Tuman krwawej mgłyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Andrzej Juliusz Sarwa

Tuman krwawej mgły

Niechaj szepcą jezuity,

Niechaj wrzeszczą demagogi,

Że cel wielki, a ukryty,

Odwszetecznia podłe drogi,

Że, przypadków idąc kołem,

Wolno w bagna zajść szatana,

Potem dusza, w nich skąpana,

Znów odnajdzie się aniołem;

Że się zmaże hańby kartę,

Że królestwo Boże – z czarta,

Że Wszechdobro Złego warte,

Że Wszechmiłość zbrodni warta!...

Zygmunt Krasiński

Armoryka

Sandomierz 2019

Tekst: Andrzej Sarwa

Projekt okładki: Juliusz Susak

Korekta: Zespół

Copyright © 2019 Wydawnictwo Armoryka

All rights reserved.

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-8064-773-2

Prolog

Skonał... w męce okrutnej... między Ziemią a Niebem rozpięty... krwią brocząc z ran, a z serca oprócz krwi wtrysnęła też i woda... i pouciekali wszyscy, którzy zapewniali go o miłości, wierności, oddaniu...

A On umierał, z żalem strasznym wołając, wpatrzony w nieskończony przestwór nieba: „Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?!”.

I tylko Matka u nóg Jego stała... i tylko uczeń jeden... i siostra Matki Jego, Maria Kleofasowa, i Maria Magdalena... a wszyscy inni pouciekali... pouciekali strachem zdjęci... i pełni żalu, rozczarowani, bo ich zawiódł... bo się spodziewali, że On to właśnie wyzwoli Izraela, koronę królewską przywdziawszy... a oni będą współrządzić wraz z Nim, dygnitarzami zostaną, a złoto całego świata trafi do ich kieszeni, a wszyscy mieszkańcy Ziemi będą ich niewolnikami, godnymi tylko wzgardy, a których jedynym sensem istnienia jest tylko to, by służyć wybranemu przez Boga plemieniu...

Tymczasem skonał na drzewie hańby, a oni przecie z Pism wiedzieli, a i starsi ludu tak nauczali, że kto na drzewie powieszony śmierć poniesie, ten jest przeklęty od Boga... więc pouciekali, ratując skórę, a może i głowy... uciekli przed bożym gniewem i zemstą przeciwników Ukrzyżowanego...

Ale wszystko się odmieniło i ci, co Go opuścili, kiedy powstał z martwych, wrócili. A gdy odszedł do Nieba, na ich oczach wznosząc się w górę, aż obłok Go zakrył, znów pozwolili, by nimi owładnął strach. I dopiero gdy w Dzień Pięćdziesiątnicy zstąpiły na nich języki Ognia, odzyskali odwagę i nabrali mocy.

Już trwoga nie przepełniała ich serc i umysłów. Szli od wsi do wsi, od miasta do miasta, z kraju do kraju i głosili dobrą nowinę o Królestwie Bożym.

I oddawali życie za to. I cierpieli tortury. I prześladowania. Palono ich ogniem, gotowano we wrzącym oleju, zabijano mieczem, rzucano lwom i innym dzikim bestiom na pożarcie, krzyżowano i podpalano na tych krzyżach. A oni trwali i coraz większe tłumy przyjmowały naukę Umarłego i Zmartwychwstałego. A im więcej mąk zadawano Jego wyznawcom, im więcej ich mordowano, tym więcej przybywało nowych...

Dobra nowina szerzyła się niczym pożar – nie tylko w Palestynie, nie tylko na terenie Imperium Romanum, ale i w Persji, a i dalej na Wschodzie także, najpierw po Indie, a jeszcze potem dalej i dalej, by w końcu objąć obszar niepomierzony – od Irlandii po Chiny i mongolskie stepy...

A ci prześladowani wyznawcy Mesjasza z Nazaretu, zwanego Chrystusem, to jest Namaszczonym, mówili, iż są Kościołem...

* * *

Lecz czas płynął i ludzie się zmieniali. I Kościół się zmieniał. Ze zgromadzenia męczenników, tworzących Mistyczne Ciało Jezusa, powoli, bo powoli, lecz przeistaczał się w korporację. A ci, którzy nią kierowali, uznali, iż nie muszą być już sługami, jak im nakazał Pan, na dodatek potwierdzając owo własnym przykładem, lecz mogą być władcami. I zaczęli żyć niczym książęta narodów, przywdziawszy mitry i szaty purpurowe. A narody jęły się buntować. A ponieważ utożsamiały owych książąt Kościoła w purpurze i szkarłacie z Panem Chrystusem, buntowały się i przeciw Niemu...

I grzech i bezbożność i herezja i apostazja rozpełzły się po całym świecie. I poczęto mówić w głos, co niegdyś szeptano po cichu, iż nie ma jednego Boga, ale jest ich dwóch – równorzędnych sobie – Bóg Dobry i Bóg Zły. I że toczą między sobą walkę. I że nie jest ważna wiara ni uczynki, lecz wiedza, lecz wtajemniczenie przekazane w skrytości, sub rosa.1 A książęta Kościoła, chociaż następcy Apostołów, nie byli już dla nich tymi, którym ufa się bezgranicznie.

Grzech się rozpełzł po świecie, rozlał niczym brudne fale powodzi, która wiosną pokrywa rozległe połacie kraju, a z wartkim prądem niesie wszystko, co się jej uda porwać po drodze i piękne przedmioty wymyte z pałaców i liche sprzęty z biednych chat i trumny wypłukane z cmentarzy... I grzesznych ludzi i niewinne zwierzęta...

Wielu było takich, którzy widząc, co się dzieje, zepsucie, rozpustę i każdy rodzaj grzechu, jakiego się dopuszczano, i brak poszanowania dla jakiejkolwiek świętości, wieszczyli, iż Pan Bóg już rychło ześle karę na gorszycieli, na zdeprawowanych, na chciwców, na bluźnierców.

I że powróci, by świat osądzić.

Wróci, jak to młodzieńcy w białe szaty odziani zapowiedzieli uczniom przy wniebowstąpieniu: „Mężowie Galilejscy! Czemu stoicie, patrząc w niebo? Ten Jezus, który wzięty jest od was do nieba, tak przyjdzie, jakoście go widzieli idącego do nieba”2 .

A właśnie zbliżał się schyłek pierwszego tysiąclecia od narodzin Zbawiciela. Data nie tylko okrągła, lecz i symboliczna...

* * *

Już wrzesień roku 989 przyniósł pierwsze ostrzeżenie, w postaci jasnej komety rozświetlającej nieboskłon, a rychło potem przyszedł znak drugi: unicestwienie przez ogień wysuniętego najdalej na zachód ówczesnej oikoumene3 , leżącego na wyspie u wybrzeży Armoryki4 , klasztoru i chramu dedykowanego największemu, po Błogosławionej Maryi Dziewicy, obrońcy chrześcijan, świętemu Michałowi Archaniołowi, co uznano za omen kataklizmu tak czytelny, że czytelniejszy już nie mógł był się zdarzyć.... Pośród ludzi zaczęła tedy szerzyć się histeria, która osiągnęła apogeum u schyłku roku 999.

I był to czas, gdy świat okrywał gęsty, mroczny cień, cień roku tysięcznego od narodzenia Pana naszego Jezusa Chrystusa, roku, który w całym chrześcijańskim świecie – przesiąkając też do społeczności Maurów i Żydów – wzbudził popłoch, a ludzie z drżeniem oczekiwali końca świata i rozliczenia podłości, jakich się dopuszczali ich ojcowie, oni sami i ich dzieci. Kiedy to niejednego dotknęło szaleństwo, gdy spoglądał na poukrywane w skarbcach i bezpiecznych schowach kosztowności, wsłuchiwał się w pobrzękiwanie złotych i srebrnych monet, które przesypywał między palcami i zachłannie wpatrywał w blask skrzących się drogich kamieni, jednocześnie uświadamiając sobie, iż wszystko to pójdzie na zmarnowanie i wraz z żywiołami w nieugaszonym ogniu stopnieje...

I był to czas, kiedy bojaźliwi przemodlili i przepościli miesiące, na klęczkach, w błagalnych gestach wyciągając ku niebu ręce i odgniatając kolana, a ciała niektórych spłynęły krwią od zadawanych grzbietom pokutnych samookaleczeń. Nie cichły jęki i zawodzenia, żebranej u Nieba litości i zmiłowania, a dla innych, bluźnierców zuchwałych, tych, którzy do końca Niebu wygrażali pięścią, na odwrót: wzmógł się szał pijacki i rozpustny... I wreszcie nadszedł dzień 1 stycznia roku 1000, który przed jego nastaniem, obwołano mianem dies irae, czyli dniem gniewu.

Nadszedł i... spokojnie przeminął.

A wówczas codzienność popłynęła starym łożyskiem, niczym rzeka, która, po wylewie znów powraca do swego koryta. Lecz był to tylko pozór, bo tak naprawdę rozpoczęła się dla świata nowa epoka. Epoka ocalałych od zagłady, bo za takich się mieli ci, którzy ów straszny rok tysięczny przeżyli, nie postradawszy zmysłów i nie utraciwszy wiary.

Tyle że dla wielu znów na oścież rozwarła się brama ku niepohamowaniu, aby grzeszyć od nowa, więcej jeszcze i bardziej ochoczo, bo nieomal natychmiast zapomnieli o dniach spotniałych od lęku i nocach gęstych od koszmarnych majaków, z których budził ich własny krzyk przerażenia.

Lecz wielu innych wpierw odczuwszy ulgę, zdumiało się, stawiając dręczące, niedające spokoju pytanie: dlaczego?!

Musiał być jakiś błąd w obliczeniach! To pewnie nie ta data! Jasne! Oczywiście! Nie ta data! Więc liczyli i liczyli od nowa i odnowa. I coraz to inne wyznaczali terminy, aż wreszcie ktoś wymyślił, iż ostatnim będzie rok tysięczny, ale nie od narodzin, lecz od śmierci Zbawiciela, a więc rok 1033. Wszakże i ten spokojnie przeminął, a świat trwał...

* * *

W tym czasie, gdy chrześcijanie byli zajęci obliczaniem coraz to nowych dat dnia Sądu Ostatecznego, w Egipcie kalif Al-Hakim bi-Amr Allah zajmował się zgoła czym innym. Początkowo jako pobożny muzułmanin wybudował w Kairze wspaniały meczet noszący po dziś dzień jego imię, później jednak – nie wiadomo czy ogarnięty religijnym obłędem, czy może raczej owładnięty przez demoniczne dżiny, choć początkowo dość wyrozumiały i łagodny dla chrześcijaństwa zaczął je w sposób gwałtowny i bezwzględny zwalczać, choć matkę miał chrześcijankę. Prześladował duchowieństwo i wiernych oraz na ogromną skalę burzył kościoły.

W ciągu dziesięciu lat najdzikszego religijnego terroru, trwającego od roku 1004 do 1014 rozkazał obrabować i spalić ponad trzydzieści tysięcy chrześcijańskich świątyń i monasterów! Szczytowym zaś dokonaniem tegoż kalifa było, w roku 1009, w Jerozolimie, zrównanie z ziemią Bazyliki Grobu Pańskiego, po której nie został kamień na kamieniu.

Szaleństwo Al-Hakima po roku 1014 przybrało jeszcze inną formę. Oto zaczął się skłaniać ku naukom ismailitów, głosicieli i wyznawców ezoterycznych doktryn zawierających pierwiastki filozofii platońskiej wymieszane z gnostyckim mistycyzmem, które były zarezerwowane tylko dla wtajemniczonych. Kalif ostatecznie przystał do tegoż ruchu, z którego wyemanowała nowa grupa religijna – druzowie. Była to kulminacja działalności władcy, który już na początku swoich rządów zapowiedział nadejście nowej ery – ery prawdziwego monoteizmu. A sam ogłosił się inkarnacją Boga, który objawił się w ludzkim ciele, po to, aby naprawić wszystko, co zostało wypaczone przez islam, chrześcijaństwo, judaizm i inne religie.

 

Ostatecznie kalif rozkazał, by Hamza ibn Ali ibn Ahmad, perski ismailita, który w roku 1014 przybył do Egiptu i zaczął tu nauczać, w maju roku 1017 ogłosił rozpoczęcie tejże ery, w której wyznawać się będzie nową religię, al-Muwahhidun – Monoteizm i że Al-Hakim jest Bogiem wcielonym, co zostało potwierdzone stosownym dekretem.

Doktryna, której wyznawcy ostatecznie zostali nazwani druzami, przypisująca sobie pochodzenie od Abrahama, w rzeczywistości jest systemem synkretycznym zawierającym w sobie elementy najrozmaitszych filozofii i religii – gnostycyzmu, neoplatonizmu, pitagoreizmu, ismailizmu, judaizmu rabinicznego, heterodoksyjnego chrześcijaństwa, hinduizmu, buddyzmu, monoteizmu egipskiego sięgającego – być może – czasów Echnatona, zaratusztrianizmu, manicheizmu i oryginalnej myśli samego Hamzy, a może i kalifa al-Hakima także. Na ich bazie powstała odrębna i częściowo tajna teologia, interpretująca święte księgi – Koran, Pismo Święte Nowego Testamentu i własne dzieło Kitab al-Hikma – na sposób i egzo- i ezoteryczny, podkreślająca znaczenie roli umysłu i wiedzy, a nie wiary, dzięki czemu człowiek może ostatecznie osiągnąć stan przebóstwienia. Ponieważ nie jesteśmy jednak doskonali, to aby owo osiągnąć, musimy przejść przez cykl licznych narodzin i śmierci, odradzając się w coraz to nowych ciałach. Dopiero po zakończeniu tej wędrówki dusza dotrze do końca cyklu narodzin i zjednoczy się z Al-aqal al kulli – Umysłem Kosmicznym.

To jest wiedza egzoteryczna, jawna, dostępna dla wszystkich. Jest jednak jeszcze inna wiedza, znana wyłącznie wtajemniczonym, bo druzowie podzielili się na dwie klasy – nieświadomych profanów dżuhhal i wtajemniczonych oświeconych – ukkal. Tyle że na jej temat nic nie wiadomo. Owszem są różne domysły, przypuszczenia, hipotezy, ale... od XI wieku aż po dziś dzień nie znalazł się nikt, kto zdradziłby tajemnicę... Aż trudno w to uwierzyć, niemniej takie są fakty.

Hamza ibn Ali ibn Ahmad, początkowo popierany przez kalifa, w końcu stracił jego zaufanie. Przyczyną tego była chęć wprowadzenia zbyt radykalnych reform – bezwzględnej walki z dawną tradycją, postulowanie wprowadzenia zakazu wielożeństwa, rozwodów, powtórnych małżeństw i innych zwyczajów, do których ludzie byli przywiązani.

Hamza był też atakowany przez innych teologów, w tym również swojego bliskiego współpracownika, któremu na imię było Ad-Darazi. Ostatecznie został przepędzony i nie tylko ślad po nim zaginął, ale został praktycznie zapomniany.

Nie minęło wiele czasu, a podobny los spotkał kalifa.

Al-Hakim uwielbiał samotne nocne wędrówki i z jednej z nich, na którą się wybrał w środę, 13 lutego, 1021 roku, już nie wrócił. Poszukiwania nic nie dały. Bóg i zarazem kalif, czyli władca wiernych, przepadł bez wieści... Co się z nim stało? Czy spotkał go jakiś wypadek? A może został porwany i uwięziony? Być może stracił pamięć? A może został zamordowany? Cóż, wszystkie te przyczyny są prawdopodobne, druzowie jednak wierzą, iż wstąpił do nieba...

Po zniknięciu Hamzy i Al-Hakima przywództwo nad druzami objął Baha’uddin Ali ibn Ahmad ibn ad Dayf5 , który przed śmiercią, w roku 1043 zakazał głoszenia nowej wiary, a przyjmowanie nowych członków do społeczności druzów zostało zabronione, w oczekiwaniu na powrót Al-Hakima, na Dzień Sądu Ostatecznego, na złoty wiek, i na Nowy Porządek Świata, który ma nastać.

Na Dzień Sądu i Nową Ziemię czekali także i chrześcijanie. Lecz to trzeba było odłożyć na później, najpierw bowiem należało odzyskać Jerozolimę i Grób Pański.

Zachód ruszył tedy na wojenną wyprawę przeciw Saracenom... Co też się i udało. Grób Pański odzyskano, a Bazylikę wnoszącą się nad nim odbudowano... Teraz trzeba było już tylko strzec zdobyczy. Stróżami Grobu zostali król jerozolimski oraz świeccy i zakonni rycerze... Do czasu...

Lecz i to odeszło w mroki przeszłości... królowie... kalifowie... rycerze... mnisi... wojny... zwycięstwa... klęski... łupy... krew... łzy... kary zsyłane przez niebiosa... głód... swary i waśnie... i śmierć czarna... i upadek dawnych autorytetów... a potem – Stary Świat uległ transformacji, ale za to Świat Nowy otworzył swe bramy dla tego, co w Starym Świecie zaczęło przemijać... i odtąd nic już nie było tak jak wcześniej... bo odwieczny ład kruszał i butwiał, świat zaś i ludzkość dryfowały w stronę ładu nowego... czy lepszego, jak ludziom wmawiano?...

A jakiż to był jego początek? Nader prozaiczny... Bunt i sprzeciw wobec zastanego porządku... Bo po co naprawiać? Lepiej zniszczyć i... zastąpić swoim porządkiem, według własnych prywatnych wyobrażeń... A może... a może podszeptów diabelskich?...

* * *

Szczególny to był rok, ów rok 1517. Jakiś dziwny i jednocześnie tragiczny, bo rozsiewający zarazki rozłamu w Kościele i buntu przeciw papieżowi rzymskiemu i to na taką skalę, na jaką nigdy jeszcze dotąd się przeciw następcy Piotra nie buntowano. I to ledwie kilka miesięcy potem jak Leon X uroczyście potwierdził na Soborze Laterańskim V to, co ogłosił jego poprzednik Bonifacy VIII w bulli Unam Sanctam6 , zawierającej takie między innymi rewelacje: ...oznajmujemy, utrzymujemy, określamy i ogłaszamy, iż dla osiągnięcia zbawienia konieczne jest posłuszeństwo każdej istoty ludzkiej Biskupowi Rzymskiemu...

A ludzie myśleli, że przede wszystkim trzeba przestrzegać tych dwóch przykazań, na których zawisło całe Prawo i Prorocy: Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej... Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego.7

Tak więc ledwo co minęło owe siedem miesięcy od zamknięcia obrad Lateranense Quintum8 , a przeciw papieżowi, oskarżając go o to, iż jest Antychrystem i diabłem wcielonym, wystąpił sławny augustiański mnich rzymskokatolicki, wielebny ojciec Marcin Luter, człek uczony, doktór.

Luter – pokorny, ubogi, pobożny – rycerz prawdy i gołąbek pokoju, nieumiejący pogodzić się tylko z niegodziwością apostolską.

Zachwycił lud. Szczególnie niemiecki.

Zachwycił władców i szlachtę.

Nie brakowało jednakowoż takich, którzy dostrzegli w nim coś z węża...

Nienawistnicy, zazdrośnicy?

Ba! Nie inaczej.

A może jednak nie?

Niemożebne! Wszak chciał nareperować gmach Kościoła, który sypał się i szedł w ruinę... pokorny, ubogi, pobożny mnich...

„– Och – powiadali jedni – jego wystąpienie przeciw Rzymowi... to nic osobistego, on niczego dla siebie nie chce!”.

„– Wąż, chytry, przebiegły, podstępny i samolubny – dowodzili inni – zresztą zobaczycie, maluczko a zmieni skórę, jak to u wężów jest w naturze”.

A naprawa Kościoła, którą Luter rozpoczął od młotka, czterech gwoździ i karki papieru z dziewięćdziesięcioma pięcioma tezami przeciw papieskim naukom, którą przybił o poranku 31 października 1517 roku na drzwiach kościoła zamkowego w Wittenberdze, a których sens najważniejszy można by streścić w jedynym zdaniu: „Czemuż to papież, skoro taką władzę posiada, nie uwolni z czyśćca wszystkich dusz, miłością się kierując i miłosierdziem względem nich, a jeno niektóre i to na dodatek za pieniądze?”

Zatem, jako się rzekło, naprawa Kościoła szła już teraz pełną parą!

Przy pomocy siły umysłów i siły mięśni, siły władców i siły ich mieczy!

„– Zobaczycie, że zmieni skórę, jak to u wężów jest w naturze!” – upierali się nienawistnicy.

„– A cóż on może? – mnich-biedaczyna wyniszczony ascezą, o czymże mówicie?!” – oburzali się obrońcy.

„– Wyniszczony? Czym wyniszczony?! – rechotali przeciwnicy – Toż to opój i żarłok o ile jeszcze nie co gorszego. Ledwo mu się tłuste dupsko w ten przyciasny habit mieści!”

„– Och bluźniercy! Każden papież – ten to ci jest dopiero opój, żarłok i rozpustnik!” – ciskali się oponenci.

„– Który? Medici? Leon X?9 Brednie! Człek spokojny i pobożny był”.

„– Jakie znów brednie? To był żarłok, pamiętacie tę jego spasioną gębę. A na dodatek jawny ateusz i sodomita!”

„– Łgarstwa! Ateusz? Przenigdy, on w Boga wierzył głęboko! Sodomita? Też coś! Co najwyżej na sodomię kardynałów oko przymykał. Może to i niechwalebne... może... Na ten przykład kardynał Bibbiena10 odkrytym sodomitą był, i owszem, zaprzeczyć się nie da, ale Ojciec Święty?! – przenigdy!”

„– No właśnie – rechotali przeciwnicy – przez ścianę nieomal mieszkał z tym Bibbieną. Jak brat z siostrą żyli, nie inaczej! Jak brat z siostrą! A żywili się prażonym grochem bez omasty i źródlaną wodą zapijali”.

„– Czego się czepiacie? I jeden i drugi już pomarli!”

„– A co? Papież Boeyens, Hadrian VI?11 Ten był lepszy?”

„– A co mu zarzucacie? Uczciwość? Zresztą też już mu się zmarło, czym niebywale uradował niewdzięcznych rzymian!”

„– No to nam się w komplecie ostał jeszcze Giuliano Medici Klemensem VII12 zwany, sam bękart i ojciec bękarta, co to go na dodatek z czarną murzynką spłodził! Ten ci dopiero wzór świętości! A doktor Luter dwóch już przeżył. I to w dobrym zdrowiu. A dozwoli Pan Jezus to i Klemensa przeżyje!13 To, komu Pan Bóg błogosławi? Hę?”

„– A my was ostrzegamy, że ów cały Luter to wąż chytry i prędzej, czy później zrzuci skórę. Najpierw wszelako uwiedzie z was, ilu się tylko da. Pomnicie nasze słowa!”

„– Zakładać się nie będziemy”.

„– Pewnie. Czas pokaże. Już rychło”.

* * *

Rankiem 9 października 1524 roku przyodziany w czarny habit z kapturem augustiańskiego mnicha, ściągnięty takiejże samej barwy skórzanym pasem i przełożonym przez głowę szkaplerzem, zakrywającym barki, plecy i piersi, z kapłańską stułą zwisającą z ramion, chociaż już w żadne tradycyjnie pojmowane kapłaństwo nie wierzył, ale stuła przydawała mu powagi, stanął na kazalnicy podziwiany przez wielu, a znany już w całym chyba cywilizowanym świecie, słynny reformator Kościoła wielebny doktor Marcin Luter. Słowa, które wypowiadał, układały się w zdania, a zdania hipnotyzowały słuchaczy.

Gdyby jednak zacząć tych ostatnich dopytywać co tak naprawdę ze słów Lutra zrozumieli, większość zapewne nie umiałaby odpowiedzieć. Luter kazał i to im wystarczało.

Większość zrozumiała z tego całego szumu i zamieszania, z głoszonych przez niego nauk, tylko tyle, że wszystko, co było, należy zmienić, unicestwić i na gruzach budować nowy świat, nowy ład, nową sprawiedliwość i głosić też nową... prawdę.

I niektórzy wzięli to sobie do serca. Myśleli, że on tak na poważnie. Kim byli ci naiwni? Otóż chłopami, którzy zaryzykowali, by przeciwstawić się swoim panom. I w tymże, 1524 roku, pierwsi powstańcy chwycili za broń – za widły, kosy, grabie, co tam kto miał, paląc, rabując, na odlew waląc, kogo popadło. W pierwszych dniach października rewolta rozgorzała na całego.

Teraz czekano już tylko na to, jakie stanowisko zajmie Wielki Reformator, którego chłopscy powstańcy mieli nieomal za boga i mieli też nadzieję, że się wykreuje na ichniego przywódcę.

* * *

Kościół był przepełniony po brzegi. Widziało się ludzi wszystkich stanów: i chłopów i mieszczan i szlachciców i duchownych. A Luter mówił... i mówił... i ręce wznosił i opuszczał i gestykulował. Jego pospolita, nalana twarz nie wyrażała wszakże żadnych uczuć. Lecz nie mówił beznamiętnie. Bynajmniej. A to jedno z drugim trudno jest pogodzić, mistrzem tedy musiał być nie lada.

W końcu jednak ten i ów pojął, że to, co słyszy, nijak nie pasuje do tego, co kaznodzieja wygłaszał wcześniej, a czego na domiar nie powinna nauczać osoba duchowna, a za taką doktor Luter wszak przecie ciągle uchodził.

Oto bowiem ni mniej, ni więcej, tylko zwrócił się do książąt, iżby zabijali buntujących się chłopów, z góry rozgrzeszając ich z tych uczynków i pouczając, iż ręka, która kieruje mieczem, nie jest ręką człowieka, lecz ręką samego Boga i to nie człowiek wiesza, łamie kołem, ścina, morduje i prowadzi wojnę, lecz Bóg. Bo jeśli ciało chorzeje i członki dotyka gangrena, to trzeba je amputować, iżby uratować życie człowieka i lekarze tak czynią. Podobnie tedy trzeba spojrzeć na żołnierzy, którzy chociaż zabijają, to przecież nie z okrucieństwa, bo to, co czynią, jest konieczne dla świata i nieodzowne niczym jedzenie i picie dla ciała. I tak właśnie – mieczem – trzeba bunt chłopski uśmierzyć.

 

W kościele dało się słyszeć najpierw szum, a potem wyraźny pomruk niezadowolenia. Ktoś splunął w kierunku kazalnicy, ktoś pogroził pięścią. Znaczna gromada dotychczasowych słuchaczy rozpychając się łokciami, wzburzona ruszyła ku wyjściu.

Doktor Luter zdążał ku końcowi przemowy. Widząc, co się dzieje, nie zamierzał dalej ciągnąć tego tematu.

Zszedłszy z ambony, skierował się w stronę prezbiterium, ocierając rękawem habitu czoło zroszone potem. Chciał, minąwszy ołtarz, skryć się w zakrystii, ale naraz, jakby wyrastając spod ziemi, zastąpił mu drogę jakiś mężczyzna o smagłej cerze i żółtych oczach z pionowymi pustymi źrenicami, ubrany wedle hiszpańskiej mody.

– Witaj doktorze! Gratuluję wyśmienitego kazania – uśmiechnął się szeroko.

Luter bacznie mu się przyjrzał, mierząc od stóp do głów i głęboko zajrzał w te jego osobliwe oczy.

– Wiem, kim jesteś, Atanasie... apage!14 Nie chcę już więcej twoich rad ni sugestii.

– Jakoś ci wcześniej moje rady nie wadziły... ale teraz akurat nie mam żadnej. Chcę ci tylko pogratulować, zrobiłeś dziś wspaniałą robotę, piękne ona wyda owoce!

– Apage!

– Doktorze!

– Czego?

– Hm... jakby tu rzec... i śmiesznie i żałośnie wyglądasz w tym habicie. Wszak żaden już z ciebie mnich! Śluby połamałeś, Kościół rzymski cię wypluł, rzucając anatemę...

Luter spojrzał na rozmówcę spode łba i mruknął:

– Nie sposób nie zgodzić się z tym, co mówisz. Ale nie wszystko to prawda, co mówisz.

– W sprawie czego?

– Połamania ślubów. Przynajmniej jawnie i oficjalnie. Żony nie mam.

– Kwestia czasu. Ale w tym habicie jej nie znajdziesz, co najwyżej gromadkę konkubin, a te przecie już, zdaje się, przytulasz! – dziwny mężczyzna parsknął śmiechem.

Luter machnął dłonią, opędzając się od natręta.

* * *

Popołudnie 9 października 1524 roku było w miarę ciepłe i pogodne. Doktor Luter postanowił udać się na przechadzkę, aby zażyć powietrza. Kiedy pojawił się na ulicy, jego widok wzbudził niemałą sensację. Oto bowiem nie miał już na sobie augustiańskiego habitu, lecz długą do ziemi czarną spodnią suknię, po wierzchu okrytą fałdzistym, tej samej długości i tejże samej barwy płaszczem, na stopach nie widać było mniszych sandałów, lecz bogate skórzane buty, głowy zaś nie okrywał mu mniszy kaptur, lecz doktorski beret, który całkowicie zakrywał zarastającą już tonsurę.

Jakiś przechodzień, najwyraźniej niebędący zwolennikiem nauk reformatora na jego widok w nowym przyodziewku parsknął śmiechem i z szyderstwem zakrzyknął:

– I oto wąż zmienił skórę!

* * *

Tajemniczy mąż w hiszpańskim stroju, który rozmawiał z Lutrem w świątyni, wolnym krokiem podążał za dwoma mnichami, najwyraźniej zwolennikami reformy Kościoła i świata, chociaż... chociaż... nie do końca może jeszcze do tego przekonanych...

Nadstawiał ucha i słuchał, jak młodszy z zakonników składał swojemu mentorowi relację z tego, co się działo w Niemczech:

– Ojcze, w okresie od października 1524 do października 1525 roku po licznych krwawych i wyniszczających kraj potyczkach i bitwach, śmierć poniosło ponad sto tysięcy niemieckich chłopów. Tych, którzy dali wiarę, że reformacja ich wyzwoli.

– No przecież wyzwoliła.

– A to z czego?

– Z życia, głupcze, z życia! Ach! Jakaż to piękna ofiara w zacnej sprawie złożona. Ten zapach krwi... czujesz go bracie? Czujesz? Słodkożelazisty zapach chłopskiej juchy...

– Niczego nie czuję. Jeśli jednak owa ofiara przyniosła ci, ojcze, aż takie zadowolenie, cieszę się razem z tobą.

– O tak!... Na jednym froncie się traci, na innym zyskuje... Przeczuwam, iż takich ofiar będzie tu jeszcze więcej... dużo, dużo więcej... I wtedy wszystko się zmieni... Kościół się zmieni... cały świat się zmieni... Niemcy zmienią świat! To z Niemiec wyjdzie płomień, który świat podpali!

– Pewnie. Tyle że na razie kraj wyniszczony, masy chłopów bez środków utrzymania. A brzuchy domagają się strawy. Niejeden w rozpaczy targnie się na własne życie, a może zadusi czy zarąbie też dziadki i żonę, aby nie cierpiały? Ale inny czmychnie do kniei, gdzie sobie urządzi kryjówkę, dogada z drugim, piątym, dziesiątym i po gościńcach będą rabować podróżnych. Strach będzie wędrować przez niemieckie kraje. Do tej pory rabunkiem trudnili się tylko nasi wspaniali rycerze, teraz wyprodukowali sobie konkurencję spośród gminu. Dawniej wiedziało się, który zamek omijać, teraz już nigdzie nie będzie się pewnym swego losu.

* * *

Gdy protestantyzm w Niemczech okrzepł, gdy Kościół luterski formalne się ukonstytuował w roku 1530 na sejmie w Augsburgu, gdzie opracowano dokument znany pod nazwą Confessio Augustana, czyli Wyznanie Augsburskie wiadomo już było, iż katolicyzm znalazł się w defensywie i chociaż może nie śmiertelnie, ale bardzo ciężko został poraniony.

A kiedy prócz Lutra wystąpili inni jeszcze naprawiacze świata – Melanchton, Zwingli, Kalwin, Knox, czy król Anglii Henryk VIII15 , wymieniając tylko tych główniejszych, protestantyzm jął się roznosić niczym potężny pożar po całej Europie.

Z miesiąca na miesiąc, z roku na rok narastał konflikt między katolikami a zwolennikami reformacji. Kościół katolicki tracił wiernych i to zarówno w zastraszających ilościach, jak i w zastraszającym tempie. Odpadało od niego albo dobrowolnie, albo pod przymusem tysiące i tysiące ludzi.

Wypowiedziano tedy protestantom wojnę. Ci jednak tak urośli w siłę, a szczególnie w Niemczech, że niektóre państwa i miasta Rzeszy 27 lutego 1531 utworzyły związek protestanckich księstw i miast16 , aby wspólnie się bronić przed katolikami. Razem reprezentowali taką moc, iż cesarz Karol V musiał się przed nim ugiąć i zawarł z nimi już w rok później upokarzający dumnego władcę pokój. I to bynajmniej nie na jego warunkach.

Cóż... widać tak się miały potoczyć losy świata...

Nadeszło nowe?

Zasadne pytanie.

Poniekąd. Ale bardziej nadszedł niesłychany zamęt, dla niepoznaki nazwany Odrodzeniem czy tam Renesansem. Tak, rozkwitło odrodzenie, potężne, ale starożytnego zabobonu, okultyzmu, magi białej, czarnej i jakiej tam jeszcze, alchemii, hermetyzmu, wróżbiarstwa we wszelkich jego odmianach, a przede wszystkim satanicznego gnostycyzmu...

I we wspaniałych pałacach i na uroczyskach odprawiano czarne msze, a Europę rozświetlały niezliczone stosy, w zdecydowanej większości rozpalane przez postępowych reformatorów, u których zacofani katoliccy inkwizytorzy mogliby co najwyżej terminować...

I tak się owo toczyło.

Dziś te zdarzenia mocno wyblakły bądź wręcz pokrył je mrok niepamięci, ale przecież ciągle wydają owoce. A czy zdrowe, czy trujące niechaj już każdy sam w sercu osądzi...

Tak czy inaczej, dzień 27 lutego 1531 roku już ostatecznie rozpoczął czas nieubłaganego postępu... i z Niemiec wyszedł płomień, który świat podpalił. Ten był pierwszy, bo potem pojawiały się kolejne płomienie, które sprawiały, iż świat gorzał coraz mocniej, na coraz większym obszarze, iżby w końcu go spopielić... ale o tym później...

* * *

W zimowy grudniowy wieczór roku Pańskiego 1717, za oknami monarszych komnat wersalskiego pałacu rozlegało się nienaturalnie upiorne wycie wichury pędzącej od północy ku murom wspaniałej rezydencji, która się rozsiadła wpośród niemniej wspaniałych ogrodów, teraz jednak skrywających swą krasę, bo przyprószonych śniegiem.

Dziesięć lat liczący król Francji Ludwik XV 17 na wpół leżał na szezlongu obitym błękitną materią przetykaną w fantazyjne wzory złotą nicią i z powagą malującą się na dziecięcej twarzyczce, starając się ukryć lęk, wsłuchiwał się w opowieść, którą snuł marszałek Villeroy 18 .