Polska-RosjaTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Wstęp

Rozdział I. Zakładnicy pamięci

Rozdział II. Łacińska Polska – grecka Ruś. Kluczowe decyzje

Rozdział III. Jagiełło: car czy król?

Rozdział IV. Czy unia polsko-litewsko-moskiewska była szansą słowiańskiego świata?

Rozdział V. Dlaczego Polacy nie ocalili swojego państwa?

Rozdział VI. Rosyjski pomysł na Polskę, Polaków pomysł na wolność

Rozdział VII. Czy mogliśmy uniknąć kataklizmu?

Spis źródeł ilustracji

Opieka redakcyjna: MAŁGORZATA GADOMSKA

Redakcja: ANNA WOJNA

Korekta: Pracownia 12A, KAMIL BOGUSIEWICZ, MICHAŁ KOWAL

Wybór ilustracji: MARCIN STASIAK

Opracowanie graficzne: ROBERT KLEEMANN

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Andrzej Chwalba i Wojciech Harpula

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2021

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07242-4

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp

Boimy się Rosji. Jak wynika z badań opinii publicznej przeprowadzanych w ciągu ostatnich kilku lat, mniej więcej połowa Polaków uważa Rosję za największe zagrożenie dla bezpieczeństwa naszego państwa. Wojna Rosji z Gruzją oraz interwencje „zielonych ludzików” na Krymie i w Donbasie pokazały, że Kreml jest gotowy do realizowania swojej polityki także drogą interwencji zbrojnej. W kraju, który od początku XVIII wieku oglądał u siebie rosyjskie wojska nader często, to musi rodzić obawę. Ale nasz lęk przed Rosją wynika nie tylko z potrząsania szabelką przez Władimira Putina. Jest efektem doświadczeń kilku ostatnich pokoleń Polaków, dla których Rosja – w różnych wcieleniach – występowała przede wszystkim w roli agresora, ciemiężyciela, złowrogiej siły. Ten strach ma wymiar indywidualny, zakorzeniony w osobistych historiach, bo wiele polskich rodzin w wyniku polityki Rosji spotkały indywidualne tragedie: śmierć, więzienie, zsyłki, przesiedlenia, konfiskaty.

Lęk i obawa przed Rosją towarzyszą Polakom od dawna. Mimo to w czasach zaborów, w dwudziestoleciu międzywojennym, w okresie PRL wrogość wobec polityki państwa rosyjskiego nie była tożsama z niechęcią do Rosjan, kultury rosyjskiej i rosyjskości jako takiej. To się zmieniło. Najnowszy sondaż Centrum Badania Opinii Społecznej z marca 2020 roku nie pozostawia wątpliwości. Niechęć do Rosjan deklaruje czterdzieści dwa procent Polaków. Gorzej wypadają tylko Romowie i Arabowie. Co się stało? Przecież po raz pierwszy od kilkuset lat Polska i Rosja nie walczą ze sobą, rosyjskie wojska nie stacjonują w Polsce, a polskie w Rosji, żadna ze stron nie narzuca drugiej władz ani ustroju.

Dlaczego więc Rosja jest dla Polaków „wrogiem automatycznym”, a stosunki polityczne między Warszawą a Moskwą są lodowate?

Odpowiedzi można udzielać rozmaitych, ale nikt nie zaprzeczy, że stało się tak również dlatego, że Moskwa i Warszawa zaczęły używać historii jako instrumentu prowadzenia polityki. Wątki z przeszłości w rękach polityków (publicystów, propagandzistów) stały się narzędziami służącymi do ofensywy mającej naruszyć narrację historyczną przeciwnika lub do obrony własnej przestrzeni pamięci. W wyniku takiego pojedynku prawda historyczna przestaje mieć znaczenie. Fakty, które nie pasują do tez lansowanych przez „przemysły historyczne” obu krajów, są pomijane. Wyolbrzymia się natomiast te, które utrwalają wzajemny negatywny obraz Polski w Rosji i Rosji w Polsce. Oba kraje i narody dźwigają ciężki bagaż pięciuset lat historii pełnej konfliktów i wojen. Dziś politycy po obu stronach nie tylko pilnują, by nie stał się ani o gram lżejszy, ale dokładają do niego kolejne kamienie. Brakuje rzeczowego, bezstronnego, uwzględniającego racje i motywacje obu stron spojrzenia na bogatą i skomplikowaną historię relacji Polski i Rosji. W naszej, polskiej, opowieści o Rosji, stale powracają obrazy zsyłek, przemocy, gwałtu, zbrodni. Jesteśmy więźniami własnych obsesji, które jeśli nawet na jakiś czas znikają, to jedynie po to, by z jeszcze większą mocą ponownie się objawić. Nasze myślenie o Rosji i Rosjanach oraz wzajemnej historii wciąż jest irracjonalne i silnie nacechowane emocjami, a emocje nie pozwalają na trzeźwą ocenę sytuacji.

Dlatego postanowiliśmy napisać z profesorem Andrzejem Chwalbą niniejszą książkę. Chcieliśmy spojrzeć w niej na relacje polsko-rosyjskie bez filtru naszych narodowych mitów i opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach składających się na to, co Aleksander Puszkin nazwał „starym Słowian sporem”. Uchwycić jego początki w chwili, gdy Piastowie i Rurykowicze dokonywali fundamentalnych wyborów, rozłożyć na czynniki pierwsze momenty, w których związek z Litwą pchnął nas w kierunku konfrontacji z Moskwą, spróbować odpowiedzieć na pytania: czy Rzeczpospolita polsko-litewska mogła wygrać tę rywalizację i dlaczego ją przegrała oraz czy Polacy w XIX i XX wieku w stosunkach z Rosją mieli do wyboru inne drogi niż straceńcza konfrontacja.

Ośmieleni ciepłym przyjęciem książki Zwrotnice dziejów. Alternatywne historie Polski, w której rozmawialiśmy o tym, co by było z Polską i Polakami, gdyby dzieje naszego państwa i narodu potoczyły się w kilku kluczowych punktach nieco inaczej, tym razem zastanawiamy się, czy w historii relacji Polski i Rosji były momenty, które mogły całkowicie odmienić ich bieg i sprawić, że być może dziś widzielibyśmy w Rosjanach bratni naród, a w Rosji przyjaznego partnera. Wyjaśniamy, dlaczego polsko-rosyjskie dzieje ułożyły się w sposób znany z podręczników historii, i sprawdzamy, czy mogły ułożyć się inaczej.

Szukamy wnikliwie i głęboko. Co by się stało, gdyby na Morawach przetrwał chrześcijański obrządek słowiański, a piastowska Polska i Ruś Kijowska na starcie swoich dziejów znalazłyby się w jednej rodzinie religijnej i kulturowej? Czy wielki książę Jogaiło mógł zostać carem zamiast królem Polski? Jaka byłaby Rosja, gdyby ziemie ruskie zjednoczyli nie Rurykowicze z Moskwy, ale litewscy Giedyminowicze? Jaki byłby bieg wydarzeń, gdyby Zygmunt III pozwolił synowi Władysławowi objąć tron na Kremlu? Czy unia polsko-litewsko-moskiewska była możliwa? Dlaczego Katarzyna II zdecydowała się na rozbiory, skoro ich nie chciała? Czy w XIX wieku Polska miała szansę na odzyskanie niepodległości? Co by się stało, gdyby Józef Piłsudski w 1920 roku, zamiast maszerować na Kijów, przyjął ofertę pokojową bolszewików? A może w 1939 roku minister Józef Beck powinien był usiąść do rozmów z Józefem Stalinem i dzięki temu szybko zakończyć rządy Adolfa Hitlera?

To tylko niektóre z wątków, które poruszamy. Jesteśmy przy tym wierni zasadom, które przyjęliśmy, pisząc Zwrotnice dziejów. Zadajemy pytanie: „Co by się mogło zdarzyć?”, opierając się na racjonalnych podstawach. Nie powołujemy do życia fikcji, nie fantazjujemy, ale operujemy postaciami, zdarzeniami i procesami historycznymi wedle akceptowalnych naukowo reguł. Najpierw wyczerpująco wyjaśniamy, co i dlaczego się stało, a potem staramy się wyjaśnić, czy mogło stać się inaczej i jakie byłyby tego skutki. To nie jest kontynuacja Zwrotnic dziejów, której oczekiwała część Czytelników. To przede wszystkim opowieść o momentach, które miały decydujący wpływ na wzajemne relacje obu państw, a później narodów. Staraliśmy się uniknąć wątków, które poruszyliśmy w naszej pierwszej książce, aczkolwiek nie zawsze było to wykonalne. Rozmowa o polsko-rosyjskiej historii nie jest bowiem możliwa bez omówienia okoliczności zawarcia unii Polski z Litwą i zdarzeń, które doprowadziły do rozbiorów.

Zdajemy sobie sprawę, że nie wyczerpaliśmy przebogatej tematyki związanej ze stosunkami polsko-rosyjskimi, z koncepcjami politycznymi dotyczącymi ich ułożenia, życiem Polaków i Rosjan obok siebie, ze wzajemnymi wyobrażeniami i stereotypami. Nie mieliśmy takich ambicji. Jeżeli którykolwiek z poruszonych przez nas wątków skłoni Państwa do dalszych dociekań, będzie to dla nas powód do satysfakcji.

Stosunkowo niewiele mówimy o historii Polski i Związku Radzieckiego po 1939 roku, która była najnowszą odsłoną sporu Lachów i Moskali, zakończoną dopiero w 1993 roku wraz z wycofaniem ostatnich żołnierzy rosyjskich z naszego kraju. Wspomnienia związane z instalacją władz komunistycznych w Polsce i dziejami PRL są ciągle żywe, pełne bolesnych wątków i z pewnością mają duży wpływ na to, jak dzisiaj postrzegamy Rosję i Rosjan. Biorąc jednak pod uwagę bezalternatywność tego okresu, nie poświęciliśmy mu tyle miejsca, ile zajmuje on w naszej narodowej pamięci. Wraz z podpisaniem paktu Ribbentrop–Mołotow i przegraną kampanią wrześniową Polacy zostali bowiem pozbawieni możliwości jakiegokolwiek wyboru. Nie mogliśmy w żaden sposób obronić się przed Stalinem.

 

Mamy nadzieję, że zaproponowana przez nas próba spojrzenia na dzieje polsko-rosyjskiego sporu pozwoli lepiej go zrozumieć. Bez refleksji nad jego przyczynami i dynamiką nie da się bowiem ocenić, na ile nasza dzisiejsza niechęć do Rosji i Rosjan ma racjonalne podstawy, a na ile wynika po prostu z tego, że przyzwyczailiśmy się traktować Rosję jako naszego pierwszego wroga. Pewne jest, że w przeszłości relacje Polski i Rosji mogły przyjąć inny, bardziej pokojowy i oparty na kooperacji wymiar. A skoro na teraźniejszości i przyszłości obu państw i narodów tak bardzo ciąży ich przeszłość – tym bardziej warto ją poznać.


.

Wojciech Harpula: Czy ostatnie trzydzieści lat to złoty wiek w stosunkach polsko-rosyjskich?

Andrzej Chwalba: Słucham?

Czy okres od początku lat dziewięćdziesiątych do dziś to złoty wiek w stosunkach Polski z Rosją?

Sądzę, że pod taką tezą nie podpisałby się nikt. Ani w Polsce, ani w Rosji. Stosunki polsko-rosyjskie przypominają zimną wojnę. Jest nieco lepiej niż w dwudziestoleciu międzywojennym, ale kontakty polityczne są zamrożone, w zasadzie nie istnieją relacje kulturalne i naukowe. Handlujemy ze sobą, turyści swobodnie podróżują po obu krajach i zwykle włos im z głowy nie spada. To wszystko.

Po rozpadzie Związku Radzieckiego Rosja zajmowała się głównie sama sobą i wtedy kontakty polsko-rosyjskie były specyficzne, ale poprawne. Jednak od początku XXI wieku, od momentu, gdy w Moskwie rozpoczęto rekonstrukcję imperium, stosunki Polski z Rosją są złe lub bardzo złe. Odprężenie w czasach, gdy polską dyplomacją kierował lansujący wizję „polityki piastowskiej” Radosław Sikorski, było krótkotrwałe. Potem wydarzyła się tragedia smoleńska i wzajemne relacje szybko osiągnęły dno. Zachowanie administracji rosyjskiej i polskie teorie spiskowe fatalnie zaciążyły na naszych stosunkach. Trudno to nazwać „złotym wiekiem”. Przeciwnie: konfliktów jest sporo, raz po raz ich temperatura gwałtownie rośnie.

Oczywiście. Według władz rosyjskich Polska jest współodpowiedzialna za wybuch drugiej wojny światowej, „agent Putina” to w polskim świecie politycznym uniwersalna inwektywa, rosyjskie rakiety w obwodzie kaliningradzkim mają cele na naszym terytorium, my cieszymy się, że kupiliśmy pociski JASSM-ER, które mogą dosięgnąć Moskwy. I tak dalej… Po obu stronach panuje wielka nieufność. Jednocześnie jednak po raz pierwszy od kilkuset lat Polsce i Rosji udało się zbudować relacje – jakiekolwiek by były – bez odwoływania się do argumentów siły.

Teraz rozumiem, że pan nie żartował z tym „złotym wiekiem”… Jeżeli przyjąć taką perspektywę, to faktycznie mamy w stosunkach z Rosją bardzo spokojny okres. Nie prowadzimy wojny, rosyjskie wojska nie stacjonują w Polsce, a polskie w Rosji. Żadna ze stron nie narzuca drugiej władz ani ustroju. Nie ma powstań, wtrącania do więzień, zsyłek.

Głowa państwa nie musi uzgadniać z Moskwą czy Petersburgiem swoich decyzji, rosyjski ambasador nie jest najważniejszą personą w Warszawie, najwybitniejsi literaci nie tworzą antypolskich lub antyrosyjskich dzieł.

To prawda. Jednak jeżeli trzydzieści względnie spokojnych lat w relacjach polsko-rosyjskich mielibyśmy nazywać „złotym wiekiem”, to tylko przez porównanie do kilku wcześniejszych stuleci, pełnych wojen i konfliktów. Oba państwa i narody dźwigają ciężki bagaż historii.

W chwili, gdy wielki książę litewski Jogaiło stał się Władysławem Jagiełłą i królem Polski, wplątaliśmy się w spór z Moskwą. Najpierw był to spór litewsko-moskiewski o podporządkowanie sobie „świata ruskiego”, a potem zmagania Rzeczpospolitej z coraz potężniejszym sąsiadem o dominację w Europie Środkowo-Wschodniej. Od 1569 roku, gdy powstała Rzeczpospolita Obojga Narodów, a ziemie dzisiejszej Ukrainy zostały włączone do Korony, historia Polski i Rosji to ciąg niemal bezustannych konfliktów zbrojnych, prób podporządkowania sobie sąsiada za pomocą siły. Trwające blisko pięćset lat pasmo zmagań zakończyło się dopiero w 1993 roku, gdy ostatni żołnierze rosyjscy opuścili Polskę. Co ważne: to nie był tylko konflikt dwóch państw. To był także konflikt religii, kultur politycznych, tradycji ustrojowych.

Polska ten konflikt przegrała.

Jesteśmy niepodległym, wolnym krajem. Mamy swój język, kulturę, rządzimy się sami. Udało nam się wyzwolić z uścisku potężnego sąsiada. Jednak walkę o ogromny szmat ziem litewsko-ruskich, będących dziedzictwem dawnej Rusi Kijowskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego, przegraliśmy militarnie i politycznie w XVII i XVIII wieku. Ale Rosja też nie utrzymała swojej zdobyczy. Litwa, Łotwa, Białoruś i Ukraina są niepodległe. Polakom pozostały kresowe sentymenty, a Rosjanom tęsknota za imperium i chęć jego odzyskania. Obu stronom – pamięć pięciu wieków zmagań.

Ta pamięć bardziej ciąży Polakom czy Rosjanom?

Polakom. W tym przypadku nie ma symetrii. My tylko raz sponiewieraliśmy rosyjską dumę, gdy w 1610 roku zajęliśmy Moskwę, a arcykatolicki Zygmunt III chciał usiąść na tronie carów obrońców prawosławia. Wielka smuta, okres najgłębszego upadku państwa moskiewskiego, jest obecna w rosyjskiej pamięci historycznej, a Polacy grają w tym epizodzie role czarnych charakterów. Podkreślę jednak: mówimy o epizodzie. Tak wyraźna przewaga Rzeczpospolitej nad Moskwą trwała może dwa lata. 4 listopada, na pamiątkę kapitulacji polskiej załogi Moskwy w 1612 roku, Rosjanie obchodzą Dzień Jedności Narodowej. Ale z rosyjskich badań wynika, że mniej niż połowa Rosjan wie, co upamiętnia to święto, większych emocji ono nie budzi. To po prostu dzień wolny od pracy. Dla większości Rosjan wydarzenia z początku XVII wieku to prehistoria.

Nasza perspektywa jest inna?

Zdecydowanie. Rosja odcisnęła o wiele mocniejsze piętno na naszej historii, kulturze, myśli politycznej. Kilkakrotnie upokorzyła polską narodową dumę. Wszystko, co związane z Rosją, jest w naszej zbiorowej świadomości silnie nacechowane emocjonalnie. Trudno się dziwić.

Dominacja Rosji nad szlachecką Rzeczpospolitą trwała prawie sto lat. Próba uwolnienia się z tej zależności zakończyła się rozbiorami, unicestwieniem naszego państwa. W 1815 roku, po kongresie wiedeńskim, na sto lat ustabilizował się ład, w którym pod panowaniem Rosji znalazło się osiemdziesiąt dwa procent terenów Rzeczpospolitej sprzed pierwszego rozbioru. Austriacy mieli jedenaście procent, Prusy – siedem procent. Dlatego to Rosja stała się głównym przeciwnikiem wszystkich, którzy marzyli o odrodzeniu Polski. Stała się jakby polską obsesją. Powstanie listopadowe załamało narzuconą przez Petersburg wizję ugody realizowaną w Królestwie Kongresowym, którą skądinąd trudno uważać za niekorzystną z punktu widzenia polskich interesów. Od tego momentu polską myśl polityczną zdominowała refleksja nad tym, jak zaszkodzić Rosji, jak rozbić Imperium. Wybitni twórcy romantyczni zbudowali obraz Rosji jako naszego największego wroga. Ba, nie tylko wroga Polski, ale wroga całej ludzkości. To była Rosja – gnębicielka wolności, imperium zła, więzienie narodów. Romantycy wdrukowali ten obraz w polskie DNA. Zgodnie z tą wizją bunt przeciwko Rosji stawał się obowiązkiem nie tylko patriotycznym, ale i moralnym. Wybuchło kolejne powstanie – styczniowe. Było zrywem irracjonalnym, pozbawionym elementu kalkulacji, pięknym w swych intencjach i strasznym w skutkach. Przyniosło represje i drastyczne skurczenie się zakresu wolności narodowych, zwłaszcza na ziemiach na wschód od Bugu.

W efekcie w drugiej połowie XIX wieku nasz kraj, jeszcze sto lat wcześniej rozległe, jedno z największych w Europie państw, został zdegradowany do roli jednej z okrain – granicznych prowincji Imperium. Ważniejszej może niż Kaukaz, Kazachstan, Chiwa, Kokand czy Buchara, ale peryferyjnej, rządzonej przez carskich generałów-gubernatorów, skazanej na łaskę i niełaskę samodzierżców.

Upragnioną wolność odzyskaliśmy przede wszystkim dlatego, że osłabiona pierwszą wojną światową Rosja zapadła się pod własnym ciężarem?

Dwie rewolucje w 1917 roku i wojna domowa w Rosji sprawiły, że mieliśmy rozwiązane ręce. Nie tylko odzyskaliśmy wolność, ale też byliśmy w stanie wywalczyć granice daleko na wschodzie. Odepchnąć Rosję daleko od Wielkopolski, Małopolski, Mazowsza.

Wiemy jednak, co stało się później, w 1939 i 1945 roku. Znów znaleźliśmy się pod imperialnym butem. A sowieckie imperium było jeszcze bardziej brutalne i bezwzględne niż carskie. Z roli satelity Moskwy wyszliśmy, patrząc z historycznej perspektywy, całkiem niedawno. Przecież jeszcze na początku lat osiemdziesiątych Polacy zastanawiali się: wejdą czy nie wejdą? Znów będą strzelać, wsadzać do więzień, instalować w Warszawie swoich namiestników?

O tych wszystkich wydarzeniach będziemy na pewno szczegółowo rozmawiać, ale warto już teraz naszkicować ramy naszej opowieści, by uświadomić sobie, że od chwili, gdy Rosja wygrała z Rzeczpospolitą rywalizację o przewagę w naszej części kontynentu, stała się dla Polski i Polaków tematem numer jeden. Tak jest od początków XVIII wieku, od trzystu lat.

Natomiast dla Rosji byliśmy i jesteśmy tylko jednym z wielu zagadnień. Wystarczy popatrzeć na mapę. Polska to punkt. Rosja to pół Europy i Azji. Tylko w szczególnych momentach „problem polski” wysuwał się w rosyjskich elitach i społeczeństwie na pierwszy plan. Polska z reguły była tematem pobocznym lub zupełnie nieistotnym. Dziś jest podobnie.

Tak pan sądzi?

Na Kremlu zapewne nikt dzień i noc nie głowi się, jak zaszkodzić Polsce. Dla Władimira Putina i jego ludzi nie jesteśmy pępkiem świata. Rosja miała i ma status nuklearnego mocarstwa o globalnych interesach i aspiracjach. My jesteśmy graczem na poziomie Europy Środkowo-Wschodniej, nie ma nas w pierwszej lidze państw Unii Europejskiej. To kolejna asymetria. Gdyby zważyć moc – demograficzną, militarną, gospodarczą, polityczną – Polski i Rosji, to zobaczymy relację mrówki i słonia. Tak jest, czy się nam to podoba, czy nie.

W polskiej publicystyce i polskiej polityce często się o tym zapomina. Próbujemy widzieć relacje polsko-rosyjskie jako relacje równoległe, prowadzone na tym samym poziomie. Denerwujemy się, że nasze starania czy żądania są niedostrzegane lub ignorowane.

To raczej naturalna reakcja.

Nie wiem, czy naturalna. Na pewno emocjonalna. Przecież słoń może nawet nie widzieć, co robi mrówka. A nawet jak widzi, to po co ma reagować? Rosja w polityce międzynarodowej ma mnóstwo innych zagadnień. Prowadzi grę ze Stanami Zjednoczonymi i z Chinami, ma rozległe interesy polityczne i gospodarcze w krajach dawnego Związku Radzieckiego, stara się być aktywna w różnych częściach świata, nawet w Syrii, Wenezueli czy Libii. Polska to zagadnienie trzeciego planu. Incydentalnie – drugiego. My poświęcamy Rosji znacznie więcej uwagi niż Rosja nam. Z czym nie zawsze chcemy się pogodzić i nie zawsze chcemy to zrozumieć. To słabość naszego myślenia o Rosji.

Z czego wynika ta zachowawczość?

Z tego, że jesteśmy zakładnikami pamięci. Więźniami historii. Nie potrafimy wyjść z klatki pojęć i skojarzeń, które powstały i utrwaliły się w XIX i XX wieku. Ciągle patrzymy na Rosję przez okulary pokoleń, które z Rosją walczyły, dla których była ona najważniejszym zagadnieniem.

Trudno się dziwić. Niemal każde z ostatnich dziewięciu–dziesięciu pokoleń Polaków doświadczyło czegoś złego w wyniku polityki Rosji. Śmierć, zesłanie, więzienie, konfiskaty.

To w nas siedzi: w wymiarze indywidualnym i zbiorowym. Ja się takiej postawie nie dziwię. Ale każdego historycznego demona można próbować oswajać. Pokolenia Francuzów i Niemców też regularnie wyrzynały się przez kilkaset lat. Dziś po konflikcie, który przez wieki organizował życie polityczne Europy, nie ma prawie śladu. Ale historyczne demony mogą zostać oswojone tylko wtedy, gdy przestaje się je karmić.

W przypadku Polski i Rosji jest raczej odwrotnie.

Złe relacje polsko-rosyjskie wynikają w dużej mierze z polityki historycznej obu krajów. Moskwa i Warszawa bardzo często używają motywów historycznych do prowadzenia bieżącej polityki. Historia staje się instrumentem politycznym. A gdy politycy zaczynają grać wątkami z przeszłości, prawda historyczna przestaje mieć znaczenie. Pamięć ulega zdeformowaniu. I wtedy stajemy się zakładnikami złej, wypaczonej pamięci.

Odpowiedzialność za szerzenie „złej pamięci” ponoszą tak samo Rosjanie, jak i Polacy?

Każdy może sam zważyć słowa, gesty, działania i zaniechania obu stron. Jesteśmy Polakami, więc mamy słuszne prawo oburzać się, gdy w Rosji opowiada się brednie o pakcie Ribbentrop–Mołotow i usprawiedliwia zbrodnię katyńską. Ale rosyjski historyk i dziennikarz też mogą oburzać się na jakieś polskie wypowiedzi, o których my nie wiemy lub nie zwróciliśmy na nie uwagi.

 

Polska i Rosja mają w swojej historii wiele bardzo trudnych, bolesnych wątków. Nie chodzi o to, by o nich zapominać lub je przemilczać. Nie da się opracować „wspólnej” wersji historii; wygładzić wszystkich kantów, wyprasować wszystkich nierówności. Polska i rosyjska optyka zawsze będą różne. Opracowywanie tego „katalogu rozbieżności” i prezentowanie rzetelnej analizy to zadanie dla historyków.

Natomiast politycy mogą z tego „katalogu” wybierać dowolne rekwizyty i grać nimi w przestrzeni publicznej. Rozhuśtywać społeczne emocje, realizować swoje cele w polityce wewnętrznej i zewnętrznej.

Tak właśnie dzieje się w relacjach polsko-rosyjskich?

Tak. Historia jest skarbnicą, w której politycy mogą znaleźć wszystko, czego potrzebują. Odpowiednio spreparowane wydarzenia z przeszłości mogą stać się pancerzem ochronnym, czynnikiem mobilizującym społeczeństwo, mogą też być narzędziem agresji w stosunku do sąsiada. Polska i Rosja nie są tu żadnym wyjątkiem, wiele państw prowadzi politykę historyczną. Jednak mam wrażenie, że Moskwa i Warszawa na dobre ugrzęzły w historii. Ze szkodą dla wzajemnych relacji oraz dla prawdy i pamięci historycznej.

Coś panu przeczytam. Mogę?

Proszę.

„Na współczesnych relacjach polsko-rosyjskich zaciążyła historia. Pamięć historyczna wpływa w istotny sposób na nasze postrzeganie świata, na autopercepcję – na postrzeganie siebie samych w otaczającym nas świecie. Rzecz w tym, by pamięć ta nie była przedmiotem manipulacji i świadomego fałszowania przeszłości – zacierania śladów tego, co było haniebne i godne napiętnowania”.

Amen. Podpisuję się pod tym. Kto to napisał?

Adam Rotfeld i Anatolij Torkunow, szefowie Polsko-Rosyjskiej Grupy do Spraw Trudnych, we wspólnym wstępie do książki Białe plamy – czarne plamy. Sprawy trudne w relacjach polsko-rosyjskich (1918–2008). Polscy i rosyjscy historycy opisywali w niej ze swojej perspektywy najtrudniejsze problemy w stosunkach Polski i Rosji od 1918 do 2008 roku.

Czytał pan tę książkę?

Tak. Spora księga. Szesnaście rozdziałów, blisko dziewięćset stron dużego formatu.

Jak wrażenia?

Solidne ekspertyzy, dużo wiedzy. Przyda się do naszej rozmowy. W kilku momentach, zwłaszcza podczas omawiania zdarzeń z czasów drugiej wojny światowej, uderzająca była różnica perspektyw. Rosyjscy historycy pisali tak, jakby naprawdę nie rozumieli, dlaczego nie dziękujemy za „wyzwolenie” w 1945 roku, i dziwili się, że my się dziwimy, że Armia Czerwona nie pomogła powstaniu warszawskiemu. Lektura rozdziałów pisanych przez Rosjan była ciekawym doświadczeniem.

To jest właśnie odmienna optyka, o której wspominałem. W tej książce głos zabrali historycy, bo Grupa do Spraw Trudnych miała prowadzić z Rosją dialog dotyczący trudnych tematów historycznych. Zapewne wie pan, co stało się z tym ciałem?

Jest martwe. Grupa nie zbiera się już od kilku lat. Powołano ją w 2002 roku, ale działać zaczęła dopiero w 2008. Po raz ostatni polscy i rosyjscy eksperci zebrali się razem chyba w 2013 roku. Potem nie było klimatu do rozmów. W 2017 roku Polska powołała nowy skład ekspertów, ale w lutym 2019 roku odeszło z niego wielu naukowców, bo rząd zlikwidował Instytut Europy Środkowo-Wschodniej, jedyną w Polsce instytucję działającą na rzecz dialogu Polski z Rosją. Wszystko wskazuje na to, że Grupa zakończyła swoje życie.

Nie pytałem o losy Grupy do Spraw Trudnych bez powodu. Pokazują one bowiem wyraźnie, że na nic wszelkie starania historyków, gdy nie ma woli politycznej. Eksperci mogą prezentować otwartą postawę, prowadzić rozmowy na trudne tematy, spierać się, ale gdy politycy mówią „stop”, to kończy się rzeczowa dyskusja o historii. Kończy się refleksja, a w ruch idą klisze, stereotypy, manipulacje. W stosunkach polsko-rosyjskich widać to bardzo wyraźnie. Nie tylko dziś. W przypadku obu państw historia stała się częścią gry politycznej już w końcu XVIII wieku. Obie strony mają wprawę w szermowaniu historycznymi argumentami.

W Polsce w ogóle możliwa jest jeszcze rzetelna, pozbawiona uprzedzeń rozmowa o polsko-rosyjskiej historii? O tym, dlaczego potoczyła się tak, a nie inaczej, i czy mogła potoczyć się inaczej?

Wierzę, że tak. Po to siedliśmy do pisania tej książki. Ale w tym momencie muszę wyrazić jedno zastrzeżenie.

Mianowicie?

W Polsce uważamy się za ekspertów od Rosji. Mówimy, że najlepiej w całej Europie rozumiemy „rosyjską specyfikę”.

A to nieprawda?

Nie do końca. Oczywiście nie brakowało i nie brakuje w naszym kraju świetnych znawców Rosji. Nawiasem mówiąc, ich głos jest coraz słabiej słyszalny. A ogół Polaków, polityków nie wyłączając, pogląd na „rosyjską specyfikę” formułuje na podstawie specyficznie polskich, najczęściej fatalnych doświadczeń z wielkim sąsiadem. Nasze wyobrażenia o Rosji koncentrują się na zbitkach pojęciowych: rozbiory, Sybir, 17 września, Katyń, komuna.

Niektórzy sięgają do naszych chwil chwały i wspominają hołd ruski.

Jaki hołd?

Ruski.

Hołd ruski? Przecież nie było żadnego hołdu ruskiego.

Gdy wpisze pan w wyszukiwarkę frazę „hołd ruski”, dostanie pan sto dwadzieścia cztery tysiące wyników. Narodowy Bank Polski jesienią 2019 roku wprowadził do obiegu srebrną dziesięciozłotówkę kolekcjonerską z fragmentem obrazu Jana Matejki i napisem „Hołd ruski”. W książce do historii moich dzieci jest spory fragment o „hołdzie carów Szujskich w 1611 roku”. Postacie na obrazie Matejki są oznaczone numerami. Numer trzeci to Wasyl Szujski. Uczniowie dowiadują się z towarzyszącego mu opisu, że „Wasyl Szujski na znak poddaństwa bije czołem o posadzkę przed polskim władcą”.

Serio?

Jak najbardziej. Wczoraj i dziś. Podręcznik do historii dla klasy szóstej szkoły podstawowej. Czasem coś wyjaśniam z historii Basi i Michałowi. Niedawno mieli sprawdzian z wojen XVII wieku.

Na znak poddaństwa bije czołem? No i co ja mam powiedzieć… To jest nadużycie. Co najmniej. Oczywiście każde wydarzenie można nazwać w dowolny sposób, żeby poprawić sobie samopoczucie. Jako historyk mówię: nie było żadnego hołdu ruskiego.

Hetman Stanisław Żółkiewski po podpisaniu układu z bojarami i wkroczeniu do Moskwy chciał zrobić show przed szlachtą. Potrzebował przedstawienia przed senatem, żeby pokazać namacalne dowody swojego sukcesu i skłonić szlachtę do uchwalenia podatków niezbędnych do kontynuowania interwencji. Przywiózł do Warszawy obalonego przez bojarów cara Wasyla IV Szujskiego, jego dwóch braci, patriarchę moskiewskiego Filareta oraz Michaiła Szeina – dowódcę wojsk, które przez dwadzieścia jeden miesięcy broniły się w Smoleńsku przed Polakami. Wszyscy byli jeńcami Żółkiewskiego i króla, Zygmunta III. Szlachta chciała, by ściąć ich w odwecie za rzeź Polaków w Moskwie w 1606 roku.

Tych, którzy poszli w 1604 roku do Moskwy z Dymitrem Samozwańcem, oszustem podającym się za cudownie ocalonego syna cara Iwana IV Groźnego?

Właśnie tych. Podczas powstania przeciwko Samozwańcowi zabito około pięciuset Polaków. Żółkiewski mimo niechętnej postawy króla cały czas widział szanse na sojusz z Moskwą. Gest łaski wobec Szujskich miał dać mu atut do ręki podczas kolejnych rozmów z bojarami. Przekonał króla i senatorów, by darować im życie. 29 października 1611 roku Wasyl i jego bracia, bijąc pokłony przed Zygmuntem III, nie składali mu hołdu, tylko prosili o litość i miłosierdzie. To był wyraz uniżenia, może nawet błagania. Ale hołdu? Jaki hołd może składać jeniec wojenny swojemu zwycięzcy? Swoją drogą – Szujski prosił o coś, co było i jest nieobecne w rosyjskiej kulturze politycznej. W Rosji miłosierny to po prostu słaby.

Król okazał miłosierdzie, Szujscy zostali honorowymi jeńcami. Rok później zmarli w wyniku epidemii tyfusu. Filaret i Szein wrócili do Moskwy w 1619 roku.

Przed Zygmuntem III nie korzył się car Wasyl IV, który uznawał zwierzchność polskiego króla i składał mu hołd. Takie słowa nie padły, bo paść nie mogły. Carem Rosji był wówczas obrany królewicz Władysław, a w Moskwie i Warszawie trwały targi, czy faktycznie obejmie tron.

Taka jest prawda. A Matejko nie malował „Hołdu ruskiego”, tylko Carów Szujskich na sejmie warszawskim.

Nawiasem mówiąc, nie zdążył go namalować. Został tylko szkic. I młodzieńczy obraz na ten sam temat z 1853 roku.

Był jeszcze obraz Tomasza Dolabelli Przyjęcie Szujskich w Sali Senatu w 1611 roku. Wisiał prawdopodobnie w sali senackiej na Zamku Królewskim w Warszawie. W 1707 roku August II nie potrafił odmówić Piotrowi I i podarował mu obraz. A Piotr, jak to Piotr – prawdopodobnie kazał go zniszczyć.

Wracamy do polskiego rozumienia „rosyjskiej specyfiki”.

Wracamy. Nie ma nic dziwnego w tym, że patrzymy na Rosję przede wszystkim jak na złowrogą, niszczycielską siłę i staramy się tłumaczyć Europie, że może stanowić zagrożenie dla wolności jej narodów. Tak ukształtowały nas doświadczenia historyczne. Ale taka perspektywa jest zawężona i na pewno nie wyczerpuje rozumienia „rosyjskiej specyfiki”. Dopiero refleksja na temat tego, dlaczego Rosja jest taka, a nie inna, pozwala lepiej zrozumieć polsko-rosyjskie wczoraj, dziś i jutro. Dopiero sięgnięcie do źródeł rosyjskiej tożsamości, prześledzenie historii tego kolosa umożliwia wyjaśnienie wielu zdarzeń dotyczących naszej dziejowej drogi. Nie mówię o porzuceniu polskiej perspektywy. Mówię o tym, że lepsze zrozumienie polsko-rosyjskiej historii jest możliwe tylko wtedy, gdy na pewne wątki spojrzy się także „rosyjskimi oczami”. Gdy zrozumie się, że Rosjanie uważają swoje państwo za osobny byt, nieporównywalny z żadnym innym państwem na świecie.