Czyim ja żyłem życiem

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czyim ja żyłem życiem
Czyim ja żyłem życiem
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Czyim ja żyłem życiem
Czyim ja żyłem życiem
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
29,99  22,19 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Andrzej Mularczyk

Czyim ja żyłem życiem

Iskry Warszawa 1983

Saga

Czyim ja żyłem życiem

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 1983, 2021 Andrzej Mularczyk i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726878691

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Czyim ja żyłem życiem

Widziałem ich, jak się zbliżali.

On wtedy spał.

W winnicach też się nie pracuje samo południe. Ale tam nie wieje prawie bez przerwy północny wiatr. A tu wszystkie drzewa przygięte są w stronę południa.

Tego roku lipiec był sztormowy. Szum morza dochodził aż tu, do jego podwórza. Niebo było ołowiane, ale Hugo Savini spał na wozie pod szopą, z czapką nasuniętą na pół twarzy, jakby chronić się chciał od słońca, którego wcale nie było. Był w czerwonej koszulce z napisem Mickey-Mouse. Głowę wsparł o koszyk, przykryty derką końską, nogi w gumiakach wystawały poza wóz.

Kiedy zajechali, na podwórzu stała wsparta o widły kobieta. Właśnie wyrzuciła obornik. Czerwona chusta nie mogła ujarzmić włosów sztywnych jak gałęzie głogu; na kufajkę nałożyła kaftan bez rękawów; na zeskorupiałych, sztywnych skarpetach, sięgających do kolan, miała wycięte ze starych gumiaków płytkie kalosze.

To była jego kobieta.

Gdy zobaczyła zagraniczny samochód, ucieszyła się, że to letnicy. Zwykle proszą o miejsce na rozbicie namiotu, płacą za nieużytki i powietrze, za to morze, którego ona nie widzi czasem przez pół roku. Nic im nie przeszkadza rozlany szeroko gnojownik po drugiej stronie obory, za którą na starych fundamentach rośnie leszczyna.

Wieś leży kilkaset metrów od morza. Co to zresztą za wieś? Kiedyś było dwadzieścia dwa numery, dziś zostało osiem. Rozleciały się mury, zapadły dachy, resztę rozebrano. Nie było wielu amatorów na osiedlenie się tutaj. Właściwie ci, co tu przybyli, to nie wszyscy ze swojej woli. Tylko oni pamiętają, że tam, gdzie teraz rośnie łopian i pokrzywa, stały kiedyś domy. Ale nawet ci pierwsi osadnicy nie wiedzieli, jak nazywali się żyjący tu kiedyś rybacy.

Za to wiedzieli to ci, co wysiedli z kremowego „Audi”. Wskazywali puste miejsca, nazywając je nazwiskami dawnych mieszkańców. Potem zaczęli fotografować dom, oborę, stodołę, siedem krów na łące i klacz Baśkę. Chcieli sfotografować śpiącego w koszulce z Mickey-Mouse na piersiach. I jego kobietę.

Wtedy się zbudził. Słyszałem tę rozmowę:

— Skąd jesteście? — spytał.

— Spod Fuldy. A pan skąd tu przyszedł?

— Spod Padwy.

— Włoch? Tutaj? Skąd pan się tu wziął?

— Spytajcie Hitlera.

— Za późno. On już nie odpowie. Ani my za niego nie chcemy odpowiadać.

— Ale ja musiałem. Przeżyłem nie swoje życie. Zostałem tym, kim nie miałem być. I dlatego żaden Niemiec nie rozbije tu namiotu!

— Jesteśmy tu gośćmi, tak jak pan! Kiedyś tu był dom naszej rodziny. Chcemy pokazać dzieciom, gdzie by żyli, gdyby nie wojna.

— Odejdźcie stąd i więcej tu nie przychodźcie.

— Zapłacimy za miejsce na namiot i samochód.

— Tu nie chodzi o pieniądze…

Otworzyli kufer „Audi”, wyciągnęli butelkę w kartonie.

On chwycił za obrożę psa, gotów go spuścić z łańcucha.

Jego kobieta patrzyła z żalem na odjeżdżający zagraniczny samochód. Przepada tyle „darmowych pieniędzy”. Byli gotowi zapłacić nawet za prawo robienia zdjęć. Za gwiazdy nad namiotem. Dlaczego ich przegnał?!

Nigdy go do końca nie zrozumie. Nigdy mu też do końca nie zaufa. Przygarnęli go z łaski, kiedy był niczyj. Teraz dobrze wie, czyj jest, kto się o niego upomina. Czy to wiadomo, co takiemu może strzelić do głowy? Takiego najlepiej trzymać w nastroju wiecznego zagrożenia. Więc labidzi, że nędza zagląda im w oczy, że grosza nie ma na kółkowe maszyny, niech koniem orze i zbiera. Sama rachunki robi, kasę trzyma, na papierosy mu wydziela: Kiedyś leśniczyna szukała na jej strychu swojej kotki. Zastała Katarzynę przy kominie oblepionym tysiączłotówkami. Cały komin od góry do dołu. A ona obejmowała go, żeby szybciej banknoty przeschły. Trzymała je w jakimś schowku i zawilgły. Na widok leśniczyny padła na kolana:

— Nie zdradzaj mnie pani przed nim! Przysięgnij pani, że nie powiesz! On, jakby tyli pieniądz ujrzał, toby się położył i więcej nie pracował!

Wybiła mu z głowy przez te lata białe koszule na niedziele i święta. Kawę lubił, po zapachu gatunek poznał. Parzenie kawy też mu wyperswadowała: raz, że na żołądek szkodzi, a dwa, że ile kosztuje! A wino? Kto widział wino na wsi pić?! Toż takiego poważnie sąsiedzi nie traktują!

A Hugo, kiedy tylko koło leśniczówki przechodzi, głowę do góry zadziera, nosem wietrzy zapach świeżej kawy. Wie, że leśniczyna kawę lubi. Jak tylko ma czas, zawsze zagląda. Na progu gumiaki zostawia, w samych skarpetkach po pastowanej podłodze chodzi, wszystko mu tu pachnie, do rąk się nie lepi, a leśniczyna wie, że Hugo nie o wnuczkach przyszedł jej opowiedzieć ani nie o wiatrołomach z mężem jej pogadać. Na kawę liczy, winem nie pogardzi.

— Jak posiedzi, zapach kawy poczuje, jego oczy inne się robią. Prosi męża, żeby coś na harmonii zagrał, ale mąż z włoskich to tylko „Wróć do Sorrento” potrafi. A on się wtedy w Włocha zamienia: coś zanuci, o zbiorze wina opowiada, ręce za niego mówią, jak wiatrak macha, zębiskami błyska, bo on w chałupie w blaszaku herbatę pije, ale zęby mył zawsze, nawet po tej przaśnej kaszy. Ale kiedy wozem paszę dla świń wiezie czy przez pola po sznurek do snopowiązałki pod wiatr do Rusinowa pedałuję, to całkiem nie do poznania, że to Włoch. Taki sam kufajkowaty on jak inni stąd.

— Nie — sprzeciwia się leśniczy, który jest zarazem strażnikiem morskim. — Widziałaś chłopa, co założy koszulkę z tą myszą Mickey-Mouse?

Który chłop tutaj, jadąc świtem z mlekiem przez zawiane śniegiem pola, zastanawia się, czyim on właściwie żył życiem? Przez całe lata wracały mu te pytania: za kogo żył? I kto żył za niego życiem przeznaczonym dla niego przez miejsce urodzenia? Nikomu się nie przyznawał, że chodząc za broną myślał wciąż o tym, do jakiego życia się urodził, a jakie przyjął za własne. Na ile mógł sam zmienić los i dlaczego tak się stało, jak jest. Kto w nim żyje? Włoch — w Polaku czy Polak we Włochu? Kto zadecydował i kiedy stało się to nieodwołalną ostatecznością, że przyjął nie swoje życie za swoje? Czy data urodzenia, która przeznaczyła jego rocznik do służby, czy owe sto dziesięć centymetrów obwodu klatki piersiowej, co zadecydowało o przydziale do strzelców alpejskich? A może chciał tak Bóg? A wówczas Hitler, marszałek Badoglio, młynarz Schumacher i wójt Kowalski z Naćmierza pomagaliby tylko realizować wydane na niego wyroki.

Nie wpuszczając, na swoje podwórze gości z Niemiec, pod koniec życia buntował się przeciwko temu życiu, do którego nie był przeznaczony.

Urodził się na południu, wśród winnic, a żyje na północy, czterysta metrów od zimnego morza. Obcych ludzi widzi w lecie. W zimie same tylko zające. Z racji pochodzenia miał być właścicielem winnic. Jest polskim chłopem. Znał się na winorośli, a sadził buraki. Ileż przypadków i nieprzypadków złożyło się na tę metamorfozę. Wciąż wracało do niego pytanie: skoro żyję jakby nie sobie przeznaczonym życiem, to kto żyje tym moim? I jakie by ono było? Czy takie jak braci, Maria i Piotra? Czy ożeniłby się z tą Claudią, której przysięgał miłość, kiedy jeszcze chodził w Padwie do zawodowej szkoły?

To było w 1940 roku. Następny raz zobaczył ją po trzydziestu sześciu latach.

— Czekałam na ciebie, dokąd tylko mogłam — powiedziała ubrana na jego powitanie w czarną suknię, jak na pogrzeb. — Dlaczego nie wróciłeś, Hugo?

Może dlatego, że miał akurat te sto dziesięć centymetrów obwodu klatki piersiowej i smukłą sylwetkę, która tak jej się podobała. To go właśnie kwalifikowało do strzelców alpejskich. Turyn, czwarty batalion, trzecia kompania, na hełmach trójkolorowa opaska z wetkniętym pękiem piór, na plecach czterdzieści pięć kilo obciążenia. Po trzech miesiącach szkolenia Hugo jako caporalle miał drużynę i działko ppanc, Sama lufa ważyła siedemdziesiąt kilo, taskało ją dwóch ludzi, łatwiej było pod górę niż z góry, ciężar spychał na skały, ale wszystko było dobrze, póki daleko od wojny.

Nie wiedzieli, dlaczego w trybie alarmowym ściągają ich do koszar w Turynie. Rano nie było pobudki. To był trzynasty października 1943. Koszary były otoczone przez niemieckie czołgi. Lufy wycelowane na plac alarmowy.

— Co robimy, chłopcy? — spytał generał. — Marszałek Badoglio wypowiedział wojnę Niemcom.

— Chcemy do domu. Tutti a casa!!

— Żeby wrócić do domu, trzeba prędzej skończyć tę wojnę. Wyrzucić Niemców z Włoch!

Caporalle Savini opowiada:

— Krzyknęliśmy „hurra!” i pobiegliśmy po karabiny. Tłukliśmy się trochę, moje działko ppanc trzymało czołgi na dystans. Odparliśmy cztery ataki na koszary, ale ich wspomagało lotnictwo, przez loty koszące ginęła ludność cywilna. Złożyliśmy broń. Powiedzieli nam, że odeślą nas do domu. Tutti a casa! — tego każdy chciał. Myśleliśmy, że wojna się już dla nas skończyła. A tak naprawdę to ona się dopiero dla mnie wtedy zaczęła. Po sześćdziesięciu ludzi ładowali do wagonów. Zadrutowali okna, sześć dni i nocy bez jedzenia i picia. Kiedy drzwi wagonów rozsunęły się — mieliśmy za sobą gówno po kolana, a przed sobą… Berlin.

 

Pamięta wielki plac, otoczony czołgami. Stali tam cały październikowy dzień. Coś się miało wielkiego stać. Zapowiedź czegoś nie przewidzianego wisiała w powietrzu. Zajechały samochody. Przed szeregami jeńców przeszedł Adolf Hitler w asyście dwóch generałów. Nie wiedzieli, czy patrzył na nich jak na żywych, czy jak na umarłych. Przyszedł ich ułaskawić czy skazać?

Kiedy ich z powrotem prowadzono ku bocznicy kolejowej, Hugo żegnał się w myślach z rodziną. Nie przypuszczał, że za trzy dni spotka się z bratem.

Przywieziono ich do Buchenwaldu. Pięćset baraków po pięciuset ludzi. Savini był w trzecim baraku. Przed nim trawa wyjedzona do gołej ziemi. Praca w kamieniołomach, kilo chleba na sześciu, wieczorem litr wody z białą brukwią. Tam spotyka Piotra: służył w Grecji jako podoficer, w czasie transportu ich statek został storpedowany, Piotr przez sześć dni kołysał się na morzu, uczepiony deski.

Postanowili trzymać się razem. Ale tam decydował kto inny. Przechodzili koło rampy, przy której Polacy zrzucali gablami zamarznięte kartofle. Hugo podniósł jeden i zaczął jeść jak jabłko. „Post” uderzył go lufą w twarz, złamał nos. Przez sześć tygodni leżał oślepły w więziennym lazarecie w mieście Stettin.

Przez ten kartofel zobaczył się z Piotrem dopiero po trzydziestu dwóch latach.

Z żołnierza-sojusznika stał się najpierw jeńcem, potem towarem.

W obozie przejściowym w Grudziądzu odbył się targ niewolników. Stali szeregami, a bauerzy macali ich mięśnie, kazali pokazywać zęby, jak koniom na targowisku.

— Kto umie krowy doić? — padło pytanie. Podniósł rękę, choć krowy nigdy dotąd nie dotknął.

— Trafiłem do wioski Freinwalde w Prusach Wschodnich. Tam było tak, że paznokcie mi sczerniały, bo w mróz dwudziestu nas spało pokotem w stodole na betonie. Jak gospodyni sypała świniom zaparowane ziemniaki, myśmy na czworaka między świnie wchodzili, żeby nas nie było widać, i wybieraliśmy im z koryta. To dziwne: świnie przybierały na wadze, myśmy spadali. Miała być wigilia, kiedy łupnął pierwszy ruski pocisk. Bürgermeister załadował wozy, zaciął konie, ledwie zniknęli, myśmy szczęśliwi rzucili się do kurników robić rzeź kur: nareszcie żyjemy! Słychać strzały, my krzyczymy we wszystkich językach: „Wolność, wolność!” — a to dwóch „postów” wróciło po nas. Pognali na zachód. Przez dwadzieścia dwa dni tej strasznej zimy, w czasie której w ciągu pół godziny umarli stawali się sztywni jak stalowe belki, a łzy zamarzały na policzkach, przebijaliśmy się przez śniegi. Ciągnęliśmy razem z wielką ucieczką wzdłuż morza, ale nie widziałem go, lasy były zawiane śniegiem, każde odejście groziło śmiercią. Przypominało mi się, co czytałem o odwrocie Napoleona spod Moskwy. Doszliśmy za Jarosławiec do Rusinowa. Tam wybrał mnie sobie z konwoju młynarz Schumacher. Pod pistoletem zaprowadził do swego wiatraka. Nie miałem dość siły, żeby utrzymać menażkę z zupą. Pierwszą ciepłą zupą. Nie dał mi dojeść, kazał dźwigać pięćdziesięciokilowe worki.

Był ósmy marca, kiedy z okienka wiatraka Hugo dojrzał konny zwiad. Konie wydawały się stare, tak siwe były od szronu ich pyski. Rosjanie! Zeskoczył z maszynowni młyna, chciał biec naprzeciw, ale dostrzegł wycelowany w siebie pistolet.

— Za późno, panie Schumacher. Bolszewicy już są tu!

Otworzył drzwi młyna, uniósł rękę, chciał dać znak, a wtedy przysadzisty młynarz lagą powalił go na ziemię.

Kiedy Francuzi, Serbowie, Ukraińcy, którzy byli tu na robotach, wspólnie witali wolność — Hugo Savini leżał nieprzytomny. Przyszli nawet po niego, namawiali, by jechał z nimi do Francji, ale powtarzał wtedy w kółko: „Dla mnie to z drogi… Z drogi”.

Francuzi odjechali, on nadal leżał chory w pralni na cemencie. Schumacher stawał nad nim, pokazywał pistolet: „Nasi tu jeszcze wrócą. Spróbuj wyjść za bramę, kula w łeb!”

Był nadal niewolnikiem. Kiedy ktoś się pojawiał, młynarz zamykał go w piwnicy. Dla Hugona nic się nie zmieniło. Nie umiał się z nikim dogadać. Wciąż był jeńcem. Wybłągał tylko nieznanych ludzi, by wysłali jego list do Padwy. Zamiast sam znaleźć drogę powrotną do domu, wzywał rodzinę na pomoc, jakby nie wierzył, że jest wolny, że może decydować za siebie.

Uznał, że musi dźwigać los, który wydziedziczył go z wszystkich praw ludzkich.

Zbyt często widział przez ostatnie dwa lata swoich współziomków sztywniejących w śniegu z kulą w głowie za ociąganie się w marszu, za wymigiwanie się od pracy, za kradzież bochenka chleba. Nie chciał podzielić ich losu. Może to zdecydowało, że przyjmował bez oporu kolejne etapy tego życia, które jakby coraz mniej były jego. Przestał być Hugonem Savinim, był tylko kimś, kto musi słuchać.

Strach daje siłę, by wiele przetrzymać. Ale też pozbawia nadziei, odbiera szansę bycia sobą wobec swojego losu.

Tak to teraz widzi. Wtedy starał się być jak najmniej zauważalny. Ale kogoś, kto nie należy do zwycięzców, nie należy do pokonanych, nie jest autochtonem ani Polakiem i mówi tylko po włosku, trudno było nie zauważyć. Taki ktoś był niczyj. Był tego, kto wyciągnął po niego rękę.

Zgłosił się po niego milicjant: „Włoch? Jesteście aresztowani! Za co? Dowiecie się na miejscu! Ruszamy!” Milicjant jechał na rowerze, on brnął za nim przez pola. Po raz pierwszy wyszedł za bramę, po raz pierwszy zobaczył w lecie pola za Rusinowem. Nie skoszone, przejrzałe żyto, które już się kładło, skowronki w górze i martwe okna opuszczonych domostw. Wtedy jeszcze nie wiedział, że zostanie na zawsze w tym pejzażu. Że jeśli go kiedyś opuści, to po to, by wracać do niego pośpiesznie. Że będzie tęsknił do siebie — tutejszego.

Milicjant zaprowadził go na posterunek w Naćmierzu. Nadal był jeńcem, tylko pilnujący się zmieniali. Widocznie uwierzył, że tak musi być, i kiedy nazajutrz zaprowadzono go do wójta Kowalskiego, przyjął do wiadomości, że ma u niego pracować jako robotnik. Oczekiwano od niego tylko posłuszeństwa. I tak wrastał w tę pracę, w codzienność, w narzucony mu los.

Słuchając jego relacji, jak to naraził się szabrownikom, którzy chcieli go zabić za to, że bronił skórzanych pasów transmisyjnych — zastanawiam się, w jakiej roli występował. Kogo bronił i przed kim? Czy już wtedy przeczuwał, że będzie żył tutaj życiem nie dla niego przewidzianym? Czy uwierzył we wszechmoc historii, która przerobiła mu biografię?

— W 1947 roku ksiądz z Padwy odnalazł mnie przez Czerwony Krzyż. Rodzina tam zgłosiła, że mnie poszukuje, i padre napisał, żebym natychmiast jechał do przedstawicielstwa włoskiego do Warszawy. Nie miałem pieniędzy, pożyczył mi Barański, potem ja u niego do 1949 roku robiłem tylko za jedzenie. Z Warszawy Wschodniej szedłem przez gruzy piechotą na plac Dąbrowskiego. Tam usłyszałem, że ostatni transport był w maju, teraz powrót tylko na swój koszt.

Po włosku do mnie mówili, a ja jakby pojąć nie mogłem: czy ja się na swój koszt w tę stronę wybierałem? Nie pchałem się na tę wycieczkę. Zresztą rodzina zapłaci za mnie na miejscu! Rozłożyli ręce. Powiedzieli, że zawiadomią. Do dziś nie zawiadomili. Wracałem tramwajem numer sześć, potem dziesięć.

Wracał, by zebrać pieniądze na powrót. A jednak aż do 1949 roku zgadzał się pracować u Barańskiego w Rusinowie za samo jedzenie. Był dziwnym jeńcem: niewolnik z własnej woli. A może raczej z jej braku? Co dwa tygodnie musiał się meldować na posterunku, dopóki w czterdziestym dziewiątym nie zdecydował się wystąpić o polskie obywatelstwo. A zdecydował się przez to, że chłopak Barańskiego chciał się nauczyć grać na harmonii, a jedyną harmonię w okolicy miał Materniak we wsi W. Więc woził chłopaka wozem na tę naukę, trochę słuchał pod oknem, trochę z nudów Materniakom w obrządku pomagał — a to gnój wyniósł, bronę naoliwił, a krowy to go nauczyła doić Katarzyna. Przy krowim ogonie ją poznał. Patrzyła na niego przeciągle, Hugo przystojny był, cera oliwkowa, oczy ciemne, a zresztą wówczas każdy mężczyzna, co miał dwie ręce, był na wagę złota.

Materniaki też tu nie z własnej woli trafili. Przywieźli ich pociągami w 1947 po akcji „W”. Z, Bieszczad nad morze. Trochę jak on: z południa na północ. I jak on — nie po dobrawoli. Coś jakby ich łączyło, jak wypili, śpiewali po ukraińsku, a jemu się przypominało, jak śpiewał na dwa głosy z Claudią.

Wieś W. na wydmuchu stała, dawna rybacka wieś, a teraz zasiedlona przez rolników, ziemi dużo, ludzi mało, więc Materniakowa na Katarzynę patrzy i mówi do Włocha:

— Ożeniłbyś się.

— Narzeczoną w Padwie mam.

— Po tylu latach ona już nie twoja. Kto inny się nią cieszy, Zresztą gdzie ci za kobitą taki karwas świata ganiać? A bez kobity życie tymczasowe. Ożenisz się, przestaniesz być Włochem, milicja da ci spokój.

— Ja bym się i żenił, tylko nie mam nic. Ani butów porządnych, ani ubrania do ludzi.

— Ubranie można kupić, szczęścia trzeba szukać. A ono dla ciębie już się znalazło.

To powiedziała matka, bo Katarzyna wcale prawie się nie odzywała. Co miała gadać, kiedy sprawa jasna: mieli konia i trzy krowinki, potrzebny był gospodarz. Na kogo tu mogła liczyć? Włoch był lepszy niż inwalida.

Na drugi raz zabrali go do Darłowa, ubrali od butów po kapelusz. Stał przed lustrem i patrzył na siebie zdumiony: więc może być taki!

Znów zadecydowano jakby za niego. Wybrano mu miejsce w rodzinie, która częściej mówiła po ukraińsku niż po polsku. On spod Padwy, ona spod Przemyśla. On nie rozumiał ich pieśni, oni — jego, ale i te, i te były pełne tęsknoty. Wesele trwało trzy dni. To było pierwsze wesele we wsi, która wówczas jeszcze liczyła dwadzieścia dwa numery, a dziś tylko osiem. I tak przez harmoszkę Katarzyna została panią Savini, Materniak-harmonista jego szwagrem, a on sam obywatelem polskim, mężem Ukrainki.

Chłopem Savini został. Chiciał mieć już wreszcie jakieś swoje miejsce. Mieć kogokolwiek. Może mu się zdawało, że w ten sposób prędzej zbierze pieniądze na powrót? Ale pieniędzy nie dawano mu do rąk. Lepiej, żeby się zbyt pewnie nie poczuł. Niech wciąż będzie obcy, a wówczas, siebie niepewny, będzie się trzymał progu.

Ale że nikt we wsi nie był „tutejszy” — jedni przesiedleni po akcji „W” spod Przemyśla i Leska, inni z Bydgoskiego — i wciąż nie mogli znaleźć wspólnego języka, to Włoch okazał się najlepszy na sołtysa. Pełnił tę funkcję przez dziesięć lat. Lubili go wszyscy. Nie miał do nikogo pretensji. Nie miał swoich, żeby ich forować, nie miał wrogów, żeby ich niszczyć. Sprawiedliwy był i bez złości. Znali go w Sławnie, Rusinowie, Naćmierzu. Przecież w gruncie rzeczy on był tu pierwszy.

Pojechał raz Savini po paszę dla świń do Darłowa. Bierze taksówkę, a w lusterku widzi czujne spojrzenie kierowcy.

— Ja pana znam z młodości — mówi taksówkarz.

— To niemożliwe. Ja z Padwy jestem. Z Włoch.

— A w Buchenwaldzie pan był?

— W trzecim baraku.

— Ja w piątym! — i taksówkarz zmienia kierunek jazdy. — Lecimy do Naćmierza! Tam jest rolnik Kieliszek Jan, on też w kamieniołomach taczki pchał.

Miał więc już i wspólny los z tymi, którzy tu żyli. Wspólną pamięć. Jak miał wracać, kiedy kolejno krowy się cieliły, córki rodziły, wnukom chrzciny trzeba było urządzać, siać, orać, bronować, o eternit się starać?… ,,Roboty tyle — pisał po włosku — że rzadko mam czas nad morze pójść. Inne ono niż nasze, może przyjedziecie zobaczyć…”

W 1970 przyszła depesza: brat Piotr wyrusza do Polski. Hugo poruszony zaszedł do leśniczówki. Na progu gumiaki zostawił, w skarpetkach wszedł do kuchni. „Brat przyjeżdża” — powiedział, jakby zwierzał się z jakiegoś dramatu. Bo bał się trochę tej konfrontacji. Jak wypadnie w oczach wysłannika rodziny?

Kawy mu zaparzyli, a on wspominał, jak to widział Piotra ostatni raz w Buchenwaldzie przy rampie…

On widział go takim, jakim Piotr był wtedy. Nie docierało do niego, że to przyjedzie ktoś zupełnie inny. Jak przebiegnie spotkanie braci? Gość przypomni mu życie, jakie tam na niego czekało, a sam zobaczy przechyloną studnię na podwórzu, rozwaloną wygódkę, żonę w kaloszach, których nie ściąga przez okrągły rok, usłyszy jej wołanie za krowami: „Uwa-uwa, gdzie liziesz, chalero!” Kawy nie da, skołczałe kartofle postawi na stole, po którym kury spacerują, co najwyżej rękawem go przetrze. Telewizji nawet nie ma, w domu wilgoć, nikt nie napali, firanek nie zawiesi, nie, na taką konfrontację nie chcieli swojego sołtysa narazić.

Chcieli mu pożyczyć telewizor. Firanki. Nawet żonę.

Odbyły się trzy narady: jak życie Włocha przyozdobić, żeby mu głupio wobec rodziny nie było. Ktoś zadeklarował wypożyczenie własnej żony, która zagrałaby na czas wizyty bratową Piotra. Były głosy przeciwne: a jak się Hugo przyzwyczai do tej nowej? I co zrobić z Saviniową prawdziwą? Gdzie ją przetrzymać? A kiedy go do Włoch zaproszą — to z którą pojedzie? Czy córki się zgodzą na tę zamienioną matkę? A przecież będzie chciał Piotr rodzinę brata poznać.

 

Hugo nic nie wiedział o tych planach. Znów ktoś chciał za niego wybrać rozwiązanie. Ale na to było już za późno: tkwił zbyt głęboko w tym życiu, by zmiana scenografii i kostiumu mogła tu naprawdę coś znaczyć.

Przez trzy dni grabił podwórze, muchy z domu przepędzał, kieliszki do wina pojechał kupić…

Wyjechał na rowerze do końca asfaltu. Czekał w lesie nad morzem. Zobaczył „Alfa-Romeo”, wskoczył na rower i gnał naprzeciwko. Piotr wyskoczył z samochodu, Hugo razem z rowerem wpadł w jego ramiona.

Był wiatr i morze tego dnia bardzo szumiało. Nie bardzo wiedzieli, co mówią do siebie. Ale mówili.

A potem jechał przed „Alfą” na rowerze przez las, potem przez pola, koło kapliczki i myślał sobie: „Dobrze, że on zimą nie przyjechał, boby się tędy nie przekopał…”

Pies szczekał, siedem jego krów myczało, Piotr wszystko oglądał, popatrzył, jak Katarzyna doi, a potem trzymając w ręku paczkę z rajstopami, spytał, gdzie żona, bo on prezenty dla niej przywiózł. Może wtedy Hugo pomyślał, że lepiej by było, gdyby tak choćby leśniczynę mógł jako żonę przedstawić. Piotr przywiózł wino i kawę, więc pili i po włosku gadali, a jego kobieta, chustki nie zdejmując, czujnie ich twarze obserwowała. Chciała wiedzieć, do czego gość namawia jej męża. A oni mówili o tych wszystkich latach bez siebie: że Piotr jest zawiadowcą stacji, Mario pracuje w cementowni, a Claudia wciąż pyta o Hugona.

Piotr chciał się wykąpać po podróży. Najlepiej w morzu, ale było zimne. Bardzo zimne. Mimo to wziął ręcznik i poszedł. Tam dopiero byli razem. Tylko ze sobą.

Długo siedzieli na plaży, chociaż był wiatr, sypało piaskiem w oczy.

Nazajutrz Piotr się źle poczuł. Nie wiadomo: z wody, z nerwów czy z jedzenia. W szpitalu w Sławnie Hugo był tłumaczem między bratem a lekarzami. Zalecali dłuższe badania, ale Piotr ogarnięty dziwnym popłochem zdecydował się na powrót. Zatrzaskując drzwiczki „Alfy” wystawił przez okno bladą twarz i powiedział z naciskiem:

— Matka chce cię zobaczyć przed śmiercią. Ma już osiemdziesiąt trzy lata!

Zrozumiał, że Piotr był tylko delegatem rodziny, która dotąd nie zrezygnowała z niego. Chcieli, by porzucił to nie swoje życie. Choć on jakby zdradził ich swoją decyzją — oni go nie zdradzili.

W roku 1976 przyszło oficjalne zaproszenie obywatela polskiego Saviniego od rodziny Savinich. W liście wiadomość, że matka jest w szpitalu.

Czytał list i czuł na sobie chmurne spojrzenie Katarzyny. „Co piszą?!”— pytała, a on nic nie mówił, tylko głową kręcił. Kiedy zobączyła łzy na jego oliwkowych policzkach, wyrwała list, wybiegła na podwórze, żeby przeczytać. Ostatecznie pisali to jej szwagrowie, rodzina. Ale nic z tego zrozumieć nie mogła, więc z tym większym niepokojem patrzyła w oczy męża.

Szpital? Czy to nie podstęp? Piszą tak, by zmusić do przyjazdu. Dlaczego Hugo płacze, jakby się już z nią żegnał? Chce ją zostawić, ją, która jest matką jego dzieci? Jak ma mu wierzyć, że wróci, skoro nieraz kłamał, nigdy się nie przyznawał, że był na kawie w leśniczówce, a ona sama ile razy go przyłapała, jak chował czerwone wino na zapolu w stodole?! Nie, nie puści go dalej jak do Darłowa, musiałby na schodach ołtarza przysiąc, że wróci… Kim byłby, gdyby nie został jej mężem? Tej tutejszej rodzinie zawdzięcza wszystko, tamta nawet nie przysłała pieniędzy na bilet powrotny… Dlaczego jej teraz nie zapraszają?

— A kto by koło inwentarza chodził? — spytał spokojnie i dodał: — Gdybym ja chciał nie być tym, którym zostałem, już dawno mogło po mnie łóżko wystygnąć…

Hugo, ubrany jak do ślubu z Katarzyną, po raz drugi wyruszył w drogę do Warszawy. Wiózł ze sobą bursztyn, poduszeczki, drewniane rzeźbione pudełko. Na lotnisku w Mediolanie czekało na niego dziesięć taksówek z rodziną. Musiał wszystkich poznawać na nowo, uczyć się ich imion, stopni pokrewieństwa. Pod wieczór zajechali pod szpital w Padwie. Lekarz nie chciał go wpuścić: stan pani Niny Savini nie jest dobry…

— Ja nie widziałem matki trzydzieści trzy lata!

—To spotkanie może być dla niej za dużym przeżyciem. Ma przecież osiemdziesiąt dziewięć lat. Może nawet umrzeć na samą Wiadomość o przybyciu syna.

— Nie! — upierał się Hugo. — Powiedziała, że nie umrze, zanim mnie nie zobaczy.

Na jego widok matka wyskoczyła z łóżka, zawisła mu na szyi:

— Hugo! Teraz już mogę umrzeć!

Zaczęła nim okręcać jak w tańcu. Śmiała się i płakała na przemian. Na ten widok lekarz polecił natychmiast wypisać chorą do domu: To prawie cud! Przez dwa miesiące nie znalazł lekarstwa na jej stan, a oto jest uleczona!

Wrócili do domu wszyscy: matka i trzej synowie. Przez tydzień pili wino, jedli salami i opowiadali mu jego życie, jakie mogłoby być. Ofiarowywali mu te chwile, które minęły im bez niego. Mieli do powtórnego przeżycia kilkadziesiąt lat. Przeżyłby razem z nimi śmierć ojca w 1955 roku, sprzedanie winnicy, przeprowadzki, śluby braci. Dowiedział się, że obchodzili zawsze dzień jego urodzin. To stało się ich świętem rodzinnym. Na tych spotkaniach przywoływali wszystkie zapamiętane epizody z jego dzieciństwa: bal się osłów, ładnie śpiewał, był bardzo sentymentalny. Jaki jest teraz?

Jego życie wśród nich czekało wciąż na niego, jak futerał, w który można włożyć jakąś cenną pamiątkę rodzinną. Ale on już do tego futerału nie pasował.

Poznając ich na nowo, słuchał o sobie, jakim go wymyślili. Mówiono, co by osiągnął, gdyby był tutaj. Przypisywano mu sukcesy, awanse, szczęście. Tu spotkałoby go wszystko, co najlepsze. Tak chcieli, więc tak widzieli jego życie, które opuścił, na które się spóźnił. Dawali mu szansę, by zagrał przewidziane dla niego role. Liczyli, że wraz z winem poczuje smak tego, co mogło być jego udziałem.

Przez dwa tygodnie wędrował po Włoszech, odkrywając nie znaną mu nową część rodziny i sam dając się odkrywać.

Zaskoczył ich, kiedy postanowił wybrać się na Monte Cassino. To ponad pięćset kilometrów! Go go obchodzi ta góra? Są większe.

Nie mogli pojąć, dlaczego chce zobaczyć cmentarz na Monte Cassino. Wszystkie wycieczki z Polski jadą tam, więc i on pojedzie. Kazał tam sobie zrobić zdjęcie na tle rzędów białych krzyży. Pokaże sąsiadom to historyczne miejsce.

— Ale czyja to jest historia? — pytali go.

— Polska.

W Mediolanie przez pół dnia nie mógł opuścić magazynu sprzętu rolniczego. Dotykał maszyn, kręcił głową, pytał o ceny. Przydałyby mu się takie u siebie.

— Tu jesteś u siebie — przekonywali go.

— Tu się tylko urodziłem i poszedłem na wojnę, tam przeżyłem większą część życia.

— Tym bardziej masz obowiązek resztę poświęcić nam.

— Tam mam dom.

— Nie musisz tam wracać — podsuwali mu. — Możesz wrócić do początków swojej przeszłości.

Myśleli o Claudii. Dowiedział się, że ta, której w 1940 roku obiecywał wierność, czekała na niego długo. Wyszła za mąż dopiero, gdy do Padwy nadeszła informacja o chrzcinach jego pierwszej córki.

Odwiedził ją. Przywitała go cała na czarno. Nie musiał jej opowiadać o swoim życiu nad Bałtykiem. Wiedziała, że jego podwórze otoczone jest z czterech stron budynkami, że po chleb trzeba jechać kilka kilometrów do Rusinowa, że jedna córka wyszła za rybaka, druga za elektryka. On z kolei nie musiał pytać, czy jest szczęśliwa. Powiedziała mu: „Nigdy nie było tak, jak z tobą. Zostań”.

— A czy ty wiesz, jaki ja jestem teraz?

— Ja też mam męża, ale myślę wciąż o tobie.

— Ja już nie ten sam co wtedy. Ja sam nie wiem, czyim ja żyłem życiem.

— Wszystko można zmienić, wszystko odwrócić.

— Jestem tu tylko gościem.

Nikt nie chciał się z tym zgodzić. Znowu chcieli wybrać za niego jego los. Brat Mario chciał mu załatwić pracę w cementowni, Piotr gotów był mu oddać pół domu.