Jadąc do BabadagTekst

Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jadąc do Babadag
Jadąc do Babadag
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 53,80  43,04 
Jadąc do Babadag
Audio
Jadąc do Babadag
Audiobook
21,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Opis podróży przez wschodnie Węgry na Ukrainę

Nie mogę zapomnieć nieba, gdy o zmierzchu jechaliśmy z Nagykálló do Mátészalka. Pojedynczy wagonik to był cały pociąg. W dodatku pospieszny i z rezerwacją. Tęga kobieta w kasie uśmiechała się i parokrotnie z rozmachem zasiadała na krześle, żeby wyjaśnić nam ideę miejscówki.

Węgierskie bilety kolejowe są piękne. Przypominają małe banknoty. Młodzi Cyganie w pociągu do Szerencs rozwijali je w harmonie, składali w talie i wachlarze. W uszach mieli złote kolczyki, ale to było dwa dni wcześniej.

Teraz od zachodu rozpościerał się purpurowy pióropusz. Płonąca czerwona dłoń wisiała nad równiną, a w dole, wśród kukurydzianych pól i sadów, snuł się już błękitny mrok. Piliśmy aszú z butelki i siedzieliśmy tyłem do kierunku jazdy, więc ten zachód, ta rozlana świetlista krew wciąż były przed nami i widzieliśmy, jak mrok powoli wychodzi z ziemi, wznosi się coraz wyżej, robi się coraz chłodniej i w końcu wszystko gaśnie, a w czerwonym wagoniku zapalają się światła.

Minęło ledwo pół godziny, a my już wspominaliśmy Nagykálló: gorące światło popołudnia, gdy szliśmy do centrum wśród żółtych domów. Znaleźliśmy ogromny kościół. Na ławce przed wejściem siedzieli muzycy. Jeden z nich podniósł lśniący puzon i pozdrowił nas. Wszedłem do przedsionka, bo nareszcie chciałem zobaczyć jakiś węgierski kościół, ale wewnątrz był tłum, na przedzie stała młoda para, a przy ołtarzu zobaczyłem pastora. Żadnych organów, żadnych ornatów, tylko Słowo w czystej postaci, tak jak było na początku i powinno być na końcu zamiast tych wszystkich cudowności stworzonych ludzką ręką na człowiecze pocieszenie. Potem orszak wyszedł bardzo wolno, bardzo dostojnie i tych trzech oczekujących muzyków w białych koszulach – puzonista, akordeonista, gitarzysta – wyglądało bardzo lekko, niemal lekkomyślnie, prawie po katolicku, ale zagrali coś powolnego i tłum niczym procesja ruszył w stronę rynku.

Do Nagykálló przyjechaliśmy, ponieważ – według przewodnika – „na końcu długiego i upiornie pustego placu” miał tutaj stać szpital psychiatryczny. Pomyślałem, że to może być jakaś fizycznie zrealizowana metafora, metafora wschodu Europy. Wyobraźnia podsuwała obraz wielkiego pylistego majdanu okolonego przez rozsypujące się domy. Przez plac od czasu do czasu przeciągają oddziały w najróżniejszych mundurach, ale nigdy nie pozostają dłużej, niż tego wymaga gwałt albo rabunek. Odjeżdżają i rozgrzany kurz równiny natychmiast kryje jeźdźców. Z okien szpitala szaleńcy patrzą w ślad za nimi i tęsknią, ponieważ w tych wschodnich stronach władza, przemoc i obłęd żyły od zawsze w związku przypominającym konkubinat, a czasem wręcz legalne małżeństwo.

Ale nic z tego. Plac nie był pustynią. Był cienistym i chłodnym skwerem. Przed wejściem do szpitala kilku wariatów w szlafrokach paliło papierosy. Nastrój panował raczej sanatoryjny i zwiedziona na pokuszenie wyobraźnia mogła odpocząć.

No więc popijaliśmy aszú i jechaliśmy na wschód. Właściwie uciekaliśmy przed zachodem, przed beznadziejnym Budapesztem, gdzie w najgorszej, ale wysztafirowanej spelunce przy Rakóczi utca kieliszeczek körte palinki kosztował trzy razy tyle, co w Nagykálló, a kawa jeszcze więcej. Uciekaliśmy przed deszczem, bo na Dunaj, na Górę Gellerta, na mosty, na wszystko runęło oberwanie chmury. Ale był 20 sierpnia, dzień świętego Stefana, i mimo deszczu spadochroniarze skakali z legendarnych AN-24, ciągnąc za sobą wstążki dymu w narodowych kolorach: zielonym, czerwonym i białym. Wokół parlamentu stała policja i pilnowała, aby lud nie podchodził za blisko. Strumienie deszczu spadały na wielkie limuzyny, ponieważ przyroda jest demokratką. Na Zoltán utca, koło hali targowej, musieliśmy uciekać, bo całą szerokością chodnika sunęło około pięciuset łyżworolkarzy. Wznosili ręce i coś skandowali. Wyglądali jak obce plemię, które przybywa na podbój. „Tak będą wyglądały miasta”, powiedziała M. „Żeby przeżyć, trzeba będzie należeć do czegoś takiego. Jak kiedyś. Samotni będą bez szans”. „Chyba że ktoś jest jak Snake z Ucieczki z Nowego Jorku”, odpowiedziałem. Wszystko było zatkane i nic nie jeździło. Na przystanku dwóch czarnych rozmawiało po węgiersku. W kieszeniach i butach chlupała nam woda. Zawodziły syreny, pojękiwały klaksony, blask miasta podwajał się i potrajał, i powoli sami stawaliśmy się fantomami, tracąc wiarę we własne istnienie. Na Dohány utca naprzeciw Wielkiej Synagogi odnalazłem maleńką knajpkę, w której rok wcześniej pewien producent z Izraela opowiadał mi historię o tym, jak lew zjadł rękę własnemu treserowi i film diabli wzięli, bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie kręcił komedii z lwem ludojadem w roli głównej. Ale teraz nie było w niej miejsc. Wewnątrz, wśród ścian wytapetowanych gazetami z czasów Franciszka Józefa, panował taki ścisk, że matki musiały trzymać dzieci na rękach, a dzieci zasypiały od dymu i gorących oddechów. Zmęczona barmanka poznała po moich oczach, czego mi potrzeba, i podała nad głowami gości podwójne körte palinki i dwie kawy. Usiedliśmy na zewnątrz pod dziurawym parasolem. Deszcz wpadał do filiżanek i szklanek, a potem, gdy już dochodziliśmy Rakóczi utca do dworca, ujrzeliśmy na jego stopniach wielki tłum. Stali cinkciarze i taksówkarze, stały panienki i kolejarze, stali cwaniacy i sprzedawcy, jednym słowem, stali wszyscy i wszyscy patrzyli gdzieś w dal i w głąb nocy. Wtedy i my się odwróciliśmy. W czarnym i ciężkim niebie nad Dunajem eksplodowały tysiące purpurowych iskier, setki szkarłatnych pająków i miriady złocistych gwiazd. Stłumione ulewą i odległością odgłosy eksplozji docierały z opóźnieniem i spektakl przez to w dwójnasób stawał się nierealny. Seledyn i żółć, turkus i fiolet, szafir i srebro, szmaragd i kryształ – fikcyjne i chwilowe klejnoty natychmiast gasły w deszczu i ani na jotę nie rozświetlały mroku. Wyglądało to tak, jakby stare Austro-Węgry zdobyły się na jeszcze jeden wysiłek i zza grobu dawały jakieś znaki. Mokra noc przypominała zwariowaną salę balową pełną czarnych, lśniących luster, widmowych żyrandoli, złudnych kandelabrów i kinkietów. Turcy na ulicach wywijali długimi nożami, strugając mięso do kebabów, zagubiony Niemiec z walizką na kółkach mamrotał pod nosem: „Scheisse, scheisse”, w podziemnym przejściu, zawinięta w kołdry, spała para Cyganów. Obok jego głowy leżał czarny kapelusz, obok jej – porządnie złożona kwiecista chustka.

Wsiedliśmy do pociągu do Nyíregyháza, bo to było najdalej na wschód i miał jechać aż do rana. Musieliśmy przecież gdzieś spać. Tak. Na południe i na wschód – taki był nieustający plan. Gdzieś koło Hatvan pojawił się konduktor. Próbowałem mu wytłumaczyć, że nie mamy biletów. Miał dwa metry wzrostu, cały czas się uśmiechał i powtarzał, że „kein Problem”. Potem za pomocą kartki i długopisu wytłumaczył nam, żebyśmy sobie spokojnie jechali, a on przyjdzie za jakiś czas, może w Füzesabony, może w Tiszafüred, i dopiero tam sprzeda nam bilety, żeby było taniej. Przepadł i zjawił się za pół godziny z przepraszającą miną, że jednak teraz, bo gdzieś w pociągu jest ktoś ważniejszy od niego i może być kontrola. Pięknymi zawijasami wypisał nam kwity. Znowu mieliśmy ze sobą aszú i nie mieliśmy korkociągu. Konduktor na widok długiej szyjki rozłożył bezradnie ręce, ale po chwili znów zniknął i wrócił z dziwnym przyrządem do zamykania przedziałów i dziurkowania biletów. Spróbowaliśmy, ale sprzęt był za krótki i korek zatrzymał się w połowie drogi. Na twarzy konduktora pojawił się wyraz bezmiernego zawodu. Znowu zniknął i słychać było tylko odgłos długich kroków w pustym korytarzu. Po paru minutach wrócił rozpromieniony i pociągnął mnie za rękaw. Pomyślałem, że bardzo mu zależy na tym tokaju i zacząłem trochę żałować, bo butelka miała tylko pół litra. Rozprawiał z ożywieniem, prowadząc mnie do kibla, a tam tryumfująco wskazał na sztyft do papieru toaletowego: cienki, długi i mocny. Wepchnęliśmy korek. Westchnąłem i podałem mu flaszkę. „Pij, bracie”, powiedziałem po polsku. Wyprężył się służbiście i z powagą wskazał na mundur, na czapkę, na całą swoją urzędowość, a potem poklepał mnie po ramieniu i powiedział coś, co musiało oznaczać „na zdrowie”. O świcie znów się pojawił. Był zaspany i powtarzał: „Nyíregyháza, Nyíregyháza”. Sprawdził, czy niczego nie zapomnieliśmy, a potem pomachał nam z okna.

Tak było wszędzie. Tak było w Hidasnémeti na pogranicznej stacji pół godziny od Koszyc, gdzie wysiedliśmy na rozgrzany peron, a słońce staczało się na zachód jak odrąbana kogucia głowa, ciągnąc za sobą pasma czerwieni. Wokół nie było nic, jak okiem sięgnąć. Czarne druty trakcji przepadały w bezkresie suchych wypalonych pól i wiał wiatr. Wokół budynku stacji kręcili się strażnicy w słowackich i węgierskich mundurach. Tak musiały wyglądać dawne granice na peryferiach świata, czyli Europy: pustka, wiatr i garnizony, gdzie czeka się na coś, może na wroga, i gdy ten latami się nie zjawia, z nudów strzela się sobie w łeb. Nadjechał mężczyzna na rudym ze starości rowerze, a ja znałem na razie tylko jedno węgierskie słowo – nazwę miasteczka Gönc – więc powtarzałem ją w kółko, a on w końcu przykucnął i pisał palcem na piasku godzinę odjazdu pociągu i dotykając mojego plecaka, tłumaczył, że pociąg będzie czerwony, a potem za pomocą wyciągniętego palca dawał do zrozumienia, że w dodatku jednowagonowy. Pachniał winem, piwem i papierosami. Wziął swój pojazd i gdzieś znikł, ale po dwóch godzinach wrócił, żeby się upewnić, czy wsiadamy, bo czerwony wagonik już stał.

Tak było i w Gönc, gdzie w środku nocy Cygan ze złotym kolczykiem wiódł nas przez ciemne zaułki wśród sadów i poszczekiwań psów, wiódł nas kilka kilometrów, ponieważ nie mógł zrozumieć, o co go pytamy, a my szliśmy za nim, by na koniec znaleźć się w gwarnej knajpie, gdzie za stołem siedział facet, który jako jedyny w okolicy mówił po angielsku. I dopiero on nam powiedział, że miejscowy pensjonat jest nieczynny, bo właścicielka umarła przed trzema dniami. „Ale to nic”, dodał, wsadził nas do swojej łady i pognaliśmy setką serpentynami w głąb zempleńskich wzgórz. Chwilami daleko i w dole błyskały rtęciowe światła po słowackiej stronie i nad Vel’ką Idą wznosił się trupi industrialny blask. Ale tu, na drodze do Telkibánya, nie było nic prócz zielonych ścian świerkowego lasu. Gabor zawiózł nas do hotelu, który stał gdzieś wśród gór.

 

Tak. W Telkibánya nie było nic, nic prócz wsi, która stała na swoim miejscu od setek lat. Szerokie, rozsiadłe domy kryły się w cieniu owocowych drzew. Siarkowa żółć ścian, ciemny brąz snycerki, rzeźbione odrzwia, okiennice i werandy trwały w doskonałej symbiozie z ciężką, barokową obfitością ogrodów. Wydawało się, że metafora osiadłości i zakorzenienia zmaterializowała się tutaj w sposób idealny. Nie było ani jednego nowego domu, lecz żaden stary nie wymagał naprawy ani remontu. Byliśmy jedynymi obcymi, lecz nie przyciągaliśmy niczyjego wzroku. Z przystanku w ciągu dnia odjeżdżały cztery autobusy. Czas stapiał się ze słonecznym światłem i koło południa całkowicie nieruchomiał. W gospodzie od rana siedzieli mężczyźni i bez pośpiechu sączyli palinkę na zmianę z piwem. Barman natychmiast rozpoznał we mnie Słowianina i nalewając, mówił „dobre” i „na zdarowie”. To było jedno z tych miejsc, gdzie odczuwa się potrzebę pozostania bez wyraźnego powodu. Po prostu rzeczy są tam na swoich miejscach, a ludzie nie podnoszą głosu bez potrzeby ani nie wykonują gwałtownych ruchów. Na zboczu nad wsią bielał cmentarz. Z okien domów snuł się zapach duszonej cebuli. Na straganach leżały stosy arbuzów i papryki. Z piwnicy wyszła kobieta ze szklanym dzbankiem pełnym wina. Ale w końcu wyruszyliśmy z Telkibánya, ponieważ nic tak nie szkodzi utopii jak nadzieja na jej trwałość.

Powrotna droga do Gönc biegła wśród lasów i bezkresnych słonecznikowych pól. Kierowca białej furgonetki mówił bez przerwy i kompletnie się nie przejmował, że nie rozumiemy. My też mówiliśmy. Słuchał uważnie i odpowiadał po swojemu. W Gönc zatrzymał się przed Domem Husyckim, ale nas nie interesowały zabytki. Chcieliśmy oglądać stare kobiety siedzące przed domami na głównej ulicy. Przypominały wygrzewające się w słońcu jaszczurki. Ich czarne stroje wchłaniały upał południa, a oczy patrzyły na świat nieruchomo i bez zdziwienia, ponieważ widziały już wszystko. Siedziały w gromadkach po trzy, po cztery i w całkowitej ciszy obserwowały upływ czasu. A potem nadjechała lśniąca skoda octavia na słowackich numerach i wysiadła z niej rodzina. Rozglądali się niepewnie, a ojciec bez przerwy niczym kwoka zaganiał gromadkę do kupy i słał na boki czujne spojrzenia, bo – jak wiadomo – Słowacy i Węgrzy mają do siebie nieco wzajemnych pretensji, ale tym razem nie chodziło chyba o historię, tylko o intuicję, o instynkt, bo ci przyjezdni byli biali i pulchni jak drożdżowe ciasto, okrągli jak bochenki chleba przebrane z turystycznym sznytem – szorty, białe podkolanówki i klapki – a główna ulica w Gönc była raczej smagła, ciemnowłosa i bardziej sprężysta niż rozlazła, chociaż pogrążona w spokojnej sjeście. Takie rzeczy chcieliśmy oglądać, a nie Dom Husycki z jego „dziwacznym drewnianym łóżkiem, które wyciąga się jak szufladę ze stołu” – o czym wspominał przewodnik. Na głównej ulicy w Gönc działy się ciekawsze rzeczy niż te, które były już tylko historią. To nas kusiło, ponieważ życie składa się raczej z okruchów teraźniejszości, które zapadają w pamięć, i tak naprawdę tylko z tego składa się nasz świat.

Słowacy odjechali, a ja wszedłem do sklepu, ponieważ był 18 sierpnia, sto sześćdziesiąta dziewiąta rocznica urodzin cesarza Franciszka Józefa, i postanowiłem ją uczcić. Gdy na powrót siadałem na murku przed sklepem, pojawił się obok brodaty mężczyzna w jodełkowej jesionce włożonej na gołe ciało. Bez słowa wydobył gdzieś z zanadrza emaliowany kubek i wyciągnął go w moją stronę. Czy mogłem mu odmówić? W taki dzień? W dzień urodzin Najjaśniejszego Pana? W końcu podróżowałem przez jego ziemie, a on na audiencjach przyjmował nawet prostych chłopów i nie czynił różnicy między Serbem a Słowakiem i między Polakiem a Rumunem. Wyjąłem więc świeżo kupioną flaszkę körte palinki i podzieliłem się z bliźnim. Wypił bez słowa i wskazał na moją paczkę kossuthów. Dałem mu papierosa. Podszedł jakiś obywatel i w międzynarodowym języku migowym wytłumaczył mi, że mam do czynienia z wariatem. Pomyślałem sobie, że w Monarchii wariaci też mieli swój kąt, i ponownie napełniłem blaszany kubek. Wypiliśmy zdrowie Franciszka Józefa. Powiedziałem mojemu nowemu koledze, że zawsze byłem za królami i cesarzami, że teraz, w tym marnym czasie, szczególnie mi ich brakuje, ponieważ demokracja nie zaspokaja pragnień estetycznych ani mitologicznych i człowiek czuje się w niej nieco opuszczony. Kolega potakiwał mi skwapliwie i podsuwał naczynie. Nalewałem mu i opowiadałem o tym, że idea demokracji niesie w sobie fundamentalną sprzeczność, ponieważ prawdziwa władza nie może być ze swej natury immanentna, bo przypomina wtedy najzwyklejszą anarchię, tyle że pozbawioną wszystkich anarchistycznych rozrywek i przyjemności. Władza musi przychodzić z zewnątrz, bo wtedy dopiero można ją kochać i przeciw niej się buntować. „Igen”, kiwał głową mój nowy kolega. Wokół nas zebrał się mały tłumek i przysłuchiwał się dyskusji. Ludzie też kiwali głowami i powtarzali „igen, igen”. Potem mój kolega zaproponował mi, abyśmy zmierzyli się na ręce. Dwa razy wygrał on, dwa razy ja. Tłum kibicował i zagrzewał do walki. Gdy było już po wszystkim, mężczyźni podchodzili do mnie, klepali po plecach i powtarzali: „Franz Josef, Franz Josef”.

Na południe od Gönc zaczynała się równina. Bezkresne pola porośnięte kukurydzą ciągnęły się aż po błękitny horyzont. Zielonozłote morze obmywało podnóża Gór Zempleńskich i cofało się jak gorąca, wietrzna fala. Na śródpolnych drogach stały stare osobowe auta z przyczepami wyładowanymi pierwszymi zbiorami. Słońce świeciło prosto z góry i nasze cienie nie były większe od psa przy nodze. Drogi zbiegały się, krzyżowały i rozdzielały. Z góry musiało to wyglądać jak plansza jakiejś gigantycznej gry. Nie znaliśmy reguł i zabłądziliśmy. To znaczy błądziliśmy od początku, bo takie było założenie podróży, ale tym razem zaczęliśmy się po prostu kręcić w kółko. Wszędzie wiał gorący wiatr, wszędzie nic, tylko suchy szelest schnących w upale liści. Kukurydza od kukurydzy niczym się nie różni i przypomina labirynt. Po trzech godzinach udało nam się wymknąć. W linii prostej pokonaliśmy trzy kilometry. W Göncruszka chodniki były fioletowe od śliwek. Nad owocami unosiły się roje os i wokół ani śladu żywej duszy. Szliśmy przez wieś, a z podwórek nie dobiegał żaden dźwięk. Okiennice były pozamykane. Tylko Cyganie zamiast sjesty wyprawiali fiestę. Przed przydrożną knajpą w pełnym słońcu popijali piwo. Stara Cyganka o twarzy Elli Fitzgerald przekonywała swojego mężczyznę, żeby wstawał i się zbierał. Stała podparta pod boki i mówiła głosem, który stopniowo wznosił się aż do granicy krzyku, a on, siedząc, odpowiadał jej spokojnie i niedbale, popierając słowa lekką gestykulacją prawej dłoni. Widać było, że tę scenę powtarzają w niezmienionej formie od Bóg wie ilu lat. Kobieta tupnęła i z ziemi podniósł się kurz.

Wyszliśmy poza wieś. Słupki przy szosie były błękitne i każdy miał wymalowany biały znak nieskończoności. Stały co pięćdziesiąt metrów, ciągnęły się od wzniesienia do wzniesienia w równych odstępach aż po widnokrąg i myśleliśmy, że to fatamorgana, halucynacyjna pieczęć tego zwariowanego upału, ale gdy wzięła nas w końcu słowacka furgonetka, wcale nie zniknęły. Migały za oknem aż do Vilmány, gdzie wysiedliśmy, by odszukać wśród słonecznikowych łanów stację kolejową, która była po prostu pojedynczym torem i kawałkiem wydeptanej ziemi bez jakiejkolwiek tablicy, budynku, znaku czy semaforu, i znaleźliśmy ją tylko dlatego, że byli tam jacyś ludzie, para dzieciaków wyciągnięta w zeschłej trawie i zrezygnowana, z kończącą się butelką wody mineralnej i małym plecakiem. Nie było dachu, nie było cienia, nie było żadnego drzewa, ale na zachód rozciągał się ogromny widok przyprószony liliowym żarem. Długie, płaskie grzbiety wzgórz traciły z gorąca wyrazistość i rozróżnić można było już tylko ostre wieże kościołów w Hernádcéce, w Fáj, w Garadna, w Novajidrány, w Vizsoly i kto wie, może rozpalone powietrze niosło nawet zjawy Miszkolca i Egeru aż tutaj, w dolinę Hornadu. Tak, tego dnia mogło zdarzyć się wszystko. Sam Budapeszt mógł przyżeglować, przepłynąć nad naszymi głowami i wcale byśmy się nie zdziwili.

Ale zamiast stolicy zjawił się w końcu pociąg. W środku siedziała Ella Fitzgerald z trójką dzieci. Widać jej mężczyzna nie dał się namówić. Jechaliśmy wolno. Nie ma lepszego środka lokomocji w obcym kraju niż zwyczajny osobowy. Ludzie wsiadają, wysiadają i odgrywają życie tak wolno, że zaczyna nam ono przypominać nasze własne. Wszystko raptem robi się znajome. Faceci wracający z pracy pachną tak samo, jakby wsiadali na Żeraniu i jechali do Nasielska. Matka odprowadzająca szesnastoletnią córkę wciska jej na koniec plastikową reklamówkę z łakociami. Córka całuje ją zdawkowo, trochę odęta, wsiada i gdy pociąg rusza, matka macha z bezradnym uśmiechem, a jej dziecko już myślami jest gdzie indziej i ledwo ją dostrzega. To było chyba w Boldogkőváralja… Nawet na pewno, bo z lewej na wzgórzu wznosił się średniowieczny zamek. Dziewczyna miała na sobie błękitne dżinsy i czarne buty ze srebrnymi klamrami. Przyszedł konduktor i chciał coś od Cyganki, ale zasypała go potokiem wymowy, więc machnął ręką i poszedł dalej. Można było otworzyć okno, można było palić i z leniwą ekscytacją myśleć o tym, co będzie za godzinę, za pół i czy na przykład ta blond elegantka z czerwonymi paznokciami jedzie do Szerencs, czy też wysiądzie na pomniejszym zadupiu. Czterdzieści na godzinę w równym, regularnym rytmie pozwala dojść do jakiego takiego ładu z przestrzenią, pozwala nad nią panować, jednocześnie nie czyniąc jej specjalnej krzywdy.

W Szerencs na dworcu pachniało czekoladą, ponieważ zaraz obok była największa na Węgrzech czekoladowa fabryka. Popijając piwo, palinkę i kawę, zastanawialiśmy się co dalej. Po prostu rozkład jazdy zawierał zbyt wiele możliwości, a intuicja chwilowo przycichła. Móc jechać wszędzie znaczy nie pojechać nigdzie. Postanowiliśmy nie robić nic i pozwolić działać światu. Całkiem słusznie: po godzinie niemal do naszego stolika w letniej knajpce podjechał pusty autobus z napisem „Tokaj”.

Zbudziłem się wcześnie rano i wyszedłem na balkon. Czerwone dachy pociemniały od nocnego deszczu. Bruk uliczki lśnił lekko i parował. W całym miasteczku panowała zupełna cisza. Słychać było, jak w ogrodzie na dole krople spadają z liścia na liść. Tylko bociany hałasowały. Jeden po drugim nadlatywały znad Cisy i siadały na swoich kominach. Naliczyłem chyba z pięć gniazd. Klekotały, niosło się echo, potem poprawiały pióra i wracały nad rzekę gdzieś pomiędzy stare topole. Tokaj leżał nieruchomo i błyszczał jak rybia łuska. Stałem w tej nadprzyrodzonej ciszy, paliłem papierosa i myślałem, że tak powinny wyglądać wszystkie poranki świata: budzimy się w absolutnym spokoju, w bezludnym obcym mieście, w którym zatrzymał się czas, i wszystko wokół wygląda jak dalszy ciąg snu. Przed bramami pastelowych domów, poruszane wiatrem, kołysały się kute szyldy „Zimmer frei… Szoba kiadó… Zimmer frei…”. Na wschodzie fiołkowa powieka chmur unosiła się ciężko, wpuszczała kilka promieni i zaraz opadała. Było tak pięknie, że zastanawiałem się, czy przypadkiem nie umarłem. Żeby to sprawdzić, wróciłem do pokoju. M. jeszcze spała, więc pomyślałem, że wszystko w porządku, bo nigdy nie zakładaliśmy, że umrzemy razem, co najwyżej kłóciliśmy się o to, kto kogo przeżyje.

Nie liczcie na to, że o ósmej rano w Tokaju coś zjecie. W przeszklonej knajpie przy Kossuth tér można pić kawę za kawą i patrzeć, jak deszcz spada na pusty plac. Bardzo ciekawe myśli przychodzą wtedy do głowy. Na przykład, czy wziąć sobie za wzór tych dwóch przy sąsiednim stoliku, którzy zamówili dwa razy po trzysta aszú, czy też spokojnie zadawać sobie pytanie w stylu: „Co ja tu właściwie robię?”, czyli podstawową mantrę czy też modlitwę każdego podróżnika. Bo właśnie w podróży, rano, w obcym mieście, zanim druga kawa zacznie działać, doświadcza się najmocniej dziwności własnego, pozornie banalnego bytu. Podróż jest po prostu stosunkowo zdrowym rodzajem narkotyku. W końcu wystarczyło wypić jeszcze jedną kawę, wyczekać, aż upusty nieba zamkną się na chwilę, i pójść na brzeg rzeki, zejść nad krętą i zieloną Cisę, by wyobraźnia dała o sobie znać niemal fizycznym głodem. Bo przecież woda, która właśnie przetacza się u stóp, parę dni temu była jeszcze w Czarnohorze, a za parę dni połączy się z Dunajem kawałek za Nowym Sadem. Tak to działa: geografia porządkuje przestrzeń, ale robi zamieszanie w głowie i człowiek chciałby zostać rybą, zamiast stać w mentalnym rozkroku między południem, północą, wschodem i zachodem.

 

Uparcie i pokrętnie posuwaliśmy się na wschód. Trochę w stylu Szwejka wędrującego do Czeskich Budziejowic. Z Tokaju uciekaliśmy przed deszczem po to, by wpaść w oberwanie chmury w Budapeszcie. Z Budapesztu umknęliśmy przed tłumem, chaosem i bezdomnością, by o czwartej rano, żegnani przez dwumetrowego konduktora, znaleźć się na dworcu w nieznanym i dość sporym mieście Nyíregyháza. Czwarta rano to jest taka pora, że tylko można siąść i zapłakać albo jechać dalej. Akurat na peron wtoczyła się tak zabytkowa wąskotorówka, że nie zastanawialiśmy się ani chwili. W wagonie stał prawdziwy węglowy piecyk, a kominowa rura wychodziła po prostu przez dach. Dokołysaliśmy się do Sóstófürdő, bo tam nasza zielona ciuchcia kończyła bieg. Sóstófürdő jeszcze spało. Uzdrowiska o piątej nad ranem wyglądają jeszcze dziwniej niż zwyczajne miasta. Pomiędzy drzewami połyskiwała tafla słonego jeziora. Zabytkowa wieża ciśnień, wielkie parasole z napisem „John Bull Pub”, koronkowy hotel w szwajcarskim stylu, stojący właśnie tu – na wschodnim skraju Wielkiej Niziny Węgierskiej – lśniące w porannym słońcu zady limuzyn, willa w guście chińskiego socrealizmu, sześcienne segmenty z tabliczkami już nie „Zimmer frei”, ale „Wolne pokoje”, i żadnego ruchu ani dźwięku prócz porannego ptasiego świergotu. Tylko jakiś pies wziął się nie wiadomo skąd, obwąchał nas i poszedł swoją drogą. Tak, kurorty bez ludzi zawsze wyglądają jak dekoracje. Przy piaszczystej uliczce znaleźliśmy pensjonat. Pani w fartuszku zamiatała schody. Powiedzieliśmy, że chcemy się wyspać i nic więcej. Wytłumaczyła nam w anglo-niemieckim, że spać możemy do piątej po południu, bo potem zaczyna się dyskoteka.

Obudziły nas dźwięki ojczystej mowy. Przed pensjonatem trzech kolesi w powiewnych portkach do kolan namawiało koleżankę: „Andżelika, róbżesz, do chuja!”. „To się jakoś ustawcie”, odpowiadała Andżelika, próbując ogarnąć obiektywem rozkołysaną grupę. „Róbżesz! Przecież stoimy!”, odpowiadali chłopcy, podtrzymując się nawzajem.

Nasza podróż stawała się trochę zbyt mało zagraniczna. Sóstófürdő żegnaliśmy skromnym obiadem. Na placu przed knajpą szalała promocja Sprite’a. Z głośników leciało gangsta, a węgierscy chłopcy na deskorolkach slalomowali wśród ogromnych zielonych flaszek, wcielając się w wyobraźni w swoich czarnych braci. Przy stoliku obok ojciec rodziny powtarzał do kelnera: „Kotlet schabowy z frytkami… Kotlet schabowy z frytkami… Koootlet!”, ale chociaż mówił coraz głośniej i głośniej, durny Węgier nie pojmował ani słowa. Pora było odjeżdżać. W kioskach ani w sklepach nie mogłem nigdzie znaleźć kossuthów. Uzależniłem się od tych sprasowanych na płask i pakowanych po dwadzieścia pięć sztuk papierosów. Według moich obserwacji ich pomarańczowe paczki wyznaczały granicę między prowincją a metropolią, a raczej usiłowaniem metropolii. W skrojonych na ludzką miarę wsiach i miasteczkach zempleńskich można je było dostać wszędzie. Natomiast nie było ich w Tokaju, nie wspominając nawet o Budapeszcie.

I tak mniej więcej wyglądała nasza podróż. Zamiast podążać szlakiem, dajmy na to, Kossutha Lajosa, wędrowaliśmy szlakiem najtańszych wyrobów tytoniowych. Po prostu jest tak, że Kossuth Lajos przetrwa – chociażby w nazwach ulic, placów i bulwarów, w tych wszystkich „utca”, „tér”, „körut”, a papierosy w pomarańczowych paczkach przepadną razem ze światem, który je palił, tak samo jak przepadną wiejskie zapuszczone gospody, w których czułem się jak w domu, zupełnie tak jak gdybym nigdzie nie wyjeżdżał. Tak sobie myślałem o mojej Europie jako o miejscu, w którym mimo pokonywanych odległości i granic, mimo zmieniających się języków człowiek ma poczucie, jakby podróżował z Gorlic, powiedzmy, do Sanoka. Tak sobie rozmyślałem o ostatnim przyzwoitym micie czy też złudzeniu przykładanym na rany i otarcia bezdomności w tym coraz bardziej bezprizornym świecie. Oczywiście były to myśli pięknoducha, niemniej jednak oddawałem się im z wielką przyjemnością gdzieś między Nagykálló i Mátészalka pod purpurowym niebem zachodu. Wyobrażałem sobie, że ta purpura to łuna płonącego Wiednia, który na koniec funduje swoim peryferiom i prowincjom ostatnie widowisko, i w gigantycznym auto da fé poświęca swoje wypicowane sklepy, witryny przy Graben, swoich archetypicznych mieszczan z psami na porannych spacerach, swoje wspomnienia i bezbrzeżny smutek wiejący jak wiatr przez Hofburg i przez plac Marii Teresy, i zostawia co najwyżej Café Hawelka i nocny kiosk z kiełbaskami na placu Świętego Stefana. Tak sobie myślałem sentymentalnie między Nagykálló a Mátészalka, próbując zaprojektować efektowny i heroiczny koniec dla świata, który rozpadł się ze zwykłej starości.

„Trasa ta jest znana z rabunków i kradzieży. Nawet celnicy po ukraińskiej stronie potrafią wymuszać pieniądze od podróżnych lub konfiskować przedmioty, które im się podobają”. Tyle przewodnik. Oczywiście natychmiast postanowiliśmy się tam udać. Tym bardziej że innego przejścia niż w Záhony Węgry z Ukrainą nie mają.

Czekając na transgraniczny pociąg na stacji w Záhony, dokonaliśmy niezbędnych przygotowań. Najpierw ukryliśmy na dnie plecaka „przedmiot, który może im się spodobać”, czyli piętnastoletni aparat fotograficzny praktica. Następnie przygotowaliśmy się na „wymuszenie”, upychając po różnych kieszeniach przeróżne nominały we wszystkich posiadanych walutach. Tu dolar, tam dwa, tu dziesięć na wypadek szczególnej nieprzekupności. Prócz tego słowackie korony, forinty, a nawet rumuńskie leje – bo kto to może wiedzieć, co akurat chłopakom będzie potrzebne. Popijaliśmy ostatnią körte dla odwagi, odpędzając natrętną myśl, czy aby nie jest to ostatnia körte w życiu.

Zajechał pociąg. Właściwie dwa wagony plus lokomotywa. Do pierwszego wagonu chłopcy i dziewczęta ładowali towar: pralki, lodówki, kuchenki, opony, połówki i ćwiartki samochodów oraz inne przedmioty codziennego użytku. W drugim wagonie byliśmy my oraz setka innych podróżnych. Prócz nas wszyscy mówili po węgiersku, ukraińsku, rosyjsku, cygańsku i – jeśli mnie słuch nie mylił – po rumuńsku. Naprzeciw siedziała kobieta. Miała przy sobie tylko paszport oraz pięciolitrową butelkę oleju. Węgrzy nas sprawdzili i pociąg przetoczył się przez graniczny most na Cisie. Wtedy w przejściu między wagonami coś się zaczęło dziać. Ostrzyżony na łyso chłopiec bił drugiego ostrzyżonego na łyso. Potem do akcji wkroczyły dziewczęta i zrobił się taki ruch, że nic się nie dało zobaczyć. Ktoś jednak musiał przegrać, bo po chwili jedna z dziewcząt weszła do przedziału i poprosiła o butelkę wody, ponieważ trzeba docucić i opatrzyć poszkodowanego. Wyglądało to na konflikt całkowicie wewnętrzny, więc jechaliśmy sobie spokojnie, podziwiając widoki. Zjawił się ukraiński strażnik z celnikiem. Niedbale oglądał paszporty i od niechcenia stemplował. Gorączkowo próbowałem sobie przypomnieć, gdzie mam poutykane te różne nominały. Ze strachu wszystko zapomniałem i groziło, że w razie czego wyjmę na przykład jak ostatni idiota pięćdziesiąt baksów. Pogranicznicy byli coraz bliżej, a ja w lekkiej panice ściskałem w ręku pięćset rumuńskich lei, czyli akurat tyle, ile kosztują zapałki w Bukareszcie. Strażnik podszedł w końcu do nas i podałem mu paszporty. Ledwo na nie spojrzał, wetknął do kieszeni i powiedział po ukraińsku: „Zgłosicie się do mnie na dworcu w Czopie”.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?