Martwy sezonTekst

Z serii: Garstka z Ustki #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Dla mojego męża,

który nigdy nie był standardowym

bohaterem romansu. A ci są zwykle nieznośni.

Dzięki niemu Czarek też nie jest

CZĘŚĆ PIERWSZA POSZUKIWANIE PORTU

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Niewielka liczba gości w pensjonacie miała swoje wady i swoje zalety. Zaletą było to, że przygotowanie śniadania dla sześciu osób zajmowało najwyżej kwadrans. Sprzątanie też szło szybciej. Wadą – że pewnie wkrótce Magda wraz z babcią zaczną balansować na granicy śmierci głodowej i być może będą musiały zjeść jednego z turystów.

Rozkładając talerzyki na stołach, Magda Garstka zabawiała się w duchu rozważaniami, który z gości kwaterujących obecnie w Wielkiej Niedźwiedzicy nadawałby się do zjedzenia bardziej niż inni. Wolała się koncentrować na radosnych sprawach, by nie myśleć o piśmie z banku, które znalazła wczoraj, a które babcia przed nią ukrywała. Kulinarna wartość pensjonariuszy to zdecydowanie weselszy temat niż zaległe raty kredytu i bankowe terminy ostatecznej ostateczności.

Taki pan Kazek, na przykład, pulchny i rumiany. Może gdyby się zmienił w pieczeń, jego żona, upiorna Jadwinia, przestałaby się wreszcie na niego wydzierać? Choć raczej nie. W jej odczuciu z pewnością byłby pieczenią za suchą, źle doprawioną i powodującą zgagę, za co ponosiłby bezpośrednią winę. Po dwóch dniach obcowania z nimi Magda była przekonana, że w oczach pani Jadwini pan Kazek nigdy nie mógłby się okazać choćby zadowalający w swych staraniach. Kiedyś musiał być, skoro zgodziła się zostać jego żoną, ale po tej ulotnej chwili sprzed dwudziestu lat nie zostały jej nawet ciepłe wspomnienia.

Upieczenie pani Jadwini nie wchodziło w grę. Danie byłoby nie do przełknięcia. Może nadawałaby się do curry – mocne przyprawy zabiłyby łykowatość i żółciowy posmak wiecznie nabzdyczonej i nieukontentowanej kobiety.

Z kolei z Łowcami Duchów – jak Magda nazywała czwórkę emerytów, którzy przyjechali do Ustki poszukiwać dowodów na istnienie bytów pośmiertnych, by potem opisać swe odkrycia w przewodniku turystycznym – dogadywała się całkiem dobrze. O wiele za dobrze, żeby dybać na ich udźce i podgardla. Wszyscy czworo byli odrobinę stuknięci, ale okazali się też dobrymi klientami. Nie tylko nie odwołali rezerwacji, ale nawet przedłużyli ją, gdy rozeszły się wieści o trupach.

Zatem pieczeń z Łowców Duchów też odpadała. Za to jeśliby po pieczystym z gościa pozostał duch, miałaby w nich stałych klientów na lata.

– Magdo, nie zapomnij o misce dla Hultaja – zawołała babcia Marysia, wnosząc do jadalni półmisek z kiełbaskami.

– Miska dla Hultaja już gotowa! – odkrzyknęła Magda, robiąc przy tym zbolałą minę.

Nawet nie doprawiła mu jedzenia relanium, choć bogowie jej świadkami, że ten psiak zapracował na akt cichej agresji. Gryzł, szczekał, obsikiwał podłogę i robił wszystkie te rzeczy, które ludzie uznają w terierach za urocze, gdy nie muszą po nich sprzątać. Zwykle nie przyjmowały gości z psami, ale w tym miesiącu przyjęłyby ich chyba nawet z nosorożcem. Z każdym tygodniem w pensjonacie Magda odkrywała w sobie nowe pokłady desperacji.

Kiedy przyjechała do Ustki na początku czerwca, miasteczko i sezon zaserwowały jej podwójny miesiąc miodowy – czerwiec i lipiec były cudowne. Radość, optymizm, kwilące ptaszęta. Ale potem nastąpił naprawdę ciężki sierpień, który płynnie przeszedł w niewesoły wrzesień, ten zaś – w przygnębiający październik, którego koniec nie wróżył ani odrobinę bardziej pomyślnego listopada. Na Halloween w ramach dekoracji będą mogły wyeksponować szkielety swoich marzeń, nadziei i wypłacalności. Zamiast pajęczyn w kątach powieszą wyciągi bankowe. Prawdziwa zgroza.

Tylko tym Magda mogła wytłumaczyć pomysł oceniania gości pod kątem ich potencjału konsumpcyjnego. W czerwcu takie kanibalistyczne rozważania nawet nie przyszłyby jej do głowy.

Życie nad morzem ma swój rytm i melodię. Zwłaszcza w miejscowości takiej jak Ustka, ściśle związanej z pływami turystycznymi. Jest trochę jak pierwsza wakacyjna miłość. Kiedy Magda wróciła po latach, miasteczko pokazało jej się od najlepszej strony. Jakby chciało mieć pewność, że dziewczyna połknie haczyk, zgłupieje z miłości, spakuje manatki i przeniesie się tu na stałe. Słońce, brak wolnych pokoi, plaże pełne półnagich mężczyzn, z których martwy był tylko jeden. Ale wtedy Magda po cichu uznała to nawet za dodatkową atrakcję, powód do zabawy w detektywa.

Potem trupów było więcej. I z każdym kolejnym gęstniały chmury nad Ustką, a nad Wielką Niedźwiedzicą w szczególności. Gdyby porównywać lokalne biznesy do jednostek pływających, to znajdowały się tu przeważnie solidne okręty o wzorcowej wyporności, masywne barki towarowe i kutry, które mimo niewielkich rozmiarów radziły sobie na morzu nawet w kiepską pogodę. Tymczasem Wielka Niedźwiedzica przypominała raczej szalupę ratunkową. A w tym sezonie wręcz dmuchane koło, gumową żółtą kaczuszkę.

Po dwumiesięcznej fazie słońca i beztroski Magda dostała w nos fazą „nieprzewidywalny jak sierpień nad polskim morzem”. A ten i owszem, może być wyidealizowany, jak ze wspomnień z czasów podstawówki: maciejka, barwiące usta wiśnie i skóra schodząca z nosa. W te dobre lata sierpień i wrzesień to szczyt sezonu. Ale bywało też tak jak w tym roku.

Deszcz, sinice i trupy. Trzywyrazowy nekrolog sezonu urlopowego.

Zaczęło padać drugiego sierpnia i z niewielkimi przerwami siąpiło do końca miesiąca. Nie były to ulewne deszcze czy burze, nie podmywało ulic, nie zanosiło się na to, że czas budować arkę. Ale nawet przy mżawce plażowanie odpadało. Ludzie przywozili parasole słoneczne i oczekiwali, że będą potrzebować ochrony wyłącznie przed słońcem. Deszcz na urlopie jest jak faux pas, które ciężko wybaczyć nadmorskiej miejscowości.

Później przyszły sinice. Przez dwa lata z rzędu łaskawie omijały Ustkę, ale w tym roku morze zakwitło. Zatoka zmieniła się w brudną zupę, zapaszek był nieszczególny, a wszystkie tabloidy rozpisywały się o szkodliwości sinic dla zdrowia. Na plażach pojawiły się czerwone tablice ostrzegawcze, pełne wykrzykników. Brakowało tylko znaków z trupią czaszką na piszczelach. Z kąpieli nici.

A potem, we wrześniu, turyści zaczęli się topić. Na potęgę. Wypadki zawsze się zdarzają – ktoś wchodzi do wody po pijaku, ktoś się potknie na falochronie, ktoś dostanie zawału, jeszcze ktoś przeceni swoje możliwości i nie zauważy, że ten kawałek plaży jest niestrzeżony. Nad morzem to normalne sytuacje, w każdym sezonie dochodzi do kilku takich przypadków. Gorzej, jeśli wszyscy postanowią się utopić w jednym tygodniu.

Tak było w Ustce w tym roku. Morze niemal codziennie wypluwało ciała, a media społecznościowe rozniosły wieści w świat. Nawet facet, który utopił się aż w Łebie, wypłynął właśnie w Ustce. Pięć osób w ciągu tygodnia. Tego nie dało się ukryć. Ratusz naciskał na dyskrecję, ale nie sposób uciszyć tysięcy internautów.

Nie było w tych utonięciach niczyjej winy, ot, same nieszczęśliwe wypadki. Ale fakty swoje, a plotki swoje i Ustka została tegoroczną stolicą topielców. Ujęcia z usteckiego portu i deptaka pojawiały się nawet w wiadomościach telewizyjnych jako ilustracja materiału o niebezpieczeństwach morskich kąpieli, w tym o dwójce dzieci, które utonęły w Mielnie. Zdaniem Garstek miasto miałoby podstawy do pozwu o zniesławienie, gdyby nie tych pięć trupów.

Magda podejrzewała, że turyści znieśliby każdą z wakacyjnych klątw z osobna, jednak przy kumulacji wymiękali. Każdego dnia wykreślała nazwiska z księgi rezerwacji i coraz trudniej przychodziło jej nie zamartwiać się o przyszłość pensjonatu. Babcia niewiele mówiła i starała się robić dobrą minę do złej gry. Ale Magda była dorosłą i ogarniętą kobietą, a gdy wpadło jej w ręce tajemnicze pismo z banku, poznała szerszy kontekst ich problemów.

Pięć lat wcześniej babcia wzięła duży kredyt na renowację Wielkiej Niedźwiedzicy. Kilka miesięcy temu, jeszcze przed przybyciem Magdy, musiała dobrać sporą pożyczkę, bo bojler gwałtownie odmówił współpracy, a zimne prysznice doceniłoby niewielu wczasowiczów. Wszystko wyglądało dobrze, dopóki turyści szturmowali drzwi pensjonatu. W czerwcu i lipcu były optymistkami, żaden z pokoi nie pozostawał wolny dłużej niż kilka dni.

Teraz wyglądało to gorzej. W sierpniu połowa pokojów stała pusta, we wrześniu więcej było wolnych niż zajętych. Magda żywiła nikłą nadzieję, że ładny i w miarę suchy październik im to wynagrodzi, ale na razie szóstka gości nie miała towarzystwa. Zresztą za oknem nieprzerwanie siąpiło.

Nie miała się co łudzić – bank nie będzie specjalnie wyrozumiały, nawet jeśli niespłacone raty to skutek najgorszego od lat sezonu. I nie przyjmie, w ramach uregulowania zaległości, darmowego noclegu dla swoich pracowników w pensjonacie zlokalizowanym w polskiej stolicy topielców. Nie z tymi cholernymi sinicami zmieniającymi zatokę w cuchnącą zupę.

 

Magda czuła się bezradna i sfrustrowana. Bo jak walczyć z pogodą, algami i plagą utonięć?

I jeszcze, jakby tego było mało, zaginęła ciocia Tamara.

Może „zaginęła” to niewłaściwe słowo. Przywodziło na myśl mordercę z autostrady polującego na niewielkie i urodziwe kobiety po trzydziestce. Cioci w tym roku miała stuknąć czterdziestka, ale gdyby Magda podała tę informację w policyjnym raporcie osób zaginionych, ciotka mogłaby powstać z nieoznaczonego grobu, by ją za to opieprzyć. Kwestia zasad… Powiedzmy więc, że ciocia Tamara nie tyle zaginęła, ile nie dawała znaku życia. Brzmiało równie nieprzyjemnie, ale bez skojarzeń z Investigation Discovery.

Tamara wyjechała w lipcu do Islandii. Zapakowała aparaty fotograficzne i niewielki dobytek do bagażnika oldschoolowego mercedesa w kolorze kości słoniowej, zwanego czule Wielorybkiem, i rozpoczęła przygodę życia. Coś, co na początku miało być kilkunastodniowym plenerem fotograficznym w okolicy, w której każda nazwa brzmi jak skomplikowane zaklęcie demonicznego przywołania, rozrosło się w wielki multimedialny projekt artystyczny. Grupa uczestników zwiększała się, w miarę jak wzrastał budżet, na który zrzucały się już instytuty kulturalne z trzech krajów skandynawskich. Lato płynnie przeszło w jesień, a końca projektu nie było widać. Filmowcy, fotografowie – w tym Tamara – dziennikarze i literaci przez kilka tygodni mieli przemieszczać się po Islandii, kręcić, pstrykać, pisać i chłonąć, przetwarzać wyspę na swoją sztukę, by potem wrócić do Szwecji i tam poskładać wszystkie elementy w całość, która na wieki zmieni postrzeganie Islandii. Otrzymali bajeczne warunki i finansowanie. Tamara była niesamowicie podekscytowana. W regularnie pisanych mailach, wiadomościach na Messengerze i rozmowach telefonicznych opowiadała siostrzenicy o wszystkich cudownościach tego pięknego i surowego kraju.

A Magda cieszyła się, że ciotka na poważnie wracała do fotografii. Do swojej pasji, którą porzuciła dziesięć lat wcześniej, prawie z dnia na dzień. Tamara miała wszystko, co trzeba: talent, pasję i zawodowy prestiż, ale by zająć się osieroconą siostrzenicą, przeszła w tryb przetrwalnikowy. Nagradzana fotografka skończyła z małym studiem, zdjęciami legitymacyjnymi i ślubnymi. Magda doceniała to, ale odczuwała też wyrzuty sumienia, że przez nią ciocia musiała zrezygnować z kariery.

Islandia była darem od niebios, który tę bezinteresowną dobroć miał jej wynagrodzić.

Przez tygodnie rozmawiały lub pisały do siebie niemal codziennie. Magda mogła na bieżąco śledzić kolejne etapy wyprawy. Próbowała szukać na mapie miejsc o różnych karkołomnych nazwach, takich jak Seyđisfjörđur, Vík í Mýrdal, Landmannalaugar, Gođafoss, Dimmuborgir. Oglądała zdjęcia i filmiki z kolorowymi górami i czarnymi jak węgiel plażami wulkanicznymi. Nieprawdopodobne piękno tych krajobrazów zapierało dech i aż trudno jej było uwierzyć, że to nie scenografia do wielkiej sagi fantasy, ale prawdziwe miejsca.

Magda wiedziała, że plan podróży się wydłużał, że po ponad dwóch miesiącach w Islandii popłynęli promem najpierw do Danii, gdzie zatrzymali się na kilkanaście dni, a dopiero potem do Szwecji, gdzie miał się zacząć ostatni etap pracy nad projektem.

Ciocia Tamara pisała, że ma mnóstwo materiału, nad którym musi popracować. Tysiące zdjęć, z których wybierze te na wystawę i te do publikacji. Okazało się, że część fotografii niewykorzystanych w głównym projekcie najprawdopodobniej zdoła sprzedać do dwóch magazynów podróżniczych, bo udało jej się odświeżyć niektóre kontakty z dawnego życia.

Pisała o ludziach, których poznała w czasie trwania projektu, o międzynarodowym towarzystwie – głównie Skandynawach: Szwedach, Duńczykach, Norweżce podróżującej z mopsikiem… Tamara była jedną z dwojga Polaków. Magda cieszyła się każdą wiadomością i tym, że ciocia jest szczęśliwa jak świnka w błocie. W smutniejsze dni, kiedy pensjonat zamierał, a wizja długu rosła, kolorowe maile z innego świata dostarczały jej radości i nadziei, że będzie lepiej.

Ostatnia wiadomość przyszła sześć dni temu. Od tego czasu Magda nie miała z Tamarą żadnego kontaktu. I zaczynała świrować. Pocieszała się, że pewnie znów są poza zasięgiem, na jakimś promie czy w odległych i dziko urokliwych rewirach Skanii, ale jej niepokój rósł z każdym dniem. Bo Tamara była odpowiedzialną kobietą i zwykle uprzedzała ją, że przez dzień czy dwa nie będzie dostępna.

Wczoraj Magda sprawdzała pocztę w poszukiwaniu nazw miejscowości, które ciocia zamierzała odwiedzić w ciągu najbliższych dni. Przeczytała wszystkie maile, szukając wskazówek. W sieci znalazła tylko lakoniczną wzmiankę o grancie naukowym dla projektu, na wszystko inne było za wcześnie. Czy to już ten moment, gdy powinna obdzwaniać komisariaty w Ystad i Malmö? Tamara chciała zawinąć w tamte strony, by odwiedzić tę część Szwecji, którą obie znały z serialu Wallander. Z Ystad planowała wrócić promem do Polski. Czy coś jej się tam stało?

Może Magda martwiła się na wyrost, ale to naprawdę nie było w stylu Tamary: nie odzywać się, nie odbierać telefonu, nie odczytywać wiadomości i SMS-ów. Coś było nie tak. A Magda nie miała namiarów do nikogo z wyprawy. Żałowała, że nie postąpiła wcześniej jak nadopiekuńcza matka, która żąda od wyjeżdżającej na wakacje córki numerów, CV i listów polecających wszystkich jej znajomych.

Uznała, że jest zbyt tolerancyjną siostrzenicą. Nigdy więcej nie powtórzy tego błędu. Niech no tylko Tamara wróci, a usłyszy: „Moja panno, doprawdy!” .

– Pani Madziu, poprosimy dwa razy jajecznicę! – Głos pana Zenka wyrwał ją z rozmyślań.

Odłożyła filiżankę, którą przez ostatnie minuty zapamiętale polerowała. Nawet nie zauważyła, kiedy państwo Dyziakowie zeszli na śniadanie, za chwilę zjawią się państwo Małeccy. Te dwie pary nigdy nie rozstawały się na dłużej niż kilka minut.

– Oczywiście, panie Zenku. Na masełku czy z boczkiem? – zapytała, choć założyłaby się o pół pensji, że pan Zenek powie „na boczku”, żona, że „na masełku, i to oszczędnie”, a potem machnie ręką, gdy mąż będzie patrzył na nią błagalnie jak basset. I faktycznie, czwarty raz w ciągu czterech dni, sytuacja przebiegła według tego scenariusza. A pani Stasia wymownie mrugnęła do Magdy, upewniając się, że dziewczyna pamięta ich ustalenia. Owszem, na boczku, ale po odlaniu wytopionego tłuszczyku, zanim wbije trzy jajka. Trzy, nie cztery, jak pan Zenek oczekuje.

Najwyraźniej tak działają te zgodne i udane małżeństwa z pięćdziesięcioletnim stażem – pan Zenek myślał, że dostaje dokładnie to, czego chce, a jego żona dbała, aby to, czego chce, go nie zabiło.

– Dzień dobry wszystkim! Czyż to nie wspaniały dzień? – zawołała pani Urszula Małecka, wkraczając do jadalni.

Jej donośny głos zdradzał ponad trzydzieści lat pracy w szkole podstawowej. Z bladą karnacją i krótkimi jasnymi włosami kontrastowały jaskrawe, fioletowo-żółte oprawki okularów, które – choć z pewnością przekroczyła siedemdziesiątkę – nadawały jej wygląd kobiety nowoczesnej i energicznej. Pani Urszula nie bała się mocnych kolorów, przeciwnie, jeśli czegoś się bała, to bycia mdłą i nijaką, ale to jej kompletnie nie groziło. Nie z tą garderobą – zasiadła przy stoliku państwa Dyziaków w obłoku asymetrycznej malinowej tuniki założonej do chabrowych legginsów.

Chwilę później dołączył jej małżonek, pan Tomasz, odziany w zaledwie trzy polary w odcieniach zieleni. Miał ich nieskończenie wiele, różnej grubości i rozmaitych fasonów, i był kapłanem kościoła ubierających się na cebulkę.

Czyli będzie trzy razy jajecznica na boczku i raz jajka na miękko. Wszyscy czworo byli uroczo przywiązani do siebie nawzajem i swoich małych rytuałów. I do małego gnojka zwanego Hultajem, który wbiegł do jadalni za swoim panem i błyskawicznie znalazł drogę do nogawki Magdy, którą zaczął intensywnie obwąchiwać, być może z zamiarem konsumpcji. Nie kopnęła go. Była dorosłą i panującą nad emocjami kobietą, co jednak musiała sobie regularnie powtarzać w towarzystwie teriera. Dosypałaby mu środków przeczyszczających do karmy, gdyby nie to, że prawdopodobnie oznaczałoby to więcej sprzątania.

Wymknęła się do kuchni przekazać babci zamówienia. Wymieniały się przy kuchence, ponieważ teraz stanowiły jedyny personel Wielkiej Niedźwiedzicy.

Jeszcze w sierpniu było ich cztery. Magda i Maria Garstki oraz Irina i Helena, tak zwane Ptaszyny, czyli kobiety, którym starsza Garstka pomagała w ramach nieoficjalnej organizacji nazywanej Przystanią. Obie uciekały przed przemocą domową i w Wielkiej Niedźwiedzicy znalazły bezpieczne schronienie.

Kiedy Magda zawitała do Ustki, Irina mieszkała w pensjonacie już od ponad pół roku. Nie zamierzała zostawać tu wiecznie. Na Ukrainie, skąd przyjechała, prowadziła własną firmę. Była energiczną kobietą sukcesu, która miała pecha trafić na męża tyrana, a przy okazji policjanta. Gdyby nie uciekła, pewnie by ją zabił i nigdy za to nie odpowiedział. Ale wreszcie, po wielu miesiącach w ukryciu, zdołała uzyskać rozwód. Mogła układać sobie życie. Nie wyjechała daleko – do Słupska, skoro jednak nie musiała się już ukrywać i pracować na czarno, żeby mąż jej nie wytropił, znalazła sobie lepiej płatną pracę. Może zresztą, jako bystra bizneswoman, zorientowała się, że Marii Garstki nie stać teraz na wypłacanie jeszcze jednej pensji.

Druga z Ptaszyn, Helena, potrzebowała znacznie intensywniejszej pomocy psychologicznej, niż mogła dostać w małym miasteczku. Jedna z dawnych podopiecznych Przystani pomogła jej znaleźć takową w Gdańsku. Dyskretnie, bo wciąż musiała się ukrywać przed agresywnym partnerem, przeniosła się więc do Trójmiasta.

I nagle na barkach Magdy i Marii spoczął obowiązek obsługi całego pensjonatu. Magda wolała nie myśleć, jak z całą tą pracą poradziłaby sobie jej siedemdziesięcioletnia babcia, gdyby nie odważyła się w maju namówić wnuczki na wakacje w Ustce. Nawet z szóstką gości pracy było o wiele za dużo dla jednej drobnej, starszej kobiety.

Kiedy Magda wróciła do jadalni z zamówionymi śniadaniami, akurat wkraczali do niej państwo Brzeskowie – Kazik i Jadwiga. On był dosyć masywny, z przerzedzonymi włosami i zaczerwienioną, nalaną twarzą osoby z nadciśnieniem. Ona – szczupła, ciemnowłosa, skrzywiona w grymasie permanentnego niezadowolenia. Byli gośćmi Wielkiej Niedźwiedzicy ledwie dwie doby, ale już dali się poznać jako ci „trudni”.

Usiedli przy oknie, Kazimierz zamówił jajecznicę. Jadwiga skrytykowała tę decyzję, wytykając mu obwód pasa. Sama jajek nie jadła. Morderczy cholesterol. Równie dobrze Magda mogłaby spytać, czy ma ochotę na szczyptę cyjanku do kawy. Zresztą spożywała niewiele więcej poza kawą – za całe śniadanie wystarczał jej tost z odrobiną dżemu. Magda podejrzewała, że napędza ją złość na cały świat i kwaśny charakter.

Przez następnych piętnaście minut kobieta krytykowała wszystko, co robił jej małżonek. Źle się ubrał jak na tę pogodę. Jadł za dużo tłuszczów. I doprawdy, kto to słyszał smarować kromkę masłem, skoro je jajka. No oczywiście, niech bierze jeszcze rogalika, przecież to nie tak, że się ledwo mieści w spodnie. I jak on może mleko do kawy, kawa tylko czarna… I tak w kółko. Głośno. Cała jadalnia była świadkiem nieustannego upokarzania pana Kazika. Magda przyłapywała się na myśli, że gdyby pani Jadwinia jadła coś poza tostem z dżemem, chętnie by ją uśpiła na dzień czy dwa, choćby po to, żeby ten biedak miał chwilę wytchnienia.

To nie było troskliwe przekomarzanie, jak u państwa Dyziaków. Jadwiga Brzesko miała złośliwy charakter i wiedziała, jak dopiec mężowi. Znali się wystarczająco długo.

Magda zastanawiała się, czy nie zacząć z nim dyskretnie rozmowy o Przystani, jednak jego reakcja na zachowanie żony zniechęcała do tego pomysłu. Udawał, że nic się nie dzieje. Rumieniec na jego twarzy pulsował żywym ogniem, ale mężczyzna się nie odzywał, nie odcinał, nie nawiązywał kontaktu wzrokowego. Magda niemal czekała na moment, kiedy pęknie, wybuchnie, wrzaśnie. Na próżno.

Sprzątały z babcią po śniadaniu, kiedy usłyszała dzwonek swojego telefonu. Telefonu, który zostawiła w recepcji. Pobiegła jak rącza gazela, prawie wywijając kozła na Hultaju, ale na ekranie wyświetlał się obcy numer, stacjonarny z kierunkowym z Warszawy.

Spławiła ankietera z banku, odmawiając mu prawa do nagrywania rozmowy, i sfrustrowana jeszcze raz wybrała numer cioci. „Abonent czasowo niedostępny”.

– Doigrałaś się, droga panno, zadzwoń, gdy to odsłuchasz. Proszę. Boję się.

Nagrała się na pocztę głosową, choć wiedziała, że Tamarze chyba nigdy dotąd nie zdarzyło się odsłuchać zawartości skrzynki. Ale miała przynajmniej złudzenie komunikacji.

 

Dokończyła sprzątanie, odwiesiła biały fartuszek i była gotowa na drugie pół etatu przewidziane na dziś. W ciepłej bluzie i przeciwdeszczowym sztormiaku wyruszyła do Vincenta, kawiarni, w której pracowała jako kelnerka.

W porcie natknęła się na Łowców Duchów, przechadzali się po chodniku z urządzeniem wyglądającym jak przenośna antena

telewizyjna podłączona do walkmana. Ich twarze wyrażały pełne skupienie. Nawet nie musiała pytać, czym się zajmują. Od trzech dni robili to samo: kalibrowali maszynerię, by awaria nie zaskoczyła ich w terenie. Usłyszała przy śniadaniu, że dziś będą szukać Wullfa, średniowiecznego rycerza na koniu, którego duch wedle legend uganiał się po polach gdzieś pomiędzy Ustką, Duninowem a Lędowem. Jeśli tam był, nie miała wątpliwości, że zawzięci Łowcy wytropią go i nagrają. Może nawet nakłonią do udzielenia pierwszego w życiu wywiadu.

– Powodzenia z duchem rycerza! – zawołała.

Pan Zenon pokazał jej uniesione kciuki, a potem pokłusował za żoną i przyjaciółmi, którzy wpakowali już resztę sprzętu i czekali na niego w samochodzie, zdyscyplinowani i zdeterminowani.

Miała nadzieję, że duchy okażą się dziś łaskawe i pozwolą się nagrać. Pan Zenek sugerował, że jeśli zdołają przeprowadzić „pogłębione analizy”, zostaną dłużej niż zapowiedziany tydzień. Czworo gości plus pies – zawsze lepsze to niż nic. Państwo Brzeskowie mieli zostać jeszcze pięć nocy. A potem księga rezerwacji świeciła pustkami. Kaplica.

*

Dotarła do pracy na chwilę przed początkiem swojej zmiany. Związała włosy i opasała się kelnerskim fartuszkiem. Vincent był już pełen, więc rzuciła się do roboty, odciążając poranną zmianę.

Dorota i jej lokal ewidentnie łagodniej przechodzili kryzys klimatyczno-trupi niż Wielka Niedźwiedzica. Ludzie wciąż przyjeżdżali na ciacho i krówki. Ba, im więcej padało, tym bardziej było prawdopodobne, że kawą będą się dobudzać, a krówkami pocieszać.

Przez następnych osiem godzin Magda nie usiadła nawet na chwilę. Biegała między stolikami, nabijała należności na kasę, sprzedawała woreczki z krówkami i jesienne syropy. W miarę nasilania się deszczu lepiej schodziły malinowe i korzenne dodatki do kawy i herbaty.

Dotarła do mieszkania po dziewiętnastej, tak umordowana, że nie miała siły zrobić niczego poza wpakowaniem się do łóżka z największym kubkiem czekolady. Z piankami, by mieć jakąś radość z tej deszczowej jesieni.

Babcia była na zajęciach dla seniorów w domu kultury wraz ze swoją muszkieterką, panią Anielą. Dziś chyba odkrywały w sobie drzemiącą kobiecość na kursie tańca brzucha. Namawiały Magdę, by poszła z nimi, ale uznała, że odstawałaby od kompanii pań po sześćdziesiątce. Najgorsze, że mogła odstawać od nich kondycją i giętkością – one nad swoją entuzjastycznie pracowały.

Magda poczuła zaskakującą pustkę. Z trudem przychodziło jej oswojenie się z nową sytuacją. Przez lata dzieliła mieszkanie z ciocią Tamarą. Od czerwca po raz pierwszy w życiu mieszkała sama. Latem znosiła to lepiej. Spędzała mnóstwo czasu z babcią (nadrabiały stracony czas), z Arturem, celebrując początki uroczego i romantycznego związku, lub z Moniką, swoją kuzynką, a zarazem najlepszą przyjaciółką z dzieciństwa. Wtykanie nosa w nie swoje sprawy przy okazji badania sprawy tajemniczego trupa znalezionego na plaży też było mocno angażujące.

Teraz sporo się zmieniło. Monika i jej świeżo poślubiony mąż wyjechali na studia do Gdańska, Artur także. Ledwie skończył praktyki w szkole podstawowej, musiał się zwijać do Trójmiasta, żeby jeszcze przed początkiem października zaliczyć jakiś egzamin w drugim terminie. A potem zaczął się rok akademicki i wszystko poplątało się jeszcze bardziej. Może ten romans miał mieć krótki, wakacyjny termin przydatności do spożycia? Czy była gotowa na związek na odległość? Nie wiedziała.

Za dużo smętnych myśli naraz. Magda odłożyła rozważania nad statusem związku na później. Szczęśliwie nigdy nie zaktualizowała go na Facebooku, mogła więc, niczym Scarlett, pomyśleć o tym jutro.

Znów spróbowała się dodzwonić do cioci Tamary. Potem do Artura – równie bezskutecznie. Nie chciała marudzić, ale było jej zwyczajnie smutno.

Spotykali się raptem cztery miesiące, ale szczerze go lubiła. Lubiła spędzać z nim niemal każdą wolną chwilę. Gadać na żywo i przez telefon. Tymczasem od kilku dni nie mogła się z nim skontaktować. Rzucił się w wir studiów i szukał nowej pracy. A ona została w Ustce, sama i opuszczona.

I zaczynała się bać nadchodzącej zimy.

To jedna z tych rzeczy, o których nie myśli się w chwili powrotu do miasteczka z dzieciństwa. Owszem, ponad dziesięć lat temu znała tu mnóstwo osób, ale dziś to już nie byli ci sami ludzie. Właściwie nic ich nie łączyło, oprócz wspomnień z podstawówki.

W szczycie sezonu Magda nie miała czasu na szukanie znajomości poza pracą, a teraz jej koleżanki z Wielkiej Niedźwiedzicy kilka sezonowych kelnerek z Vincenta odeszło. Wróciły do innego życia, w innych miastach.

I nagle Magda zaczęła się obawiać swojej kochanej Ustki po sezonie. Potencjału samotności, który jej się teraz skutecznie realizował.

Nawet tata nie nawiedzał jej od dobrych kilku dni.

Może bał się Łowców Duchów i ich sprzętu do nagrywania. Albo to ona się bała. Bo gdyby podczas jego obecności niczego nie nagrali, stałoby się jasne, że jest tylko jej urojeniem i halucynacją, a nie przyjaznym duchem ojca. Albo przeciwnie – nagraliby, więc musiałaby przyznać, że przez ostatnich dziesięć lat była nawiedzana. Nie zastanawiała się nad tym przed spotkaniem z Łowcami, tata po prostu się pojawiał, gdy go potrzebowała. A teraz zniknął. Może tylko był nieśmiały i wróci, gdy goście odjadą, ze swoimi mikrofonami, antenami i klasyfikacją bytów ektoplazmowych. Cokolwiek to znaczy. Magda miała w tej kwestii więcej praktyki, niż znała teorii.

Siedząc we flanelowej piżamie, otulona kocem, z wielkim kubkiem czekolady, puszczała wodze wyobraźni.

Może Artur i ciocia Tamara zaczęli pracować dla CIA? Nie mogą odbierać połączeń od niej, żeby nie spalić przykrywki. Jeśli udawali bossów narkotykowych, telefon od Madzi Garstki z Ustki mógłby być trudny do wyjaśnienia. Więc milczeli.

Tylko czemu jej szczęście tak bardzo było uzależnione od ich telefonów?

– Nie rozklejam się, co to to nie – powiedziała na głos. – To ten stary film. Jak tu nie płakać, kiedy Audrey Hepburn błądzi w deszczu, szukając tłustego, rudego kota?

Deszcz walący z dziką pasją w parapet okna tylko wzmacniał desperacki i łzawy nastrój.

Zasnęła przed dwudziestą pierwszą, zanim jeszcze pojawiły się napisy końcowe. Wujek żartował, że Magda zaniża obecnie średnią wieku w Wielkiej Niedźwiedzicy, skoro większość gości jest rówieśnikami babci. Nic bardziej mylnego. Czuła się tak zmęczona, jakby wewnątrz jej dwudziestotrzyletniego ciała mieszkała emerytka, która zwykła zasypiać wczesnym wieczorem.

Babcia i pani Aniela dopiero kończyły swoje zajęcia z tańca brzucha.

A Łowcy Duchów urządzali sobie w jadalni wieczorek z brydżem.

Zdecydowanie odstawała od emerytów. Oni potrzebowali znacznie mniej snu.

*

W cichym już pensjonacie Maria Garstka siedziała przed komputerem jak na szpilkach. Co chwilę odświeżała skrzynkę pocztową i komunikator, ale wciąż nie otrzymała wiadomości, na którą tak bardzo czekała. Wystarczyłoby: „Żyję, wszystko jak planowałyśmy”.

Prowadziła Przystań już kilka lat. Miała wiele podopiecznych, które wychodziły z różnych koszmarów. Ale o żadną nie bała się chyba aż tak jak o Joannę.

Jak wszystkie kobiety z grupy Przystani na początku, Joanna tkwiła w koszmarnym związku pełnym przemocy. I marzyła o ucieczce. Jednak poziom kontroli i patologicznego narcyzmu, jaki prezentował jej mąż, trudno było Marii porównać z czymkolwiek, co dotąd znała.

Czy odkrył, że Joanna się z nią kontaktowała? Czy przeszukał jej laptopa? Czy ukarał ją znów tak bardzo, że nie była w stanie się komunikować?

Po raz pierwszy od dawna Maria czuła się zupełnie bezradna. Nie zasypiała utulona płaczem od czasów, kiedy z jej życia zniknął jej własny agresywny mąż. Teraz płakała ze strachu o kobietę, której nigdy nawet nie spotkała na żywo. Znały się z sieci. Raczej nie poznałaby jej na ulicy, ale znała jej najbardziej intymne myśli i obawy. Wiedziała o niej rzeczy, których Joanna nie mogła zdradzić nikomu.