Antykomunizm, czyli upadek Polski

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bakcyl autodestrukcji

Czy po tylu latach powinna nas jeszcze roznamiętniać „wojna na górze”? Niestety tak, bo stała się ona szkołą irracjonalnej nienawiści, a stygmatyzowanie przeciwnika zaczęło wtedy właśnie być ulubionym chwytem. Zwróćmy uwagę: SLD – zwłaszcza po jego dojściu do władzy w roku 1993 – atakowano nie za to, co robi, lecz za jego PZPR-owską przeszłość. Co z tego, że ugrupowanie to, choćby tylko werbalnie, zdążyło już przyjąć system wartości obozu solidarnościowego? Co z tego, że „uwłaszczona nomenklatura” coraz rzadziej tęskniła za PRL, coraz częściej zaś stawała się orędownikiem III RP? (Raniło to poczucie sprawiedliwości, ale było ceną pokoju społecznego). Co z tego wreszcie, że partia Aleksandra Kwaśniewskiego ograniczyła swe apetyty na władzę i nawet stanowisko premiera oddała ludowcowi, Waldemarowi Pawlakowi (nie mówiąc już o trzech ministrach „prezydenckich”, podległych faktycznie Lechowi Wałęsie)? Niemal nikogo z obozu postsolidarnościowego nie przekonało, że poprzedniczka SLD, Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej, opowiedziała się za prokapitalistycznym planem Balcerowicza. Ani że sam SLD, choć miał w swych szeregach Związek Komunistów RP „Proletariat”, zgodził się z czasem, by propaganda komunistyczna, tak jak faszystowska, była w Polsce zakazana.

Użycie do walki z SLD oręża antykomunizmu okazało się zabójcze nie tylko dla pamięci narodowej (posłużyło do banalizacji obalonego ustroju), ale i dla samych partii solidarnościowych (porzuciły one niedawne „samoograniczenie”). Jednak przede wszystkim stało się ono zagrożeniem dla państwa. Ileż to razy mogliśmy w III RP obserwować, że ideologia – zwłaszcza coraz bardziej popularna lustracja – jest w praktyce ugrupowań solidarnościowych stawiana ponad racją stanu. Sytuacja stała się dramatyczna w roku 1997, gdy poddano pod społeczną dyskusję projekt Konstytucji Rzeczypospolitej. Ponieważ w przygotowaniu Konstytucji miał udział także SLD (choć uczestniczył w tym również Tadeusz Mazowiecki…), nie cofnięto się przed najbardziej demagogicznymi atakami. Niesławny prymat dzierżą tu ludzie Kościoła, rzucający obelgi typu „konstytucja masońska”, oraz ludzie Solidarności, deklamujący obraźliwe hasła typu „Bantustan” czy „Targowica”.

Tymczasem zasadnicza linia podziału przebiegała w III RP nie między zwolennikami Wałęsy a Mazowieckiego, ani nie między „komuchami” a „solidaruchami”: przebiegała ona między modernizatorami a antymodernizatorami. Owszem, tych drugich trzeba było przekonywać i niewątpliwie warto było wciągać w rydwan liberalny czy to ZChN­-owców (jak w rządzie Hanny Suchockiej), czy to radykałów z AWS (jak w rządzie Jerzego Buzka). Jednak granice kompromisu były wyraźne: wyznaczała je racja stanu i tendencja proeuropejska. Kiedy więc na podział merytoryczny nałożył się podział historyczny, sił promodernizacyjnych zaczęło nie starczać. Z biegiem czasu zresztą, w obliczu kolejnych kryzysów, ucywilizowani radykałowie dołączali i tak do rzeszy „oszukanych”. Pytanie o cenę stawało się coraz bardziej zasadne.

Zdrada centrum

Dziś więc warto pytać: czy to nie w stronę PiS szliśmy wszyscy przez całą Trzecią Rzeczpospolitą? Przecież my, ludzie Solidarności, nie potrafiliśmy odciąć się od politycznego dziedzictwa czasów niewoli, nie umieliśmy zrozumieć, że Polska Niepodległa wymaga wyzwań zupełnie nowych. W sytuacji, gdy – mówiąc słowami Jacka Żakowskiego – „coś w Polsce pękło, coś się skończyło”, nie byliśmy w stanie wznieść się ponad własne kombatanctwo, poszukać nowych źródeł polskiej solidarności, zerwać z taryfą ulgową wobec niedawnych towarzyszy. Najwięksi solidarnościowi „państwowcy” odrzucali – w imię anachronicznego antykomunizmu – taktyczne nawet sojusze z postkomunistami. Choć i dziecko wie, że gdy ciężko, to każdy pomocnik jest na wagę złota.

Kiedy więc na minione lata spoglądamy z lotu ptaka, widzimy, że drogę do IV RP wyznaczyli w tym samym bodaj stopniu solidarnościowi radykałowie, co umiarkowani. Owszem, to radykałowie skandowali „Bolek do Moskwy” i palili kukły Wałęsy, ale w tym samym czasie Aleksander Hall ukuł pojęcie „obozu posierpniowego”. Owszem, to Antoni Macierewicz sporządził „listę agentów” (czy też – jak potem tłumaczył – „wyciąg z archiwów”), ale w parę lat później wszystkie ugrupowania solidarnościowe zagłosowały za ustawą lustracyjną, stanowiącą w istocie otwarcie puszki Pandory. Nie było mowy o najostrzejszej choćby, lecz merytorycznej dyskusji. Ani o wezwaniach do pokoju społecznego, pojednania i solidarności. Ani nawet o apelach o miłosierdzie. Kościół hierarchiczny – choć niegdyś uwikłany w PRL, bo jak mógł inaczej? – stanął w pierwszym szeregu politycznie nieskazitelnych, a wkrótce potem nawet w pierwszym szeregu rozliczających (i rozliczanych). A wszystkie bez wyjątku czasopisma katolickie, nawet te wydawane niegdyś legalnie w PRL, uznały za stosowne odciąć się od własnej przeszłości, współdziałać w wypłukiwaniu formacji katolicyzmu otwartego, uwiarygadniać się radykalizmem, przyczyniać się do niszczenia politycznego centrum.

Uważam, że komunizm, który przyznaje się otwarcie do swojej tożsamości i genezy, jest czymś skazanym na słabość i postępującą marginalizację. Natomiast cały ów potencjał nietolerancji, agresji i skłonności autorytarnych, jaki tkwił w komunizmie, odradza się w innym języku, w innym rytuale i pod innymi sztandarami.

Tak pisał, już w roku 1991, Adam Michnik. Niestety, nie umieliśmy odczytać na czas tego odmiennego rytuału. Mit „Polski posierpniowej” zwalniał z myślenia. W rezultacie dzieje III RP potoczyły się nie po tej jedynej propaństwowej linii, jaką wyznaczał Michnik z zespołem „Gazety Wyborczej”. Szczuto, gdy trzeba było szukać sojuszników – milczano, gdy zło czaiło się naprawdę.

Popęd samobójczy

Charakteryzując politykę polskiej szlachty w drugiej połowie XVII wie­ku, wielki historyk, Tadeusz Korzon, orzekł niegdyś, że widzi w niej „popęd samobójczy”. W istocie, działania ówczesnych elit bywały czasem kierowane przeciw racji stanu. A przecież tamto społeczeństwo, choć wyczerpane dziesięcioleciami wojen, nie znało jeszcze zjawiska niewoli. To dopiero nasze generacje mają od stuleci opresję narodową w genach. Czy popęd samobójczy znów rujnuje Rzeczpospolitą?

Bakcyl autodestrukcji jest niewątpliwie wmontowany w nasze państwo. Można rzec nawet: to, co było siłą III RP – antykomunizm i katolicyzm – stało się z czasem jej słabością i przekleństwem. Bo przecież antykomunizm wyrodził się w programy dekomunizacji, dezubekizacji i lustracji, natomiast katolicyzm uległ bądź to infantylizacji spod znaku ojca Rydzyka, bądź polityzacji spod znaku księdza Isakowicza-Zaleskiego. Dziś w enuncjacjach PiS słychać nie tylko dawne szlacheckie pieniactwo. Słychać kalki, czasem wręcz cytaty mowy PRL-owskiej, nawet te w rodzaju „odrąbywania rąk”. I słychać też ton nihilizmu, a wreszcie i ślepy kult władzy, najlepiej silnej. Jakby dopiero teraz, po stuleciach niewoli, uwidocznił się w nas naprawdę stygmat wschodu.

„Polsce nikt z zewnątrz nie zagraża – powtarzał w ostatnich latach życia Jan Nowak-Jeziorański. – Zagrażają jej sami Polacy”. Dziś chciałoby się dodać: Polsce niepodległej, Polsce w Europie, zagraża PiS-owska (czy tylko PiS-owska?) „Polska posierpniowa”. Irracjonalny popęd samobójczy dotyka nas – w przeciwieństwie do sytuacji z XVII wieku – akurat wtedy, gdy osiągnęliśmy wszystkie narodowe cele.

wrzesień 2007

Czy moja partia ma jeszcze sens?

Poniższy tekst jest w tym zbiorze jedynym, który – dwadzieścia lat po jego napisaniu – muszę opatrzyć komentarzem. Unia Wolności – partia polskiej niepod­ległości, ugrupowanie, którego dawno już nie ma – z pewnością nie zasługuje na taki atak. Nie zasługuje zwłaszcza pod piórem niżej podpisanego, wchodzącego od początku w skład władz krajowych zarówno Unii Wolności, jak i jej poprzedniczki, Unii Demokratycznej, a wcześniej Ruchu Obywatelskiego Akcji Demokratycznej (ROAD). A jednak musiałem w niniejszej książce artykuł ten przedrukować, bo współudział Unii Wolności w utworzeniu Instytutu Pamięci Narodowej był jednym z pierwszych sygnałów zjawiska, które nazwałem „zdradą centrum”. Był to też mój pierwszy „ostrzał twierdzy IPN”. I chyba drugi w polskiej przestrzeni publicznej – po Profesorze Janie Widackim.

Konsekwentne opowiadanie się posłów Unii Wolności za ustawą lustracyjną i ustawą o Instytucie Pamięci Narodowej jest sprawą na tyle poważną, że domaga się publicznego zabrania głosu – nawet kosztem złamania lojalności wobec własnego ugrupowania. Milczeć jednak nie sposób. Lustracja – zwłaszcza ta spod znaku Instytutu Pamięci Narodowej – jest niebezpieczna dla państwa i jego porządku prawnego, zagraża demokracji. Wbrew bowiem tylu złudzeniom, nie ma lustracji cywilizowanej.

Nie będzie sprawiedliwości

Ostatnie 200 lat dziejów Polski – to dzieje martyrologiczno-więzienne. Nie złamano narodu, ale łamano jednostki. Nawet wiek XIX – choć ucisk carski nie mógł się równać z bolszewickim – obfitował w przykłady zdrad i agentur, i to wśród Polaków największej miary. Pamiętajmy o dwóch tylko przykładach: z historii literatury i z historii politycznej. Pierwszy – to zobowiązanie do współpracy z policją rosyjską, złożone na piśmie w wileńskim więzieniu przez Adama Mickiewicza. Drugi – to życie Waleriana Łukasińskiego: początkiem jego działalności było wykonywanie zleceń tajnej policji. Pytam: kogo i co wykryją obecne poczynania lustracyjne? Jak wielka będzie cena, którą przyjdzie zapłacić? U progu naszego stulecia jedna tylko „sprawa Stanisława Brzozowskiego” ciągnęła się lat kilkadziesiąt – i do dziś nie została definitywnie wyjaśniona. Jak długo będziemy wyjaśniać setki i tysiące zawiłych spraw i sprawek PRL-owskich? Czy rzeczywiście – jak sądzi arcybiskup Józef Życiński – dokonamy w ten sposób zbiorowego oczyszczenia? Czy też raczej wywołamy uczucie wstydu z własnej historii? Nie chodzi o to, by nie ujawniać prawdy. Chodzi o to, by prawda nie była ustalana tylko na podstawie policyjnych kartotek. Bo byłaby to czynność jałowa i prowadząca do wniosków jednostronnych. Bo otwieralibyśmy w ten sposób drogę nihilizmowi.

 

Nie oczekujmy od lustracji sprawiedliwości. Skoro Bogdan Borusewicz w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” (2 XII 1998) twierdzi, że jego teczka „została zniszczona”, skoro prof. Andrzej Zoll rozkłada bezradnie ręce, mówiąc, że „jak teczki nie ma, to nie ma” („GW” 8 XII 1998) – to jaka to będzie sprawiedliwość? Jak Borusewicz w jednym i tym samym wywiadzie może mówić o własnej zniszczonej teczce i o tym, że SB-ckie archiwa „są wiarygodne”? I co to w ogóle znaczy, że „są wiarygodne”? Czy zasób archiwalny = lista agentów? Indagowany niegdyś o to Antoni Macierewicz zaprzeczał: jego słynna „lista” miała być tylko wyciągiem z archiwów. Dziś na żądanie pokrzywdzonego Instytut Pamięci Narodowej będzie udostępniał te właśnie zasoby. Ale i tego mało. Co bowiem z ustnymi zobowiązaniami współpracy? Co z zakładaniem fikcyjnych teczek – na przykład rozmówcom agenta? Wiadomo, że praktykę tę stosowała Stasi – czyżby nie robiła tego SB? A nieprzypadkowo w Niem­czech – po pierwszych lustracyjnych „olśnieniach” – stosunek do wiarygodności teczek jest dziś bardzo sceptyczny. I na koniec pytanie zasadnicze: czy lustracja bez dekomunizacji (karanie wykonawców, nie sprawców) może mieć jakikolwiek sens?

Nie będzie państwa prawa

Trzeba to powtarzać bez końca: ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej wprowadza nierówność obywateli wobec prawa. Dzieli bowiem ludzi na dwie kategorie: tych, którzy mogą się zapoznać z materiałami na samych siebie (bo są pokrzywdzonymi) oraz tych, którzy tego prawa nie mają (bo są krzywdzicielami). Mniejsza już nawet o arbitralność (a czasem i absurdalność) takiego podziału. Bo przecież najbardziej pokrzywdzonymi byliby w takim razie członkowie Biura Politycznego PZPR, na których UB/SB bez przerwy zbierała materiały (tylko I sekretarz miał teczkę w Moskwie). Mniejsza także o fakt, że zarówno w Niemczech, jak w Czechach dostęp do swoich teczek mają wszyscy. Ważne jest co innego: dawny agent, który – podając się za pokrzywdzonego – zażąda wglądu w swe akta, ma zapewnioną karę więzienia od pół roku do trzech lat.

Prawda: zawsze można najpierw zapytać, „czy jest się pokrzywdzonym w rozumieniu ustawy”. Ale przecież prośba, skierowana przez osobę uważającą się za pokrzywdzoną, jest również dopuszczalna. Co będzie, jeśli teczka zawyrokuje, że osoba ta była agentem? Jakie będą możliwości obrony? Czy niefortunny ciekawski zostanie skazany na trzy, czy może tylko na dwa lata?

Albo inna sytuacja: szantażowany i torturowany oficer AK podpisuje w latach czterdziestych deklarację współpracy. Dziś, w myśl ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, nie jest on już pokrzywdzonym: jest tajnym współpracownikiem. Czy o nim również Borusewicz wypowie swoje „trzeba było nie donosić”? Czy wypowie te słowa nawet wtedy, kiedy ów oficer, choć podpisał, to jednak nie wydał nikogo? A gdyby ów AK-owiec chciał się dowiadywać, kto go torturował – zostanie ukarany trzema latami, czy może tylko (ze względu na wiek) pół rokiem?

Moim kolegom z Unii Wolności, którzy głosowali za Instytutem Pamięci Narodowej, gratuluję spokoju sumienia. Bo gdybyż to rzeczywiście można było założyć, że UB-ckie archiwa zawierają 100% prawdę. Ale przecież to jest loteria, i przyznaje to sam Borusewicz, gdy mówi o swej zniszczonej teczce. I gdybyż to pokrzywdzony mógł krzywdzicielowi wytoczyć tylko sprawę z powództwa cywilnego albo rzecz całą zachować w tajemnicy. Ale nie: pokrzywdzony ze swą, zaczerpniętą z Instytutu, wiedzą (niepewną wiedzą!), może zrobić wszystko. Ma on bowiem prawo otrzymać nazwiska, a nawet dalsze dane osobowe „swoich” funkcjonariuszy i „swoich” agentów, może wyrazić zgodę na upublicznienie swych akt. (W Czechach nazwiska agentów są w aktach zaczernione, w Niem­czech można je wprawdzie poznać, ale nie na wynoszonych kopiach dokumentów). Człowiek niesłusznie pomówiony (przecież nie możemy wykluczyć takiej sytuacji!) nie ma szans obrony, może nawet nie wiedzieć, że ktoś go o coś oskarża. Nie wprowadzajmy w błąd – jak z uporem czyni to premier Jerzy Buzek – opinii publicznej. Polska nie jest jednym z ostatnich, lecz jednym z trzech pierwszychkrajów postkomunistycznych, które chcą się lustrować. I to jedynie w Polsce będzie istniała prawna możliwość zaszczucia i zniszczenia człowieka niewinnego. Albo też – zaszczucia i zniszczenia człowieka, który bardziej niż na potępieniezasługujena współczucie.

Co to wszystko ma wspólnego ze sprawiedliwością? A przecież i na tym nie koniec. Zapis, że szefowie MON i UOP mają prawo utajnić określone teczki, jest słusznym zabezpieczeniem interesów państwa. Czy jednak ten ogólnikowy zapis nie otwiera furtki do nadużyć, do kolejnej fali manipulacji teczkami? Przy najlepszej nawet wierze w dobre intencje ustawodawców, ludzie są tylko ludźmi. Po drugie: warto zauważyć, że idea lustracji – mająca być podobno moralnym sprzeciwem wobec donosicielstwa – inauguruje donosicielstwo nowe, tyle że… „nasze” i „słuszne”. Artykuł 18 b ustawy lustracyjnej stanowi, że każdy parlamentarzysta może donieść do rzecznika interesu publicznego na obywatela X. Z kolei według ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej prokurator może zrezygnować z wszczęcia postępowania lub umorzyć je wobec sprawcy zbrodni, który „wsypał” innych sprawców.

Zastanówmy się nad tym wszystkim, zanim będziemy głosować taką czy inną nowelizację. Nie przyjmujmy filozofii Mariana Krzaklewskiego, głoszącego z rozbrajającą szczerością, że „gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”. Nie przyjmujmy tej filozofii: jest ona bolszewicka. Kto jak kto, ale Unia Wolności musi mieć świadomość, że dopóki istnieje cień obawy, że lustracja może prowadzić do naruszenia równości obywatelskiej, do manipulacji prawem, do skrzywdzenia choćby jednego człowieka – to przeprowadzać jej nie wolno. Bo między innymi na tym właśnie – na szacunku dla demokracji, dla prawa i dla jednostki ludzkiej – powinna polegać różnica między PRL a Trzecią Rzecząpospolitą.

Ideologia czy racja stanu?

Nie uważam wszelkich form lustracji za bezzasadne: zdaję sobie sprawę, że ograniczone formy clearingu ludzi na konkretnych stanowiskach bywają konieczne ze względu na bezpieczeństwo państwa; że premier ma wręcz obowiązek „prześwietlenia” kandydatów na ministrów. Jednak różnica między tymi działaniami a naszą ustawą lustracyjną jest oczywista i zasadnicza. Tam – stanowisko państwowe może zostać przed kandydatem zamknięte, ale rezultat „prześwietlenia” jest tajny. Tu – jest się publicznie napiętnowanym.

Sens naszej lustracji jest więc jedynie moralny. I może nawet byłoby to słuszne, gdyby teczki zawierały 100% prawdy (o czym wyżej). Oraz: gdyby nie istniała możliwość woluntaryzmu. Jednak rzecznik interesu publicznego, sędzia Bogusław Nizieński (powołany przez prezesa Adama Strzembosza rzutem na taśmę, w ostatnim dniu jego urzędowania…) będzie sprawdzał oświadczenia lustracyjne według sobie tylko znanej kolejności, stanie się więc „panem życia i śmierci” dwudziestu tysięcy obywateli. (Nawet święty by się w tych warunkach zdemoralizował, choć oczywiście zakładam, że Nizieński się nie zdemoralizuje). Ale istnieje też druga wątpliwość: jest nią możliwość niezłożenia przez obywatela oświadczenia lustracyjnego, bowiem kary nie ma za to żadnej. Zakładam – wbrew powszechnie znanym faktom („tym gorzej dla faktów!”) – że oświadczenia złożyli wszyscy. Dopiero jednak trzecia okoliczność jest naprawdę „zabójcza” – i to zwłaszcza dla morale Unii Wolności.

„Gazeta Wyborcza” z 2 XII 1998 opublikowała wywiad z sędzią Wojciechem Borodziukiem. Zgłosił się on do pracy w kontrwywiadzie w pierwszej połowie 1990 r. (tj. w czasach rządu Tadeusza Mazowieckiego); teraz ujrzy swe nazwisko wydrukowane w „Monitorze” (wraz z datą urodzenia, adresem i numerem PESEL) – obok nazwisk agentów bezpieki. Powód? Do 10 maja 1990 istniała jeszcze Służba Bezpieczeństwa… A jak na przypadek Borodziuka reaguje Jan Lityński? „Myślę, że uniewinnienie go przez ten sąd [lustracyjny] powinno być dla niego satysfakcjonujące” („Gazeta Wyborcza” 2 XII 1998). Tylko tyle? Nieważna jednostka, ważna sprawiedliwość dziejowa?

„Coś w Unii pękło, coś się skończyło” – by strawestować artykuł Jacka Żakowskiego. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego moja partia, opowiadająca się zawsze za „demokratycznym państwem prawa”, broni teraz ustaw albo nieprecyzyjnych, albo niedemokratycznych, albo niemoralnych. Cóż można powiedzieć na obronę Unii? Nie chciała mieć stanowiska zbieżnego z opozycyjnym SLD? Ależ mogła stanąć murem przy Radzie Legislacyjnej przy Premierze, oświadczającej, że projekt ustawy „nie został dostatecznie zharmonizowany z obowiązującym porządkiem prawnym”. Nie chciała być przeciw AWS? Ależ mogła wstrzymać się od głosu. Musiała – w imię jakichś niejasnych „racji wyższych” – opowiedzieć się za koalicjantem? Ależ mogła – to już naprawdę wymaganie ­minimalne – nie wykazywać aż takiej gorliwości. Doprawdy, czy w tych kolejnych głosowaniach chodziło w ogóle o jakąś sprawę, czy o parlamentarne gry: „kto kogo”?

Tymczasem konsekwencje lustracji mogą być poważne. Wobec otwarcia furtki do wybiórczego traktowania teczek – to, co miało załatwić problem, może spowodować jego odżycie i to w formie, jaka nie śniła się Macierewiczowi. Czy naprawdę jest nieprawdopodobna wizja Polski, w której każdy donosi na każdego, a dobro i zło jest dokładnie wymieszane? W każdym jednak razie, jeżeli mamy raz jeszcze przeżyć „polskie piekło”, to pamiętajmy przynajmniej o kontekście międzynarodowym. Bo choć nasz akces do NATO jest raczej przesądzony, to nie jest już przesądzona atmosfera, w jakiej on się odbędzie. A już zupełnie nie jest przesądzony akces do Unii Europejskiej.

Ideologizacja polityki: za to oskarżaliśmy kiedyś PZPR. Dziś dokładnie to samo robi AWS: ideologię antykomunizmu jest gotowa stawiać ponad racją stanu. W imię czego przykłada do tego rękę Unia – partia polskiej niepodległości?