Seks, sztuka i alkohol

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł: Seks, sztuka i alkohol. Życie towarzyskie lat 60.

Autor: Andrzej Klim

© Copyright for the text by Andrzej Klim, Warszawa 2021

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Naukowe PWN SA, Warszawa 2021

eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2021r. (Wydanie II)

Warszawa 2021

Redaktor prowadzący: Dąbrówka Mirońska, Joanna Banasiak-Lach

Redakcja: Joanna Egert-Romanowska

Korekta: Elwira Wyszyńska

Projekt okładki i stron tytułowych: Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Produkcja: Mariola Keppel

Projekt graficzny wnętrza: Ewa Modlińska

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwo Naukowe PWN: Michał Latusek

Fotoedycja: Katarzyna Kucharczuk

Fotografia na okładce: Forum/Jerzy Michalski

Pozostałe fotografie: East News (s. 13), East News/Associated Press (s. 14 – górne), East News/ Jerzy BARACZ (s. 1 – dolne), East News/Wojciech Druszcz/REPORTER (s. 8 – 9), East News/Leszek Łożyński/REPORTER (s. 11), East News/ STAWISKO/FOTONOVA (s. 1 – górne), East News/Andrzej Szypowski (s. 7), Forum/Sławek Biegański (s. 10), Forum/Romuald Broniarek (s. 4 – dolne), Forum/Lucjan Fogiel (s. 9 – górne lewe), Forum/Eustachy Kossakowski (s. 16), Forum/Bogdan Łopieński (s. 12), Forum/Jerzy Michalski (s. 2, 15), Forum/Andrzej Wiercicki (s. 9 – górne prawe), KFP/ Zbigniew Kosycarz (s. 5, 14 – środkowe), Narodowe Archiwum Cyfrowe (s. 3, 4 – górne, 6)

ISBN 978-83-01-21762-4

Wydawnictwo Naukowe PWN SA

02-460 Warszawa, ul. Gottlieba Daimlera 2

infolinia: 0 801 33 33 88

www.pwn.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejsza publikacja ani jej żadna część nie może być kopiowana, zwielokrotniana i rozpowszechniana w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej na www.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

SPIS TREŚCI

Zamiast wstępu

1. Ale wkoło jest wesoło…

2. Nie ma jak pompa

3. Pod Papugami jest szeroko niklowany bar...

4. Ta nasza młodość

5. W co się bawić, w co się bawić?

6. W kawiarence Sułtan przed panią róża żółta

7. La la la zaśpiewał w barze ktoś. To czarny Ziutek pije gin, Celiny koleś, twardy gość...

8. Portugalczyku jak nóż bezlitosny, naciąłeś dziewcząt jak róż w kraju sosny...

9. Przychodzimy, odchodzimy...

10. Wiatr odnowy wiał, darowano resztę kar, znów się można było śmiać...

11. Cała sala śpiewa z nami!

12. No i jak tu nie jechać?

13. Jesteśmy na wczasach w tych góralskich lasach

14. Tupot białych mew o statku pokład...

15. Ach, co to był za ślub!

16. Jeżeli kochać, to nie indywidualnie

17 . Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy

18. Szampana pijmy dziś do dna, panowie!

Zakończenie

Bibliografia

Zdjęcia

O Autorze

Przypisy

Źródła cytatów wykorzystanych w tytułach rozdziałów

Bożenie, Ignasiowi, Rodzicom: Marzennie

i Edwardowi, Łucji, Henrykowi i Bartkowi

– w podziękowaniu za cierpliwość – autor

ZAMIAST WSTĘPU

Światowe życie, szum i gwar,

Feerią neonów błyszczy mleczny bar!

Porcję leniwych zjadam a la fourchette

I syty, i szczęśliwy czuję się wnet!

Właśnie wpłaciłem pierwszą z rat,

Nową syreną jadę w wielki świat,

Mijając setki równie wytwornych aut,

Na bal spółdzielców czy działaczy raut!

Wszystkiego dotknąć, wszystko prawie wolno zjeść mi,

Każda kanapka warta chyba z pięć czterdzieści,

Tu wznoszę toast, ówdzie rzucam kilka zdań,

W krąg czeskie kolie i kreacje pięknych pań!

Cichnie przyjęcie, czeka mnie

W nowym segmencie kolorowy sen,

Zamawiam więc budzenie, wyłączam prąd,

By jutro znowu ruszyć w wielki monde!

Więc nie trzeba, proszę państwa – co tu kryć –

Robić kantów ani badylarzem być,

Czyś robotnik, czy literat, czy też kmieć –

Jeśli spojrzysz odpowiednio – możesz mieć:

Światowe życie, przygód sto,

Sweter z CeDeTu, metka z PKO!

Żubrówka równie dobra, jak Black and White

I jak z Broadwayu program – Warsaw by night!

Choć gwiazd z estrady śpiewał chór,

Że nie dla Ciebie samochodów sznur,

Ty się z pogardą krzywisz i prężysz tors –

Inne ma zdanie na ten temat ORS!

W południe kawka – po niej lepiej się pracuje,

W krąg przemysławki europejski zapach czujesz,

Dyskretny kelner na twój każdy gest się zgłasza,

Wieczorem PAGART na sto imprez cię zaprasza...

Po co ci więcej? Taką masz

Geograficzną długość, słowiańską twarz,

Więc się zachłyśnij aż do utraty tchu

Światowym życiem ze mną właśnie tu!

Światowym życiem ze mną właśnie tu!

Wojciech Młynarski, Światowe życie, fragment

1 ALE WKOŁO JEST WESOŁO…

Kiedy Maria Dąbrowska obserwowała na niestniejącym już stołecznym Stadionie X-lecia występy młodych ludzi z całego świata w ramach V Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów, nie zdawała sobie sprawy z tego, że oto jest świadkiem zalążka rewolucji obyczajowej w Polsce. Wielka humanistka zanotowała w Dziennikach to, co ją zafrapowało: „Sam stadion, z delegacjami równie kolorowymi tak co do skóry, jak w strojach, też wyglądał nieludzko, jak zaczarowane jezioro kołyszących się barwnych fal. Słowem ludzkość w charakterze ornamentu, lecz ornamentu czego? I skąd w człowieku bierze się potrzeba stawania się ornamentem?”[1]. Takich przemyśleń nie miało zapewne trzydzieści tysięcy młodych ludzi ze 120 krajów, którzy przyjechali na przełomie lipca i sierpnia 1955 roku do Warszawy przede wszystkim się bawić. Ci z Zachodu ciekawi byli ludzi z kraju zza „żelaznej kurtyny”, ci ze Wschodu – do czasu festiwalu nie wiedzieli, jak smakuje coca-cola, nie wiedzieli, jak zauważyła poetka Agnieszka Osiecka, że ulice podczas uroczystości można dekorować różnokolorowo, a nie tylko na czerwono[2].

Jacek Kuroń mówi wprost, że festiwal miał dla polskiej młodzieży znaczenie wręcz rewolucyjne, porównywalne z tym, jakie wywarły na świadomości politycznej Polaków relacje z życia najważniejszych prominentów partyjnych, ogłoszone na falach radia Wolna Europa przez zbiegłego na Zachód ubeka Józefa Światło. „Przyjechali ze świata kolorowi, młodzi ludzie, którzy tańczyli, śmiali się, byli gotowi dyskutować na każdy temat, nie bali się żadnych tabu. Festiwal (...) ujawnił całe zakłamanie i fałsz tego stylu życia, który był lansowany jako postępowy. Okazało się, że można być postępowym, a jednocześnie bawić się życiem, nosić kolorowe ubrania, słuchać jazzu, bawić się i kochać”[3].

 

Festiwal Młodzieży zrobił wyłom w polskiej obyczajowości w roku, w którym zmarł Albert Einstein, w Pradze stanął pomnik Stalina, Elvis Presley wystąpił po raz pierwszy w telewizji, ostatnie oddziały Armii Czerwonej opuściły Austrię, a General Motors jako pierwsza amerykańska korporacja osiągnął ponad miliard dolarów zysku.

W Polsce w tym czasie Adam Harasiewicz został zwycięzcą V Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina, w Warszawie oddano do użytku Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina, Uniwersytet Poznański przemianowano na Uniwersytet im. Adama Mickiewicza (w setną rocznicę śmierci wieszcza) i powstał Totalizator Sportowy.

Niecały rok później, w marcu 1956 roku, zmarł w Moskwie Bolesław Bierut, I Sekretarz KC PZPR (jak plotkowała warszawska ulica, zaszkodził mu „tajny referat” I Sekretarza KC KPZR Nikity Chruszczowa, wygłoszony na zjeździe sowieckich komunistów, w którym obciążył Stalina popełnionymi zbrodniami), a w czerwcu w Poznaniu władza ludowa wprowadziła w życie słowa premiera Józefa Cyrankiewicza o odrąbaniu ręki, którą na ową władzę podniósłby jakikolwiek szaleniec. I władza kazała strzelać do robotników, którzy wyszli na ulice, aby upomnieć się o godność i swoje prawa.

Jednak pięć miesięcy później nastąpił polski Październik – władzę jako I Sekretarz KC PZPR objął zwolniony z odosobnienia Władysław Gomułka. Entuzjazm ludzi był ogromny, Gomułka był symbolem odnowy, świat uważał go za charyzmatycznego przywódcę. Niektórzy zastanawiali się jednak, dlaczego premierem pozostał Józef Cyrankiewicz. Odpowiedź przyszła bardzo szybko – w roku 1964 w Komitecie Centralnym próżno byłoby szukać zwolenników październikowego kursu. Zostali sami twardogłowi. Zawiedzionemu odejściem od rewolucyjnych zmian społeczeństwu władza zaczęła podsuwać smakowite kąski. A to mieszkanie (co z tego, że mikroskopijne i ze ślepą kuchnią, skoro wcześniej w zniszczonym wojną kraju nie można było nawet o tym pomarzyć), a to talon na samochód (co prawda syrenkę, ale wcześniej dostępne były z rzadka wołgi i to tylko dla niektórych). Ludzie zaczęli rozglądać się za tym, jak owe wymarzone M3 wyposażyć, nie w głowie im była walka o „socjalizm z ludzką twarzą”. Kiedy więc w 1962 roku Tadeusz Różewicz opublikował dramat Świadkowie albo Nasza mała stabilizacja, przeniesienie tytułu na okres rządów Gomułki było tylko kwestią czasu. Jedni utożsamiali pojęcie „stabilizacja” z zastojem, inni – odczytywali pozytywne znaczenie tego pojęcia, przeszkadzał im jednak przymiotnik „mała” kojarzący się z niskim poziomem.

Jako tako nakarmione społeczeństwo, które nie musiało już stać w kolejkach po podstawowe artykuły, chciało się bawić. Szukało rozrywki innej niż dotychczas preferowane przez władze: tańce ludowe i pieśni masowe, inteligentnej, czerpiącej z wzorów zachodnich. Stąd wysyp kabaretów, fenomen Piwnicy pod Baranami i polskiego big-beatu. No i rozkwitł największy imprezowicz w Polsce – telewizja. Ale gdy społeczeństwo bawiło się, władza szykowała kolejny szok – antysemicką akcję w 1968 roku, która oprócz tego, że skrzywdziła tysiące Polaków pochodzenia żydowskiego, zmuszając ich do emigracji, była zapowiedzią tego, co miało nastąpić za dwa lata – końca epoki „małej stabilizacji”. Nadeszły inne czasy i inne rozrywki...

2 NIE MA JAK POMPA

Przyjęcia, rauty, party z bardziej lub mniej oficjalnych okazji gromadziły całą „warszawkę” w miejscach, w których trzeba było się pokazać, lub u osób, u których trzeba było bywać, aby nie wypaść z towarzyskiego obiegu.

Szczytem marzeń towarzyskiego warszawskiego high life’u w latach sześćdziesiątych było zaproszenie do udziału w przyjęciach dyplomatycznych wydawanych przez ambasady różnych krajów z okazji świąt narodowych bądź wizyt znamienitych gości. Największą wartość miały zaproszenia z ambasad państw zachodnich: tam zjawiali się przedstawiciele towarzystwa i tego hołubionego przez władze PRL-u, i tego sekowanego. Do placówek dyplomatycznych krajów socjalistycznych osoby negujące obowiązujący system światopoglądowy nie były zapraszane.

W 1957 roku Warszawę odwiedził Ho Chi Minh, komunistyczny przywódca Wietnamu Północnego. Na przyjęcie, które wydał on w dawnym Pałacu Prymasowskim przy Senatorskiej, zaproszono oczywiście partyjnych i państwowych działaczy (jeśli zapraszali dyplomaci z bratnich państw socjalistycznych, to w tej kolejności) oraz luminarzy życia kulturalnego. Wśród tych ostatnich pojawił się pisarz, działacz i pieszczoch PRL-owskiej władzy Jarosław Iwaszkiewicz z małżonką Anną. Przyjęcie pisarzowi i eks-dyplomacie (przed wojną pracował przez pewien czas w polskim przedstawicielstwie w Danii) nie przypadło do gustu. „Przyjęcie nie było ładne. Oczywiście dlatego, że było ciasno: jedna tylko sala służąca zarazem za jadalnię i salę do konwersacji”[4] – zanotował pisarz. Iwaszkiewiczowi nie podobała się również rozmowa z gospodarzem przyjęcia. Nazwał ją „banalną” i „emfatyczną”. Zachwyciła go natomiast własna... żona (co wydaje się tym bardziej zaskakujące, że preferencje erotyczne pisarza nie były tajemnicą). „Wyglądała w tym całym towarzystwie, jakby zeszła z księżyca. Nie pasowała do tego całego dobrze odżywionego, ordynarnego zebrania, wyglądała tak eterycznie i zarazem tak pięknie, że można było ją wziąć za anioła”. Ale Anna Iwaszkiewiczowa namówiła męża na udział w raucie nie dlatego, aby być podziwianą w kreacji autorstwa Józefiny Jędrzejczakowej, córki gospodyni Iwaszkiewiczów na Stawisku, lecz liczyła na spotkanie tam Władysława Gomułki. Towarzysz Wiesław jednak przyjęcia swoją obecnością nie zaszczycił.

Być może dlatego, że I sekretarz nie czuł się zbyt pewnie na dyplomatycznych salonach. Po Warszawie krążyła anegdota, trudno stwierdzić, czy prawdziwa, ale kapitalnie oddająca mentalność Gomułki. Podczas przyjęcia w ambasadzie francuskiej podano jako jedno z pierwszych dań owoce morza oraz misy z wodą z plastrami cytryny przeznaczone do umycia rąk. Towarzysz Wiesław, będąc spragniony, a nie znając etykiety, miał się owej wody po prostu napić. Po fakcie dyskretnie mu wytłumaczono, do czego owa woda z cytrusami służy. Kiedy więc pod koniec przyjęcia wniesiono poncz z pływającymi plastrami cytrusów, Gomułka w wazie z napitkiem umył ręce...[5]

Iwaszkiewicz grymasił, że podczas dyplomatycznych przyjęć bywa zwykle ten sam zestaw gości. 8 czerwca 1961 roku, po raucie w ambasadzie Szwajcarii, zanotował: „Adam Nagórski, Tatarkiewiczowie, Lorentzowie, Szyfmanowie. Ktoś pewnie zapisuje w tej chwili: zawsze ci sami Iwaszkiewiczowie. Zadziwiająca trwałość »towarzystwa« mimo zmian ustrojów, wojen, przekształcenia się obyczajów”[6]. Natomiast 26 października tego samego roku uczestniczył w śniadaniu wydanym w pałacu w Jabłonnie na cześć Elżbiety, królowej Belgów, i jej najmłodszej córki, księżniczki Marie-Jose. Zatrzymały się w Polsce, wracając z wizyty w Chinach i ZSRR. Iwaszkiewicz znał już królową Elżbietę – był przez nią przyjęty podczas wizyty w Belgii, a w roku 1955, kiedy królowa gościła w Polsce podczas V Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego, pełnił honory gospodarza i opiekuna dostojnego gościa. Wtedy to wydał na jej cześć w Stawisku śniadanie („jak wszyscy wiedzą, Iwaszkiewicz był snobem. Trzeba było komunizmu, żeby mógł gościć u siebie w domu na śniadaniu królową...”[7] – żartował po latach wielki kompozytor Witold Lutosławski, biorący również udział w tym przyjęciu). Doszło wtedy do popełnienia faux pax wobec zasad zachowania się przy stole. Zamiast odpowiednich sztućców do jedzenia ryby (szeroki i tępy nóż), podano dwa widelce. Królowa, która nie wiedziała, do czego mają służyć owe dwa widelce, nie zaczynała jeść ryby, czekając na odpowiednie sztućce, a skoro gość honorowy nie zaczynał jeść, to nikomu przy stole nie wypadało...).

Dwaj adwersarze: Jarosław Iwaszkiewicz i publicysta oraz poseł i muzyk Stefan Kisielewski, uczestniczyli w tym samym przyjęciu w ambasadzie Francji z okazji święta narodowego 14 lipca 1969 roku. W swoich dziennikach żaden nie wspomina, czy spotkali się, obaj natomiast zgodnie raut skrytykowali. „Okropne było przyjęcie, skąpe do niemożliwości, z drzwiami do ambasady zamkniętymi na klucz i wszyscy na wygonie”[8] – zanotował Iwaszkiewicz. „Ludzi straszne masy, przygotowali przyjęcie w ogrodzie, a tu deszcz lał jak z cebra. Czekaliśmy na wejście w ogonie blisko kilometrowym, płaszczy nie było gdzie kłaść, istna klęska żywiołowa”[9] – odnotował Kisielewski. Obaj panowie wymieniają za to długą listę znajomych, których tam spotkali, oraz oficjeli. Na pierwszym miejscu – premiera Józefa Cyrankiewicza. Iwaszkiewicz ubolewa, że Cyrankiewicz go nie lubi i daje temu wyraz zachowaniem, Kisielewski podkreśla zaś, że „rzecz jasna” nie ukłonił się Cyrankiewiczowi. Cyrankiewicz za to ukłonił się, i nie tylko ukłonił, Krystynie Mazurównie, ówczesnej gwieździe polskiego tańca nowoczesnego. W ambasadzie znalazła się jako partnerka Krzysztofa T. Toeplitza, publicysty i pisarza. „W absolutnej ciszy Cyrankiewicz, który szedł na czele, rozejrzał się dookoła, po czym pewnym krokiem skierował się po murawie... tak, ku mnie! Podał mi rękę, skłonił się, jakby do ucałowania mojej urękawicznionej dłoni, a po bacznym przyjrzeniu się i wypowiedzeniu kilku banałów oddalił się, a z nim cała chmara oficjałów”[10] – wspomina Mazurówna. Cała „warszawka” obecna na przyjęciu komentowała zachowanie premiera. Jedni mówili, że Cyrankiewicz pomylił Mazurównę z kimś innym, inni (to zapewne opinia „życzliwych” koleżanek), że tancerka miała być kolejną ofiarą łasego na kobiece wdzięki polityka, ale przyjrzał się jej z bliska i... zrezygnował. W pamięci tancerki został jej specjalnie na tę okazję przygotowany strój (sukienka z zasłony w kolorowy filmdruk: na szyi obcisły golfik, gołe ramiona, u dołu króciutka, dekolt w trapez, ale na wysokości brzucha pokazujący pośrodku pępek, do tego czarne rękawiczki powyżej łokci i wielki słomkowy kapelusz z Paryża) oraz menu (oliwki – „fuj! wydały mi się obrzydliwe! zupełnie nie słodkie!”, mikroskopijne kanapeczki – „to już lepsze mmm!” i ptasie mleczko „ach, jakie wspaniałe! wepchnęłam też, ile mogłam, do koronkowej torebeczki”[11]).

Bywały i poważniejsze dyplomatyczno-towarzyskie skandale. Maria Dąbrowska sprowokowała taki podczas pobytu w roku 1956 w Sztokholmie na obradach Światowej Rady Pokoju, jak określiła to sama pisarka: „stypie” ruchu obrońców pokoju – organizacji skupiającej lewicujących artystów i naukowców. Dąbrowska była członkinią polskiej delegacji, natomiast w radzieckiej uczestniczyła pisarka Wanda Wasilewska, komunistka, współtwórczyni armii generała Berlinga, córka wielkiego polskiego polityka, patrioty i socjalisty Leona Wasilewskiego, która jeszcze przed II wojną światową jako ojczyznę wybrała sowiecką Rosję. W hotelu Carlton zaplanowano spotkanie towarzyskie, w którym, jak zapewniano Dąbrowską, mieli uczestniczyć tylko polscy delegaci. Kiedy pisarka przybyła do hotelu, wziął ją pod rękę Ostap Dłuski, działacz Ruchu Obrońców Pokoju, pytając: „Znasz Wandę Wasilewską?”. Dąbrowska jej nie znała, a co ważniejsze – nie miała zamiaru poznawać „tej renegatki” i, gwałtownie zabierając rękę, dała temu wyraz. „Usłyszałam, bardzo zdetonowana, że Anna [Kowalska, pisarka i bliska przyjaciółka Dąbrowskiej – red.] mówi: »Zlituj się, Maryjko«, a Iwaszkiewicz: »Właśnie – to Jasia [Broniewska – pisarka, pierwsza żona Władysława Broniewskiego, przyjaciółka Wasilewskiej – red.] to urządziła. Miała być tylko polska delegacja«. W rezultacie kolacja odbyła się w nastroju jak u Dostojewskiego. Wasilewska siedziała o dwa miejsca ode mnie. Jarosław pił dużo i nazajutrz zachorował na serce (a teraz w Warszawie podobno opowiada, że to przeze mnie). (...) nazajutrz z satysfakcją stwierdziłam, że miałam rację, unikając zetknięcia się z Wasilewską”[12] – opisuje incydent Dąbrowska. Otóż podczas obrad plenarnych do stolika polskiej delegacji podeszła właśnie Wasilewska i zwróciła się do Broniewskiej: „Chodź na kawę. Co wy tu siedzicie w tej Berezie. To przecież jest prawdziwa Bereza te sesje”[13]. Te słowa – porównanie do sanacyjnego obozu odosobnienia w Berezie Kartuskiej – ogromnie oburzyły Dąbrowską.

 

Oficjalnym uroczystościom, jak jubileusze artystów, towarzyszyły spotkania towarzyskie. Ich rozmach zależał od uznania, jakim bohaterowie wydarzenia cieszyli się w oczach decydentów. Lucjan Rudnicki, pisarz i działacz ruchu robotniczego, 6 stycznia 1962 roku z okazji 80. urodzin doczekał się zaledwie zaproszenia na herbatkę do Belwederu. Wypił ją w towarzystwie ówczesnego Przewodniczącego Rady Państwa Aleksandra Zawadzkiego i kilku partyjnych notabli oraz kolegów po piórze, jak Jerzy Putrament, Władysław Broniewski i Jarosław Iwaszkiewicz.

A Iwaszkiewicz, jako ulubieniec PRL-owskich władz, uroczyście obchodził 19 lutego 1969 roku jubileusz 75-lecia urodzin. Najpierw do jego domu w Stawisku przyjechali najwyżsi państwowi i partyjni notable oraz oficjele Związku Literatów Polskich. Otrzymał Złoty Medal imienia Fryderyka Joliot-Curie przyznany przez Prezydium Światowej Rady Pokoju, w której aktywnie działał od lat, chociaż niewiele z tego dla światowego pokoju wynikało. Na zakończenie uroczystości z koncertem wystąpiła wybitna pianistka Barbara Hesse-Bukowska. Druga część obchodów odbyła się w bardziej reprezentacyjnym miejscu – Belwederze. Niezbyt życzliwy Iwaszkiewiczowi Stefan Kisielewski tak opisał je w swoich Dziennikach: „Jubileusz starego błazna i wazeliniarza Iwaszkiewicza odbywa się z wielką, ale okropnie prześmieszną pompą. Prześmieszną, bo takie to grubymi nićmi szyte i takie fałszywe: na przyjęciu w Belwederze kolekcja nowych »przyjaciół« prezesa: Putrament, Gisges, Centkiewicz, Jurandot, Przyboś oraz oczywiście Kraśko, Kliszko etc. Spychalski wysławia wkład starego do socjalizmu (koń by się uśmiał) i stwierdza, że: »masy ludowe, nasz nowy już naród z rozmachem twórczym kształtujący swój lepszy socjalistyczny los, widzą w Jarosławie Iwaszkiewiczu pisarza naszych czasów, czasów wielkiego przełomu w naszej tysiącletniej historii, pisarza, który całym swoim zacnym życiem...« etc., etc. Pisarz, wzruszonym oczywiście głosem, przyświadcza, że póki sił, służyć będzie Polsce Ludowej itd. Zupełna komedia, przypomina się Zielony Frak Flersa i Caillaveta. Podobno Talleyrand jeszcze na łożu śmierci wazelinował się królowi. A jednak gdzieś na dnie serca stary pedał żałować musi, że nie ma z nim Jurka, Pawła czy Julka. A pisarz dobry (choć niesocjalistyczny), tyle że świnia z niego stara i tak już zostanie. Ha!”[14].

Po Warszawie krążyła anegdota, że Związek Literatów Polskich postanowił również urządzić jubileuszową fetę Antoniemu Słonimskiemu. Poeta był jednak w niełasce u PRL-owskich władz. Lesław Bartelski, działacz ZLP, zapytał Słonimskiego, co sam zainteresowany o tym sądzi. „Czy taki, jaki miał Jarosław z dzwonami, armatami i przyjęciem w Belwederze?” – upewniał się przekornie Słonimski. Przerażony Bartelski zaczął się plątać w słowach: „Nie, nie..., taki skromniutki w naszym związku, w tej salce na piętrze”. „Niech się pan nie martwi, panie Bartelski. Odmawiam” – zamknął sprawę Słonimski. „Strasznie panu dziękuję” – ucieszył się Bartelski[15].

Jarosław Iwaszkiewicz był dla gomułkowskiej ekipy kimś, kogo warto połechtać jakimś „zaszczytem” czy synekurką, bo przydawał się w momencie, gdy przed światem trzeba było się pochwalić czymś innym niż kolejnym rekordem w wydobyciu węgla czy zebranych kwintalach z hektara. Zawsze można było poszczycić się przed światem poetą, prozaikiem, posłem i obrońcą pokoju żyjącym z niezwykle inteligentną i światową żoną Anną (z domu Lilpop, córką jednego z najbardziej majętnych przemysłowców przedwojennej Polski; dla poślubienia Iwaszkiewicza zerwała narzeczeństwo z księciem Radziwiłłem, mimo biseksualnych skłonności poety), mieszkających w pięknej willi w Stawisku w malowniczej Podkowie Leśnej. Była więc gościem Stawiska i królowa Belgów Elżbieta, i przedwojenny przyjaciel Iwaszkiewiczów, genialny pianista Artur Rubinstein, i Jean Cocteau – francuski pisarz, malarz i reżyser, i guru egzystencjalizmu Jean Paul Sartre z żoną Simone de Beauvoir... Wizyta Cocteau w Stawisku (23 października 1960 roku) zaczęła się od zgrzytu: gość dotarł o półtorej godziny później, niż był spodziewany (wiozący go kierowca zabłądził w drodze z Nieborowa), ale zachowanie gościa, „był bardzo serdeczny i bez cienia owej francuskiej facticite”, zatarło niezręczność towarzyską z początku wizyty. Cocteau podczas odwiedzin towarzyszył m.in. jego adoptowany syn, aktor Édouard Dermit. Dermit serdecznie rozbawił towarzystwo swoim zaskoczeniem co do stylu życia w Warszawie – przed przyjazdem był pewien, że po ulicach stolicy Polski chodzą niedźwiedzie[16].

Podobnie dobrze czuli się u Iwaszkiewiczów 30 czerwca 1962 roku Sartre i de Beauvoir. Iwaszkiewicz, który cynicznie, ale skrycie wykpiwał ich zaangażowanie w światowy ruch na rzecz utrzymania pokoju, z satysfakcją zanotował: „siedzieli bardzo długo i podobno byli zachwyceni”[17].

Towarzyskim kontredansem okazały się uroczystości pogrzebowe urządzone w Teatrze Polskim po śmierci wielkiego aktora Aleksandra Zelwerowicza. Na okrytym kirem katafalku w holu gmachu przy Karasia trumna, przy katafalku warta honorowa, z głośników płynie Marsz żałobny Chopina, na krześle przed katafalkiem wdowa przyjmuje kondolencje, a na drugim krześle nieco dalej... druga wdowa również przyjmuje kondolencje. Zelwerowicz ożenił się powtórnie na trzy lata przed śmiercią z Maryną, swoją sekretarką z PWST. Jedni więc składali kondolencje jej. Inni, którzy nie lubili drugiej żony, wyrażali współczucie poprzedniej, Krystynie. Ci, którzy najbardziej niepewnie odnaleźli się w tej sytuacji podwójnego wdowieństwa, składali kondolencje obydwu wdowom[18].

Inne książki tego autora