Cud, miód, MalinaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mężczyzna opuścił głowę, jakby zawstydzony.

– Idź z ciocią Łucją, znajdę Kocika i zaraz przyjdziemy, dobrze?

Przytaknęła i uśmiechnęła się do niego promiennie.

Kobieta z dziewczynką zniknęły w domu, a mężczyzna westchnął z frustracją. Odgarnął do tyłu długie kręcone włosy, odsłaniając twarz o ostrych rysach i wydatnej kwadratowej szczęce. Miał przymknięte powieki, ale byłam niemal pewna, że tęczówki połyskiwały mu na czerwono.

Stanął w rozkroku. Potarł dłońmi nogawki skórzanych spodni, a potem rozcapierzył palce i uniósł ręce prostopadle do ciała. Z wysiłku napęczniały mu żyły na skroni. Dłonie rozjarzyły się czerwienią. Przykucnęłam, pociągając za sobą Klona. Jeszcze nas nie zauważył, może nie zauważy… Spodziewałam się szalejących płomieni albo innej niszczycielskiej siły, bo tak kojarzyłam magię demoniczną, a takiej bez wątpienia używał. Zamiast tego z ziemi uniosły się płatki róż, które w małych wirach wróciły na ogołocone krzaki, wiążąc się znów w pełne kwiaty. Znikały wszystkie ślady zniszczeń. Pył, liście i gałęzie jednym podmuchem mocy zostały zmiecione z trawnika, piaskownicy i huśtawek, które zauważyłam dopiero teraz. A gdy wszystko wróciło na miejsce, mężczyzna zawołał:

– Kocik, chodź tu, łachudro!

Wątpiłam, by jakikolwiek kot odpowiedział na taki brak szacunku, lecz się myliłam. Częściowo, dodałam w myślach, gdy z lasu wybiegł rzeczony Kocik. Nie zareagowałby żaden kot, ale najwyraźniej nie dotyczyło to ogarów piekielnych o imieniu Kocik. Biegł w stronę mężczyzny, z wywalonym językiem, ze szkarłatnym blaskiem bijącym ze ślepi i ze szczęką pełną zębisk dłuższych od moich palców. Masywny, z grubymi zwojami mięśni tańczącymi pod lśniącą czernią skórą, był rozmiarów cielęcia. Wyglądał na bestię, która jednym kłapnięciem szczęk rozrywa gardło i z chrupnięciem łamie kręgosłup. Mężczyzna nie drgnął, choć monstrum biegło na niego z impetem. A potem zaczęło podskakiwać i łasić się do niego, trącając zaczepnie, jakby go za coś przepraszało.

– Nie wstyd ci? Trochę wrzasków, a ty się chowasz? Jak ty się kiedykolwiek w piekle pokażesz z takimi odruchami, łachudro? – mówił mężczyzna, jednocześnie czochrając dłuższe futro za uszami ogara.

Co się tu dzieje? – zastanawiałam się gorączkowo.

Nagle nieznajomy podniósł głowę i spojrzał prosto na nas swoimi czerwonymi oczami.

– Będziecie kucać w tych krzakach czy w końcu zbierzecie się na odwagę, żeby się odezwać? Zgubiliście się?

Przełknęłam ślinę. Klon spoglądał na mnie z niemym pytaniem. No tak, moja rodzina, moje zasady. Chyba myślał, że znam tych ludzi. Powiedzmy, że ludzi. Sądząc po tej popisówce – demona i potężną wiedźmę… Cholera.

Demon wyraźnie liczył na odpowiedź. Z ogarem przy nodze, który wpatrywał się w nas z ciekawością, jakby czekał na sygnał od pana, że może się nami pobawić.

Wstałam.

– Możliwe, że się zgubiliśmy – przyznałam. – Szukaliśmy domu wiedźmy, Glicynii Koźlak…

Mężczyzna parsknął.

– No to znaleźliście.

– A Glicynia jest?

Znów parsknął. Kto by pomyślał, że można parskać tak cynicznie?

– Kiedy będzie?

Wzruszył ramionami.

– Cholera ją wie. Oby jak najszybciej, bo chcę ją obedrzeć ze skóry, a nie lubię odkładać planów na później.

Nagle zmrużył oczy i zaciągnął się powietrzem.

– Jesteś z nią spokrewniona – powiedział.

Bardzo, ale to bardzo nie chciałam być spokrewniona z kimś, kto wkurzył demona tak, że ten chce go obedrzeć ze skóry. Ale kłamstwo nie miało sensu. Jeżeli znał Glicynię na poziomie magicznym, mógł wyczuć nasze pokrewieństwo. I raczej nie kręcił się w okolicy, bo piekli razem ciasteczka.

– Nie odpowiadam za czyny mojej ciotki. – Uniosłam ręce. – Ja tylko przyjechałam zaprosić ją na rodzinną imprezę.

Przez chwilę mierzył nas spojrzeniem spod zmarszczonych srogo brwi, wreszcie machnął ręką.

– Chodźcie do środka, musimy porozmawiać. Teraz to też wasz problem. Ale grzecznie, zdenerwujcie dziecko i już po was – ostrzegł i wszedł do domu.

Nie chciałam tam wchodzić. Chciałam wrócić do samochodu, odjechać na bezpieczną odległość, zadzwonić do Aronii i wywrzeszczeć jej, że ciotka Glicynia razem ze swym demonicznym burdelem przerasta moje możliwości i mają sobie radzić same. Ja się w tym czasie mogę zająć ich dzieciakami z wietrzną ospą, bo to bardziej kompatybilne ze mną zajęcie. Nawet jeśli skończę z półpaścem, zachowam duszę.

To właśnie chciałam zrobić. Ale nie mogłam.

Uświadomiłam to sobie, gdy próbowaliśmy z Klonem zwiać, i żadne z nas nie było w stanie zrobić kroku w kierunku innym niż w stronę domu. Cholera. Gdy powiedział: „Chodźcie do środka”, nie kierowało nim dobre wychowanie. Jak mogłam się mierzyć z demonem, który rzuca zaklęcia woli z taką łatwością? Nawet mu żyłka nie zapulsowała. Zerknęłam na Klona. Nie miotał się, ale wyraźnie był pod wpływem tego samego zaklęcia.

– To jest ten moment, kiedy mówisz, że masz plan – powiedział spokojnie.

Jako zielony kciuk nie zadawał się z demonami, nie byłam pewna, czy nawet rozpoznał magię, ale zirytowało go, że ktoś jednym zdaniem ograniczył jego swobodę ruchów i decyzji.

– Nie wiem, czy mamy inne wyjście, niż wejść i się dowiedzieć, co to za problem – odparłam niechętnie.

Sprawdziłam komórkę. Ani pół kreski zasięgu. Napisałam SMS-a do mamy: „U Glicynii demon, wiedźma i małe dziecko. Ciotki nie ma. Demon nas złapał. Piekielny ogar i mnóstwo magii”.

Chciałam, by wiedziała, co się tu odpierdala. Mogłam tylko mieć nadzieję, że komórka nie znajdzie się w zasięgu jakiejś wieży dopiero przy okazji pozbywania się przez demona naszych zwłok gdzieś w głębi lasu.

*

Weszliśmy do środka. Ogar powitał nas warczeniem. Dziewczynka zawołała:

– Kocik, kici, kici, chcesz kluseczkę?

– Ależ to jest popieprzone – mruknął Klon.

Zerknęłam z zainteresowaniem. Co było kroplą, która przepełniła czarę opanowania mojego chłopaka?

– Pies morderca o imieniu Kocik? Reagujący na kici, kici? To jest po prostu zbyt dziwne – szepnął.

– Nie mów tego głośno – usłyszałam głos kobiety. – To Ivi wybrała imię i jeśli ogar uznał, że jest dla niego odpowiednie, to znaczy, że jest. Nie chcesz jej sprawić przykrości, zapewniam cię. Zanim dopadnę cię ja lub demon, sama to zrobi. Więc siadajcie przy stole i bądźcie mili dla dziecka. W innym wypadku mam nadzieję, że zostawiliście w domu testamenty.

– Uwielbiam dzieci – zapewniłam. – Klon też, wręcz za nimi przepada.


Z miną wyrażającą powątpiewanie poprowadziła nas do kuchni. Dziewczynka siedziała na wysokim krzesełku dziecięcym i karmiła ogara. Ledwie dało się dostrzec w jej pulchnych paluszkach drobniutkie makaronowe literki, które podtykała bestii. Kocik zaś robił, co tylko w jego mocy, by wyłuskać literkę językiem i nie zaczepić paluszków zębiskami jak brzytwy. Dziewczynka chichotała, kiedy fioletowy język omiatał jej skórę aż do nadgarstka.

Demon stał, oparty tyłkiem o kuchenny blat, z zaplecionymi na piersi ramionami. Przyglądał się nam sceptycznie. Kiwnął głową w stronę krzeseł i nawet nie musiał wypowiedzieć rozkazu na głos, bym poczuła przymus. Krzywiąc się, usiadłam.

– To nie jest konieczne – powiedziałam. – Chętnie porozmawiam i dowiem się, w czym problem, ale nie musisz…

Rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie i kiwnął głową w stronę dziecka. Zrozumiałam. Moje ciotki i kuzynki robiły to samo, gdy w obecności ich dzieci wyrwało mi się przekleństwo. Rodzicielskie „uważaj na słowa” w demonim wydaniu wiązało się z uczuciem lekkiego podduszania na mojej krtani. Machnęłam ręką, by puścił. Już załapałam zasady: żadnych nieprzyjemnych słów, takich jak „zmuszać”, „rozkazywać”, „gwałcić jaźń” przy dziecku.

– Czy Glicynia dawno zniknęła? – zapytałam ostrożnie, gdy zwolnił mentalny uścisk.

Łucja z głośnym stuknięciem odstawiła naczynia do zlewu.

– Cysia jest tam – powiedziała dziewczynka i machnęła ręką w bliżej nieokreślonym kierunku.

Czy miała na myśli Glicynię? Czy wiedziała, gdzie ją znaleźć?

– Pokażesz mi, gdzie jest? Zaprowadzisz mnie? – zapytałam z nadzieją.

Ivi pokręciła główką.

– Nie mogę wychodzić dalej niż do płotka – powiedziała ze smutkiem.

Spojrzałam na demona i wiedźmę. Patrzyli na dziecko ze szczerym zmartwieniem.

– Czemu? – dopytywałam.

– Cysia zrobiła takie czary. – Mała wzruszyła ramionami, jakby nie miała do powiedzenia już nic więcej. – Poczytasz mi bajkę? – zapytała po chwili, nadstawiając ogarowi rączkę z ostatnimi literkami.

Zerknęłam na demona. Chciałam z nimi porozmawiać, a nie czytać dziecku, ale jego mina mówiła jasno: jeśli mała chce, bym jej poczytała, to mam jej poczytać.

Zostawiłam więc Klona z demonem i wiedźmą w kuchni, a Ivi złapała moją rękę i pociągnęła mnie na schody. W pewnym momencie dotarły do mnie dwie rzeczy: mała była niesamowicie silna jak na trzylatkę. A po drugie – cała dłoń lepiła mi się teraz od śliny piekielnego ogara.

Dziewczynka wprowadziła mnie do swojej sypialni. Nie było wątpliwości, że to królestwo małej wróżki. Ściany pokrywały piękne rysunki kwiatów i pszczółek, na suficie widniały zwiewne chmurki i ptaki. Łóżko pokrywały patchworkowa narzuta i falbaniaste poduszki. Wszędzie leżało mnóstwo zabawek, misiów i klocków. Nad łóżkiem wisiał wielki mobil z pszczółkami, ważkami, kolibrami, motylkami. Dziewczynka wdrapała się na posłanie i machnięciem ręki wprawiła karuzelę w ruch. Magia zapiekła mnie w czubek języka… O nieśmiertelna bogini, to dziecko wykorzystywało magię demonów do tak banalnej czynności jak wprawienie w ruch zabawki! Ivi potarła dłonie o siebie i potrząsnęła nimi, jakby strzepywała z nich wodę, a powietrze rozjarzyło się setkami świetlików i ogni świętego Wita… Tego nie nauczył jej demon. Ogniki miękko kołysały się w powietrzu, po ścianach zaczęły pełzać cienie.

 

– Umiem też zrobić teatrzyk – powiedziała. – Chcesz zobaczyć?

Bałam się. Gdyby teraz sięgnęła po nekromancję i ożywiła martwe zwierzaki trzymane w szufladzie, by odegrały przed nią przedstawienie, nie czułabym się specjalnie zdziwiona. To dziecko miało w sobie więcej magii niż ja kiedykolwiek.

– Może później. Chciałaś, żebym ci poczytała – przypomniałam z nadzieją. Czytanie, owszem, zawiera w sobie mnóstwo magii, ale nie tak niebezpiecznej.

– Nie chcę, żeby Des i Lusia zdenerwowali się na ciebie – powiedziała cicho. – Zawsze się denerwują, jak mówią o Cysi, a potem dzieją się dziwne rzeczy. Latają noże, robi się burza, przypadkiem otwiera się portal do piekła… Mogłoby się wam coś stać.

Nie mogłam się otrząsnąć ze zdumienia, jak nietypowe jest to dziecko. Miałam mnóstwo siostrzenic i kuzynek, bo każda z sześciu sióstr mojej matki miała liczne córki, te z kolei urodziły po kilka własnych. Wokoło zawsze było pełno dzieciaków, a ja wyrabiałam uczciwe godziny jako awaryjna niania. Moje siostrzenice okazywały się często bez porównania bardziej magicznie utalentowane niż ja, ale żadna w wieku trzech lat nie posługiwała się magią wiedźmy powietrza i ognia (tylko kombinacja ich obu pozwalała wyczarować ogniki świętego Wita i świetliki, a następnie wprawić je w ruch, by krążyły łagodnie po pokoju, tańcząc po ścianach i wywołując wrażenie, że znalazłyśmy się w wielkiej dziecięcej latarence) oraz magią demoniczną. Zwłaszcza tą ostatnią – przecież wiedźma, aby móc z niej korzystać, wchodziła w układy z demonami, składała ofiary lub odsprzedawała część duszy.

– Naprawdę masz tyle lat, na ile wyglądasz? – zapytałam niepewnie.

Pokazała na paluszkach: trzy i pół.

– Kto jest twoją mamusią? – ostrożnie zadałam następne pytanie.

Pokręciła główką. Coś w jej oczach mówiło, że nie chce mi powiedzieć.

– Des jest twoim tatusiem?

Znów stanowcze „nie powiem”, nie mylić z „nie”.

– Teraz poczytaj – powiedziała.

Zeskoczyła z łóżka i wcisnęła mi w ręce opasłe tomiszcze. O bogowie… Historie heroiczne czarnoksiężnika Arkadiusza. Lektura licealna każdego magicznego dziecka. Chwilami bardzo brutalne, a przede wszystkim napakowane autentycznymi zaklęciami ofensywnymi, bo Arkadiusz był siedemnastowiecznym odpowiednikiem wiedźmina i hojnie dzielił się informacjami o tym, jak pokonał kolejne potwory. Moje kuzynki za czytanie czegoś takiego trzylatkom urwałyby mi głowę.

– Chyba że znasz jakąś ładną magię i możesz mi pokazać – podsunęła wspaniałomyślnie Ivi.

O rany. Nie umiałam zrobić niczego spektakularnego. Może dałabym radę poruszyć mobil, ale już ze światełkami nie poszłoby mi tak łatwo…

Ciągle miałam ze sobą swoją torbę, mogłam pokazać małej jedyną magię, jaką znałam.

Wyjęłam szkicownik i piórnik. Zaczęłam rysować. Szybko nakreśliłam prosty szkic kucyka, a potem pokazałam jej sztuczkę, której się niedawno nauczyłam. Tchnęłam w obraz odrobinę magii i kucyk oderwał się od arkusza, po czym przeszedł trzy kroczki, kręcąc główką. Trwało to tylko kilka sekund i znów stał się wersją 2D na kartce papieru. Komiksomancja nie jest i długo nie będzie skodyfikowaną formą magii, skoro nie znałam nikogo poza mną, kto by jej używał. Bez podręczników, nauczycieli i korepetycji sama musiałam wymyślać, co mogę zrobić, a czego nie.

Dziewczynka zaklaskała.

– Jeszcze! – zawołała.

Ponownie ożywiłam kucyka.

– Teraz Kocika! – zawołała. – Narysuj Kocika!

– Nie wiem, czy umiem narysować Kocika, widziałam go tylko przez chwilkę – broniłam się.

Ivi wypowiedziała dwa słowa, chyba po łacinie. Ułożyła palce prawej dłoni w nieco koślawą sygilę otwarcia i z rozmachem zakręciła ręką. Nagle, tak po prostu, otworzyła portal do piekieł na samym środku dywanu w biedronki. Czerwono-czarny, pulsujący jak wnętrze ludzkiego ciała tunel promieniował czarną i demoniczną magią.

– Kici, kici! – zawołała głośno dziewczynka i na widok mojej miny zaczęła chichotać.

Nadstawiła uszu na odgłos skrobania pazurów. Po chwili z portalu wychylił się łeb… Czy wszystkie ogary piekielne reagowały na „kici, kici”? Czy dlatego nazwała tego na dole Kocik? Nagle zrozumiałam, czemu miał tak na imię. Bestia szła ostrożnie, łapa za łapą, węsząc. Była mniejsza od Kocika. Czyżby szczeniak?

– Kochanie! Co mówiłem o przywoływaniu szczeniaczków, które muszą być jeszcze z mamusią? – usłyszałam spokojne wołanie z dołu.

– Ups. – Ivi zachichotała.

Pomachała szczeniakowi i wykonała gest zakluczenia. Ogar cofnął się i czując, że portal się zamyka, pisnął tęsknie, po czym zniknął, razem z pulsującym czerwienią kręgiem na dywanie.

Siedziałam pod ścianą, ciężko oddychając. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam tak przerażona. To dziecko… To nie powinno być możliwe! Była tak niesamowita… Tak niebezpieczna!

– Des cię tego nauczył? – zapytałam słabo.

– Ivi sama – odparła z dumą. – Des uczył robić bzium. – Wskazała mobil nad łóżkiem. Dobrze wiedzieć, że demon starał się dobrać magię bardziej adekwatną do jej wieku, gorzej, że nie potrzebowała jego pomocy w otwarciu portalu do piekła. – Kocik sam przyszedł mnie pilnować, żeby Cysia nie była niedobra dla Ivi – powiedziała po chwili. – Miałaś narysować Kocika, pamiętasz?

Oj tak, pamiętałam, mogłam jej rysować choćby i sto Kocików, byleby nie wzywała ogarów piekielnych, aby mi pozowały.

Szkicowałam dłuższą chwilę, przenosiłam obrazki z 2D do 3D, pozwalałam im tańczyć i kicać, aż poczułam zmęczenie. Nie nosiłam w sobie wielkiej magii, więc szybko skrobałam o dno szkatułki, nawet rysując dziecięce obrazki.

– Już. Ivi chce spać – przerwała w którymś momencie i ułożyła się na falbaniastej podusi. – Daj kocyk i króliczka – zarządziła.

Przykryłam ją różowym kocykiem i podałam przybrudzoną maskotkę z kraciastej flaneli. Dziecko zasnęło niemal natychmiast.

Wycofałam się ostrożnie i zeszłam na dół.

Klon siedział na krześle między wiedźmą a demonem.

– Wszystko w porządku? – zapytała Łucja.

– Powiedzmy. Ona jest… Nie mam słów – przyznałam.

– Niesamowita – stwierdził demon.

– Wspaniała – powiedziała wiedźma jednocześnie.

– Owszem, tak też można to ująć – zgodziłam się. – O co w tym wszystkim chodzi? Co się tu dzieje? Czyja ona jest? – zapytałam cicho.

Wymienili ciężkie spojrzenia.

– To akurat kwestia dyskusyjna.

– Nie ma o czym dyskutować, Glicynia podpisała cyrograf, nasze dziecko należy do mnie – oświadczył demon.

– Wcześniej podpisała cyrograf ze mną, a dziecko jest moje! – odwarknęła Łucja.

Wraz z nagłym wybuchem emocji po kuchni zaczęły latać przedmioty. W tym noże.

– Mała zasnęła. Hałas ją obudzi – powiedziałam.

Na przykład mój wrzask, gdy oberwę czymś ostrym.

Emocje i magia opadły. Noże znów leżały na blacie, ułożone od największego do najmniejszego.

– Gdzie jest Glicynia? Czemu nie wyjaśnicie z nią tego raz na zawsze? – zapytałam.

– Bo zwiała. I uwięziła Ivi w tym domu, mała nie może stąd odejść. A ja nie zamierzam jej zostawić – warknęła Łucja.

– Nie ty jedna.

Czy tylko dlatego tu byli? Dziewczynka nie mogła odejść, więc tkwili tu, w tej małej przestrzeni, razem z nią. Od jak dawna? Nic dziwnego, że skakali sobie do gardeł.

– Skoro jesteś spokrewniona z Glicynią… może wystarczy, że cię zabiję i wykorzystam twoją krew w rytuale uwolnienia? – Demon spojrzał na mnie chłodno.

– To się może udać – przyznała Łucja.

Cholera.

– A może zanim zdecydujemy się na tę nieprzyjemną ostateczność, poszukamy innego rozwiązania? – podsunął dyplomatycznie Klon.

– Niby jakiego? – Wiedźma nie kryła wątpliwości. – Próbowałam wszystkiego, wierz mi.

– No tak, ale nie miałaś całego sabatu Koźlaków do pomocy, a jestem pewien, że Malina namówi krewne do współpracy i wspólnie odnajdą Glicynię.

– Mogę to zrobić – zapewniłam, tylko odrobinę na wyrost. – Pojadę do nich, do Zielonego Jaru, i na pewno wymyślimy jakieś rozwiązanie.

– Masz dwadzieścia cztery godziny. I nigdzie się stąd nie ruszysz – zadecydował demon.

– Ale tu nie mam zasięgu, nie dam rady połączyć się z mamą… – próbowałam ich przekonać.

– Jest telefon stacjonarny, w biblioteczce – ucięła Łucja.

– Powiem ci coś, panienko: jeśli nie wyplączesz nas z tego gówna, zniszczę całą twoją rodzinę. Nie ocaleje nikt. Chodzi mi tylko o Glicynię, ale skoro zwiała, zadowolę się każdą spokrewnioną z nią osobą. Gdy wytnę w pień całą waszą familię i wyschnie wasza linia magiczna, jej zaklęcie straci moc. I po kłopocie.

*

Krążyłam po biblioteczce, będącej zarazem niewielką pracownią Glicynii, i zastanawiałam się, jak nas z tego wyplątać. Trzy razy próbowałam skontaktować się z mamą, ale nie odbierała. Z jakiegoś powodu z aparatu nie dało się dodzwonić na komórkę – w słuchawce brzęczała cisza. Gdy wybrałam numer stacjonarny (jakie szczęście, że mama jednak go nie odcięła, choć od dwóch lat odgrażała się, że już czas!), słyszałam sygnał łączenia. Albo nie było jej w domu, albo stacjonarny aparat znów leżał zakopany pod ubraniami i nie słyszała dzwonka. Dzwoniłam też do Jagody, z nadzieją, że przekaże wiadomość mamie, i do cioci Minerwy, jednak żadna z nich nie odebrała. Ogarnęło mnie nieprzyjemne wrażenie, że wszyscy tam mają imprezę, a ja nie zostałam zaproszona. Co w sumie nie byłoby złe, gdyby nie okoliczności.

Klon siedział za biurkiem mojej ciotki i przekopywał się przez sterty papierów, porządkując pozostawiony przez nią chaos.

– Więc Glicynia paktuje z demonami, co? – zapytał.

– To akurat mnie średnio dziwi. – Skrzywiłam się. – Zawsze chciała więcej magii, więcej mocy. A skoro została odcięta od naszego grimuaru i naszej magii, nic dziwnego, że rozejrzała się za alternatywnym źródłem. Fascynuje mnie raczej, że przeżyła i zwiała, by o tym opowiadać…

– Dlaczego?

– Bo to jest cholernie ciężka sprawa. Demony są perfidne, stare i sprytne, manipulują jak najlepsi prawnicy świata. Znają się na tych wszystkich kruczkach, haczykach, drobnych druczkach i gwiazdkach w cyrografach lepiej niż ktokolwiek. Pierwsze, czego uczą młode wiedźmy na szkoleniu, to nie podpisywać cyrografu, bo to się nie może dobrze skończyć. Demony są jak kasyno. Piekło zawsze wygrywa.

– Naprawdę uczą was od dziecka o cyrografach? – Oczy Klona zrobiły się jakby większe.

– W sumie nie wiem, czy wszystkie wiedźmy, czy tylko te w mojej rodzinie… Było parę, no cóż, precedensów. Kilka moich przodkiń próbowało paktować z demonami i większość nie wyszła na tym najlepiej, więc opowieści o ich perypetiach są jak bajki z morałem: „I trzymajcie się od piekła z daleka, bo skończycie jako familiusy demona albo ich służące na kolejny milion lat”.

– Większość? Czyli niektórym się udało przechytrzyć demona? – dopytywał zafascynowany.

Jego rodzina była tak zieloniutka i grzeczna przez ostatnich kilkaset lat, że jego przodkowie rumieniliby się ze wstydu, gdyby mieli spędzić minutę z niektórymi moimi przodkiniami.

– Prababcia Narcyza wywinęła się dzięki rachunkowi prawdopodobieństwa. Jej pierwszy mąż, niezwykle przystojny, ale niekoniecznie najbystrzejszy Paolo, wkopał się w idiotyczną sytuację, bawiąc się w czarnoksięstwo, choć naprawdę nie miał do tego głowy. Skończyłby jako niewolnik i niewykluczone, że jeszcze moje pokolenie spłacałoby dług, ale babcia dogadała się z demonem i za unieważnienie długu Paola zaoferowała mu kuszący cyrograf, w którym zobowiązała się oddać mu swojego pierworodnego syna.

– Demony wydają się dziwnie zainteresowane ludzkimi dziećmi. Składają je w ofierze czy jak? Chyba ich nie jedzą? Nie byłbym w stanie oddać Desowi Ivi, gdyby miała skończyć jako jego przekąska…

– Demony mają spore problemy z płodnością. Zwykle przysposabiają pozyskane w ten sposób dzieci i wychowują jak własne. Ludzie nie zawsze to kumają. Wiedzą, że demony chcą dzieci, ale myślą, że chodzi o złożenie ich w ofierze… Nie zrozum mnie źle, jest wiele paskudnych zaklęć, które wymagają ofiary z krwi niewinnych, ale demony preferują żywe dzieci, więc przywiązanie Desa do Ivi, jakie tu widzimy, jest prawdziwe.

– Czyli twoja prababcia nie ryzykowała życia dziecka. Dobre i to. To znaczy mogę zrozumieć, że oddajesz dziecko do adopcji, by uchronić kolejne pokolenia przed niewolnictwem…

 

Parsknęłam.

– Prababcia w ogóle wiele nie ryzykowała. W mojej rodzinie prawie nigdy nie rodzą się chłopcy. Wawrzyniec, mój nastoletni kuzyn, jest pierwszym chłopcem w rodzinie Koźlaków od pięciu pokoleń. Narcyza co jakiś czas zachodziła w ciążę, potem po kilku latach w kolejną, demon niezmiennie wpadał w dniu porodu, a babcia pokazywała mu kolejną dziewczynkę, mówiąc: „Cholibka, może następnym razem się uda”. Siedem córek. A potem zaprosiła demona na imprezę z okazji nadejścia menopauzy. Zresztą chyba nie miał żalu, polubili się przez te wszystkie lata i od trzeciej dziewczynki wpadał z prezentami. Szóstą z córek Narcyzy była Opuncja, matka Glicynii.

– Więc mogła o tym słyszeć… Może znalazła własny haczyk?

– Byłoby dobrze zobaczyć te cyrografy, które zawarła z Desem i Łucją. Z nią na pewno też miała umowę na piśmie – powiedziałam i znów spróbowałam się dodzwonić do mamy. Bez rezultatu.

– Jak wygląda taki cyrograf? Wystarczy zwykła kartka A4?

– Raczej kilka kartek, bo treść jest dość skomplikowana, każda ze stron próbuje się zabezpieczyć. Poza tym musi mieć rodzaj pieczęci z wosku, w którym, póki jest miękki, odbija się odcisk palca.

– A wszystko umazane we krwi? – zapytał zza sterty papierów.

– Zwykle małe smugi, żeby podwójnie potwierdzić tożsamość i zostawić ślad magii. A czemu pytasz?

– Bo chyba coś takiego znalazłem – powiedział i ostrożnie zaczął przekładać na parapet stosy papierzysk i książek, spod których wydobył gruby plik dokumentów obwiązanych sznurkiem. Potem następny. I dwa kolejne. Podał mi je, a ja zaczęłam czytać nagłówki.

– Okej, te dwie umowy są zawarte z Desem i Łucją, a te… cholera wie, nie znam tych imion, ale nie dotyczą Ivi, więc to teraz nie nasz problem.

Czytałam i z każdym akapitem krew bardziej odpływała mi z głowy. Klapnęłam tyłkiem na podłogę. I właśnie wtedy odezwał się telefon.

Mama wreszcie raczyła oddzwonić. Na automatycznej sekretarce brakowało już miejsca na moje desperackie wiadomości.

– W co ty się, dziecko kochane, wpakowałaś? – zapytała na powitanie.

– Ty mnie wpakowałaś! I Glicynia. Ja tu próbuję przetrwać i uchronić całą naszą rodzinę przed anihilacją – odparłam z wyrzutem.

– Dobrze, opowiedz mi wszystko, spokojnie i ze szczegółami – zarządziła.

Mówiła tym swoim opanowanym i pewnym tonem osoby, która zawsze sobie radziła z każdym problemem, i nagle byłam w stanie uwierzyć, że i ten się uda rozwiązać i nikt nie zginie, a przynajmniej nie my. Po przeczytaniu cyrografu nie zamierzałam walczyć o ocalenie Glicynii. Jeśli będą ją szykować na stos, przyniosę podpałkę.

– Jesteś pewna, że zobowiązała się oddać demonowi ich wspólne dziecko? – zapytała, gdy streściłam jej treść cyrografów.

– Tak, co oznacza, że musieli być chyba bliżej, niż zakładałam…

Matka westchnęła.

– I Łucji też obiecała dziecko?

– Też, w zamian za jej rodzinny grimuar. Wygląda na to, że Łucja jest z Lisickich. To rodzina równie stara jak nasza, prawda?

– Starsza. Malinko, musisz coś dla mnie zrobić, zanim ruszymy dalej. Możesz sprawdzić, czy Ivi jest z tobą spokrewniona?

– Dlaczego miałaby nie być, skoro to córka Glicynii?

– Sprawdź, proszę. Wiesz jak?

– Ciocia Minerwa dała mi różowy kwarc przed wyjazdem.

– Bardzo dobrze. Czekam przy telefonie, zadzwoń, gdy tylko będziesz miała pewność.

*

Nie dotarłam do pokoju Ivi. Des i Łucja czekali na mnie na korytarzu.

– I co, już wiesz, jak ją uwolnić, żebym mogła ją zabrać do domu? – zapytała wiedźma.

Świeże skaleczenia na twarzy Desa i przypalona grzywka Łucji wskazywały, że kolejna runda awantury była intensywna.

– Taa, akurat ją zabierzesz. To moja córka i gówno wskórasz z tym swoim cyrografem – odwarknął Des, po czym zwrócił się do mnie: – Lepiej, żebyś znalazła wyjście, wiedźmo, bo moja cierpliwość się kończy.

Uniosłam ręce.

– Hola, może zawiązanie tego węzła zajęło wam kilka sekund, ale ja nie zamierzam przeciąć dzieciaka na pół, żeby każde z was dostało po kawałku! Robię, co w mojej mocy, by ją uwolnić, ale to nie takie hop-siup, nie rzucę się na główkę w zaklęcie, którego nie rozumiem, bo mogłabym zrobić jej krzywdę. Domyślam się, że tego nie chce żadne z was? – rzuciłam szybko.

Zgodnie pokręcili głowami.

– Więc co teraz? – zapytała Łucja.

– Mama powiedziała, że muszę mieć pewność, czy to jest córka Glicynii – przyznałam.

– A czyja miałaby być? – zapytał demon. – Nie chcę obrazić twojej inteligencji, ale wiem, co i z kim zrobiłem.

– Nie obrażając twojej, gdy magia jest na pokładzie, nic nie jest takie oczywiste, jak się wydaje. Wolę sprawdzić.

Żadne z nich się nie paliło do tego, by mi uwierzyć. Sama nie wiedziałam, czemu ustalenie pokrewieństwa z Ivi jest takie ważne dla Aronii, ale w tej kwestii ufałam bardziej jej niż sobie, więc trochę naciągnęłam fakty.

– Jeśli nie jest Koźlaczką, zaklęcie może być w niej umocowane całkiem inaczej i wymagać zupełnie innego podejścia.

Mina Łucji wyrażała powątpiewanie. Może wiedziała, że to, co mówię, jest szyte grubymi nićmi.

– Moja matka jest głową kowenu i głową sabatu Koźlaczek. Słuchają jej wszystkie wiedźmy z rodu. Nie żądajcie ode mnie, bym kwestionowała słowa własnej matki, bo nie tak mnie wychowała – oświadczyłam.

Zabrzmiało to całkiem pewnie, choć od dziecka kwestionowałam słowa Aronii, zwłaszcza gdy dotyczyły mojej przyszłości i moich powinności. Zresztą bezwzględne posłuszeństwo nigdy nie było w mojej rodzinie czymś oczekiwanym. Oznaczałoby brak charakteru. Jakoś pogodziły się z moim brakiem magii, ale gdyby jeszcze zabrakło mi charakteru, Aronia jak nic podrzuciłaby mnie na próg sierocińca z karteczką: „Nic z niej nie będzie, próbowałyśmy”.

– Co chcesz zrobić? – zapytała Łucja.

– Potrzebuję kropli jej krwi.

– Nie ma mowy, nie skaleczysz Ivi dla swojego widzimisię – oświadczył Des takim tonem, jakbym żądała co najmniej jej kończyny.

– Więc może po prostu dam sobie spokój. Pozwolę ci spróbować walczyć z moją matką, moimi ciotkami, moją prababką… Może zostanie z ciebie choć tyle, żebym ci mogła wysłać kwiaty do szpitala, kto wie – warknęłam z irytacją.

Byłam zmęczona, głodna i zestresowana. Za oknem się ściemniło, a ja nie zbliżyłam się do rozwiązania problemu. Nagle przypomniałam sobie przepowiednię Minerwy.

– Moja ciotka twierdzi, że cokolwiek zrobię, w finale będzie mniej grobów, więc może po prostu daj mi szansę, co? Nie chcę skrzywdzić Ivi, nie chcę też, by była uwięziona w tym domu przez najbliższe pięćdziesiąt lat.

Demon spojrzał na Łucję, jakby czekał na jej werdykt. Mogli się kłócić i rzucać w siebie nożami, ale w kwestii dziecka ufał bardziej jej niż mnie.

– Kropla, nie więcej – oświadczyła twardo. – Sama ją wezmę. Żadne z was nie zbliży się z ostrym narzędziem do dziewczynki.

Nie zamierzałam się wykłócać o ten przywilej.

– Przyprowadzisz ją do kuchni? – zapytałam.

Głośny płacz przerwał rozmowę. Demon zniknął w obłoku czarnej mgły, a wiedźma pognała po schodach do sypialni dziecka. Pobiegłam za nimi, bo płacz narastał i stawał się coraz rozpaczliwszy. Kiedy wpadłam do pokoju, Des siedział już przy Ivi, a wiedźma klęczała zaszokowana na podłodze przy łóżeczku.

Dziecko zanosiło się płaczem z twarzą umazaną na czerwono, w dłoniach zwiniętych pod brodą w miseczkę krwi było więcej. Zdałam sobie sprawę, że opiekunowie nie mają pojęcia, co robić, i jeszcze chwila, a Des z bezradności zacznie odrywać nam głowy. Wokół bezsilnej Łucji lewitowały małe przedmioty i zabawki, a Kocik warczał gniewnie. Nie wiem, co bardziej drażniło mu zmysły – płacz Ivi czy zapach krwi.

Podeszłam ostrożnie. Jeśli to Glicynia rzuciła jakieś zaklęcie na małą, najprawdopodobniej zdołam wyczuć rodzinną magię. Przyjrzałam się dłoniom dziewczynki i zdębiałam.

– Klon, daj mi szybciutko jakąś miskę lub kubek – zawołałam.

Po chwili wrócił z porcelanową miseczką. Podsunęłam ją Ivi i powiedziałam:

– Możesz je tu wrzucić, kochanie, już dobrze.

– Niedobzie! Niedobzie! Boli! – Zanosiła się płaczem.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?