Antykomunizm, czyli upadek Polski

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Historia według IPN

Równie wiele krytycznych uwag padło w ostatnim czasie na temat uprawianej w IPN historiografii. „Mitem założycielskim III Rzeczypospolitej – pisał Janusz A. Majcherek, nie odwołując się zresztą wprost do IPN-u – jest legenda «Solidarności», która przetrwała najcięższe próby stanu wojennego i przy Okrągłym Stole wymogła na władzach PRL ustępstwa otwierające drogę do wolności i niepodległości […] Zwolennicy zlustrowania i prześwietlenia dawnej «Solidarności» twierdzą, że prawda nie może zaszkodzić prawdziwej wielkości. […] To żałosna naiwność” („Rzeczpospolita” 25 I 2005). Tego samego dnia w „Gazecie Wyborczej” Władysław Frasyniuk ostrzegał już wprost, że lustratorzy „chcą zabić Solidarność”. „Teraz ten wspaniały ruch – pisał Jan Lityński („Rzeczpospolita” 25 II 2005) – mamy oglądać przez teczki i raporty bezpieki. To tak jakbyśmy Polskie Państwo Podziemne i Armię Krajową oglądali, studiując archiwa gestapo i twierdząc, że w nich zawarta jest prawda o Polsce”.

Przeciw takim głosom oponował szef pionu badawczo-edukacyjnego IPN dr hab. Paweł Machcewicz („Rzeczpospolita” 4 III 2005). Ale jego polemika nie przekonuje – i to z kilku względów. Po pierwsze, z powodu jawnie demonstrowanych poglądów politycznych i osobistych sympatii autora. Po drugie, z powodu zbytniej oczywistości głoszonych przez niego tez. Nic mi nie wiadomo, by ktokolwiek wzywał do uprawiania historiografii kombatanckiej, bądź a priori kwestionował przydatność źródeł z SB. Ja sam uważam te źródła za bardzo przydatne, i to z tej właśnie przyczyny, o której pisze Machcewicz: że w PRL nie było normalnego obiegu informacji. Mimo to sądzę, że – na przykład – warto rozważyć wprowadzenie karencji archiwalnej. Istnieje ona na całym świecie po to, by chronić ludzką prywatność i by nie narażać na szwank interesów społeczeństwa i państwa. Niech nikt nie szermuje argumentem, że przyjęcie karencji uniemożliwi ludziom oczyszczenie się za życia. Jeżeli archiwista IPN jest w stanie wydać certyfikat niewinności osobie żyjącej, to potrafi go wydać także osobie nieżyjącej – choćby w pół wieku po jej zgonie. Przecież – powiada Wildstein – archiwa nie płoną… A przypadek Jana Nowaka-Jeziorańskiego, którego – jak chwalił się Kieres, a za nim Machcewicz – dopiero IPN oczyścił z zarzutów? Mój Boże, czy człowiek tej miary w ogóle wymagał takiego świadectwa?

Jednak przede wszystkim chodzi o umiejętność oceny. Historykiem nie jest każdy. Nie wszyscy są w stanie zrozumieć skomplikowane motywacje ludzkich działań. Prawda na temat esbeckich początków Klubu Krzywego Koła podana we „Wprost” (23 I 2005) jest zupełnie inną prawdą niż ta, którą znajdziemy w opracowaniach naukowych. Historyk bowiem nie szuka sensacji: omawia proces rodzenia się opozycji w łonie systemu komunistycznego i przedstawia splot różnorodnych uwarunkowań, z których zależności ubeckie będą tylko jednymi z wielu. Tymczasem historyk IPN-owski jest, jak się zdaje, zbyt zanurzony w teczkach i polityce, by móc sobie pozwolić na luksus obiektywizmu (kolegium Instytutu tworzą – przypomnę – osoby desygnowane przez partie polityczne). Kiedy w trakcie audycji w krakowskiej telewizji (24 I 2005) wyraziłem sprzeciw wobec szerzenia uproszczonej wizji Klubu Krzywego Koła, mój dyskutant – IPN-owski historyk z tytułem profesora – wykrzyknął z entuzjazmem: „Ależ tak! był! był inicjatywą ubecką!” Ba! – pomyślałem – jak to wykrzyknienie zrozumie człowiek, który z historią nie ma nic wspólnego?

Aleksander Hall, choć tak jeszcze niedawno domagał się „historii dla dorosłych” („Rzeczpospolita” 5 I 2005), opublikował ostatnio dwie miażdżące polemiki ze Sławomirem Cenckiewiczem, historykiem z gdańskiego IPN. Hall (sam doktor historii) wierzy historykom IPN­-owskim mówiącym, że SB samej siebie nie oszukiwała (w tę tezę ja również – na ogół – wierzę, problem tkwi jednak w szczegółach, np. we wspomnianym liście Krzysztofa Łozińskiego). Mimo to hipotezy snute w jednostronnym oparciu o źródła esbeckie uważa Hall za fałszywe (podzielam tę opinię), co więcej: protestuje on przeciw uznawaniu historyków IPN-owskich za „święte krowy” – wyjęte spod krytyki. Faktem jest, że nawet członek Kolegium IPN, dr Andrzej Grajewski, mówi: „W pracach historyków IPN dostrzegam pewien problem metodologiczny: oto młodzi nieraz ludzie uzyskali dostęp do niezwykle interesującej kategorii źródeł. Zafascynowani, zapominają czasem o ich rzetelnej krytyce i konieczności sięgnięcia do innych archiwów” („Tygodnik Powszechny” 27 II 2005).

Przykładem niebezpieczeństw czyhających na historyka IPN-ow­skiego jest opublikowany w „Gazecie Wyborczej” (8–9 I 2005) artykuł Bogusława Kopki Gra Katyniem. Autor, przeciwstawiając się tezie wysuwanej niekiedy przez propagandę rosyjską o „wymordowaniu” przez Polaków po 1920 roku 83,5 tysiąca jeńców sowieckich, sięga po książkę Zbigniewa Karpusa Jeńcy i internowani rosyjscy i ukraińscy na terenie Polski w latach 1918–1924 i pisze: „Realia obozowe były bardzo przejmujące, ale trzeba podkreślić, że nie stanowiły wówczas niczego nadzwyczajnego, przeciwnie – były normą czasu powojennego. Warto pamiętać, że pandemia grypy pochłonęła wtedy w całej Europie co najmniej 20 mln ofiar” (sic!). Niestety, nie ma tu miejsca, by przypomnieć wstrząsające fakty opisane przez Karpusa, ale owa „norma” to wprawdzie nie 83,5 tysiąca, tylko 16–18 tysięcy zmarłych w ciągu dwóch i pół roku jeńców sowieckich. Czyli więcej niż ofiary Katynia, Charkowa i Miednoje razem wzięte! Oczywiście, nikt tych ludzi nie mordował: stworzono im tylko (z konieczności, z braku możliwości przetrzymania takiej liczby jeńców) nieludzkie warunki bytowania. Ale opinię taką wyda historyk – nazwijmy go tak – tradycyjny. Historyk IPN-owski natomiast uwzględni kontekst, jakim jest wszczęte przez IPN w listopadzie odrębne polskie śledztwo w sprawie Katynia i poczuje się zobowiązany dać Rosjanom odpór. Czy trzeba się dziwić, że wtedy tym chętniej dają odpór Rosjanie? Już słychać, że powstaje… rosyjski Instytut Pamięci Naro­dowej!

W działalności edukacyjno-naukowej IPN występują dwa rozbieżne wektory. Pierwszy – to „historia dla dorosłych”: rozdrapywanie ran, wykorzystujące na przykład teczki esbeckie. Drugi – to akcentowanie elementów martyrologicznych, ukazywanych na ogół w tonacji czarno-białej. Sądzę, że oba wektory są w jakimś stopniu nieprawdziwe, a trudno by też było poszukiwać prawdy pośrodku. Gorszący Machcewicza apel Janusza Andermana („Gazeta Wyborcza” 25 II 2005) o „odłączenie się od kroplówki z IPN”, wydaje się trafiać w sedno, choć przecież Lech Mażewski (skądinąd wywodzący się również z obozu „posierpniowego”) poszedł jeszcze dalej: „Celem działalności tej instytucji [IPN-u] – pisał – jest skodyfikowanie, a następnie obrona solidarnościowej «pamięci oficjalnej», co oczywiście nie ma nic wspólnego z rzetelnymi badaniami historycznymi” („Przegląd” 17 X 2004). Gdy w dodatku będziemy pamiętać, że pionowi historycznemu towarzyszy zawsze w IPN pion prokuratorski, zrozumiemy, jak był możliwy wniosek krakowskich historyków, by tytuł Kustosza Pamięci Narodowej przyznać… Wildsteinowi.

Marc Bloch, wielki historyk francuski, pisał w swej rozprawie Pochwała historii, czyli o zawodzie historyka: „Istnieją dwa rodzaje bezstronności: bezstronność uczonego i bezstronność sędziego. Wyrastają one ze wspólnego pnia […] w pewnym jednak punkcie rozchodzą się ich drogi. Zadanie uczonego kończy się z chwilą, gdy zebrał materiał i wyjaśnił go. Sędzia natomiast musi jeszcze wydać wyrok”. „Mania wydawania wyroków” – dodaje Bloch – to „szatański wróg prawdziwej historii”.

Brońmy praworządności

Tymczasem w sprawie IPN-u nastąpił przełom. Naczelny Sąd Administracyjny wydał 23 II 2005 wyrok (ostateczny), w myśl którego wszyscy, którym IPN odmówił statusu osoby pokrzywdzonej, mogą żądać pisemnego uzasadnienia, a następnie – jeżeli z werdyktem się nie zgadzają – skarżyć Instytut do sądu. Tym samym nawet ów wspomniany przez prof. Zolla donosiciel będzie mógł teraz zażądać swej lustracji (inna rzecz, w jakim stopniu wykonalnej, zwłaszcza wobec istnienia 162-tysięcznej listy Wildsteina) i – jak rozumiem – dopiero po wydaniu wyroku sądowego podawanie jego nazwiska do wiadomości publicznej będzie usprawiedliwione. Nie znam reakcji rzecznika praw obywatelskich, choć przecież – co może paradoksalne – orzeczenie zapadło na jego wniosek. Znam natomiast reakcję prezesa Kieresa, który uznał, że decyzja NSA „całkowicie zmienia filozofię naszego działania” i że IPN „musiałby w przypadku każdego wniosku przeprowadzać pełne postępowanie administracyjne ze wszystkimi środkami dowodowymi, na przykład przesłuchiwaniem świadków i analizą grafologiczną materiałów służb PRL”. Tak oto z ust najwyższej władzy Instytutu dowiedzieliśmy się, że dotychczasowe werdykty były przyjmowane na niepełnej dokumentacji dowodowej…

Zdaje się nie ulegać już wątpliwości nie tylko potrzeba nowelizacji ustawy o IPN, ale i przeświadczenie, że musi ona iść znacznie głębiej niż wszystkie zgłoszone dotąd projekty (z projektem autorstwa kolegium Instytutu na czele). Podstawowym problemem jest bowiem to, że ustawa została oparta na zasadach niedemokratycznych, na obywatelskiej nierówności, na swego rodzaju prawodawstwie nadzwyczajnym. IPN nie może – jak maniakalnie powtarzają jego przedstawiciele – stać „po stronie pokrzywdzonych”, ale po prostu – po stronie obywatela. Oczywiście, najlepiej byłoby teczki z powrotem utajnić (nie mówię jak Jerzy Giedroyc, by je spalić), ale zdaję sobie sprawę, że to już dziś niemożliwe. Lecz w takim razie powinny one być udostępniane wyłącznie osobie zainteresowanej – w myśl jedynego chyba logicznego projektu, który zgłosiła w „Gazecie Wyborczej” (7 II 2005) Zofia Radzikowska. Przy tym nie powinno być nawet mowy o ujawnianiu teczek osób publicznych: one przecież już zostały zlustrowane, na mocy zupełnie innej ustawy. W przypadku zaś gdyby nastąpiła identyfikacja agenta, powinien on być o tym natychmiast powiadomiony i w dalszej procedurze uzyskać status strony – tak jak w „Gazecie Wyborczej” pisali profesorowie Hołda i Widacki. Nie wyobrażam też sobie, by w nowej ustawie mogły utrzymać się wszystkie kwestionowane przeze mnie artykuły – nigdy przecież nie usłyszałem ich merytorycznej obrony. Przede wszystkim jednak powinno się znieść unię pionu historycznego z prokuratorskim.

 

Bowiem – trzeba to wreszcie powiedzieć – IPN nie jest Polsce potrzebny. Ani do szerzenia prawdy historycznej – od czego są normalne instytuty naukowe. Ani do ścigania zbrodniarzy wojennych i komunistycznych – do czego wystarczy prokuratura powszechna. Nie jest też potrzebne IPN-owskie archiwum, które w swym obecnym kształcie ustawowo zagraża (sankcjami karnymi!) innym polskim zespołom archiwalnym. Powtarzam: przed powstaniem Instytutu również ścigano zbrodniarzy i również korzystano z akt PRL-owskich służb specjalnych. Zdumiewa mnie, jak łatwo zapomniano o działalności Centralnego Archiwum Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, chociaż między innymi jego nakładem ukazały się książki takie, jak Obozy koncentracyjne OGPU w ZSRR, Polska podziemna 1939–1941, Śladami zbrodni katyńskiej, Obchody milenijne 1966 roku, Spod Monte Cassino na Sybir i inne. Współredaktorami tych opracowań były często te same osoby, które dziś sprawują kierownicze funkcje w IPN, na przykład Bernadetta Gronek czy Antoni Dudek.

Sądzę, że w miejsce IPN powinny powstać dwie współpracujące ze sobą instytucje: instytut naukowy (pod nazwą np. Instytutu Badania Najnowszej Historii Polski) oraz archiwum (pod nazwą np. Archiwum Bezpieki – z jakąś formą karencji i z proponowaną dziś przez prof. Andrzeja Friszkego reglamentacją zbiorów). Ponadto powinna istnieć Główna Komisja Badania Zbrodni Przeciw Narodowi Polskiemu, która – jak przed laty – wróciłaby do działalności samodzielnej. Konkrety powinni opracować prawnicy. Pewne jest jedno: IPN – w wersji takiej, jaką nadała mu ustawa, czyli instytucji usytuowanej ponad państwem i ponad prawem – jest nie do utrzymania.

marzec 2005

Instytut Polowania Narodowego

Od jakiegoś czasu IPN przysyła mi swoje książki. Otrzymałem tegoroczny hit, dzieło Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka SB a Lech Wałęsa, wcześniej – olbrzymi Atlas polskiego podziemia niepodleg­łościowego, kiedy indziej – album Jacka Pawłowicza Rotmistrz Witold Pilecki, po drodze szereg mniejszych lub większych pozycji. Instytut zdaje się do mnie przemawiać: „Wciąż mnie krytykujesz, a patrz, ile dobrego robię. Ile spraw przypominam, które powinny ci być bliskie”.

Rzeczywiście – powinny być bliskie. Książkę o Wałęsie otwiera wstęp prezesa Janusza Kurtyki, a w nim passus poświęcony pamięci ppor. Stanisława Dydo – „Steinerta”. Ten działacz WiN, stracony we Wrocławiu w roku 1948, był moim wujem – wprawdzie „przyszywanym”, ale pochodzącym z rodziny przyjaźniącej się z moją przez kolejne pokolenia, od połowy XIX wieku. O pamięć wuja upomina się IPN od lat – czy mam przejść wobec tego obojętnie? A czy nie powinienem zwracać uwagi na takie osiągnięcia Instytutu, jak wydany przed dwoma laty Polski rok 1968 Jerzego Eislera, lub praca zbiorowa Wokół Jedwabnego? I czyż nie warto pamiętać o niezliczonych materiałach konferencyjnych, ukazujących zjawiska, które były białymi plamami tak dalece, że nie zdawano sobie nawet sprawy z ich istnienia? I czy nie trzeba docenić pracy dydaktycznej, popularyzującej dążenie niepodległościowe Polaków?

Kto był za niepodległością?

Osiągnięć naukowych IPN nigdy jednak nie dezawuowałem – oczywiście o ile były to naprawdę osiągnięcia. Miałem jedynie wątpliwości, czy w prowadzonych tu badaniach nie występuje nadreprezentatywność jednego tylko nurtu polskiego oporu. IPN określa ten nurt mianem „niepodległościowego” – i już ta nazwa brzmi fałszywie. Bo przecież to nie jest tak, że każdy partyzant walczący z bronią w ręku przeciw władzy ludowej zasługuje na automatyczne i bezwarunkowe uznanie. Ruch zbrojny pozbawiony (także przez działanie aparatu terroru) szerszego zaplecza, musiał nieuchronnie wyrodnieć, przeradzać się w bandytyzm. Tendencja ta była wyraźna w bezkrytycznie przez IPN gloryfikowanej biografii Józefa Kurasia –„Ognia” – cóż zaś dopiero w przypadku „ostatnich leśnych”, działających tu i ówdzie jeszcze w latach pięćdziesiątych. Po drugie, za uznaniem kogoś za niepodległościowca musi przemawiać jakaś, choćby szczątkowa, koncepcja polityczna. Wszak gdybyśmy konsekwentnie poszli tropem rozumowania, które dziś proponuje IPN, naród jako całość powinien iść do lasu i jako całość wyginąć w walce. Czy rzeczywiście byłoby to działanie niepodległościowe?

Dzieje najnowsze są w IPN-owskiej historiografii podciągnięte pod jeden – daleki od obiektywizmu – strychulec. Nie łudźmy się: „podziemie niepodległościowe” zrobiło dla sprawy niepodległości mało. Nie potępiam tego podziemia, przeciwnie: podobnie jak dla powstańców styczniowych, zachowuję dla jego zamordowanych żołnierzy najwyższy szacunek. O tyle jeszcze większy, że od dzieciństwa kojarzony z postacią Stanisława Dydo. Ale – tak jak w przypadku powstania lat 1863–1864 – tak i tutaj nie mogę zaaprobować walki straceńczej, podejmowanej w myśl zasady „triumf albo zgon” (Roman Dmowski powiadał, że kto głosi taką zasadę, jest wobec narodu przestępcą). Nie mogę być ślepy ani na tamte, postyczniowe represje, przynoszące zagładę resztek polskiej państwowości i wydające Królestwo Polskie na łup rusyfikacji, ani też na konsekwencje „podziemia niepodległościowego” po II wojnie światowej. Wszak oba te działania znaczyły jedno: upływ polskiej krwi. I to daremny.

Natomiast znacznie więcej od „leśnych” uczynili dla sprawy niepod­ległości ci, którzy zachowali niepodległego ducha: przekazywali niesfałszowaną historię, tak w domu, jak w PRL-owskiej szkole, wygłaszali odważne kazania w kościele, pisali uczciwe artykuły w (nielicznych wprawdzie) czasopismach. Pamiętam z dzieciństwa i młodości wielu takich ludzi – to oni kształtowali moje pokolenie, to oni zostawili w Polsce posiew ideowy, który z czasem rozwinął się w Solidarność. Bo czy naprawdę trzeba przypominać, że Solidarność świadomie z walki zbrojnej rezygnowała? Wszak narodziła się ona z inicjatyw legalnych i półlegalnych, z Klubów Inteligencji Katolickiej i z rewizjonistów PZPR… jednak na pewno nie z „podziemia niepodległościowego”, nie z walki zbrojnej! Ale ta PRL-owska „praca organiczna” już IPN-u nie interesuje.

Na jedno kopyto

Podobny brak zainteresowania bywa też w IPN-ie programowy. Na pytanie dziennikarzy, „czy jest jakieś pole polskiej historii najnowszej, którym Instytut się nie zajmuje”, prezes Kurtyka odpowiada: „Jesteśmy instytucją niepodległego państwa polskiego, […] więc nie interesujemy się tradycją komunistyczną, choć mechanizmy komunistycznej dyktatury jak najbardziej są obszarem naszych badań” („Tygodnik Powszechny” 16 XI 2008). Ciekawe, ile jesteśmy w stanie zrozumieć z „mechanizmów komunistycznej dyktatury”, skoro nie interesujemy się tradycją komunistyczną. A ile możemy pojąć z uwodzicielskiej mocy, jaką komunizm miał dla intelektualistów XX wieku?

Tymczasem na pytanie, skąd ten brak zainteresowania komunizmem, Kurtyka odpowiada: „Ponieważ jest to tradycja zdrady narodowej. Poza tym była ona przedmiotem intensywnych badań w czasach PRL-u”. Spiętrzenie absurdów jest tu wyjątkowe – nawet jak na prezesa IPN. Po pierwsze, nigdy bym nie sądził, że ceni on historiografię PRL-owską aż tak wysoko, że nawet nie widzi potrzeby wzbogacania jej o nowe badania. Po drugie, niechęć do wykorzystania archiwaliów ruchu komunistycznego w sytuacji, gdy dostęp do nich jest mimo wszystko łatwiejszy niż w czasach PRL i ZSRR, wydaje się wręcz zbrodnią na narodowej pamięci – a przecież właśnie do kultywowania pamięci Instytut został powołany. Po trzecie, teza o „zdradzie narodowej” jest co najmniej dyskusyjna choćby w świetle Polskiego Października 1956, gdy dotychczasowi stalinowcy, w rodzaju I sekretarza Komitetu Warszawskiego PZPR Stefana Staszewskiego, stanęli – w gotowości zbrojnej! – przeciw ZSRR pod hasłem obrony polskiej suwerenności. Po czwarte wreszcie – polscy komuniści byli w latach 1937–1938 pierwszymi ofiarami komunizmu. Ściślej mówiąc: drugimi, po mordowanych na wschodzie w latach 1918–1919 peowiakach, ale – razem z ludnością Polskich Okręgów Autonomicznych – pierwszymi na tak masową skalę. Innymi słowy: zagłada polskich komunistów w ZSRR miała miejsce dwa – trzy lata przed mordem katyńskim. „Czemuż to o tym pisać nie chcecie, panowie?”

Ale IPN, oficjalnie odżegnując się od historiografii „czarno-białej”, faktycznie jest jej żarliwym wyznawcą. Dla Instytutu nie może po stronie komunistycznej istnieć żadna racja, żadna ofiara, żaden okruch dobra (ciekawe: dla katolika okruch dobra istnieje – z definicji – w każdym człowieku). IPN, owszem, dostrzega i docenia różne nurty tradycji niepodległościowej, ale najpierw musi je zakwalifikować… jako niepodleg­łościowe właśnie. Biada bowiem tym, którzy niegdyś – powodowani realizmem – nie wciągnęli niepodległości na sztandary. Czy Stanisław Stomma był za niepodległością? Ależ to tylko „pożyteczny idiota”: nie można być za niepodległością i zasiadać w Sejmie PRL. Czy Jacek Kuroń był za niepodległością? Ależ on był tylko za „finlandyzacją”, „wspierał frakcje w PZPR” i jeszcze „negocjował z SB”. Obie te opinie o twórcach polskiej opozycji demokratycznej nie są moim wymysłem: wysnuwam je albo bezpośrednio z prac IPN-owskich, albo z tekstów w prasie z IPN-em sympatyzującej. Ale pożywkę zbiorowemu ogłupieniu daje za każdym razem Instytut.

Dlatego jest to coś więcej, niż wspomniane wyżej podciąganie dziejów najnowszych pod jeden strychulec. Jest to społeczna indoktrynacja. A mówiąc inaczej: niszczenie narodowej tradycji. Bo jeśli historycy IPN­-owscy widzą w PRL tylko alternatywę „niepodległość lub zdrada”, to znaczy, że z PRL-u niczego nie rozumieją. Gdyby zaś w PRL rozumowano w ten co IPN sposób, fenomen Solidarności – „samoograniczającej się rewolucji” – byłby po prostu niemożliwy.