Cud, miód, MalinaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Niech cię nie zwiodą moje oceny z matematyki. – Podskoczył energicznie na łóżku. – Dobrze, skoro wiemy, że nie stworzyłaś naparu i nie posłużyłaś się magią ceremonialną, musimy zrozumieć, jakiej magii użyłaś, i wszystko odkręcić. Jak trudne może to być?

– Jak coś, co po dwudziestu dwóch godzinach rozgryzania wciąż pozostaje niewiadomą? – odpowiedziałam pytaniem.

– No tak, ale wcześniej nie miałaś mnie do pomocy.

Słowo daję, ta koza się uśmiechała! A ja nie mogłam się powstrzymać i odwzajemniłam uśmiech.

– Dobra, zrobimy regresję – pomyślał i brzmiał tak poważnie, że kontrast z łuskowatym, podskakującym zwierzakiem stał się uderzający. – Połóż się wygodnie i zamknij oczy – zakomenderował.

– Już to kiedyś słyszałam – mruknęłam.

– W tej formie nie dałbym rady nabroić, a zapięcie stanika masz na plecach.

Posłuchałam, bo co miałam do stracenia? Za niecałe dwie godziny mój czas się skończy. Bałam się sabatu i kary, ale martwiłam się też o Klona. Bo jeśli nie uda mi się odwrócić zaklęcia, jeśli nie zrozumiem, jak je stworzyłam ani jaki rodzaj magii odpowiada za przemianę, szanse na to, że ktoś inny zdoła go odczarować, są nikłe. Dziadek Zefiryn w ciele kruka dożył setki. Ile żyją koziołki?

I choć wciąż byłam wkurzona na Klona, musiałam przyznać, że wcale nie chcę, by ugrzązł w koźlim ciele, a jego życiowe decyzje zredukowały się do wyboru przekąsek. Musiał istnieć jakiś sposób, żeby to naprawić. Moje pomysły się skończyły, więc jeżeli koziołek każe mi się położyć i zamknąć oczy, zrobię to.

– Dobra, skup się. Pomyśl o wczorajszym dniu. Jest osiemnasta, zaczyna się mecz, jeszcze nic się nie wydarzyło. O czym myślisz? – Jego mentalny przekaz stał się bardziej intensywny.

– O konkursie – odpowiedziałam odruchowo.

– W sensie: meczu?

– Nie, mecz mam w nosie. Znalazłam w internecie ogłoszenie o konkursie na pasek komiksowy.

– Co to za konkurs?

– Pasek komiksowy w duchu superbohaterskim, nawiązujący do historii Krakowa.

– Okej, to wyjaśnia łuski. Nie otwieraj oczu! Co się działo dalej? Przypomnij sobie.

Poczułam jego kopytko na ramieniu, gdy dociskał mnie do materaca. Skupiłam się, przywołując emocje tamtej chwili.

– Żuraw… Czemu ta kamera podjeżdża tak blisko? Co się… O cholera! Zabiję cię, Klon! Nie rób tego! Idiota skończony! Pow-wow!

– Czemu powiedziałaś „pow-wow”? To jakieś zaklęcie? – dopytywał zaintrygowany.

– Nie! To dymki z komiksów, rozumiesz, zapis dźwięków uderzenia… – Nagle umilkłam. Niemożliwe.

– Hmm… Możesz mi wytłumaczyć, jak właściwie działa twoja magia?

To nie jest pytanie, które zadaje się ot tak, nawet w długotrwałych i stabilnych związkach. To prywatna, intymna sprawa.

– Jak u każdego, tylko niezbornie – burknęłam.

– Nie ma czegoś takiego. – Zabeczał i brzmiało to jak śmiech, albo ja już za bardzo oswoiłam się z obecnością kozy w swojej sypialni. – Widzisz płonące litery, nici magii, sięgasz do magicznych linii, układasz równanie, przesuwasz cegiełki? Jak wizualizujesz sobie swoją więź z magią?

– Nie wiem, nie zastanawiałam się nad tym… W grimuarze był opis płonących liter, ale… szczerze mówiąc, nigdy takich nie widziałam. – Zasłoniłam twarz ze wstydu. Kolejny dowód mojego magicznego upośledzenia.

– Też ich nigdy nie widziałem – pomyślał zupełnie spokojnie. – Ja widzę złote wstążki, którymi muszę opleść roślinę, by nasycić ją energią, i pozwolić jej się po nich piąć. A ty? Co widzisz?

– Obrazy – wyrzuciłam z siebie zaskoczona, bo nagle stało się to dla mnie oczywiste. – Następujące po sobie rysunki, ramki komiksowe.

– A wtedy? Widziałaś jakiś z pow-wow?

O jasna anielka! Wyskoczyłam z łóżka i plącząc się w zwoje czerwonej liny, podeszłam do biurka. Rozłożyłam arkusz czystego papieru i za pomocą czarnego markera starannie podzieliłam go na ramki. W innym wypadku sięgnęłabym najpierw po ołówek, a potem poprawiała, ale teraz napięcie rozsadzało mi tętnice, bo jeśli to było to…

Rysowałam szybko, z trudem koncentrując się na utrwaleniu niezbędnych detali, które mogły się okazać kluczowe. Czerń tuszu kontrastowała z bielą kartki, kreśliłam zamaszyste linie, miękkie łuki. On na kolanie u jej stóp, pierścionek, setki twarzy rozmytych jak światła wielkiego miasta, żuraw z kamerą, lustrzane odbicie w telebimie. Zbliżenie jej twarzy, dłonie na policzkach jak spłoszone ptaszęta, kręcone włosy, kropla potu spływająca po skroni, otwarte usta i przerażenie w oczach. Rozbłysk i pow-wow w gwiazdkach. Koziołek pokryty łuskami, odblask flesza w jego poziomych źrenicach. Ucieczka, wzburzony tłum, gniewne okrzyki i lincz w powietrzu. Miałam to. Oddychałam szybko. Tak mocno zaciskałam palce na flamastrze, że zaczynał drżeć. Odłożyłam go na chwilę, musiałam wyprostować dłoń, by pozbyć się skurczu w śródręczu, rozluźnić nadgarstek.

Miałam to! Czułam, że rozwiązanie jest na wyciągnięcie ręki.

Kolejna klatka. Moja sypialnia. Kapa z obgryzionymi frędzlami. Koziołek na łóżku. Czerwony sznurek biegnący od jego szyi przez podłogę, znikający w bocznej linii kadru. Następna – ja tyłem, przy biurku, zgarbiona, widać rozrzucone kartki, słychać skrzypienie flamastra. Zbliżenie na kartkę, a na niej koziołek otoczony poświatą, pow-wow. Kolejne okienko – na łóżku siedzi nagi Klon, zasłaniający się poduszką, z szerokim uśmiechem, dymek: „Czy naprawdę nie umiesz rysować męskich ubrań?”.

Poczułam to, zanim jeszcze skończyłam miękkimi liniami rysować włosy Klona. Gwałtowne uderzenie energii, gorącej, ale mniej chaotycznej niż dotąd. Powietrze drgało od magii; wdychając je, wchłaniałam czyste światło.

Bałam się odwrócić. Zgarbiona jeszcze bardziej, zaciskałam palce na flamastrze, plastik trzeszczał, w każdej chwili mógł pójść w drzazgi, a wtedy czarny tusz splami wszystko…

– Naprawdę nie umiesz rysować męskich ubrań? – usłyszałam za sobą i zaczęłam się śmiać tak bardzo, że z trudem utrzymałam się na krześle.

– Udało się – powiedziałam, ocierając twarz z łez, i odwróciłam się w stronę łóżka.

Klon, dokładnie jak na rysunku, zasłaniał krocze poduszką, tyle że ta narysowana była zdecydowanie większa. Ale jego uśmiech był równie oślepiający, widziałam odblask odbijających się w jego zębach promieni słonecznych.

– Najwyraźniej, choć wcześniej miałem chyba trochę większe bicepsy. – Napiął ramię. – Martwi mnie też, czy właściwie narysowałaś coś, czego wcześniej nie widziałaś. – Zerknął pod poduszkę. – Może warto byłoby machnąć piórkiem jeszcze tu czy tam…?

– Nie kuś losu.

– W sumie potęga magii nie zależy od wielkości różdżki. – Poruszył brwiami, a ja się zaśmiałam. – Czujesz? – zapytał nagle.

Pociągnęłam nosem. Powietrze pachniało wanilią, gorącymi jabłkami i świeżo upieczonym ciastem. Mogłam się założyć, że mama dopilnuje, by zapach rozszedł się po całym mieście i by wszyscy wiedzieli, że już po wszystkim i czar został złamany.

Wyciągnęłam z szafy wielki T-shirt, w którym zwykle spałam, i moje najbardziej rozciągnięte dresy – fioletowe z napisem „supergirl” na pośladkach. Rzuciłam je Klonowi i odwróciłam się, pozwalając mu się ubrać.

– Gustownie. Jeśli się teraz odwrócisz, uprzedzam, możesz się nie oprzeć mojemu urokowi i przyjąć zaproszenie na randkę – powiedział.

Wyglądał jak skończony idiota w dresach, które na mnie wisiały, a na nim mogły uchodzić za przykrótkie getry. Owłosienie na bladych stopach przywodziło na myśl hobbity, Klon miał jednak ponad metr osiemdziesiąt wzrostu.

– Musiałbyś być skończonym idiotą, żeby po tym wszystkim chcieć się ze mną umawiać – oświadczyłam.

– Nie poddaję się łatwo. – Wyszczerzył się. – Poza tym teraz już wiesz, jak mnie odczarować, jakby co.

– Żadnych oświadczyn.

– Teraz to ty musiałabyś mi się oświadczyć! I dla porządku, czułem, że ten stadion to nie jest dobry pomysł… Ale tyle było gadania o zaręczynach, jakie odstawił Grab dla Jagody, że czułem presję.

– Oni tak działają na ludzi.

– To co, randka?

Wahałam się, a wtedy dorzucił:

– Żadnych szpilek. Dżinsy i trampki.

Zgodziłam się.

– I jeszcze jedno, mała. To twoje niezbywalne prawo być sobą i realizować to, co dostałaś od Prządek i Pani Żywota. Czy jesteś gotowa na zawsze pozostawić w ukryciu to, co czyni cię wyjątkową? Co czyni cię tym, kim jesteś? – zapytał poważnie.

– Czy ty radzisz mi wyjść z szafy?

– Z jakiegokolwiek powodu byś tam nie siedziała: jest ciasno i jedzie sportowymi butami, nie?

Wpatrywałam się w niego, a wzruszenie odebrało mi mowę. Idiota skończony!

– Gdybym wcześniej poznała tę twoją stronę…

– Nie zamieniłabyś mnie w kozła? – Znów komicznie poruszył brwiami.

– Nie przesadzajmy. Ale pewnie oszczędziłabym ci tych wszystkich łusek.

Podszedł do biurka i przez dłuższą chwilę przypatrywał się komiksowi. Kciukiem potarł wielkie oczy, w których zastygło nieme przerażenie. I uśmiechnął się, widząc ostatnią klatkę. Cóż, naprawdę nieźle wyglądał w tej pozycji.

– Mogę to zatrzymać na pamiątkę? – zapytał.

– Zrobię ci kopię, już bez nasycania magią. Oryginał wyląduje w rodzinnym grimuarze.

– Zawsze lubiłem książki z obrazkami. Same litery są nudne, nie?

Był skończonym idiotą, ale zaczynałam się do niego przywiązywać. Może to syndrom sztokholmski – w końcu obcowanie z żarłocznym koźlęciem stresowało bardziej niż wiszący mi nad głową sabat, babcia Antonia i moja matka razem wzięte.

Poczułam się naprawdę głodna. Ciekawe, czy klątwa babci Antonii też minęła automatycznie? Bo przez ten zapach ciasta w powietrzu nabrałam dzikiej ochoty na mleko i ciasteczka.

 


Przynależność do rodziny, zwłaszcza takiej, jak Koźlaki, ma mnóstwo zalet. Wiąże się też z licznymi obowiązkami. I nawet w najbardziej zgodnych klanach zdarzają się czarne owce. Sporo o rodzinie mówi to, jak sobie z nimi radzi.

Wydarzenia z Cyrografu… dzieją się kilka miesięcy po tych opisanych w Idiocie skończonym, Malina próbuje ustalić granice swojej magii i jej bojowy potencjał… bo przecież musi jakiś mieć, prawda? Spotyka też najdziwniejsze dziecko świata i ogara piekielnego o imieniu Kocik. To długa historia i chyba lepiej, byście poznali ją sami…

Mówią, że nic nie bawi bóstwa bardziej niż ludzkie plany. Jeżeli to prawda, bóstwem w moim świecie jest Aronia Koźlak. Zdaje się wyczuwać woń nadziei i radości jak rekin świeżą krew. Zaraz potem nieodmiennie wybucha coś, co w najlepszym wypadku nazywa się kryzysem, w najgorszym zaś – apokalipsą. A ja jestem w tym utytłana jak prosię.

Może jestem niesprawiedliwa i to tylko przypadek. Tyle że sama Aronia od dziecka wpajała mi, że przypadki nie istnieją. Sama odkryłam, że owszem, mogę walczyć z przeznaczeniem, ale gdy uosabia je moja matka, przegram. A jeśli będę się w sieci losu miotać za długo, z pewnością wypomni mi osiemnastogodzinny poród bez znieczulenia lub zakwestionuje moją lojalność wobec rodziny i wszystkich świętości. Czasem, jak dziś, trafiałam fulla i serwowała mi kombo.

– Malino, przecież wiesz, że cię nie zmuszę, byś pomogła rodzinie – mówiła zwodniczo łagodnym głosem.

– Mamo, ja nie mówię, że nie chcę pomóc! Pytam tylko, czy to nie może poczekać do poniedziałku! – desperacko próbowałam się wykręcić z zaciskającej mi się na szyi pętli.

– Kryzysy mają to do siebie, że nie zawsze przychodzą w odpowiednim momencie. Może jak ładnie poprosisz, poczeka? Choć kiedy zaczęłaś się rodzić w trakcie koncertu Eltona Johna, na który bilety kupiłam prawie dwa lata wcześniej, gdy nawet nie było cię w planach, nie wystarczyły prośby ani modlitwy. Mimo to spróbuj. W końcu czymże jest życie cioci Glicynii w obliczu twojego prawa do miłego weekendu. Przypomnij mi, co planowałaś? Pizzę? Netflix z Klonem? Malowanie paznokci? – kpiła.

Zagryzłam zęby, bo nie zamierzałam się dzielić swoimi planami. Ostatnie, czego potrzebowałam, to by je wyśmiała i uznała za źródło wstydu. Aronia nie była złą matką. Ale gdy uznawała, że się migam przed spełnieniem prostych, jej zdaniem, oczekiwań, nie przebierała w słowach. Niewiele członkiń rodziny wiedziało o mojej pasji. Nie wiązała się z magią, wspinaniem się w hierarchii sabatu czy władzą. Owszem, wiedziały, że „trochę rysuję”, ale nie miały pojęcia, jak poważnie do tego podchodzę. Nie zrozumiałyby, a ja nie zniosłabym, gdyby zaczęły sobie stroić ze mnie żarty.

– Słowo „kryzys” wydaje się trochę na wyrost – próbowałam ostrożnie zmienić niewygodny temat. Bezskutecznie.

– Pójdziesz powiedzieć cioci Minerwie, że wątpisz w jej przepowiednie i podważasz jej status najlepszej snowidzącej w rodzinie? A może ja mam to zrobić? – Uniosła brew. Zadrżałam. – Malinko, Minerwa użyła słów „kryzys” i „śmiertelne niebezpieczeństwo”. Czy kiedyś przesadzała? Nawet bez tej przepowiedni wiemy, że Glicynia pozostaje głucha na wszelkie próby kontaktu. Nie pojawiła się na ślubie Jagody. Nie potwierdziła obecności na rytach włączenia Kalinki do sabatu. Wiemy tylko, że żyje, zaklęcie nie jest w stanie powiedzieć nam nic więcej. Nie wiem, czego potrzebujesz, by w pełni dotarła do ciebie powaga sytuacji. Paczki z odciętym uchem? – Poczerwieniała, a głos jej się lekko załamał. Wtedy dotarło do mnie, że naprawdę się martwi.

Nie mogłam wygrać. Nie z moją matką, Koźlaczką urodzoną pod znakiem Barana. Podwójna rogacizna. Nie wiem, czemu traciłam czas. Może to strzępki nadziei, że jednak uda mi się w ten weekend spotkać mistrza, którego dzieło uwielbiałam od dziecka, dokonywały żywota w konwulsjach. I jakie było prawdopodobieństwo, że śmiertelne zagrożenie zawiśnie nad głową ciotki Glicynii za mojego życia, akurat w jedyny weekend, kiedy mam szansę spotkać Jima Lee, bóstwo komiksowego świata? Nawet nie lubiłam specjalnie cioci…

– Wiesz, że gdyby nie debata budżetowa w ratuszu zaplanowana na ten weekend, sama bym pojechała. Jagoda zajmuje się niemowlęciem. A twoje ciotki uziemiła epidemia ospy wietrznej w podstawówce. Nie prosiłabym cię o to, gdybym miała jakąkolwiek alternatywę – powiedziała, wbijając ostatni gwóźdź do trumny moich nadziei.

– Pojadę – mruknęłam, choć miałam ochotę się rozpłakać.

– Nie dosłyszałam.

– Pojadę, ale jesteś mi coś winna, mamo – dodałam, myśląc o kupionych już biletach na Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi, opłaconych noclegach i całej frajdzie, którą planowaliśmy z Klonem od wielu miesięcy.

– Odliczę to od rachunku, córeczko. Jeszcze trochę i może wyrównasz te osiemnaście godzin i koncert Eltona Johna. Zadzwonić do Barnaby, żeby dał ci wolne?

– Nie trzeba, i tak mam wolny weekend – odparłam z rezygnacją.

– Widzisz? Idealnie! Widać właśnie tak miało być!

Akurat.

Teraz musiałam przekazać Klonowi, że z naszych planów nici. Potem będzie już z górki: kryzys, śmiertelne zagrożenie i najzłośliwsza z moich ciotek – a konkurencja była naprawdę spora.

*

Niewątpliwą zaletą Klona była elastyczność. Miał w sobie wystarczająco dużo opanowania, by rodzina Koźlaków nie frustrowała go do nieprzytomności nieoczekiwanymi zwrotami akcji, jak zdarzało się to większości mężczyzn. Nie przypadkiem Koźlaczki wyrabiały statystykę rozwodów za cały Zielony Jar.

Nigdy się do tego nie przyznał, ale myślę, że lubi moją matkę. Staram się nie traktować tego jako argumentu przeciwko niemu. Każdy ma jakieś ukryte dewiacje.

– Kochanie, spójrz na to z tej strony: wciąż mamy wolne i wciąż wyjeżdżamy w ten weekend z Zielonego Jaru – powiedział, gdy przekazałam mu grobowe wieści.

– Wyjeżdżamy? – zapytałam.

– A nie? Czy Aronia powiedziała wprost, tonem kategorycznym, że musisz jechać sama?

Zastanowiłam się.

– Ani słowem – przyznałam – ale „sprawę rodzinną” odmieniała przez wszystkie przypadki.

– Pamiętasz imprezę z okazji święta Lammas? Tę, o której publicznie mówiła, że to niewielkie przyjęcie w ścisłym gronie rodzinnym?

Skinęłam głową, niepewna, do czego zmierza.

– Zaprosiła mnie na nią, czyż nie? W razie procesu mam dowód w postaci zaproszenia.

Parsknęłam śmiechem. Klon był naprawdę sprytną bestyjką. Zielony kciuk to bardzo specyficzna i wymagająca forma magii, mój chłopak musi się pilnować, by jej nie urazić. Dzięki temu umie myśleć nieszablonowo. Sądzę, że mógłby wygrać z Aronią walkę na słowa. Może powinnam mu się oświadczyć i związać z nim na dobre? W razie konfrontacji wystawiałabym go jako swojego championa. Na pewno przetrwałby kilka rund, choć w dużej mierze wynikałoby to z tego, że Aronia go lubiła i nie poszłaby na całość.

– A tak w ogóle, czy twoja ciotka Glicynia nie mieszka czasem przy Wiązowym Wąwozie? – zapytał.

– Poniekąd, bardziej w głąb lasu niż w stronę miasteczka – przyznałam.

– To nawet lepiej… Tamtejsza wegetacja jest oszałamiająca, są tam rośliny niespotykane nigdzie indziej! Tyle magii! Do tego bardzo blisko posiadłości Bartolomeusza Długosza, niesamowitego zielonego maga. Jego szklarnie są legendarne! Wyhodował co najmniej trzydzieści nowych odmian paproci! I mchy! Co on robi z mchami! – ekscytował się Klon.

Widać każde z nas miało własnego Jima Lee i jedno dostało szansę spotkania swojego.

*

Z samego rana wpakowaliśmy się z Klonem do jego furgonetki. W środku pachniało lasem, bo zwykle używał jej w pracy. Nastrój miałam wisielczy. Zaraz za rogatkami Zielonego Jaru znajdowało się skrzyżowanie, jakże dziś symboliczne. Jeśli skręcilibyśmy w prawo, dojechalibyśmy do Łodzi, ale my skręcaliśmy w lewo, by dotrzeć do ciotki Glicynii. Nigdy jej specjalnie nie lubiłam, nie było jej nawet w pierwszej pięćdziesiątce moich ulubionych krewnych. Jednak klamka zapadła.

Po drodze musieliśmy jeszcze zawinąć do położonego pod miastem domku cioci Minerwy. Zadzwoniła o świcie, mówiąc, że coś dla nas ma i jest kluczowe, abyśmy mieli to przy sobie w trakcie wyprawy. Nie chciała powiedzieć nic więcej. Zwykle była małomówna, kiedy jej wizje okazywały się niewystarczająco ostre.

Czekała na nas przy skrzynce na listy, tuż przy ulicy, w szlafroku zarzuconym na piżamę i w puchatych papuciach. Klon zaparkował obok, a ona szarpnęła klamkę z mojej strony, wyciągnęła mnie z samochodu i zmiażdżyła w ciasnym uścisku. Jej rozczochrane kręcone włosy przypominały kopiec siana. Raz po raz poprawiała nerwowo okulary, które zsuwały jej się z nosa. Rozpoznawałam znaki: ciocia była sfrustrowana lub wytrącona z równowagi za sprawą przepowiedni.

– Malinko! Nawet nie wiesz, jak dobrze, że to ty jedziesz – powiedziała. – Pierwszy raz sny okazały się łaskawe i prawie nikt nie zginął. Jeszcze wczoraj widziałam tylko śmierć i groby… Wiem, że ci to nie przypadło do gustu, ale, kochanie, to naprawdę musiałaś być ty!

Zero presji.

– Mówiłaś, że coś dla mnie masz? – przypomniałam.

– A tak. – Sięgnęła do głębokiej kieszeni szlafroka, wyciągnęła torebeczkę strunową z ziarnem i podała ją Klonowi. – Fasola goliat, nie wiem dokładnie czemu, ale po prostu musisz ją mieć w ten weekend przy sobie.

Mnie wręczyła drugą torebkę, pełną czarnej lukrecji, małe pudełko indyjskiego tuszu w kostce oraz różowy kwarc na rzemyku.

– Fantastycznie – mruknęłam. Nie znosiłam smaku lukrecji.

– To nie dla ciebie. Lukrecja łagodzi ból ząbkowania i gardła. A kamień już zaklęłam, znajdziesz członków naszej rodziny bez cienia niepewności.

Czekałam, aż powie coś więcej, lecz ona tylko pokręciła głową.

– Jakaś magia ingeruje w mój dar, wydzieram jej strzępki wizji, ale wszystko jest mętne, niewyraźne, ciemne… złe. Uważaj na siebie, Malinko, i dzwoń, gdybyś potrzebowała wsparcia.

– Mówisz, jakbym jechała na wojnę.

Za grubymi szkłami okularów błękitne jak bławatki oczy cioci Minerwy zaszły łzami.

– To się nie skończy dobrze… Choć może nie tak dramatycznie, jak mogłoby – powiedziała tylko, uściskała mnie i popchnęła do samochodu. – Powodzenia – wymamrotała, po czym pobiegła do domu, łopocząc szlafrokiem.

Dziwne, nawet jak na nią.

– Co mam zrobić z tą fasolą? – zapytał niepewnie Klon.

– Instrukcji nie załączono, ale jak znam ciotkę, przyjdzie moment, gdy pomyślisz: „jakie to szczęście, że mam przy sobie worek ziaren fasoli goliat” i wtedy wszystko będzie już jasne. Nawet nie zgaduję, po co mi lekarstwo na ząbkowanie.

Ruszyliśmy. Klon miał przygotowaną składankę na nasz wyjazd, ale po zmianie destynacji wesołe kawałki kompletnie nie pasowały do mojego nastroju.

– Czy ja poznałem ciotkę Glicynię? – zapytał.

Nie miałam mu za złe, że czasem gubi się w nieznośnie rozbudowanym drzewie genealogicznym mojej rodziny. Samych ciotek i ciotecznych babć miałam ponad tuzin, do tego różnica wieku między mną i wieloma kuzynkami była tak duża, że też je nazywałam ciotkami.

– Nie sądzę. To nie żadna z sióstr mojej mamy. Glicynia jest córką Opuncji, szóstej córki prababci Narcyzy, czyli, o ile dobrze liczę, kuzynką mojej matki.

– Niekoniecznie bliskie pokrewieństwo.

– U Koźlaczek to jeszcze o niczym nie świadczy, ale Glicynia zawsze była w rodzinie czarną owcą.

– Myślałem, że to ty nią jesteś.

– Nie, nie, ja jestem wybrakowaną owcą, to znaczy źródłem zawodu. Glicynia nigdy nie dogadywała się z pozostałymi Koźlaczkami. Prababcia Narcyza twierdzi, że to kwestia zazdrości i ambicji, bo ciotka zawsze łaknęła więcej magii, niż zostało jej dane, i kłuło ją to, że linii mojej babci Delfiny przypadło jej więcej niż linii ciotecznej babki Opuncji. Doszło do kilku starć. Pięć lat temu Glicynia wyprowadziła się do Wiązowego Wąwozu po poważnej konfrontacji. Nie znam szczegółów, co, jeśli mam być szczera, samo w sobie jest dziwne.

– Rany, wasze zjazdy rodzinne są przerażające. My, Drzewieccy, spotykamy się, pijemy za dużo miodu i przechwalamy się sadzonkami.

Parsknęłam śmiechem.

– Czemu wybrała Wiązowy Wąwóz? Macie tam jakichś dalszych krewnych?

 

– Nikogo. O atrakcyjności tego miejsca stanowi chyba duża odległość od rodziny. Może spodobała jej się też nazwa?

– I pewnie tamtejsza magia. Wiązowy Wąwóz jest wyjątkowy, wszystko rośnie w nim fantastycznie. Ale trzeba mieć sporo dyscypliny, by mieszkać tam dłużej niż kilka dni. Tata mówił, że magia wąwozu wystawia na liczne pokusy i mami obietnicami.

Nie pomyślałam o tym. Byłam dziwnie pewna, że Klon senior słyszał całkiem inne podszepty niż Glicynia Koźlak. Nagle zrobiło mi się chłodno.

*

Niespecjalnie cieszyłam się na myśl o spotkaniu z ciotką Glicynią. I nie chodziło tylko o to, że wolałabym być gdzie indziej. Może udzielił mi się katastrofizm cioci Minerwy, ale miałam złe przeczucia. Mrowienie na karku, które czułam, zwykle oznaczało, że pakuję się w coś niekoniecznie rozsądnego.

Jak wtedy, gdy w wieku piętnastu lat dałam się namówić Jagodzie na wspięcie się na maszt przy szkole, by podmienić oficjalną flagę na proporzec lokalnej drużyny piłkarskiej, której moja siostra była cheerleaderką. Tak przekonująco mnie zachęcała, miała tak logiczne argumenty („jesteś z nas najlżejsza!”), że nawet przez chwilę nie przyszło mi do głowy zastanowić się, czy ja właściwie dam radę się wspiąć na maszt. Okazało się, że owszem, jednak kompletnie nie potrafię zejść. Pół godziny spędziłam uwieszona czubka jak spanikowana wiewiórka, zanim uwierzyłam Klonowi, że mnie złapie, jeśli spadnę. I rzeczywiście mnie złapał – tyle że łokciem złamałam mu nos. Przyłapała nas pani Chmielarz, złośliwa nauczycielka chemii. Kara była dotkliwa.

Teraz wyglądało to trochę podobnie. Zgodziłam się na misję, przekonana argumentami matki, i nawet się nie zastanowiłam, co właściwie mogę wskórać, jeśli ciotka Glicynia nie ucieszy się na mój widok. Bo niby dlaczego miałaby to zrobić? Słabo ją znałam, Aronia trzymała Jagodę i mnie od niej na dystans i czułam, że stoi za tym jakaś historia. Do tego wyjazd Glicynii z Zielonego Jaru przebiegał w fatalnej atmosferze. Nikt ciotki na taczce, obtoczonej smołą i pierzem, nie wywiózł, ale byłam prawie pewna, że nasz kowen odciął Glicynię od rodzinnej linii magicznej. Takiej kary nie dawało się za drobne przewinienia. Czy gdyby zaczęła się parać czarną magią i składała ofiary z ludzi, to moja mama wysłałaby mnie do niej z pytaniem, czy przybędzie na rytuał włączenia Kalinki do sabatu? Chyba nie… Ale pewności nie miałam.

Najchętniej odwlekałabym to spotkanie, jadąc najdłuższą drogą, choćby przez Gdańsk i Kielce, i zatrzymując się na każdej napotkanej stacji benzynowej w celu przeprowadzenia badań terenowych czystości toalet i smaku kawy, ale Klon koniecznie chciał dotrzeć do celu jak najszybciej. Może poczuł zew Wiązowego Wąwozu. Albo nie umiał sobie wyobrazić, że na miejscu coś może pójść nie tak.

Dotarliśmy do miasteczka Wiązy (na tablicy przy rogatkach ktoś sprayem zmienił ą na ę) i GPS w komórce przestał reagować. Klon wyciągnął ze schowka atlas samochodowy i sprawdził trasę. Skręcił w szutrową drogę, która przez chwilę biegła przez brzozowy zagajnik, ten jednak szybko ustąpił miejsca rosnącym coraz gęściej wysokim, starym drzewom. Koła wzbijały żółte kłęby kurzu, jakby nie padało tu od miesięcy. Pył osiadał na szybie i trzeba było uruchomić wycieraczki, bo stracilibyśmy widoczność.

Las wciąż gęstniał, a zwarte korony drzew nachylały się nad wąską drogą, odcinając ją od światła. W południe konieczne było włączenie reflektorów. Klon stukał palcami w kierownicę, jakby nagle zaczęła go rozpierać energia. Włoski na przedramionach sterczały mu na sztorc, szczerzył się w uśmiechu i gdyby przy swoim wzroście nie dotykał czupryną podsufitki, pewnie podskakiwałby na siedzeniu.

– Czujesz to? – zapytał.

Nie byłam pewna, o co pyta.

– Ogrom, potęgę, magię lasu. Chyba wiem, jak się czują ludzie na koksie.

Nerwowo rozglądałam się na boki. Nie udzielała mi się jego euforia. Ogarnął mnie niepokój, a magia pełzała mi po skórze jak małe wyładowania elektryczne. Wyczuwałam czyjąś obecność.

– To Leszy – powiedział Klon, jakby czytał mi w myślach. – Nie zaatakuje. Dziwne, że jest aż tak blisko miasteczka. Zwykle siedzą dużo głębiej w lesie.

Głębiej w lesie mieszkała Glicynia. Może las był za mały dla nich dwojga?

Nagle szarpnęło mną jak szmacianą lalką, mimo pasów. Klon zaklął i zatrzymał samochód. Wysiedliśmy, by ocenić sytuację.

W poprzek drogi leżało obalone drzewo, stare i wielkie. Korzenie, grube jak męskie udo, sterczały w niebo, gałęzie były całkiem nagie, jakby martwe. Potężnego pnia nawet Klon nie zdołałby objąć swymi długimi ramionami. Nie było szans, byśmy dali radę przesunąć przeszkodę.

– Nie wziąłem piły łańcuchowej… Zresztą i tak potrwałoby to cały dzień.

– Daleko mamy stąd do Glicynii? – zapytałam.

– Może pół godziny pieszo. Ale nie to mnie niepokoi. To drzewo zabiła magia.

Nagle nad naszymi głowami przetoczył się grzmot, po nim kolejny. Niebo pociemniało do głębokiego granatu, wiatr zaczął głośno buszować między gałęziami. Potężna błyskawica przeszyła niebo i niemal w tej samej chwili zagrzmiało, a ziemia pod naszymi stopami zadrżała. Drzewa przy drodze trzeszczały niespokojnie.

– Bierz swój bagaż, musimy znaleźć schronienie – zarządził Klon. – W innych okolicznościach optowałbym za pozostaniem w aucie, ale coś jest nie tak. Drzewa panikują.

Ja też panikowałam, lecz wiedza, że robią to również kilkusetletnie wiązy, niespodziewanie dodała mi otuchy. Wyjęliśmy z bagażnika plecaki i obeszliśmy zwalony pień.

Czy byłam zaskoczona, że coś takiego się działo w sąsiedztwie ciotki Glicynii? Kompletnie nie. Zdziwiło mnie natomiast, że to nie jej magię wyczuwam w powietrzu.

Im bardziej zbliżaliśmy się do jej domu, tym intensywniej zjawiska pogodowe dawały nam się we znaki. Choć był wrzesień i temperatura nie spadła poniżej osiemnastu stopni, musieliśmy się schronić pod nisko wiszącymi gałęziami, gdy z nieba zaczęły spadać kule gradowe wielkości pięści. Toczyły się po ścieżce, a dziki wiatr szarpał koronami drzew tak mocno, że całkiem zielone jeszcze liście zaczynały osypywać się na ściółkę. Kolejne grzmoty i wstrząsy przetaczały się w powietrzu i pod naszymi stopami. Szliśmy nisko pochyleni, walcząc o każdy krok. Musiałam zasłonić usta koszulką, bo w wirującym pyle ciężko było złapać oddech. Temperatura zdawała się skakać jak szalona. Podmuchy lodowatego wiatru ustępowały niemal tropikalnym prądom.

Wyszliśmy na niewielką polankę. Na samym jej środku wyrastał ładny, drewniany dom z fioletowymi drzwiami i okiennicami. Dom wiedźmy, dom mojej ciotki. Wirowała nad nim mała trąba powietrzna, a na trawniku leżały całe hałdy kul gradowych. Zajęło mi chwilę, by zza gęstej ściany unoszonych wiatrem liści, pyłu i płatków czerwonych róż dostrzec sylwetki dwóch osób. Wyższa była jakby smugą czerni, niższa kipiała kolorami. Początkowo wzięłam ją za Glicynię. Postacie kłóciły się, wymachiwały rękoma, wrzeszczały, ale wśród ryczącego wichru, grzmotów i bębnienia gradu o blaszany dach nie rozumiałam słów.

Nagle wszystko ucichło. Tornado się rozpłynęło. Wiatr ustał. Grad wyparował. Grzmoty zamarły. Wrzaski i kłótnia też. I wtedy usłyszałam dziecięcy głosik:

– Chcę zupkę! Z literkami!

Na werandzie, kilka metrów za znieruchomiałymi teraz awanturnikami, stała trzy-, może czteroletnia dziewczynka w żółtych legginsach i koszulce w kucyki. Wściekle rude loki miała upięte nad czołem żółtą kokardą.

– Już, kochanie, odgrzewamy zupkę. – Kobieta oprzytomniała jako pierwsza i podbiegła do dziewczynki.

Z pewnością nie mogła to być moja ciotka. Była wyższa, pełniejszych kształtów, z grubym kasztanowym warkoczem sięgającym do połowy pleców. Glicynia, podobnie jak większość Koźlaczek, miała niewysoką, szczupłą sylwetkę, a jej włosy posiwiały już w liceum, gdy porwała się na zaklęcie, do rzucenia którego nie miała wystarczających umiejętności, przez co tydzień przeleżała w śpiączce. Opowiadano o tym wszystkim młodym Koźlaczkom w ramach przestrogi, razem z posępnym: „I już nigdy nie były takie same, nie można ich nawet ufarbować, bo żadna farba nie chce się łapać włosów skażonych magią”.

– Gdzie Kocik? – zapytała mała, już w ramionach kobiety. Wykręcała szyjkę, rozglądając się po podwórku. Jeśli zauważyła grad i armagedon, jaki dokonał się wśród krzaków róż, nic na ten temat nie powiedziała, za to zawołała: – Kici, kici, Kocik, kici, kici!