech fortuny, niż poświęcać swój czas i energię dla majątku, który od wieków należał do rodziny. Robiła wszystko, co w jej mocy, by zapobiec jego marnotrawstwu i lekkomyślności, ale za każdym razem, gdy udało jej się osiągnąć jakieś zyski, natychmiast trwonił te pieniądze na wyścigach lub grając w kości, licząc na podwojenie włożonej sumy. Co za beznadziejne kalkulacje! Co za durna matematyka! No cóż, jeśli ma odnaleźć Greya, swego przyrodniego brata, to musi sama rozpocząć poszukiwania. Tyle że jałmużna, którą otrzymała ze sprzedaży pierścionka, nie na wiele wystarczy.

Gdy weszła do pokoju, jej pokojówka Mims podniosła wzrok znad składanej bielizny.

– Och, jest już pani. Nareszcie! Milady szukała panienki. Powiedziałam, że panienka wyszła zaczerpnąć świeżego powietrza, jak panienka kazała. Milady czeka w salonie. Prosiła, żeby panienka tam przyszła, gdy tylko wróci.

– Dziękuję, Mims. Pomóż mi się przebrać.

Pokojówka sprawnie uwolniła ją z czarnych szat, które Tess nosiła po śmierci ojca, i ubrała ją w muślinową suknię z kwietnym wzorem. Teraz mogła się zaprezentować Wilhelminie, żonie Phineasa, a bardziej oficjalnie lorda Rowana, który był kuzynem Tess i odziedziczył tytuł jej ojca, a wraz z nim jego długi. Do tego, ponieważ został nową głowę rodu, spadł na niego obowiązek utrzymywania Tess, którego zresztą oboje pragnęli jak najszybciej się pozbyć.

Głęboko wciągnęła powietrze, by się uspokoić, i weszła do salonu. Lady Rowan, wypłowiała blondynka, spoczywała na szezlongu, leniwie przeglądając strony egzemplarza La Belle Assemblée. Podniosła wzrok i zmarszczyła brwi.

– Tess, twoja pokojowa powiedziała, że wyszłaś. To prawda?

– Musiałam oddać książkę do Hatchard’sa.

Nos Wilhelminy drgnął.

– Gdybyś mi o tym powiedziała, poprosiłabym, żebyś wybrała jakąś książkę dla mnie. Można by sądzić, że po tym wszystkim, co dla ciebie robimy… – Westchnęła. – Nieważne, polecę Carverowi, by posłał lokaja.

Tess zmusiła się do pojednawczego uśmiechu.

– Przepraszam. Ale pytałam, czy mają coś dla ciebie, kuzynko. Powiedzieli, że chwilowo nie.

Wilhelmina zdawkowo machnęła ręką, jakby to nie ona oskarżała przed chwilą Tess o bezmyślność. Ponownie zmarszczyła brwi.

– Usiądź. Boli mnie szyja od tego patrzenia w górę.

Gdyby usiadła bez zaproszenia, milady wprawdzie nie powiedziałaby ani słowa, ale oburzony wyraz jej twarzy wystarczyłby, by wytrącić Tess z równowagi. Teraz jednak mogła skorzystać z krzesła, które ustawiła pod właściwym kątem do szezlongu.

– Mims powiedziała, że chciałaś mnie widzieć.

– Nasze plany na dzisiejszy wieczór uległy zmianie. Rowan ma ważną kolację w klubie. Wyjdziemy więc wcześniej, a on dołączy do nas potem u Petershamów.

To była dobra wiadomość, bo sztuczna wesołość Phineasa działała jej na nerwy, z tym że kładła tę dziwaczną manierę na karb zakłopotania spowodowanego obecnością kobiety, która nie nadskakiwała mu tak gorliwie jak jego żona. Najpewniej z tego powodu Phineas niejeden raz napomykał o jej trudnym charakterze. Nie dziwota, że marzył tylko o tym, by kłopotliwą kuzynkę jak najszybciej wydać za mąż.

Początkowo tan plan wydał jej się zbawienny, niestety z żadnym z kandydatów zaaprobowanych przez Phineasa nie potrafiła wyobrazić sobie swojej przyszłości. To właśnie pod wpływem jego najnowszej matrymonialnej sugestii udała się do Sandforda. Niestety bez skutku.

– Czy wychodzimy z domu o dziesiątej, jak ustalałyśmy wcześniej? – spytała Tess. Kolejnym z miłych obyczajów Wilhelminy było udzielanie niepełnych informacji, a potem irytacja lub wymówki, gdy ktoś pojawiał się zbyt wcześnie czy zbyt późno, bądź też beznadziejnie czekał na coś, co zostało odwołane. To naprawdę wytrącało z równowagi.

– Tak, o dziesiątej. To bal maskowy. Wystąpię jako Dobra Królowa Bess.

Tyle akurat wiedziała, bo zdołała zerknąć na zaproszenie. Poza tym Wilhelmina zawsze występowała na balach kostiumowych jako królowa Elżbieta, podczas gdy ona za każdym razem lubiła odgrywać inną rolę.

– A ja przebiorę się za Artemidę.

Wilhelmina zmarszczyła brwi, usiłując przypomnieć sobie tę grecką boginię, po czym oznajmiła:

– Tylko nic ryzykownego, Tess, żadnych szokujących pomysłów. Nie chcesz chyba zniechęcić pana Stedmana. – Wyraz jej twarzy nabrał ostrości. – I nie próbuj nawet myśleć o spodniach, bo tym razem naprawdę skończysz w Yorkshire z ciotką Marie. Rowan jest już u kresu wytrzymałości.

Groźba, że wyślą ją na północ do starzejącej się i zgorzkniałej krewnej, pojawiała się za każdym razem, gdy odważyła się choćby na cień fantazji.

I była całkiem realna. Wystarczyło sobie przypomnieć, jak bez pensa przy duszy wyrzucili z domu Greydona, jej przyrodniego brata, nieślubnego syna jej ojca. Doznała szoku, gdy po powrocie z podróży dowiedziała się, że odszedł.

Biedny Grey. To było naprawdę podłe. Od tamtego czasu się nie odezwał, a przecież musiał wiedzieć, że zamartwia się o niego. Tym bardziej że zabrał jedyną wartościową rzecz, jaką posiadała, czyli brylantową bransoletę. Gdyby kuzyn Phineas się o tym dowiedział, brat miałby poważne kłopoty. Nie wspominając o tym, że sama również pragnęła ją odzyskać, jeśli miała uniknąć małżeństwa z tym okropnym panem Stedmanem.

Oczywiście rozumiała, dlaczego Grey jej nie odwiedzał, ale przynajmniej powinien coś napisać i wyjaśnić swój postępek. Nagle poczuła skurcz serca. Chyba Phineas nie przechwycił jego listów? Nie, to niemożliwe. Dużo bardziej prawdopodobne, że Grey zupełnie o niej zapomniał w swoim nowym życiu. Kolejny mężczyzna, który ją zawiódł. Wszyscy oni byli tacy sami. Zamierzała się z nim rozprawić, gdy tylko go odnajdzie.

Schyliła głowę, by ukryć wzburzenie.

– Nic ryzykownego, kuzynko. Obiecuję. – Ale myśl, by zniechęcić niezbyt bystrego i uwielbiającego prawić morały pana Stedmana, nie dawała jej spokoju. I może będzie zmuszona to zrobić, jeśli nie zdoła odnaleźć Greya. Choć groźba zesłania do Yorkshire przyprawiała ją o zimny dreszcz. – Czy zadzwonić po herbatę, kuzynko? – spytała uprzejmie.

Musi odnaleźć Greya, nim Stedman wystąpi z oświadczynami. Niestety nie była pewna, jak długo jeszcze zdoła go powstrzymać.

Jaimie nałożył maskę i wysiadł z powozu za rogiem miejskiej rezydencji Petershamów. Przebranie nie miałoby sensu, gdyby podjechał pod główne wejście karetą z herbowymi insygniami. Wyprostował fałdy długiej peleryny i nasunął kaptur. Bale kostiumowe nie należały do jego ulubionych sposobów spędzania czasu, ale pomysł przebrania się za kostuchę przemawiał do jego makabrycznego poczucia humoru. W końcu był z nią za pan brat. Poza tym kostium uniemożliwiał identyfikację jego osoby, mógł więc swobodnie przechadzać się wśród gości, nie wzbudzając szczególnego zainteresowania. Zważywszy na cel tej wieczornej wyprawy, bardzo mu to odpowiadało.

Podał zaproszenie stojącemu w drzwiach kamerdynerowi i ruszył schodami na górę do pierwszej sali balowej, podążając za parą przebraną za bożka Pana i pasterkę. Potężny zad mężczyzny rozpychał rajtuzy do granic budzących niepokój, a towarzysząca mu dama nieustannie upuszczała swoją owieczkę, zmuszając towarzysza, by schylał się i ją podnosił. Jaimie odwrócił wzrok. W końcu jednak dotarli na szczyt, a wtedy zagłębił się w tłumie barwnie odzianych gości, z których wielu spływało potem pod ciężkimi maskaradowymi strojami.

Kostiumy były różnorodne, od aniołów po gladiatorów. Jaimie czuł na sobie krótkie spojrzenia, po których odsuwano się na bok lub zerkano pod kaptur, próbując rozpoznać twarz. A że kryła ją maska, wysiłki były daremne.

Zlustrował salę, wypatrując obiektu swego zainteresowania. Wedle informacji przekazanej mu przez Growlera miała wystąpić jako Artemida.

Interesujący wybór. Grecka Artemida, dla Rzymian Diana, była boginią łowów i obrończynią młodych kobiet. Czyżby ten kostium miał jakąś szczególną wymowę?

Growler i jego ekipa bez trudu zdobyli informacje o porannym gościu Jaimiego. Okazało się, że to córka niedawno zmarłego hrabiego, oddana pod opiekę spadkobiercy tytułu. W tym sezonie pojawiła się po raz drugi na rynku matrymonialnym. Pytanie, kogo szukała, pozostało bez odpowiedzi. Niezbyt go to zresztą obchodziło. Tego wieczoru sprowadzało go tutaj coś zupełnie innego.

I wtedy ją zobaczył. Stała pośród grupy dżentelmenów i dam w maskach i przyglądała się tańczącym. Doskonałość jej kształtów zapierała dech, a jednocześnie rzucała się w oczy niewinność malująca się na ślicznej twarzy, choć fala kasztanowych loków kusząco opadała wzdłuż pleców aż do pasa. Gdyby nie opisano mu z najmniejszymi szczegółami kostiumu, który wybrała, nigdy by jej nie skojarzył z bezkształtną istotą, która tego przedpołudnia stawiła czoła Growlerowi.

W grubym kokonie czarnej sukni wydawała się niska i nieco krępa, a żałobne szaty kryły wszystkie jej wdzięki. Jednak oprócz głosu, a także zapachu. Ale wieczorem, podczas balu, zręcznie udrapowana biała grecka szata, która odsłaniała kremową nagość krągłego ramienia, ukazywała również zachwycające krągłości figury tej małej osóbki i jej doskonałe proporcje, a ukośnie przewieszony łuk i kołczan podkreślały wysoki, kształtny biust.

Wąska maska skrywała zaledwie górną część twarzy, podkreślając piękny wykrój pełnych różanych ust i buntowniczo wydętą dolną wargę. Gdy się zbliżył, obrzuciła go spłoszonym spojrzeniem, szeroko otwierając oczy. Nie rozpoznała go, lecz wyraźnie zaszokował ją swym strojem.

Zastawił więc pułapkę. Ściszył głos do szeptu i powiedział:

– Nie sądzę, by mnie pani rozpoznała, milady.

– Istotnie – odparła, obracając się do niego zachwycająco odsłoniętym ramieniem, by onieśmielić dżentelmena-kostuchę. – Czy byliśmy sobie przedstawieni?

– Niestety nie. – Przy porannym spotkaniu to ona znała jego nazwisko, on natomiast nic o niej nie wiedział, więc z satysfakcją postawił ją w podobnym położeniu. A gdy znów mu się przyjrzała, jakby chciała przeniknąć wzrokiem cień kaptura, spytał: – Czy mógłbym zaprosić panią do tańca? – Na te słowa stojąca za nimi lady Rowan zlustrowała go spojrzeniem od stóp do głów, on zaś skłonił się i oznajmił: – Lady Rowan, wygląda pani wspaniale jako królowa Elżbieta. Czy mogę prosić o pozwolenie? Obiecuję odprowadzić lady Theresę bezpieczną i całą.

Wilhelmina wyraźnie się uspokoiła, słysząc jego uprzejmy ton i zyskując pewność, że kryjący się za maską dżentelmen dobrze wie, z kim ma do czynienia.

 

– Oczywiście, sir. Ale pamiętaj, Thereso, tylko jeden taniec.

Tess jedynie nieznacznie przygryzła wargę, by ukryć irytację, a on zdziwił się, że ta młoda dama tak dobrze potrafi panować nad sobą. Przy jej niezależnym charakterze tego rodzaju uwagi musiały być trudne do zniesienia. Jednak dobry humor szybko jej wrócił.

– Kim pan jest? – spytała rozbawiona, gdy prowadził ją na parkiet. – Byłam pewna, że się nie znamy, ale sposób, w jaki obłaskawił pan moją kuzynkę… – Potrząsnęła głową. – Musi nas pan znać, skoro wie, że kocha ten kostium.

– Nie przeczę, że już go widziałem.

Weszli na środek sali i taneczne figury uniemożliwiły im dalszą konwersację. Po chwili jednak stanęli, oczekując, by dołączyć do sąsiednich par, gdy nastąpi ich kolej.

– Poddaję się – rzekła. – Musi mi pan zdradzić, kim jest.

– Jestem Mrocznym Żniwiarzem.

– No cóż… – Uniosła brwi. – Może pan nie ujawniać swojej tożsamości. To bez znaczenia. – Jednak w jej głosie brzmiała ledwie skrywana uraza.

Jaimie zastanawiał się przez moment, czy nie wyznać, kim jest, ale nie takie miał intencje. Przynajmniej na razie. Zjawił się tu po to, by poznać przyczynę, dla której ta młoda dama, narażając swoją reputację, odwiedziła go tego przedpołudnia. Może ktoś skradł jej serce, a ona poszukiwała złodzieja? Jednak czymś takim nie zamierzał się zajmować.

– Czy nie na tym polega bal kostiumowy, by przez godzinę lub dwie być kimś innym? – mruknął kpiąco.

– No tak, ale Śmiercią? – prychnęła z dezaprobatą. – Czyż to nie dziwny pomysł? Większość mężczyzn wybiera na bal maskowy kostiumy symbolizujące różne bohaterskie postaci, a pan woli nam przypominać o czymś, co nie ma w sobie choćby krzty radości, choć wszyscy jesteśmy na to skazani. Doprawdy ciekawe… – w jej czystym jasnym głosie brzmiało rozbawienie, a piwne oczy lśniły złocistym blaskiem – …co o panu mówi ten strój. – Uwolniła dłoń z jego dłoni, by wykonać kolejną figurę tańca.

Co o nim mówi wybór takiego kostiumu? Odsunął od siebie tę myśl. To tylko przebranie, i tyle. Sposób, by zachować anonimowość. Ochrona przed plotkami, które by wybuchły, gdyby się rozniosło, że po raz pierwszy od lat pojawił się na balu, a w dodatku poprosił lady Theresę do tańca.

Żałował, że nie tańczą walca, lecz jakiś taniec ludowy. Oczywiście dlatego, że walc stwarzał więcej okazji do rozmowy, bo przecież nie chodzi mu o to, by giętkie i rozkosznie kształtne ciało lady Tess wirowało wraz z nim, reagując na jego dotyk.

– Czy mam rozumieć, że nie lubi pani maskarady? – spytał, odprowadzając ją z parkietu. – Że to poniżej pani godności?

Piorunujące spojrzenie, które mu posłała, zupełnie go zaskoczyło.

– Maskarady są na swój sposób zabawne, jeżeli…

– Jeżeli…?

Obrzuciła go kolejnym spojrzeniem, ale tym razem zdziwionym. Potem się uśmiechnęła, a on poczuł ogarniającą go falę ciepła.

– Jeżeli sprzyjają temu okolicznościach. Jeśli ktoś może robić to, czego pragnie. – Spojrzała w stronę kuzynki, która rozmawiała z kimś, wachlując twarz. – Ale cóż, nie możemy mieć wszystkiego, czego pragniemy, prawda?

– Tak, to prawda… – Instynkt mówił mu, że choć jest tak bardzo opanowana i stara się nie ujawniać emocji, to w jej lekkich słowach kryje się głęboki smutek. Niepokój, który odczuł w biurze tego ranka, jeszcze się nasilił.

Celowo wprowadził ją w krąg utworzony przez nieparzystą liczbę par, a gdy znów stanęli na boku, skłonił się ze słowami:

– Tu jest bardzo duszno, milady. Czy mógłbym zaproponować orzeźwiający napój, nim oddam panią w ręce królowej Elżbiety?

– Bardzo chętnie, pod warunkiem, że nie zaproponuje mi pan łowów na króliki w ogrodzie.

Parsknął śmiechem, a gdy trochę się uspokoił, spytał:

– Czyżby pani adoratorzy nie wpadli na lepszy pomysł?

– Nie powinnam mu wyjaśniać znaczenia mojego kostiumu ani oczekiwać, że nie zachowa się jak skończony idiota.

Zaskoczony gwałtownością jej wybuchu, wyprowadził ją spośród tańczących.

– Jak się domyślam, chodzi o jakiegoś dżentelmena?

– Istotnie. Myślał, że jest zabawny. I jeszcze sugerował, że ten kostium zyska, jeśli pozbędę się łuku. Nie ma pojęcia o Artemidzie – dodała zniesmaczona.

Jaimie przyniósł dwie szklanki bezalkoholowego ponczu, dobrze wiedząc, że ma okropny smak. I choć szampan z pewnością bardziej by ich rozweselił, instynkt samozachowawczy nakazywał mu wstrzemięźliwość. „Obowiązkiem dżentelmena jest opieka nad damą” – wspomniał słowa dawno zmarłego ojca. Wypowiedział je, gdy przeprowadzał matkę nad kałużą, i zrobił to niemal bez szwanku, gdyż zamoczyła jedynie niewielki rąbek sukni. Był to jeden z nielicznych obrazów rodziców, które zachował w pamięci.

– Wyjdźmy na taras. – Poprowadził lady Tess w kierunku drzwi. – Są tam stoliki i kelnerzy. – Obawiał się, że odmówi, gdy zerknęła na kuzynkę, która jednak nie patrzyła w ich stronę. – Możemy spytać lady Rowan o pozwolenie. – W końcu był wilkiem w owczej skórze, a owca grzecznie by spytała.

– Nie. – Wyprostowała się. – Już tam byłam i kuzynka nie miała obiekcji. – Jej głos brzmiał ponuro.

Kim był ten idiota, który tak bardzo ją rozzłościł? Zresztą kimkolwiek był, tak naprawdę powinien mu podziękować.

Znalazł wolny stolik i wybrał dla lady Tess takie miejsce, by światło pobliskiej latarni padało na jej twarz, a sam pozostał w cieniu.

– Nie jest pani chłodno?

– Nie, dziękuję.

Szkoda. Wyobrażał sobie, że otuli jej ramiona swoją peleryną. I że poczuje woń jej perfum. Zapach lawendy unosił się w jego biurze przez cały dzień. W języku kwiatów oznacza ona pogodę ducha, wdzięk i spokój, lecz i ukrytą pod ich powierzchnią niepokojącą nieufność. Gdyby nie owa nieufność, cała reszta wymienionych cech byłaby zbyt banalna w przypadku tej energicznej damy, choć należałoby dodać, że wykazała się również nadzwyczajnym spokojem, gdy odwiedziła go w biurze. Goździk, który symbolizuje zuchwalstwo, lepiej by do niej pasował, ale skoro nosiła woal, może należałoby dołączyć jeszcze kwiaty cytryny… Jego matka gorliwie studiowała mowę kwiatów, a jej notatki trzymał wśród najcenniejszych dla niego rzeczy.

Gdy skosztowała ponczu i się skrzywiła, spytał rozbawiony:

– Okropny jak zawsze?

– Zgada się, fatalny. – jej zmysłowe usta wygięły się w uśmiechu. – Najpierw wydaje się niezły, a potem… – Lekko wzruszyła ramionami.

Ten na pozór niewinny gest pobudził w nim krew. Stała się gorętsza i mocno przyśpieszyła. A przecież nie o to mu chodziło w przypadku tej kobiety. Miał cel, musiał skłonić lady Tess do wyjawienia pewnej informacji, to wszystko.

– Jak się pani bawi w tym sezonie? – Był to bezpieczny temat dla przybyłych do miasta młodych dam. Odchylił się na oparcie krzesła, czekając na opowieść o podbojach i strojach.

– Równie kiepsko jak w poprzednim – odparła z ironicznym uśmieszkiem.

Zabrzmiało to szokująco uczciwie, aż przebiegł go dreszcz. Podobnie się czuł tylko wtedy, gdy zaczynał się zbliżać do ściganego przestępcy. Było to pełne narastającej ekscytacji oczekiwanie. Tylko dlaczego tak właśnie się czuł wobec tej młodej i z pewnością niewinnej damy?

– Można wiedzieć, z jakiego powodu? – spytał.

– Proszę mi wybaczyć. Uzna mnie pan za niewdzięcznicę, skoro tę szansę zawdzięczam łaskawości mojego kuzyna.

– Mówienie prawdy nie zawsze jest naganne.

– Owszem, jest, jeśli ktoś szuka męża. – Zaśmiała się z goryczą. – Mężczyźni lubią kobiety potulne i skromne, takie, które nie odzywają się nieproszone.

– Ach tak…

Kręciła trzymaną w dłoni szklanką, wpatrując się w napój.

– Mój ojciec zawsze mnie zachęcał do wyrażania własnej opinii, ale niektórzy uważają to za sprzeczne z dobrymi manierami. – Zacisnęła usta, a on nagle zapragnął się dowiedzieć, czy ich smak jest równie słodki jak wygląd. – No i znów to robię. Jeśli nie będę uważać, naprawdę mnie wyślą do Yorkshire.

– Dlaczego do Yorkshire?