Siła kobiet w biznesie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kobiety w komunikacji dzielą czas na mówienie i słuchanie, natomiast u mężczyzn komunikacja częściej jest jednostronna i polega bardziej na wydawaniu poleceń niż łapaniu feedbacku.

Karierę rozpoczęła w 2000 roku, szybko awansując i zajmując coraz wyższe stanowiska zarządcze. Aktualnie prezes zarządu PGE Energia Natury, spółki należącej do Grupy Kapitałowej PGE SA, która jest największym przedsiębiorstwem energetycznym w Polsce. Posiada doświadczenie w organizowaniu procesów fuzji i przejęć oraz zarządzaniu nimi, a także w business development i restrukturyzacji. Na poprzednim stanowisku, dyrektor Departamentu Fuzji i Przejęć w centrali PGE SA, zajmowała się najważniejszymi transakcjami w Grupie, niejednokrotnie wartymi ponad miliard złotych. Wcześniej w Grupie PKN ORLEN prowadziła projekty strategiczne oraz z szerokiego zakresu corporate finance, w skali kraju i regionu Europy Środkowo-Wschodniej, o wartości kilkuset milionów euro. Posiada doświadczenie międzynarodowe; pięć lat pracowała w Pradze, gdzie była odpowiedzialna za restrukturyzacje i integracje przedsiębiorstw.

Nie do końca więc zgadzam się z rozdzielaniem stylów na kobiecy i męski. Tak naprawdę liczy się jeden styl – styl efektywny, dostosowany do celów organizacji i do czasów, w których funkcjonujemy.

Kobietom trochę brakuje odwagi, stanowczości, zawierzenia w swoją wartość. Często nie wykorzystują swojego potencjału.

[…] nie uważam, że świat je [kobiety] dzisiaj dyskryminuje. To zależy w dużej części od samych kobiet.

Nie faworyzuję nikogo, ale uważam, że warto wesprzeć część kobiet na średnich stanowiskach menedżerskich, dodać im trochę odwagi.

Współpracowałam z dość małą ich liczbą, ale te, które mogły mieć wpływ, zdecydowanie mnie wspierały. Dlatego też teraz pomagam innym kobietom, wypatruję osób, które mają talent i chęci. Jednocześnie pomagam samej sobie, bo lubię otaczać się ludźmi, którzy są lepsi ode mnie.

[…] kobiety mają szereg cech, które powinny pomagać, choć czasami – zupełnie niepotrzebnie – są postrzegane jako przeszkadzające. Na przykład wyższe poczucie empatii, wnikanie w emocje innych, wsłuchiwanie się w ludzi, łatwiejsze niż w przypadku mężczyzn adaptowanie się do zmian.

Co uważa Pani za swoje największe osiągnięcie zawodowe i osobiste?

Za swoje największe osiągnięcie zawodowe uważam zdobycie takiego zaufania, które pozwoliło mi być tu, gdzie jestem, i realizować się w tym, co robię. Jeśli chodzi o największe osiągnięcie osobiste, to wciąż na nie czekam. Głęboko wierzę, że jest blisko.

Pracuje Pani w nietypowej dla kobiet branży…

To prawda, jednak kobiet pojawia się w niej coraz więcej; coraz bardziej wierzą one w siebie. Uważam, że jeśli chodzi o zarządzanie, to najważniejsze są cechy niezwiązane z płcią. Efektywność, siła, samodyscyplina, zdolność do inspirowania innych, do pociągania ich za sobą. Natomiast kobiety mają szereg cech, które powinny pomagać, choć czasami – zupełnie niepotrzebnie – są postrzegane jako przeszkadzające. Na przykład wyższe poczucie empatii, wnikanie w emocje innych, wsłuchiwanie się w ludzi, łatwiejsze niż w przypadku mężczyzn adaptowanie się do zmian. Często się mówi, że kobietom trudniej podejmować decyzje, że są wolniejsze, dają się wciągać w tematy prywatne.

Czy obserwuje Pani te negatywne skutki cech kobiecych?

U części kobiet to widać. Jednak dużo ograniczeń tkwi w głowach. Uważam, że optymalna jest mieszanka cech kobiecych i męskich. Najbardziej efektywne są te kobiety, które mają w sobie również pierwiastek męski, dynamizm, rywalizację. Staram się łączyć te elementy. Moimi głównymi założeniami w zarządzaniu są skuteczność, sprawność i sprawczość.

Uważa Pani, że te trzy elementy wiążą się z męskością?

Myślę, że to mit. Obserwuję kobiety, szczególnie na wysokich stanowiskach, które wykazują te cechy.

Czyli osoby, które zajmują wysokie stanowiska, łączą cechy kobiece i męskie, wobec czego nie ma wśród nich dużych różnic wynikających z płci?

Tak uważam. Ta mieszanka jest widoczna u kobiet zarządzających, i ona pomaga. Nie do końca więc zgadzam się z rozdzielaniem stylów na kobiecy i męski. Tak naprawdę liczy się jeden styl – styl efektywny, dostosowany do celów organizacji i do czasów, w których funkcjonujemy.

Mężczyźni na wyższych stanowiskach też łączą różne cechy?

Mądry mężczyzna, który chce odnieść sukces, co najmniej się nad tym zastanowi. Mężczyźni rzeczywiście mają dużo większą skłonność do autokratycznego stylu zarządzania, co ułatwia im skoncentrowanie na celu. Dzięki mądrej refleksji, słuchaniu innych, skupianiu się na potrzebach ludzi, żeby wydobyć z nich to, co najlepsze, mogą też być bardziej efektywni. Jest coraz więcej mężczyzn, którzy zwracają uwagę na te rzeczy.

Czy zauważa Pani jakieś obszary, w których kobiety gorzej sobie radzą?

Kobietom trochę brakuje odwagi, stanowczości, zawierzenia w swoją wartość. Często nie wykorzystują swojego potencjału. Teraz to się bardzo zmienia. Kobiety zaczynają stawiać na siebie, zaczynają się dowartościowywać, zauważają, że efekty ich pracy wcale nie są gorsze od tych, które osiągają mężczyźni.

Z czego wynika to, że kobiety mniej w siebie wierzą?

Myślę, że to wynika z wielu czynników, zaszłości historycznych, roli kobiety w przeszłości, a przede wszystkim z ograniczeń, jakie nakłada na nas sama natura. Również dziś kobiety muszą dokonywać wyborów, mają znacznie szerszy zakres obowiązków niż mężczyźni, wobec czego nie mogą skoncentrować się tylko i wyłącznie na życiu zawodowym. Większość barier jednak, jak powiedziałam, narzucają sobie same – dość nagminne są brak odwagi i brak przeświadczenia, że mogą osiągać cele zawodowe równie dobrze jak mężczyźni.

A co to znaczy, że osiągają lepsze efekty?

Kobiety potrafią się lepiej skupić, są przykładne, rzetelniejsze. Może to wynikać z tego, że musiały się bardziej wykazywać. Naturalnie to mężczyźni zawsze byli przywódcami, więc im było może trochę łatwiej. Ponadto kobiety są równie dobrze, jeśli nie lepiej, wykształcone niż mężczyźni. Jednak nie uważam, że świat je dzisiaj dyskryminuje. To zależy w dużej części od samych kobiet.

Wiele osób, z którymi prowadziłam wywiady, powiedziało mi, że w męskim świecie najwyższych szczebli zarządzania kobiety nie odnajdują swoich wartości, więc część z nich nie idzie tam, bo nie wierzy, że może tam siebie realizować. Kobiety te nie chcą funkcjonować za cenę niebycia sobą.

Wydaje mi się, że to niekoniecznie jest kobiece, raczej ludzkie.

Czy widzi Pani różnicę celu, jeśli chodzi o prezesowskie stanowiska, u kobiet i u mężczyzn?

To jest kwestia bardzo indywidualna i pewnie każdy ma trochę inne cele. Nie widzę rozróżnienia na kobiece i męskie. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni mogą dojść do pewnego pułapu i stwierdzić, że to nie jest to, i nie muszą tego kontynuować.

Zauważyła Pani, że mężczyźni na wysokich stanowiskach mają potrzebę władzy, wpływu, kontroli, a kobiety – robienia czegoś dla innych, rozwoju, pomagania?

Trudno jest generalizować. Percepcja męskiego autokraty jest intensywniejsza pewnie dlatego, że mężczyzn jest po prostu więcej. Myślę, że mężczyźni na wysokich stanowiskach są bardzo różnorodni. Nie widzę więc takich różnic związanych z płcią. Margaret Thatcher powiedziała: „Być wpływowym to jak być damą – jeśli musisz mówić ludziom, że nią jesteś, to znaczy, że nią nie jesteś”. Czyli nie jest to ewidentnie obszar zastrzeżony dla mężczyzn. Historia zna wiele wpływowych kobiet, które nie musiały obwieszczać światu, że są wpływowe, tylko potwierdzały to swoim działaniem. Także w tak zwanych dzisiejszych czasach silne, charyzmatyczne kobiety pewnie się nam objawią, wiele z nich musi się tylko odważyć.

Czym się przejawia ten brak odwagi?

Na przykład tym, że kobiety nie wyrywają się do podjęcia odpowiedzialności za poprowadzenie ważnego projektu czy przygotowanie jakiegoś strategicznego przedsięwzięcia. W tym czasie pięciu mężczyzn już się zgłosi, i naturalnie któryś z nich dostanie ten projekt. Bogata w tego typu doświadczenie, mając świadomość, jak czasem może być niełatwo, staram się promować mądre kobiety. Wyszukuję perełki i daję im szansę. Nie faworyzuję nikogo, ale uważam, że warto wesprzeć część kobiet na średnich stanowiskach menedżerskich, dodać im trochę odwagi.

A Pani była promowana przez kobiety czy raczej podstawiały one Pani nogi?

Nigdy nie doświadczyłam złego – złośliwego, zawistnego – traktowania ze strony kobiet. Współpracowałam z dość małą ich liczbą, ale te, które mogły mieć wpływ, zdecydowanie mnie wspierały. Dlatego też teraz pomagam innym kobietom, wypatruję osób, które mają talent i chęci. Jednocześnie pomagam samej sobie, bo lubię otaczać się ludźmi, którzy są lepsi ode mnie.

Co pomogło Pani zrobić karierę w męskiej branży?

Przede wszystkim kompetencje i merytoryka.

Ale wiele kobiet ma kompetencje i merytorykę…

To warunek bazowy. Oprócz tego zawsze byłam osobą szalenie ambitną i zawsze wiedziałam, czego chcę w życiu zawodowym. Uważam, że jest bardzo mało takich rzeczy, których nie można zrobić, jeżeli ma się jasno postawiony cel i ludzi, z którymi można go osiągnąć, którzy widzą ten cel z tobą. Kluczowe w przywództwie są wizja i umiejętność pociągnięcia innych za sobą. Dzięki podejściu do ludzi i determinacji osiągnęłam to, co osiągnęłam, i jakoś odnajduję się w tym męskim świecie. Wiem też, że na wiele rzeczy nie mam wpływu, i po prostu z nimi nie walczę.

 

Od pewnego czasu wyznaję również zasadę, że nie ma nic do stracenia, pod warunkiem że się do ludzi i działania podchodzi uczciwie i w zgodzie z samym sobą. Powtarzam sobie niemal codziennie za Steve’em Jobsem, niezawodnym dla mnie wzorcem przywództwa: „Świadomość tego, że pewnego dnia będę martwy, jest jednym z najważniejszych narzędzi, jakie pomogły mi w podjęciu największych decyzji mojego życia. Prawie wszystko – zewnętrzne oczekiwania wobec ciebie, duma, strach przed wstydem lub porażką – jest niczym wobec śmierci. Tylko życie jest naprawdę ważne. Pamiętanie o tym, że kiedyś umrzesz, jest najlepszym sposobem, jaki znam, na uniknięcie myślenia o tym, że masz cokolwiek do stracenia. Już teraz jesteś nagi. Nie ma powodu, dla którego nie powinieneś żyć tak, jak nakazuje ci serce”.

Jednym z priorytetów jest dla mnie wiarygodność, i ta w kontekście biznesowym, i ta zwyczajnie ludzka. Trzeba zapewnić ludziom poczucie bezpieczeństwa. Jeżeli coś ustalimy, to idziemy w tym kierunku i nie zmieniamy tego w zależności od okoliczności – a mówię to z pełną świadomością faktu, że nie żyjemy w świecie idealnym – tylko jesteśmy zdeterminowani, by to osiągnąć. To też kwestia niezłomności, szczerości, uczciwości wobec współpracowników. Potwierdzeniem tego wszystkiego jest ostateczny efekt czy produkt, który wygląda tak, jak założyliśmy.

Czy ma Pani jeszcze jakieś cechy, które były wyjątkowo przydatne w pracy? Takie, których być może brakuje innym kobietom?

Jestem uparta i zawzięta, co jest czasem postrzegane jako wada, ale i konsekwentna. W męskim świecie to jest bardzo ważne.

Czyli kiedy coś się Pani nie udaje, to nie poddaje się Pani, tylko szuka innego sposobu osiągnięcia celu?

Oczywiście muszę się trochę otrząsnąć, ale to jest życie biznesowe. Jeśli droga, którą wybierzesz, okaże się nieefektywna, to trzeba poszukać alternatywnego rozwiązania. Pomaga tu na pewno kreatywność. Część kobiet być może nie chce eksponować takich cech jak niezłomność i konsekwencja. To nie zawsze jest fajne i przyjemne w męskim świecie. To trzeba po prostu lubić.

Wiele osób mówi o Pani, że niezależnie od czynników zewnętrznych potrafi Pani być zdeterminowana. I niezależnie od tego, co dzieje się na powierzchni fal, Pani wie, w którą stronę płynie prąd.

To pewna intuicja biznesowa – choć często idę nieco pod prąd. I wewnętrzna samoocena, która bardzo pomaga w budowaniu determinacji.

Skąd ma Pani takie silne wewnętrzne poczucie własnej wartości?

Tak byłam wychowywana. Moi rodzice bardzo o to dbali. W młodym wieku wszystko dość łatwo mi przychodziło, byłam chłonna. Nie doświadczyłam zbyt wielu porażek, więc się nie zrażałam, i to pomagało. Czasami jednak taka droga prowadzi do odwrotnego efektu. Jak są same sukcesy, to człowiek może popłynąć, i gdy przyjdzie jakiś trudny moment, to niekoniecznie sobie z nim poradzi. Splot różnych życiowych decyzji i wyborów był taki, że jeśli nawet sprawy nie układały się po mojej myśli, to potrafiłam z tego wybrnąć. Częściowo na pewno dlatego, że miałam bardzo dużo wsparcia – na początku od rodziców, potem od osób, które spotykałam na swojej drodze. Pewną rolę gra tu też szczęście.

Próbuję wychwycić czynnik, który pomógłby kobietom zrobić taką karierę czy tak się rozwinąć jak Pani…

Mówią o mnie, że mam wredny charakter. Może to pomaga [śmiech].

Ta „wredność” to może po prostu siła, żeby zachować się nie po myśli innych ludzi. Przekonanie, że wie Pani, dokąd zmierza.

Tak, to przypomina mi moją chrześniaczkę. Pewnego razu zaordynowała zabawę, którą poznała na zajęciach przedszkolnych, a o której nie wiedział nikt oprócz babci. Najpierw skrzyczała mamę: „Przecież miałaś tam pójść i się dowiedzieć, jak to wygląda”. Potem ciocia, babcia i mama uczestniczyły w zabawie, a mała tylko rozkazywała. Jej tata się śmiał, że jego córka będzie kiedyś co najmniej kierownikiem budowy. Dziecko się podobno w chrzestną wradza.

Jakie ma Pani doświadczenia w kwestii podejścia do kobiet w innych kulturach?

Moimi pracownikami byli w większości mężczyźni. Pracując w Pradze, zauważyłam nieco inną mentalność. Tam panuje pragmatyzm, spokój, nie trzeba gonić. Jeśli czegoś się nie skończyło, można to zrobić następnego dnia z przekonaniem, że się zdąży. Nie jest to styl południowy, natomiast bardzo racjonalny.

W Pradze zdarzyło mi się zarządzać wicemistrzem świata w sumo, gościem ważącym sto pięćdziesiąt kilogramów. Miał wątpliwości, czy powinien poddać się rządom kobiety, w dodatku innojęzycznej, z innej kultury, która się nagle zjawiła nie wiadomo skąd. Ja mała, drobna, a on taki potężny. Wymagało to ustalenia pewnych zasad, ale zakończyło się bardzo przyjaźnie.

Co robi Pani w takich sytuacjach, aby przekonać daną osobę, że będzie nią Pani zarządzać?

Tu zadziałała merytoryka. Plus cechy, powiedzmy, stereotypowo kobiece – wsłuchiwanie się w głos innych, wypracowywanie wspólnych rozwiązań, angażowanie w wypracowywanie produktów, delegowanie odpowiedzialności. Starałam się stworzyć w pracy taką atmosferę, aby pracownicy chcieli dać z siebie to, co w nich najlepsze. Współpraca była owocna do tego stopnia, że kiedy mieliśmy problem ze zorganizowaniem sal na spotkania, wspomagało mnie dwóch „wyrostków” – moich współpracowników, którzy awizowali nasze przyjście w ten sposób, że wchodzili do sali i wypraszali delikwentów. Bez dwóch zdań miałam najlepszy i bardzo skuteczny zespół.

Czy widzi Pani różnice między mężczyznami a kobietami w zakresie następujących kompetencji: komunikatywność…

Tak, widzę pewne różnice. To jest powiązane z innymi cechami. Kobiety w komunikacji dzielą czas na mówienie i słuchanie, natomiast u mężczyzn komunikacja częściej jest jednostronna i polega bardziej na wydawaniu poleceń niż łapaniu feedbacku.

Asertywność…

Kobiety mają tu braki. Ma to związek z tym, o czym już rozmawiałyśmy, z wiarą, z odwagą. Mężczyźni na wysokich stanowiskach albo mają asertywność we krwi, albo bardzo mocno nad nią pracują.

Łatwiej im przychodzi odmawianie?

Tak.

Współpraca zespołowa…

Nie widzę dużych różnic ze względu na płeć.

Otwartość na zmiany i zarządzanie zmianą…

Kobietom jest łatwiej się przystosować do zmian, mężczyzn trochę bardziej to dotyka. Kobiety są bardziej elastyczne i mają większą motywację do tego, żeby zarządzać zmianą. Kiedy mężczyzna już dojdzie do pewnego stanowiska czy pozycji, to wolałby, żeby się nic nie zmieniało. Już coś udowodnił, do czegoś doszedł, zatem obawia się to stracić. Kobieta jest przyzwyczajona do ciągłego sprawdzania się, więc potrafi dobrze wykorzystać tę zmianę dla siebie i dobrze nią pokierować.

Czyli zmiany są szansą dla kobiet?

Zmiany są szansą dla wszystkich, ale kobiety szybciej je dostrzegają i starają się efektywnie wykorzystać dla siebie, dla rozwoju swojego i ludzi wokół nich.

Bardzo serdecznie dziękuję Pani za rozmowę.

Utrzymujcie swoje kochające serca przy życiu – nasz świat desperacko potrzebuje tego, byśmy wszyscy zaakceptowali pełnię własnego człowieczeństwa, byśmy żyli oraz postępowali z czystymi umysłami i otwartymi sercami.

Nauczycielka buddyzmu zen. Przekaz Dharmy i święcenia kapłańskie otrzymała od swojego nauczyciela, Rosiego Philipa Kapleau. Rozpoczęła praktykę zen w 1970 roku. Wraz z mężem założyła Windhorse Zen Community, ośrodek niedaleko Asheville w Północnej Karolinie. Przyjeżdża do Polski przynajmniej dwa razy w roku, gdzie prowadzi sesin (kilkudniowe odosobnienia zen) oraz warsztaty wprowadzające w praktykę zen w ogólnopolskim ośrodku zen w Warszawie – ZBZ „Bodhidharma”. Dla wielu osób na świecie jest źródłem inspiracji, przewodniczką na drodze duchowego rozwoju. Jest mamą czworga dorosłych dzieci i babcią. W przeszłości pełniła funkcję kapelana w szpitalu oraz pracowała w szkole jako bajarka.

Mężczyźni w zachodniej kulturze częściej odcinają się od swoich uczuć, a otwarcie się jest dla nich bardziej przerażające, ponieważ postrzegają je jako słabość. Ci, którzy nie mają dobrego dostępu do swoich emocji, żyją z bardzo emocjonalnymi kobietami.

Nie odcinajcie się od tego, co jest w was żywe i najprawdziwsze!

Namawiałabym […] również do znalezienia każdego dnia czasu na to, aby się zatrzymać. Po prostu być, przez co najmniej dziesięć minut nic nie robić – przyjąć wyprostowaną pozycję, oddychać, doświadczać ciszy oraz cudu istnienia. To właśnie prowadzi nas z powrotem do naszej wrodzonej radości i do poczucia związku z wszelkim życiem.

Co Roshi uważa za swoje największe osiągnięcie zawodowe i osobiste?

To pytanie przypomina mi tekst piosenki Boba Dylana Love minus zero: „Ona wie, że nie ma takiego sukcesu jak porażka i że porażka nie jest żadnym sukcesem”. Ja po prostu nie myślę w kategoriach sukcesu i porażki. Dużo satysfakcji daje mi jednak obserwowanie zmian, jakich doświadczają uczniowie wraz z pogłębianiem praktyki zen, i nie wyobrażam sobie większej radości, niż ujrzenie kogoś, kto nagle przebudził się do zdumiewającej prawdy o tym, kim naprawdę jest!

Zaczęłyśmy rozmawiać o zen i korporacjach…

Ludzie biznesu są coraz bardziej zainteresowani praktyką zen. To nasuwa pytanie o naszą odpowiedzialność za Ziemię. W Japonii od dziesiątków lat korporacje chcą, aby ich pracownicy praktykowali zen, bo to pomaga w koncentracji i oznacza większy zysk dla firmy. Dlatego wysyłają biznesmenów na szkolenia i warsztaty zen. Są nawet specjalne sesin dla tych ludzi. Oczywiście świątynia zarabia na tym pieniądze, a każda świątynia potrzebuje pieniędzy. W związku z tym musimy sobie zadać kilka pytań. Na przykład o to, czy chcemy być częścią przemysłu węglowego, który zanieczyszcza Ziemię, przyczynia się do podniesienia temperatur i powoduje wielkie cierpienie.

Czy nauczyciele zen powinni więc odmawiać prowadzenia warsztatów dla pracowników firm, których działalność szkodzi Ziemi?

To bardzo ważne pytanie! Nic nie jest tylko czarne albo tylko białe. Wiele lat temu poproszono mnie o wzięcie udziału w weekendzie kreatywności. To były właściwie cztery dni, podczas których prowadzono różne warsztaty. Miałam zaprezentować praktykę zen grupie naukowców, najlepszym fizykom pracującym dla koncernu naftowego. Zgodziłam się, myśląc, że to im nie zaszkodzi, a być może wywrze nawet pozytywny wpływ. Warsztaty odbywały się w Alabamie. Kiedy rano zeszłam na śniadanie, organizator wydarzenia wziął mnie na stronę. Pomyślałam, że może będę jeść z tymi fizykami, a może się spotkamy, zanim zaczniemy pracę, ale nic z tych rzeczy. Organizator powiedział mi: „Ci faceci są genialni, ale mogą być też dość niegrzeczni, nawet nieokrzesani. Oni nie słuchają, zawsze tylko mówią. Podczas wycieczki po Alabamie byli bardzo nieuprzejmi wobec przewodniczki, która nas oprowadzała. Są przepełnieni swoją wiedzą”. Chciał mnie przed nimi ostrzec! Pomyślałam wtedy: „To dopiero interesujące wyzwanie!”.

Stawiłam się w sali o 8.00, aby przedstawić swoją prezentację. Mieliśmy opóźnienie, ponieważ moi słuchacze byli zajęci rozmową o swoich snach z poprzedniej nocy. Usiadłam z tyłu i po prostu ich obserwowałam. Stało się dla mnie jasne, że chcieli znaleźć sposób na to, aby wydobyć więcej oleju z wnętrza Ziemi. W sali było czternastu mężczyzn i jedna kobieta. Wszyscy mężczyźni rozmawiali o swoich snach i robili wykresy. Jeden z nich śnił o maszynie, która mogłaby wstrząsnąć Ziemią. Cały czas sobie przerywali. Tylko kobieta milczała. W końcu postanowili wyjść na przerwę.

Gdy wrócili, zabrałam głos i zaczęłam opowiadać o praktyce zen – wyjaśniałam, z czego się wywodzi i na czym polega. Powiedziałam im, że w każdym momencie mogą mi przerwać. Ale nikt mi nie przerwał. Ani razu. Kiedy skończyłam, wszyscy byli bardzo spokojni i pełni szacunku. Starszy mężczyzna podniósł rękę i zapytał: „Jak praktykować zen?”. To był idealny moment, powiedziałam więc: „Tym zajmiemy się w następnej części zajęć”.

Pokazałam fizykom, jak medytować, siedząc na krzesłach, ale większość z nich chciała usiąść na podłodze. Zrobiliśmy kilka rund medytacji zen, zarówno siedząc, jak i chodząc. Kiedy skończyliśmy, przyszedł czas na pytania i odpowiedzi. W grupie był mężczyzna, który brał udział w rozmowach między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim. Powiedział, że jedynym jego problemem podczas naszego spotkania było to, iż nie mógł przestać medytować. Wszyscy byli bardzo pozytywnie nastawieni do nowego doświadczenia. Potem zjedliśmy razem lunch. Naukowcy okazali się wspaniałymi ludźmi. Weekend się skończył, a ja wróciłam do Rochester, gdzie wtedy mieszkałam.

 

Organizator warsztatów powiedział mi później, że fizycy chcieli medytować codziennie. Jedyna kobieta w grupie miała sen i podzieliła się nim z resztą. Tym razem nie było mowy o wstrząsaniu Ziemią – fizyczka śniła o słuchaniu Ziemi. Po warsztatach wszystko się zmieniło, uczestnicy stali się znacznie cichsi i nastawieni na słuchanie. Byłam zdumiona, że tak krótkie wprowadzenie w medytację sprawiło tak wielką zmianę!

Jestem jednak świadoma, że te praktyki mogą być wykorzystywane w celu generowania przyszłych zysków, i to mi się nie podoba.

To ma związek z tym, o czym chciałam z Roshi porozmawiać. Przeprowadzam wywiady z kobietami, które piastują bardzo wysokie stanowiska w dziedzinach zdominowanych przez mężczyzn. Bycie nauczycielem zen to chyba również raczej męska rzecz?

Tradycyjnie z pewnością tak było. Niedawno ukazała się książka The hidden lamp. To zbiór historii z udziałem kobiet. Każda z nich jest opatrzona komentarzem innej kobiety – nauczycielki zen. Byłam jedną z osób poproszonych o napisanie takiego komentarza. Tytuł The hidden lamp podkreśla to, że wiele kobiet było oświeconymi nauczycielkami, ale ich imiona zostały zapomniane lub nawet o nich nie wspomniano. W przeszłości nauczanie zen było zdominowane przez mężczyzn, ale zmiany są widoczne również tu, w Polsce. Dwa czy trzy najbliższe centra Dharmy są prowadzone przez kobiety i nikogo to już nie dziwni. To się staje coraz powszechniejsze.

Czy doświadczyła Roshi jakichś trudności na swojej ścieżce rozwoju, które wiązały się z tym, że jest Roshi kobietą?

Bycie adeptką zen w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku wiązało się z wieloma wyzwaniami. To był czas, kiedy myślenie patriarchalne wciąż było normą, zanim zmieniła się świadomość kobiet.

Być może moim największym wyzwaniem był przyjazd do Polski, gdzie niektórzy ludzie wciąż twierdzili, że nauczyciel-kobieta to tak naprawdę żaden nauczyciel. Pamiętam jedno z naszych pierwszych spotkań. Pewien mężczyzna, zwolennik ortodoksyjnej chińskiej szkoły, miał poważne wątpliwości co do tego, czy kobieta w ogóle może doznać oświecenia. Jeszcze nie tak dawno postrzegano kobietę jako istotę poślednią i mówiono, że jeśli będzie dużo ćwiczyć, to w przyszłym życiu odrodzi się jako mężczyzna! Wspomniana sytuacja miała miejsce jakieś osiemnaście lat temu. Teraz oczywiście wszystko bardzo się zmieniło.

Obserwowane zmiany mają prawdopodobnie związek z problemami, jakie spowodowało wielu nauczycieli-mężczyzn. Od dawna słyszeliśmy o nadużyciach władzy czy skandalach seksualnych, a informacje na ten temat stawały się coraz powszechniej znane. Ale dopiero niedawno ludzie naprawdę zmierzyli się z problemem. Wspominam o tym, ponieważ myślę, że kobiety są znacznie mniej podatne na tego typu pokusy. Skandale z ich udziałem się zdarzają, ale zdecydowanie rzadziej.

Czy to możliwe, że osoby, które doznały oświecenia, wciąż mają potrzebę wykorzystywania innych?

Oświecenie jest to przebudzenie się, bezpośrednie doświadczenie zdumiewającej prawdy o naszej naturze. To jednak tylko pierwszy krok. Wraz z przebudzeniem praca nad włączaniem tego doświadczenia w nasze codzienne życie dopiero się zaczyna.

Abraham Lincoln powiedział, że jeśli chcemy sprawdzić czyjś charakter, powinniśmy dać temu komuś władzę. Ja na przykład wychowałam czworo dzieci. Byłam w tym czasie bardzo zajęta wszystkimi podstawowymi obowiązkami: gotowaniem wegeteriańskich posiłków, opiekowaniem się dziećmi, praniem, sprzątaniem. Typowymi matczynymi zadaniami. Kiedy przyjechałam do Polski nauczać, jedna z kobiet zapytała mnie, czy potrzebuję osoby do pomocy. Wytłumaczyła mi, że poprzedni nauczyciel (mężczyzna) miał osobę do gotowania posiłków, robienia prania i wykonywania innych prac domowych. Mnie ten pomysł wydał się śmieszny, ponieważ byłam przyzwyczajona do robienia wszystkiego samodzielnie. Zauważyłam, że wielu mężczyzn z mojego pokolenia oczekuje od kobiet, iż wyręczą ich w takich zadaniach.

W dzisiejszych czasach kobiety pracują i dzielą świat pracy z mężczyznami. W związku z tym dzieją się dwie rzeczy. Po pierwsze, kobiety nabywają tych samych umiejętności, które posiadają mężczyźni. Po drugie, z jakichś powodów są jednak traktowane według starych wzorców i umniejszane przez współpracowników. Nierzadko również same tak siebie traktują.

Kobiety nauczono inwestować w bycie lubianymi, uprzejmymi. Akceptacja społeczna jest dla nas bardzo ważna. Przejmujemy się tym, jak wyglądamy, jak jesteśmy postrzegane. Jest to przejaw naszej troskliwej natury, który czasem może być jednak bardzo ograniczający. Czujemy ogromny strach przed własną siłą, więc nauczyłyśmy się wycofywać. Istotny jest również fakt, że kobiety najczęściej mają dzieci, a społeczeństwo nie daje im realnego wsparcia w zajmowaniu się nimi. Zazwyczaj większość obowiązków domowych spada na kobietę, co ma ogromny wpływ na nasze rodziny i społeczeństwo.

Zauważa Roshi wpływ tych wszystkich czynników na praktykę kobiet i mężczyzn?

Tak. Były takie lata, kiedy musiałam zostać w domu z dziećmi i nie mogłam iść na sesin. Kiedy twoje dzieci są jeszcze bardzo małe, nie możesz ich zostawić na wiele dni. Matka jest dla nich najważniejszą osobą, bez niej czują się opuszczone, co ma głęboki wpływ na ich psychikę. Dlatego też zalecam kobietom z małymi dziećmi, aby po prostu poczekały.

Momentami byłam bardzo sfrustrowana. Wiedziałam, że powinnam zostać z dziećmi, ale pragnęłam wrócić na sesin, aby pogłębić praktykę. Zostawiłam je więc ze swoją siostrą. W latach siedemdziesiątych mówiono, że najlepszą rzeczą, jaką możesz zrobić dla kogokolwiek – dla swoich dzieci, dla całego świata – jest pójście na sesin i doznanie prawdziwego, głębokiego oświecenia. Więc opuściłam je za wcześnie i przekonałam się, jak to na nie wpłynęło. Teraz rozmawiam z każdą matką, która myśli o opuszczeniu bardzo małych dzieci na kilka dni, żeby udać się na sesin. Z mojego doświadczenia wynika, że dla maluchów poniżej trzeciego roku życia zniknięcie matki jest bardzo trudnym przeżyciem; nieważne, jak szlachetny lub „uduchowniony” jest powód jej odejścia.

Czy nie miała Roshi pierwszego doświadczenia przebudzenia, kiedy była jeszcze bardzo młoda, zanim urodziły się dzieci?

Tak. Miałam to szczęście, że mogłam całkowicie oddać się praktyce zen jeszcze przed założeniem rodziny.

Musiała Roshi zatem bardzo do tego tęsknić…

Tak, bardzo tęskniłam! Później musiałam nauczyć się czekać. Z dwojgiem kolejnych dzieci byłam bardzo cierpliwa. Chciałam dać im naprawdę dobry start. Z ostatnim dzieckiem czekałam cztery lata. Ale kiedy po tych czterech latach wróciłam na sesin, było to najpotężniejsze sesin, jakie kiedykolwiek miałam.

Czy widzi Roshi jakieś różnice w sposobie, w jaki praktykują kobiety i mężczyźni?

Kobiety ogólnie są bardziej otwarte na swoje emocje, czują się z nimi bardziej komfortowo niż mężczyźni. Mają dostęp do szerszego ich zakresu i potrafią je akceptować. Prawdopodobnie ma to związek z warunkowaniem społecznym. Płacz kobiety jest dużo bardziej akceptowany dniż płacz mężczyzny. Mężczyźni z reguły muszą wykonać znacznie cięższą pracę, aby pozwolić sobie na szczere łzy czy nawet na śmiech. Oczywiście podczas praktyki to wszystko się wyrównuje. Kobiety kontaktują się ze swoją siłą i odwagą, a mężczyźni odnajdują dostęp do swojej emocjonalnej natury.

Mam wrażenie, że istnieje związek między kolorami i emocjami. Przez wiele lat nasze centrum w Falenicy było zupełnie białe. Wszystkie ściany były białe, a podłogi i stoły brązowe. Powiedziałam więc mężczyznom, którzy narzekali na to, że w naszej sandze jest tak niewiele kobiet: „Jeśli chcecie mieć tu więcej kobiet, dodajcie trochę koloru; pomalujcie przynajmniej jadalnię”. Zajęło to trochę czasu, ale ostatecznie nasze centrum stało się znacznie bardziej kolorowe – i jest tu teraz mnóstwo kobiet! Oczywiście nie twierdzę, że kobiety przyszły do nas z powodu koloru. Wydaje mi się jednak, że mężczyźni lubią biel, bo jest czysta. Kobiety natomiast nie czują się komfortowo w sterylnie białym otoczeniu czy w miejscu, gdzie nie docenia się życia emocjonalnego.