Antykomunizm, czyli upadek Polski

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Unia Wolności wybrała

Wiem, że koalicja AWS–UW jest w tym parlamencie jedynie możliwa (nie z powodu „Polski posierpniowej”, w którą nie wierzę, lecz z powodu arytmetyki). Ale od jakiegoś czasu Unia potrafi w tej koalicji bronić już tylko dwóch rzeczy: finansów publicznych i stołków. Wiem, że w tej koalicji Unia niewiele może, bowiem jest stroną słabszą. Ale nie znaczy to, że powinna godzić się na naruszenie prawa, demokracji i racji stanu. Oraz jeszcze opluwać samą siebie, swą dekomunizacyjną drogę roku 1990. Wiem też, że Unia miała cel zbożny: chciała raz na zawsze przeciąć lustracyjny wrzód. Ale (by utrzymać się w kręgu metaforyki lekarskiej) nie jest obojętne, czy wrzód się przecina skalpelem, czy siekierą. I nie jest też obojętna kwestia wierności. Bo jeżeli nawet nie jest złamaniem wierności nasza obecna zgoda na odosobniony (?) przykład sędziego Borodziuka, jeżeli nie jest nim kolektywistyczna dziś filozofia dawnych bohaterów KOR – to nie da się już zaprzeczyć, że w sprawie lustracji Unia zmieniła stanowisko o 180 stopni.

I tu kryje się ostatnia moja pretensja. Bowiem przed pięciu laty zwolenników lustracji było w społeczeństwie znacznie mniej niż przeciwników. I w dodatku wszyscy widzieli, czym się skończyła lustracja Macierewicza. Niech nikt nie mówi, że Unia „musiała”. Unia wcale nie musiała – Unia wybrała. Skoro bowiem postawiła na histerię anty-SLD­-owską oraz na kultywowanie mitu „Polski posierpniowej” – to i SLD­-ow­com musiała ustąpić politycznego pola, i własne zasady musiała wyrzucić za burtę. Unia Wolności nie uczyniła nic, by wytłumaczyć społeczeństwu bezsens powszechnej lustracji, przeciwnie, zrobiła wiele, by ją – w cywilizowanej (?) formie – wprowadzić w życie. Ciężko to wyznać: w sprawie Instytutu Pamięci Narodowej to nie Unia, lecz SLD jest dziś partią ludzi przyzwoitych.

Piszę to wszystko nie po to, by ranić i jątrzyć. Ani nie po to, by relatywizować. Unia Wolności (a przedtem Unia Demokratyczna) jest partią olbrzymich zasług dla Polski, bez niej nie byłoby Trzeciej Rzeczypospolitej. Ale innych możliwości oddziaływania na linię partii nie mam, skoro (skądinąd z własnej decyzji) nie sprawuję już żadnych funkcji „w centrali”. Jest w każdym razie pewną otuchą, że dwaj „ojcowie-założyciele” Unii, Tadeusz Mazowiecki i Jacek Kuroń, nie wzięli udziału w głosowaniu nad prezydenckim wetem w sprawie ustawy o IPN, że z takich czy innych przyczyn nie oddali głosu ani Janusz Onyszkiewicz, ani Grażyna Staniszewska. Co więcej: Unia (mądra po szkodzie?) zdecydowała – ustami przewodniczącego klubu Jerzego Wierchowicza – zgłosić własny projekt nowelizacji ustawy. Pojawiła się więc szansa – cień szansy – na jakąś zmianę. A przy tym podarowany nam został czas. Przyznaję: jeszcze wczoraj, obserwując lustracyjne szaleństwo, chciałem z Unii wystąpić. Dziś – choć to może naiwność, a może oportunizm – postanowiłem trwać. Z zaciśniętymi zębami. I czekać co najwyżej na sąd koleżeński za głoszenie poglądów, będących jeszcze przed paru laty poglądami całej partii.

Jednak przede wszystkim czekam na coś bez porównania ważniejszego: na jasne i wyraźne opowiedzenie się Unii Wolności za wartościami, którym dotąd służyła. Rozumiem, że „przede wszystkim gospodarka”. Ale jest jeszcze prawo, porządek demokratyczny i racja stanu. Naszymi głosami przeszła zarówno ustawa lustracyjna, jak i ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej. To już naprawdę dość. Nie możemy deptać zasad, jeżeli istnienie naszej partii ma mieć jakikolwiek sens.

grudzień 1998

Bezprawie i absurd

Miało być inaczej. Po doświadczeniach „listy Macierewicza” z roku 1992 miało już nie być lustracji „dzikiej”. W roku 1997, przyjmując ustawę lustracyjną, dopracowaliśmy się ponoć lustracji cywilizowanej. Albo przynajmniej lustracji „na naszą miarę”. Podobno wszystko ujęliśmy w normy prawne. Czy rzeczywiście?

Nie będę tu pisał o lustracji dokonywanej przez rzecznika interesu publicznego; przeznaczona dla parlamentarzystów i innych VIP-ów, rządzi się swymi procedurami, a prawo do procesu sądowego, a więc i do obrony, zostało w niej zagwarantowane (jaka jest praktyka – to sprawa inna, wystarczy przypomnieć lato 2000 roku, gdy w obliczu wyborów prezydenckich raz jeszcze zagrały „teczki”). Chcę napisać o drugim rodzaju polskiej lustracji: znacznie bardziej niebezpiecznej, bo nieujętej w żadne normy. Taka lustracja – faktycznie bezprawna, a na pewno powszechna i „dzika” – istnieje. „Czy naprawdę jest nieprawdopodobna wizja Polski, w której każdy donosi na każdego?” – zapytywałem przed paru laty. Nie sprawia mi satysfakcji, że wizja ta stała się właśnie rzeczywistością.

Powtórka z Macierewicza

Źródłem zła jest ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej. Uchwalona przez Sejm 18 XII 1998, znowelizowana 9 IV 1999, powiada w artykule 32:

Jeżeli w istniejących i dostępnych dokumentach, w które pokrzywdzony miał wgląd lub otrzymał ich kopie, znajdują się nazwiska funkcjonariuszy, pracowników lub kryptonimy współpracowników organów bezpieczeństwa państwa, którzy zbierali lub oceniali dane o nim, lub tych, którzy prowadzili tych współpracowników, to – na żądanie pokrzywdzonego – należy mu podać nazwiska oraz dalsze dane osobowe tych funkcjonariuszy, pracowników i współpracowników.

Brzmi to tak niewinnie, że budzi wręcz odruch aprobaty – jako realizacja zasady sprawiedliwości. Faktycznie jednak znaczy tyle, że NIC NIE JEST TAJNE. Że każdy, kto niegdyś został skrzywdzony przez UB bądź SB, może dziś sobie czytać akta w IPN, wyciągać wnioski, poznawać wszelkie nazwiska. I bynajmniej nie ma zakazu przekazywania dalej tych nazwisk – artykuł 54 ustawy (jak jeszcze dalej zobaczymy) mówi wprost, że dane osobowe obywatela mogą być ujawniane bez jego zgody. A jeżeli tak – to jesteśmy w konflikcie z aż dwoma naraz aktami prawnymi: z ustawą z dn. 29 VIII 1997 o ochronie danych osobowych oraz z ustawą z dn. 22 I 1999 o ochronie informacji niejawnych. Co więcej: wnioski, jakie osoba z zewnątrz wyciągnie z esbeckich kartotek, wcale nie muszą być prawdziwe. Bo gdyby orientacja w tych materiałach była tak prosta – to skąd tyle błędów znalazło się niegdyś na „liście Macierewicza”? I dlaczego musiano się potem zabezpieczać urzędem Rzecznika Interesu Publicznego, który – mimo fachowego przygotowania – sam nie ma prawa do wydawania wyroków i jedyne, co może, to skierować sprawę do Sądu?

Od kilku tygodni czytam, że współpracownikiem SB był Henryk Karkosza. Nie dziwię się: skoro kiedyś za agenta „Bolka” uznano Lecha Wałęsę – to dlaczego Karkoszy, jednego z najbardziej zasłużonych wydawców „drugiego obiegu”, nie można by identyfikować z agentem „Moniką”? A przecież tym razem sytuacja jest inna: źródłem informacji są dokumenty zgromadzone w IPN. Jakie to dokumenty? Esbeckie. Co w nich się znajduje? Wiadomość, że Karkosza był agentem. Kto oskarża? Ci, co widzieli swe „teczki”. Czy Karkosza się przyznał? Nie, wszystkiemu zaprzecza. Czy dziennikarskie śledztwo (Wojciecha Czuchnowskiego w „Gazecie Wyborczej”) przyniosło jakieś rozstrzygnięcia? Tylko takie, że na nic nie ma dowodu.

Nie ma faktów, nie ma konkretów, nie ma dowodów. Jest natomiast SPRAWA. Oraz brak wątpliwości. Nie liczą się zasługi Karkoszy: jego antykomunistyczna, nie wydumana przecież, działalność. Nie liczą się żadne (o ile są, bo tego też nie wiemy) okoliczności łagodzące. Jest oskarżyciel, sędzia i kat – zadający śmierć cywilną. Ośrodek „Karta” natychmiast chce usunąć Karkoszę ze swego słownika opozycji. Bronisław Wild­stein wyrokuje: „agent SB Karkosza” („Rzeczpospolita” 28–29 VIII 2004). Zabawne: ten sam publicysta uważa, że tekst Czuchnowskiego jest „jak na GW nieomal obiektywny” – czy zrozumiał to, co przeczytał? Ale co tam: Wildstein WIE. Ja natomiast nie wiem, bo nie mam dowodów. Wiem tylko, że w życiu społecznym, tak jak w postępowaniu sądowym, obowiązuje domniemanie niewinności. No i jak odpierać dowody, których się nie zna?

Kto jest pokrzywdzonym

Na ludzki rozum Henryk Karkosza jest dziś człowiekiem pokrzywdzonym. Ale ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej pojęcie pokrzywdzonego rozumie inaczej. Według artykułu 6 pokrzywdzonym jest „osoba, o której organy bezpieczeństwa państwa zbierały informacje na podstawie celowo gromadzonych danych, w tym w sposób tajny”. Natomiast nie jest pokrzywdzonym „osoba, która została następnie funkcjonariuszem, pracownikiem, lub współpracownikiem organów bezpieczeństwa państwa”. „Nawet jeśli była wcześniej represjonowana” – dopowiada w „Biuletynie Instytutu Pamięci Narodowej” (2002 nr 4) dyrektor Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów Bernadetta Gronek. Tak więc fakt represjonowania Karkoszy przez SB bynajmniej nie czyni zeń pokrzywdzonego. A tylko pokrzywdzeni mają prawo żądać sporządzenia z esbeckich materiałów swej „teczki”.

Realizacja zasady sprawiedliwości? Wybiórczy dostęp do dokumentów już sam z siebie wprowadza społeczną niesprawiedliwość. Przyjmuje przecież nierówność obywateli wobec prawa, kwestionując zresztą tym samym porządek demokratyczny i naruszając Konstytucję. Co z tego, że odmawianie komukolwiek prawa zajrzenia do „teczki”, to represja mało dolegliwa? Czy ma nas uspokajać fakt, że ograniczenie to dotyczy tylko byłych ubeków bądź agentów? Przecież zarówno Niemcy, jak Czesi – ich praktyki lustracyjne tak często stawiamy za wzór – zapewnili dostęp do „teczek” wszystkim obywatelom. Czy i naszymi, polskimi współobywatelami nie są wszyscy? Czy mamy prawo (bez wyroku sądowego) traktować kogokolwiek odmiennie niż innych? Stosować odpowiedzialność zbiorową? Czy nie jest sprawą dla demokracji fundamentalną zapewnienie wszystkim obywatelom równości szans i obowiązków? Czy nawet wobec ubeków nie powinniśmy się kierować chrześcijańskim przeświadczeniem, że człowiek może (i ma prawo) się zmienić?

 

Ba! ale czy chodzi tylko o ubeków? Przecież ludzie, którzy nie byli agentami i nie byli obiektem zainteresowania bezpieki, są w ustawie – jako nie-pokrzywdzeni – wrzuceni z ubekami do jednego worka. Nie-pokrzywdzonymi okazują się na przykład polscy emigranci polityczni – o ile tylko bezpieka nie zbierała o nich informacji „w tym w sposób tajny”. Pisał ostatnio Piotr Pytlakowski:

Każdemu, komu nie nadano kategorii „pokrzywdzony”, IPN odmawia wglądu w dokumenty, nie informując w dodatku, czy powodem jest fakt, że nie ma w swoich zbiorach materiałów jego dotyczących, czy też dlatego, że w materiałach widnieje jako współpracownik służb PRL. „Niepokrzywdzony” zatem jest automatycznie trochę podejrzany, niepewny. Lepiej już w ogóle nie starać się zaglądać do akt, niż dostać taki wstydliwy status („Polityka” 4 IX 2004).

Artykuł 54 ustawy o IPN stanowi przy tym, że „kto w celu uzyskania informacji udzielanych pokrzywdzonemu na podstawie przepisów ustawy podaje nieprawdę lub zataja prawdę, wiedząc […] że jego dane osobowe mogą zostać ujawnione na podstawie ustawy bez jego zgody, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 3”. Gdy się myśli o wszelkich możliwych realizacjach ustawy o IPN, naprawdę ogarnia groza.

Pisałem kiedyś o złamanym torturami AK-owcu, który w świetle tej ustawy nie tylko nie miałby prawa poznać prawdy o swych donosicielach, ale jeszcze – gdyby chciał się czegoś dowiedzieć – ryzykowałby trzyletnim więzieniem. Pisałem też, że w myśl tej ustawy nawet Adam Mickiewicz byłby dziś uznany za agenta. Teraz przychodzi mi na myśl los Stanisława Dydo, mojego wuja („przyszywanego”, pochodzącego z rodziny zaprzyjaźnionej z moją od czterech pokoleń), żołnierza AK i WiN, straconego w roku 1948. Ponieważ podpisał on w krakowskim UB zobowiązanie współpracy – której nigdy nie podjął! – doprawdy nie wiem, czy nie miałby kłopotów z IPN-owską lustracją. Znawca życia wuja, Tomasz Balbus, dobrze wie, że przez całe swe krótkie, 26-letnie życie był on bohaterem najwyższej próby. Ale Balbus to profesjonalista, o fachowym doświadczeniu historyka i archiwisty, umiejący dokonać krytyki dokumentu. Co by jednak było, gdyby akta Stanisława Dydo ujrzał „pokrzywdzony w rozumieniu ustawy”?

I tak oto wracamy do sprawy Henryka Karkoszy. Do jego anonimowego oskarżyciela i do nieznanych dokumentów. Do procesu, który jest tajny i w którym brak adwokata. Do niemożności obrony przez samego oskarżonego, który przecież nie wykaże swej niewinności nie mając dostępu do akt IPN, a dostępu do akt IPN mieć nie będzie, bo nie wykaże, że jest pokrzywdzonym.

Ziarna nihilizmu

Sprawa Karkoszy każe przyjrzeć się na nowo Instytutowi Pamięci Narodowej. Zarówno ustawie, która go powołała, jak i codziennej praktyce działania jego urzędników. Zarówno realizowanym tu normom prawnym, jak i szerzonej wiedzy historycznej. Jakie jest miejsce Instytutu w przestrzeni życia publicznego?

Pisałem już wyżej o niezgodności ustawy o IPN z ustawami o ochronie danych osobowych i o ochronie informacji niejawnych. Sprawa wydaje się fundamentalna: co to bowiem znaczy, że – jak głosi cytowany wyżej artykuł 54 – dane osobowe obywatela mogą być ujawniane „bez jego zgody”? Ba! bez czyjejkolwiek zgody? Jakim prawem ktoś w ogóle coś „ujawnia”? Kto rości sobie do tego prawo i na jakiej podstawie? I czy można działać w ten sposób bez wyroku sądowego? Więc tak ma to wyglądać: przychodzi pokrzywdzony do IPN-u – i już?

Drugi przypadek IPN-owskiego bezprawia – to pojęcie „zbrodni komunistycznej”. Są nią – wyjaśnia artykuł 2 ustawy – „czyny popełnione przez funkcjonariuszy państwa komunistycznego w okresie od dnia 17 września 1939 r. do dnia 31 grudnia 1989 r., polegające na stosowaniu represji lub innych form naruszania praw człowieka wobec jednostek lub grup ludności”. Zwróćmy uwagę: data końcowa owego „państwa komunistycznego” oznacza już czas rządu Tadeusza Mazowieckiego. Dlaczego ustawodawcy postanowili napluć w twarz wszystkim, którzy w roku 1989 budowali fundamenty niepodległego państwa – pozostanie ich tajemnicą. Dla nas najważniejszy jest jednak taki prawny potworek: wykroczenie bądź występek może być zbrodnią – o ile tylko popełnia go komunista. Rzecz dla prawnika niewiarygodna, lecz przecież rzeczywista: po niedawnym skazaniu gen. Kiszczaka na dwa lata więzienia w zawieszeniu Ewa Koj, katowicki prokurator IPN, oświadczyła: „Mam niedosyt z jednego powodu: sąd nie uznał tej sprawy za «zbrodnię komunistyczną». […] Jako prokuratorowi IPN ciężko mi się z tym zgodzić” (cyt. za: „Gość Niedzielny” 28 III 2004). Jeśli więc dobrze rozumiem Panią Prokurator, wyrok na Kiszczaka jest sprawiedliwy. Ponieważ jednak Kiszczak jest komunistą, wyrok sprawiedliwy nie jest.

Jak widać, na wielu płaszczyznach i na każdym kroku, istnienie IPN wprowadza ustawową nierówność obywateli wobec prawa. Tegośmy nie mieli nawet w ustawodawstwie PRL. Ale orędownicy IPN odpowiadają: taką cenę trzeba było zapłacić, by szybciej sądzić PRL-owskie przestępstwa. Sprecyzujmy więc: chcąc zwiększyć tempo osądzeń, trzeba dokonywać gwałtu na zasadach demokracji i prawa. Czyli: trzeba uruchomić logikę quasi-rewolucyjną – bardzo proszę, by to powiedzieć uczciwie. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: czy rzeczywiście coś przyspieszyliśmy? Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, działająca jako jeden z trzech pionów Instytutu, obwieszczała w minionych latach kolejne zamiary uzyskania ekstradycji (najwcześniej wobec sędziego podporucznika Stefana Michnika), wytaczała oskarżenia wobec członków ukraińskiej SS Galizien, zajmowała się sprawą uwięzienia prymasa Wyszyńskiego… Nic tu się nie powiodło – i to zwykle nie z powodu „niemocy wymiaru sprawiedliwości”, co tak często lubi się podkreślać, lecz ze splotu najróżniejszych okoliczności, z których najczęstsza jest ta, że sprawcy już nie żyją. I nie odbiega od tej reguły także śledztwo w sprawie Jedwabnego, bo – przy całej uczciwości dokonywanego rozrachunku – niewiele ono wyjaśniło ponad to, co już i tak wiedziano: jak nie z powojennych procesów, to z książki Jana Tomasza Grossa (co innego rozpoczęte przez IPN badania historyczne w tej sprawie).

Chaos: to słowo dobrze charakteryzuje postępowanie IPN na każdym polu. Może najbardziej – na styku prawa karnego i historii. Oto na przykład przez minione lata raz po raz słyszeliśmy o planach wszczęcia przez Instytut „odrębnego polskiego śledztwa w sprawie zbrodni katyńskiej”. Byłoby to działanie czysto symboliczne, bo do czegóż jesteśmy w stanie dojść bez współpracy z prokuraturą rosyjską, bez dostępu do rosyjskich archiwów? Jednak sierpniowa wizyta prezesa IPN, prof. Leona Kieresa w Moskwie przyniosła nową jakość: ustalono termin zakończenia rosyjskiego śledztwa na koniec bieżącego roku, polscy prokuratorzy uzyskali wgląd w zebrane przez Rosjan akta, zwrócono się o dodatkowe informacje do prokuratury ukraińskiej. Dziś jednak znowu okazuje się, że wszystko jest raz jeszcze inaczej: na żądanie rodzin katyńskich „odrębne śledztwo polskie” zapewne IPN podejmie. Ale nowością stały się niechętne komentarze prezesa Kieresa oraz szefa pionu śledczego IPN, prof. Witolda Kuleszy. Ciekawe: czy dopiero teraz zauważyli, że w takim przypadku zostanie uniemożliwiony udział w śledztwie rosyjskim polskiego prokuratora, że spowolnią się wszelkie działania, że droga ta w żaden sposób nie doprowadzi do korzystnego finału? Tyle razy deklamowali o „polskim śledztwie”, aż wreszcie ktoś im uwierzył.

Przypadek inny znajdujemy w cytowanym wyżej numerze „Biuletynu IPN” (2002 nr 4). Dziennikarze (skądinąd niezmiernie Instytutowi przychylni) pytają, co będzie, gdy „ktoś najpierw był pracownikiem czy współpracownikiem organów bezpieczeństwa, a potem stał się opozycjonistą. Czy ci ludzie są objęci mianem pokrzywdzonych w myśl ustawy? I co państwo zrobią, jeśli ktoś taki się zgłosi?”. „Wyślemy sprawę do biura prawnego z prośbą o opinię – brzmi odpowiedź Bernadetty Gronek. – Do tej pory nikt taki nie zgłosił się do nas”. Co było tu niejasnego dla Pani Dyrektor – dalibóg nie wiem. Przecież gdyby ów „ubek­-Wallenrod” nie został wykryty, to i nie byłby śledzony – dlaczegóż więc miałaby go uważać za „pokrzywdzonego w rozumieniu ustawy”? Gdyby zaś SB człowieka takiego zdemaskowała, to przecież drogą „zbierania materiałów, w tym w sposób tajny” – więc po co „biuro prawne” do stwierdzenia faktu tak oczywistego? Skoro jednak sprawa oczywista była tak nieoczywista – to rodzą się pytania dalsze: o całą już filozofię IPN-u, nie tylko nawet w zakresie obywatelskiej nierówności, ale i poznawczego schematyzmu, wiodącego prosto do absurdu. Bo w jakiej właściwie kategorii zmieściłby się w IPN kapitan SB Adam Hodysz – solidarnościowa „wtyczka” w bezpiece? I co IPN zrobi z członkami najwyższych władz PZPR, o których bezpieka też zbierała informacje – „w tym w sposób tajny”? Jak zareagowałby IPN, gdyby sporządzenia „teczki” zażądał były członek Biura Politycznego?

Les extrêmes se touchent – skrajności się stykają: IPN-owska tęsknota za sprawiedliwością przerodziła się w niesprawiedliwość. Czyż nie jest to jedno ze źródeł nihilizmu, toczącego nasze życie społeczne? Profesor Jan Widacki, opiniując przed laty projekt ustawy, napisał: „Ustawa, która z Hilarego Minca czyni pokrzywdzonego przez komunizm, a z Tadeusza Mazowieckiego funkcjonariusza komunistycznego państwa, nie jest chyba dobrą ustawą”.

Jak prokurator z historykiem

Instytut Pamięci Narodowej to złączenie prokuratury z placówką historyczną. A przecież cele obu porządków są jakże odmienne! Prokurator zmierza do osądzenia, historyk – do zrozumienia mechanizmów. Prokurator nie szuka okoliczności łagodzących, nad tym może zastanawiać się adwokat, i to przecież nie w IPN, bo go tu nie ma, lecz na rozprawie sądowej. Historyk inaczej: nie interesuje go kwestia winy czy kary, lecz analiza procesu dziejowego. Pisał przed rokiem Paweł Smoleński:

Po konferencji IPN wiem, dlaczego lepiej jest, gdy zagmatwaną, mroczną i krwawą historią zajmują się naukowcy, a nie prokuratorzy. Rolą prokuratora jest wskazanie winnego. Prokuratorzy odmieniają słowo „ludobójstwo” przez wszystkie przypadki. Historycy unikają go, gdyż wiedzą, że tylko zaciemnia dyskusję. I choć nie ma zbrodni bez winy, koncentrowanie się tylko na winie sprawia, że umyka splątany historyczny kontekst („Gazeta Wyborcza” 2 VII 2003).

Połączenie sprzecznych porządków każe więc zadać kolejne pytanie: o zasady, na jakich opiera się uprawiana w IPN nauka historyczna. Pierwszą odpowiedź znajdujemy w zawsze niezawodnej ustawie. Artykuł 53 informuje, że Instytut „prowadzi badania naukowe nad zbrodniami i zdarzeniami, o których mowa w art. 1 [chodzi o zbrodnie nazistowskie i komunistyczne] oraz informuje społeczeństwo o strukturach i metodach działania instytucji, w ramach których zostały popełnione [te] zbrodnie”. Wspaniale, tyle że historia to nie tylko dzieje aparatu represji. Czy mówiąc o III Rzeszy mamy mówić jedynie o Gestapo? Czy polska pamięć narodowa ma zostać sprowadzona do dokumentów UB i SB? Pamięci bywają różne, lecz źródłem prawdy nigdy przecież nie były akta tajnej policji. Ale oto mamy artykuł 55: „Kto publicznie i wbrew faktom zaprzecza zbrodniom [nazistowskim i komunistycznym] podlega grzywnie lub karze pozbawienia wolności do lat 3. Wyrok podawany jest do publicznej wiadomości”. I znowu: zbrodni nazizmu i komunizmu nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie negować (a jeżeli nawet ktoś to czyni – to nie powinniśmy go zwalczać za pomocą kodeksu karnego). Jednak najciekawsze jest to, że z artykułu 55 zdążyli już wyciągnąć wnioski politycy (nawet ci nie najbardziej skrajni). „Doceniam wkład Wojciecha Jaruzelskiego w pokojowe odejście od systemu – mówił w „Tygodniku Powszechnym” (2001 nr 50) Jan Lityński. – Ale zarazem ten stary człowiek mówi o Grudniu 1970, o mordowaniu robotników, takie rzeczy, które na mocy ustawy o IPN są przestępstwem. Jaruzelski zaprzecza bowiem zbrodniom totalitarnym”. W tej sytuacji uzasadnione staje się już nie tylko pytanie o zasady uprawianej w IPN nauki historycznej, ale i pytanie o intencje. Bo czy taki miał być cel Instytutu? Czy chodziło o zakneblowanie ust ludziom głoszącym – choćby w obronie własnej – poglądy, które inni uznają za niesłuszne?

Biuro Edukacji Publicznej IPN ma niezaprzeczalne zasługi jako wydawca książek: o polskim ruchu oporu wobec komunizmu, o „żołnierzach wyklętych”, zapomnianych spiskowcach, ostatnich partyzantach, „nielegalnych” opozycjonistach, ludziach usuniętych przez ówczesne władze na margines życia społecznego. Dobór tematyki bywa jednak dość przypadkowy, wykonanie pozostaje nierówne, a w bibliografii uderzają (zawsze te same) luki. Ostatecznie mamy z jednej strony fundamentalną, 1500-stronicową edycję Wokół Jedwabnego, imponującą na­ukową dociekliwością i bezstronnością, bądź rewelacyjną pracę zbiorową Ostatni leśni, ukazującą zamieranie resztek partyzantki antykomunistycznej jeszcze w latach pięćdziesiątych; mamy też różne zbiory dokumentów oraz niezwykle cenne słowniki biograficzne w rodzaju Konspiracji i oporu społecznego w Polsce 1944–1956. Z drugiej jednak strony publikuje się w Instytucie relacje rozmaitej wartości dokumentarnej, w dodatku bez aparatu bibliograficznego i nawet bez datowania poszczególnych tekstów (Świadectwa stanu wojennego), lub uprawia się w „Biuletynie IPN” dydaktyczną, czasem natrętną publicystykę – najczęściej w charakterze wywiadów, co samo w sobie jest już dziwactwem. Zasługi historyków Instytutu w ocalaniu pamięci o antykomunistycznym podziemiu (Pawła Machcewicza, Tomasza Łabuszewskiego, Krzysztofa Szwagrzyka, Tomasza Balbusa i tylu innych) są nie do przecenienia, lecz w kręgu tych badaczy budzą wątpliwość ujęcia jednostronne (np. każde działanie zbrojne po roku 1945 jest tu automatycznie waloryzowane dodatnio, nadużywa się pojęcia „podziemie niepodległościowe” itd.). „Nie chciałbym – zauważał w „Przeglądzie Politycznym” (nr 66) prof. Jerzy W. Borejsza – porównywać Instytutu Pamięci Narodowej z Wydziałem Historii Partii przy KC PZPR, jednak łączy je polityzacja, ideologizacja i status szczególnych uprawnień”.

 

Pisanie historii opartej tylko na archiwach ubeckich jest z pewnością pomysłem ryzykownym: rzeczywistość widziana spoza „teczek” bywa zafałszowana – jeżeli nie przez zmyślane dane, to przez lipne analizy, a choćby tylko przez język (i może nawet przez język przede wszystkim). Co więcej: prawda „jedynie słuszna” w zderzeniu z ludzką pamięcią (z reguły idealizującą przeszłość), może zaowocować nieufnością do wszelkich prawd, a w rezultacie kolejnym wcieleniem nihilizmu. Przestrogi prof. Jerzego Wiatra nie straciły w każdym razie aktualności. Pisał on o IPN:

Wolno mieć wątpliwość, czy edukacja prowadzona przez ten instytut będzie bezstronna i wolna od politycznej tendencyjności i czy w ogóle zadanie prowadzenia edukacji historycznej powinno być realizowane przez instytucję państwową powoływaną w trybie politycznym. Łatwo przecież wyobrazić sobie, jak taki upolityczniony instytut forsować może jednostronną wizję historii najnowszej, zgodną z politycznym obstalunkiem. Byłoby znacznie lepiej, gdyby IPN – jeśli ma pozostać – był jedynie placówką badawczą i by obsada jego kierownictwa gwarantowała pluralizm polityczny, bez którego nie ma warunków do obiektywnego badania przeszłości (Spory o historię najnowszą, „Gazeta Wyborcza” 18–19 VIII 2001).

Trochę wstyd, że prawdy tak oczywiste musi przypominać uczony o PZPR-owskiej przeszłości. Jednak nawet w przypadku, gdyby obiektywizm historyków IPN nie pozostawiał nic do życzenia, istnieje i tak to jedno, fundamentalne pytanie: czy chodzi o poznanie przeszłości, czy o wszczęcie procesu karnego?