Wykop

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Muzyka ucichła i życie zwaliło się całym swym poprzednim ciężarem.

Pełnomocnik związku zawodowego znany już Woszczewowi wszedł do pomieszczenia roboczego i poprosił członków brygady budowlanej, by przemaszerowali jeden raz w poprzek starego miasta i zobaczyli znaczenie tej pracy, która zacznie się na wykoszonym pustym placu zaraz po ich przejściu.

Wszyscy robotnicy wyszli na zewnątrz i zmieszani stanęli naprzeciw muzyków. Safronow fałszywie pokaszliwał, wstydząc się społecznego uhonorowania, zwróconego wobec niego w postaci muzyki. Kopacz Czyklin patrzył ze zdziwieniem i oczekiwaniem – nie czuł swoich zasług, lecz chciał jeszcze raz usłyszeć uroczysty marsz i cieszyć się w milczeniu. Inni nieśmiało opuścili cierpliwe ręce.

Pełnomocnik z powodu trosk i działalności zapomniał jak się odczuwa samego siebie, było mu tak lżej w wirze jednoczenia mas i organizowania pomocniczych radości dla robotników. Nie pamiętał o zaspokajaniu przyjemnościami życia osobistego, chudł i głęboko zapadał w sen po nocach. Gdyby pomniejszył zmartwienia swojej pracy, przypomniał o niedostatku majątku domowego w swej rodzinie lub pogłaskał w nocy swe zanikające, postarzałe ciało, odczułby wstyd istnienia kosztem dwóch procent ponurej pracy. Zatrzymać się jednak i uzyskać obserwacyjną świadomość nie mógł.

Z pośpiechem wynikającym z gorączkowego oddania sprawie ludu pracującego, pełnomocnik wyszedł przed szeregi, by pokazać rozwlekłe zabudowaniami miasto wykwalifikowanym pracownikom, ponieważ to oni powinni dziś rozpocząć budowę tego jednego gmachu, do którego wprowadzi się na zasiedlenie cała klasa miejscowego proletariatu. Ten wspólny dom wzniesie się ponad zagrodowym, chałupowym i podwórkowym miastem. Małe prywatne domki opustoszą się, szczelnie pokryje ich roślinny świat i tam stopniowo ustanie oddech uwiędłych ludzi zapomnianego czasu.

Do baraku podeszło kilku murarzy z dwóch budujących się fabryk. Pełnomocnik spiął się cały w zachwycie ostatniej chwili przed marszem budowlanych po mieście. Muzycy przyłożyli urządzenia dęte do ust, lecz brygada robotnicza ciągle stała rozproszona, nie gotowa do maszerowania. Safronow zauważył udawaną gorliwość na twarzach muzyków i zrobiło mu się przykro za poniżaną muzykę.

– Co to za zabawę wymyślili? Gdzie mamy iść? Czego tam nie widzieliśmy?

Pełnomocnik zatracił gotowość oblicza i poczuł swą duszę – zawsze ją odczuwał, kiedy go krzywdzono.

– Towarzyszu Safronow! To okręgowe biuro związku zawodowego zamierzało ukazać waszej pierwszej wzorcowej brygadzie żałosność starego życia, różne biedne zabudowania i nędzne warunki, jak również cmentarz, na którym chowano proletariuszy. Od razu byście zrozumieli wtedy, jakie to zatracone miasto stoi pośród równiny naszego kraju, od razu byście pojęli, po co potrzebny jest proletariatowi wspólny dom, który zaczniecie budować, jak tylko…

– Ty nam nie przypochlebiaj! – odezwał się przeciw niemu Safronow. – Co to? Nie widzieliśmy drobnych domów, gdzie zamieszkują różne autorytety? Odprowadź muzykę do organizacji dziecięcej, samą swoją świadomością damy sobie radę z budową.

– To znaczy, że jestem pochlebca? – domyślał się i plątał pełnomocnik. – Mamy w biurze związkowym jednego takiego potakiwacza, a ja niby mam być ten… pochlebca? I bolejąc, z ciężkim sercem w milczeniu udał się do urzędu związkowego, a orkiestra za nim.

Na wykoszonym pustym polu pachniało umarłą trawą i wilgocią obnażonych miejsc. Z tego powodu wyraźniej odczuwała się ogólna ponurość życia i tęsknota daremności. Woszczewowi dano łopatę. Ścisnął ją rękami, jakby zamierzał – pozbawiony przyszłości – wydobyć prawdę z prochów ziemi. Woszczew zgadzał się nawet na to, by samemu nie posiąść sensu istnienia, lecz chociaż poobserwować go w materii ciała innego, bliskiego człowieka. Chciałby znajdować się w jego pobliżu, mógłby złożyć w ofierze pracy całe swe osłabłe ciało, wymęczone myślami i bezsensem.

Pośrodku placu stał inżynier – człowiek niestary, lecz posiwiały ot skutku liczenia przyrody. Cały świat widział jako jedno nieżywotne ciało. Sądził o nim na podstawie części, które już przekształcił w konstrukcje. Świat wszędzie poddawał się jego uważnemu i przeobrażającemu rozumowi, ograniczonemu tylko świadomością zrutynizowania natury. Materiał zawsze ulegał jego dokładności i cierpliwości, co oznacza, że był nieożywiony i pusty. Człowiek jednak żył i godniał wśród tej ponurej materii, dlatego też inżynier grzecznie teraz uśmiechał się do robotników. Woszczew widział, że policzki inżyniera poróżowiały, lecz nie z wykarmienia, tylko z nadmiernego pulsowania krwi i mu się spodobało, że temu człowiekowi wzrusza się i bije serce.

Inżynier powiedział Czyklinowi, że już rozdzielił prace ziemne i oznakował teren wykopu. Wskazał wbite w ziemię kołki: można zaczynać. Czyklin słuchał inżyniera i dodatkowo sprawdzał jego oznakowanie własnym rozumem i doświadczeniem – podczas prac ziemnych robił w brygadzie za głównego, prace gruntowe były jego najlepszym zawodem. Kiedy nastanie pora układania kamienia łamanego, Czyklin podporządkowuje się Safronowowi.

– Rąk mało – powiedział Czyklinowi inżynier. – Mordęga to, nie praca – całą korzyść czas strawi. Giełda obiecała przysłać pięćdziesiąt osób, a prosiłem o setkę – odpowiedział inżynier. – Ale odpowiadać za wszystkie roboty w ziemi będziemy tylko ja i wy – brygada prowadząca.

– Nie będziemy prowadzili. Będziemy wszystkich równać do siebie. Byleby ludzie się zjawili.

Po tych słowach Czyklin wbił łopatę w górny miękisz ziemi, skupiając w dół obojętnie zamyśloną twarz. Woszczew też począł kopać glebę w głąb, kierując całą siłę na łopatę. Dopuszczał teraz możliwość, że dzieciństwo wyrośnie, radość stanie się myślą i przyszły człowiek znajdzie dla siebie spokój w tym trwałym domu, by spoglądać z wysokich okien na otwarty oczekujący go świat. Zniszczył już na zawsze tysiące ździebełek, korzonków i drobnych przybytków gorliwych stworzeń ziemnych i pracował w ciasnocie tęsknej gliny. Czyklin go wyprzedził – dawno już porzucił łopatę i chwycił łom, by kruszyć nim dolne, zwięzłe warstwy. Niszcząc odwieczny porządek natury, Woszczew nie był w stanie go zrozumieć.

Świadomy nikłej liczby pracowników swej brygady, Czyklin pośpiesznie gruchotał pradawny grunt, kierując całe życie swego ciała na ciosy w martwicowe miejsca. Jego serce biło zwyczajowo, cierpliwe plecy wycieńczały się potem. Żadnej chroniącej warstwy sadła pod skórą kopacz nie posiadał – jego stare żyły i wnętrzności zalegały blisko powierzchni, odczuwał otoczenie bez wyrachowania i – uświadamiania, lecz z dokładnością. Kiedy był młodszy i kochały go dziewczyny – z chciwości za jego potężnym podążającym gdzieś na oślep ciałem, które siebie nie oszczędzało i było oddane wszystkim. Wielu potrzebowało wtedy Czyklina jako schroniska i spokoju wewnątrz jego wiernego ciała. Chciał jednak schronić zbyt licznych, by samemu też było co odczuwać. Wtedy kobiety i koledzy z zazdrości opuszczali go. Czyklin tęskniąc po nocach, wychodził na plac bazarowy i wywracał stragany handlowe lub w ogóle wynosił je precz, za co pokutował potem w więzieniu i śpiewał stamtąd piosenki w letnie wiśniowe wieczory.

Ku południu gorliwość Woszczewa dawała w wyniku coraz mniej i mniej ziemi. Zaczęło go irytować kopanie i pozostawał coraz bardziej w tyle za resztą spółki – tylko jeden chudy robotnik pracował wolniej od niego. Ten tylny był ponury, marny całym ciałem, pot słabowitości skapywał w glinę z jego mętnej, jednostajnej twarzy, zarośniętej po obwodzie rzadkim włosiem. Unosząc ziemię na łopacie do poziomu krawędzi wykopu, kaszlał i wymuszał z siebie flegmę, po czym uspokoiwszy się zamykał oczy jak w pragnieniu snu.

– Kozłow! – krzyknął do niego Safronow. Znów niemocny jesteś?

– Znów – odpowiedział Kozłow swym bladym głosem dziecka.

– Rozkoszujesz się za bardzo – rzekł Safronow. – Będziemy cię teraz kładli spać na stole pod lampą, byś leżał i się wstydził.

Kozłow spojrzał na Safronowa czerwonymi, wilgotnymi oczami i zamilkł z obojętności zmęczenia.

– Za co on ciebie tak? – spytał Woszczew.

Kozłow wyjął drobiazg ze swego kościanego nosa i spojrzał w bok jakby tęskniąc do wolności, lecz w istocie do niczego nie tęskniąc.

– Mówią, że kobiety nie mam – z wysiłkiem, tonem obrazy odpowiedział Kozłow – że w nocy pod kocem sam siebie kocham, a dniem od pustoty ciała do życia się nie nadaję. Oni przecież, jak to się mówi, wszystko wiedzą.

Woszczew znów zaczął kopać jednakową glinę. Widział, że gliny i ogólnej ziemi pozostaje wciąż dużo – jeszcze długo należy trzymać się życia, by pokonać zapamiętaniem i pracą ten zalegający świat, kryjący w swym mroku prawdę całego istnienia. Może łatwiej byłoby wymyślić sens istnienia w głowie – można przecież przypadkiem się domyśleć lub nieoczekiwanie odkryć go zasmuconymi zmysłami?

– Safronow – powiedział Woszczew słabnąc cierpliwością – może bym myślał bez pracowania? I tak całego świata do końca nie rozkopiemy.

– Niczego nie wymyślisz – odezwał się Safronow, nie odwracając się. – Nie będziesz miał pamięci natury rzeczy. Będziesz myśleć sam sobie, jak Kozłow, jak zwierzę jakie.

– Czego jęczysz, sieroto? – odezwał się z przodu Czyklin. – Patrz na ludzi i żyj, skoro się urodziłeś.

Woszczew popatrzył na ludzi i postanowił jakoś żyć, skoro oni cierpią i żyją: przyszedł na świat wraz z nimi i zemrze w swoim czasie, nieodłącznie z ludźmi.

Kozłow nie poważał cudzej litości względem siebie – niepostrzeżenie pogłaskał pod pazuchą swą zapadniętą, wątłą klatkę piersiową i nadal kopał zwięzły grunt. Wierzył ciągle w nadejście życia po zbudowaniu wielkich domów i obawiał się, że nie przyjmą go do tamtego życia, jeżeli będzie wyglądał jak żałosny element niepracujący. Jedno uczucie trapiło go każdego ranka – jego serce doświadczało trudności z biciem. Kozłow jednak miał nadzieję pożyć w przyszłości chociażby z małym szczątkiem serca. Wskutek słabości piersi musiał jednak w czasie pracy głaskać się po wierzchu kości i szeptem namawiać siebie, by jeszcze trochę pocierpieć.

 

Minęło południe, a giełda ciągle nie przysyłała kopaczy. Nocny kosiarz trawy wyspał się, ugotował ziemniaków, polał je jajkami, zmoczył olejem, dodał wczorajszej kaszy, dla zbytku posypał z wierzchu koprem i przytargał w kotle to zbiorowe jadło dla rozwoju opadniętych sił brygady.

Jedli w ciszy, niechciwie, nie patrząc na siebie nawzajem. Nie nadawali jedzeniu wartości, jakby siła człowieka pochodziła od samej świadomości.

Inżynier obszedł swym codziennym obchodem różne obowiązkowe urzędy i zjawił się na wykopie. Postał z boku, dopóki ludzie nie zjedli wszystkiego z kotła i wtedy powiedział:

– W poniedziałek dojdzie jeszcze czterdziestu chłopa. Dziś sobota, pora kończyć.

– Jak to tak? Kończyć? Jeszcze metryk sześcienny lub półtora wyrzucimy i wtedy skończymy. Wcześniej nie ma sensu – odezwał się Czyklin.

– Trzeba kończyć – nalegał majster. – Pracujecie już ponad sześć godzin i przepis wyraźnie mówi…

– To jest przepis dla zmęczonych elementów – zaprotestował Czyklin – trochę siły mi pozostało przed snem. Nie jesteśmy zwierzętami, możemy żyć dla entuzjazmu.

– Może natura coś nam w dole odsłoni – dorzucił Woszczew.– Ano! – dodał któryś z robotników.

Inżynier pochylił głowę. Obawiał się niewypełnionego domowego czasu. Nie wiedział, jak ma żyć samotnie.

– Wtedy pójdę pokreślę jeszcze trochę i jeszcze raz policzę otwory dla pali.

– A co! Idź pokreśl i policz – zgodził się Czyklin. – Ziemia i tak skopana cała, nudno dokoła. Jak skończymy robotę, wtedy wyznaczymy sobie życie i odpoczniemy.

Majster wolno odszedł. Przypomniał sobie swoje dzieciństwo, kiedy przed świętami służba myła podłogi, matka sprzątała pokoje, po ulicy ciekła brudnawa woda, a on nie wiedział, co z sobą począć i było mu smutno w zamyśleniu. Teraz też pogoda przepadła, nad równiną popłynęły powolne ponure obłoki i po całej Rosji teraz myją podłogi przed świętem socjalizmu. Cieszyć się jakoś za wcześnie jeszcze i nie ma powodu, lepiej jest usiąść, pomyśleć i kreślić części przyszłego domu.

Kozłow z powodu sytości poczuł radość i rozum jego się powiększył.

– Niby panowie całego świata, a pożreć sobie lubią – obwieścił. – Gospodarz dawno by sobie dom postawił, a wy pomrzecie na próżnej ziemi.

– Jesteś bydlak, Kozłow! – określił Safronow. – Po co ci proletariat w domu, kiedy tylko swoim ciałem się cieszysz?

– A niech się pocieszę! – odpowiedział Kozłow. – A kto mnie kochał choć jeden raz? Wytrzymaj – powiadają – aż staruch kapitalizm zemrze. Teraz on pomarł, a ja znów samotnie żyję pod kołdrą, a przecież jest mi smutno!

Woszczew wzruszył się od przyjaźni do Kozłowa.

– Smutek – nic to, towarzyszu Kozłow! To oznacza, że klasa nasza świat cały odczuwa, a szczęście to i tak sprawa oddalona… Od szczęścia tylko wstyd się zacznie.

Następnego czasu Woszczew oraz inni z nim znów stanęli do pracy. Słońce stało wysoko i żałośnie śpiewały ptaki w oświetlonym powietrzu, nie tryumfując lecz poszukując pożywienia w przestrzeni. Jaskółki nisko mknęły nad pochylonymi kopiącymi ludźmi, milkły skrzydłami ze zmęczenia ukrywając pot nędzy pod piórami i puchem – latały od samego świtu nie przestając męczyć siebie dla sytości piskląt i przyjaciółek. Woszczew podniósł kiedyś z ziemi momentalnie umarłego w powietrzu i opadniętego na ziemię ptaka: był cały w pocie. Kiedy go oskubał, by zobaczyć ciało, pozostało mu w ręku smutne zabiedzone stworzonko, które padło ze zmęczenia swej pracy. Obecnie Woszczew nie żałował siebie na zniszczenie scalonego gruntu: stanie tu dom i ludzie będą w nim przechowywali się od złego i będą rzucali z okien okruchy żyjącym na zewnątrz ptakom.

Czykiln nie widząc ani ptactwa, ani nieba, nie czując myśli, masywnie niszczył ziemię łomem. Jego ciało zanikało w glinianym dole. Nie tęsknił ze zmęczenia, wiedząc, że w nocnym śnie jego ciało wypełni się ponownie.

Umęczony Kozłow usiadł na ziemię i rąbał toporem obnażony wapień. Pracował nie pamiętając czasu ani miejsca, przelewając resztki swych sił w rozłupywany kamień. Kamień się nagrzewał a Kozłow stopniowo stygł. Mógłby tak niezauważalnie umrzeć i skruszony kamień zostałby jego biedną spuścizną dla przyszłych wzrastających ludzi. Portki Kozłowa zadarły się od ruchu, przez skórę wystawały krzywe, ostre kości goleni, jak zazębione noże. Woszczew poczuł od tych bezbronnych kości tęskną nerwowość, spodziewając się, że kości przekłują nietrwałą skórę i wyjdą na zewnątrz. Dotknął swoich nóg w tych samych miejscach i powiedział wszystkim:

– Pora kończyć! Umordujecie się wszyscy, pomrzecie i kto wtedy będzie ludźmi?

Żadne słowo nie padło w odpowiedzi. Nachodził wieczór, w oddali wstawała błękitna noc, obiecując sen i chłodne oddychanie. Jak smutek stała nad ziemią martwa wysokość. Kozłow nadal niszczył kamień w ziemi, nie odrywając na nic wzroku i na pewno markotnie biło jego osłabione serce.

Zarządzający robotami na budowie ogólnoproletariackiego domu wyszedł ze swej kreślarskiego kantorku podczas nocnych ciemności. Jama wykopu opustoszała, brygada budowlana posnęła w baraku ciasnym rzędem tułowi i tylko ogień przygaszonej nocnej lampy przenikał przez szczeliny w deskach – światło trzymano gdyby komuś zachciało się w nocy pić lub na wszelki inny przypadek. Inżynier Pruszewski podszedł do baraku i zajrzał do środka przez otwór byłego sęka. Przy ścianie spał Czyklin, jego napuchnięta siłą ręka leżała na brzuchu, cało ciało szumiało w odżywczej pracy snu. Bosy Kozłow spał z otwartymi ustami, gardło jego bulgotało, jakby powietrze oddechu przechodziło przez ciężką ciemną krew, z półotwartych bladych oczu wychodziły rzadkie łzy – z powodu widzianego snu lub niewiadomej tęsknoty.

Pruszczewski odjął głowę od desek i pomyślał. W oddali świeciła elektrycznością nocna budowa fabryki, lecz inżynier wiedział, że nie ma tam niczego prócz martwego materiału budowlanego i zmęczonych, niemyślących ludzi. On przecież wymyślił jedyny w swoim rodzaju ogólnoproletariacki dom zamiast starego miasta, gdzie dotychczas ludzie żyją chałupowym, odgrodzonym sposobem. Po upływie roku cały miejscowy proletariat wyjdzie z drobnowłasnościowego miasta i zajmie dla życia monumentalny nowy dom. Po dziesięciu czy dwudziestu latach inny inżynier zbuduje pośrodku świata wieżę, gdzie wprowadzą się na wieczne, szczęśliwe zasiedlenie ludzie pracy całej ziemi. Pruszewski już teraz byłby w stanie przewidzieć, jaki wytwór mechaniki statycznej w sensie sztuki i celowości należałoby umieścić w centrum świata. Nie mógł jednak przeczuć urządzenia duszy lokatorów wspólnego domu wśród tej równiny i tym bardziej wyobrazić sobie mieszkańców przyszłej wieży pośród wszechświatowej ziemi. Jakie ciała będzie miała młodość i jaka wzruszająca siła zapoczątkuje bicie ich serc i myślenie umysłów?

Pruszewski chciał wiedzieć to już teraz, aby nie po próżnicy budowano ściany jego architektury. Dom muszą zasiedlać ludzie, a ludzi przepełnia ta nadmierna ciepłota życia, którą kiedyś nazwano duszą. Bał się wznosić puste gmachy – takie, gdzie ludzie żyją tylko wskutek niepogody.

Pruszewski wychłodził się od nocy i zszedł do napoczętej jamy wykopu, gdzie stało zacisze. Posiedział jakiś czas na dole. Nad nim zalegał kamień, z boku chylił się przekrój gruntu i było widać, jak na ścince gliny, nie pochodna od niej, spoczywała gleba. Czy z każdej bazy powstaje nadbudowa? Czy każda produkcja materiału życiowego przynosi człowiekowi duszę jako produkt dodatkowy? A gdyby ulepszyć produkcję do szczebla ścisłej ekonomii – czy przyniesie uboczne, nieoczekiwane produkty?

Inżynier Pruszewski już w dwudziestym piątym roku życia odczuł zawężenie swej świadomości i kres dalszego pojmowania życia, jak gdyby ciemna ściana wyrosła wprost przed jego zgłębiającym umysłem. Odtąd się męczył poruszając się przed ową ścianą i uspokajając sam siebie, że właściwie zrozumiał już głębinową, istotną strukturę materii, z której skombinowany jest świat i ludzie. Cała istotna nauka mieści się przed ścianą jego świadomości, zaś poza ścianą znajduje się mało interesujące miejsce, do którego można nie dążyć wcale. Z drugiej strony, ciekawie byłoby się dowiedzieć, czy ktoś nie wylazł do przodu, przed tę ścianę. Pruszewski jeszcze raz podszedł do ściany baraku, pochylił się i ponownie spojrzał na tamtą stronę na najbliższego śpiącego, by spostrzec na nim coś dotychczas mu w życiu nieznanego. Tam jednak mało co było widać, ponieważ w lampie nocnej wyczerpywała się nafta i słychać było tylko jedno powolne, zapadające się oddychanie. Inżynier pozostawił barak i poszedł golić się do fryzjerni nocnej zmiany. Lubił, by w czasie chandry dotykały go czyjeś ręce.

Po północy inżynier dotarł do swego mieszkania – mansardy w sadzie owocowym, otworzył okno w ciemność i usiadł posiedzieć. Słaby miejscowy wiatr zaczynał czasem poruszać liśćmi, lecz wkrótce znów następowała cisza. Poza sadem ktoś szedł i śpiewał swą piosenkę. Musiał to być księgowy z wieczornych zajęć lub po prostu człowiek, któremu nudziło się spać.

W dalekiej oddali, zawisając i bez ratunku, świeciła niejasna gwiazda. Nigdy nie stanie się bliska. Pruszewski patrzył na nią przez mętne powietrze, czas płynął i inżynier począł wątpić:

– Może bym zginął?

Pruszewski nie widział, komu miałby być na tyle niezbędnie potrzebny, by bezwarunkowo podtrzymywać siebie aż do odległej jeszcze śmierci. Zamiast nadziei pozostawała mu tylko cierpliwość i gdzieś tam, za czeredą nocy, za opadniętymi, rozkwitłymi i znów zamierającymi sadami, za napotkanymi i pożegnanymi ludźmi zbliża się jego czas, kiedy przyjdzie położyć się na łóżku, obrócić twarzą do ściany i zakończyć życie, nie zdoławszy zapłakać. Na świecie pozostanie tylko jego siostra, ale urodzi dziecko i tkliwość wobec niego przeważy smutek po utracie martwego, rozkładającego się brata.

– Lepiej jak umrę – pomyślał Pruszewski. – Wykorzystują mnie, ale nikt mi nie rad. Jutro napiszę ostatni list do siostry, z samego rana trzeba kupić znaczek pocztowy.

Po podjęciu postanowienia, że umrze inżynier legł do łóżka i zasnął ze szczęściem obojętności do życia. Nie zdoławszy odczuć całego szczęścia, obudził się z jego powodu o godzinie trzeciej po północy i oświetliwszy mieszkanie, siedział wśród światła i ciszy, otoczony bliskimi jabłoniami do samego świtu. Wtedy otworzył okno, by słyszeć ptaki i kroki przechodniów.

Po ogólnym przebudzeniu do baraku noclegowego kopaczy przyszedł postronny człowiek. Ze wszystkich robotników znał go tylko Kozłow, dzięki swym zaszłym konfliktom. To był towarzysz Paszkin, przewodniczący okręgowego związku zawodowego. Posiadł już starszą twarz i zgięty kadłub ciała – nie tyle od liczby lat, ile od obowiązków społecznych. Z powodu tych danych przemawiał po ojcowsku i prawie wszystko wiedział lub przewidywał.

– No cóż – mawiał zazwyczaj podczas trudności – szczęście i tak historycznie nastąpi. I pokornie schylał ponurą głowę, która już nie miała o czym myśleć.

W pobliżu rozpoczętego wykopu Paszkin postał chwilę twarzą do ziemi, jak do każdej produkcji.

– Tempo macie słabe – rzekł do robotników. – Po co żałujecie podnosić produkcyjność? Socjalizm i bez was się obejdzie, a wy bez niego przeżyjecie życie nadaremnie i pomrzecie.

– Staramy się, jak to się mówi, towarzyszu Paszkin – powiedział Kozłow.

– Gdzież wy się staracie? Jedną kupę tylko wykopaliście!

Skrępowani wymówką Paszkina, robotnicy milczeli w odpowiedzi. Stali i widzieli: słusznie gada człowiek – prędzej trzeba kopać ziemię i stawiać dom, bo umrzesz i nie zdążysz. Niech życie ucieka jak prąd oddechu, za to poprzez urządzenie domu można je zorganizować na korzyść dla przyszłego nieruchomego szczęścia i dla dzieciństwa.

Paszkin spojrzał w dal – w równiny i wądoły. Gdzieś tam zaczynają się wiatry, powstają zimne chmury, rodzi się różna komarowa drobnica i choroby, rozmyślają kułacy i śpi wiejskie zacofanie, proletariat natomiast żyje samotnie, w tej smętnej pustce i musi za wszystkich wszystko wymyślić i zręcznie wytworzyć materię długiego życia. I ulitował się Paszkin nad wszystkimi swoimi związkami zawodowymi i poznał w sobie drogę do ludu pracującego.

– Ja wam, towarzysze, po linii związku zabezpieczę jakieś ulgi – powiedział.

– Skąd weźmiesz te twoje ulgi? – spytał Safronow. – Najpierw musimy je wytworzyć i tobie przekazać, a ty nam.

Paszkin spojrzał na Safronowa swymi ponuroproroczymi oczami i poszedł wewnątrz miasta na służbę. Za nim śladem wyprawił się Kozłow i powiedział mu w oddaleniu:

 

– Towarzyszu Paszkin, oto u was Woszczew zaliczony, a przecież skierowania z giełdy pracy nie posiada. Powinniście go, jak to się mówi, wykluczyć do tyłu.

– Nie widzę tu żadnego konfliktu – ubytki mamy obecnie w proletariacie – zawyrokował Paszkin i pozostawił Kozłowa bez pocieszenia. Kozłow natomiast zaczął upadać w wierze proletariackiej i zapragnął udać się w głąb miasta, by pisać tam szkalujące oświadczenia i organizować różne konflikty w celu osiągnięć organizacyjnych.

Do samego południa sprawy szły pomyślnie: nikt nie pojawił się na wykopie z personelu organizacyjnego lub technicznego, mimo to ziemia ciągle się pogłębiała pod łopatami, licząc się tylko z siłą i cierpliwością kopaczy. Woszczew czasami się schylał i podnosił kamyk lub inny zlepiony paproch i chował na przechowanie do swoich spodni. Cieszył go i wzruszał odwieczny pobyt kamyka w środowisku gliny, w skupisku mroku – oznacza to, że istnieje powód, by tam się znajdował. Tym bardziej człowiekowi należy żyć.

Po południu Kozłow już nie mógł się nadyszeć – starał się oddychać poważnie i głęboko, lecz powietrze nie przenikało jak przedtem aż do brzucha, a działało tylko powierzchownie. Kozłow usiadł w obnażony grunt i dotknął rękami swoją kościaną twarz.

– Zdenerwowałeś się? – spytał go Safronow. – Tobie dla trwałości należałoby się na kulturę fizyczną się zapisać, a ty konflikt szanujesz: zacofanie myślisz.

Czyklin bez pobłażania i wytchnienia gromił łomem płytę litego kamienia, nie zatrzymując się dla myśli lub nastroju. Nie wiedział, w jakim celu miałby żyć inaczej – jeszcze zostaniesz złodziejem lub zaczepisz rewolucję.

– Kozłow znów osłabł – powiedział Czyklinowi Safronow. – Nie przeżyje socjalizmu – jakiejś funkcji w nim brakuje!

Czyklin od razu począł rozmyślać. Jego życiu nie było gdzie się podziać, skoro jego zejście do ziemi ustało. Oparł się wilgotnymi plecami o pionową ścianę wykopu, spojrzał w dal i wyobraził sobie wspomnienie – nic innego wymyślić nie mógł. W najbliższym do wykopu wąwozie rosły teraz po trosze trawy i martwo leżał nikczemny piach. Nieodłączne słońce trwoniło swe ciepło na każdy drobiazg tutejszego, niskiego życia. Pośrednictwem ciepłych ulewnych deszczy wyryło w starożytności wąwóz, w którym nie umieszczono dotychczas żadnej proletariackiej korzyści. Sprawdzając swój rozum, Czyklin poszedł do wąwozu i wymierzył go zwyczajowym krokiem, oddychając równomiernie dla rachunku. Wąwóz całkowicie potrzebny był dla wykopu, należało tylko poprowadzić łagodnie zbocza i wciąć głębiej wodną ścianę oporową.

– Kozłow niech pochoruje – powiedział Czyklin po powrocie. – Nie będziemy się starali tu kopać dalej, tylko obniżymy budynek do wąwozu i stamtąd poprowadzimy go w górę. Kozłow zdąży dożyć.

Po słowach Czyklina wielu zaprzestało kopania i usiedli odpocząć. Kozłow już jednak odetchnął po swym zmęczeniu i chciał iść do Pruszewskiego, by powiedzieć, iż robotnicy ziemi już nie kopią i należy przedsięwzięć istotną dyscyplinę. Zamierzając uskutecznić taką zorganizowaną korzyść, Kozłow cieszył się zawczasu i zdrowiał. Safronow jednak osadził go na miejscu, jak tylko się ruszył.

– Cóż to, Kozłow, kurs na inteligencję bierzesz? Sama raczyła udać się do naszej masy.

Pruszewski szedł na wykop przed nieznanymi ludźmi. List do siostry wysłał i teraz zamierzał uporczywie działać, martwić się o sprawy bieżące i budować dowolne gmachy dla cudzej korzyści, aby tylko nie niepokoić własnego sumienia, w którym ustanowił szczególną delikatną równowagę, uzgodnioną ze śmiercią i poczuciem osierocenia wobec pozostałych osób. Ze szczególną delikatnością odnosił się do ludzi, których przedtem z jakiegoś powodu nie lubił – obecnie wyczuwał w nich prawie że główną zagadkę swego życia i uważnie wpatrywał się w obce i znajome głupie twarze, wzruszając się i nie rozumiejąc.

Nieznajomi okazali się nowymi pracownikami, co Paszkin przysłał dla zapewnienia państwowego tempa. Robotnikami przybyli jednak nie byli: Czyklin od razu, bez uważności, odkrył w nich przeuczonych na odwrót urzędników miejskich, pustelników różnego stopnia oraz ludzi nawykłych do podążania niespiesznym krokiem za postępującym koniem. W ich ciele nie widziało się żadnego proletariackiego talentu do pracy, zdolni byli bardziej do leżenia na plecach lub pozostawania w bezruchu w każdy inny sposób.

Pruszewski zalecił Czyklinowi, by rozstawił świeżych pracowników po wykopie i dał im przyuczenie, ponieważ trzeba umieć żyć i pracować z tymi ludźmi, jacy są na świecie.

– Nic to dla nas – wypowiedział się Safronow – Zaraz wybijemy z nich ich zacofanie i w aktywność przekształcimy

– Właśnie, właśnie – rzekł Pruszewski ufając mu i poszedł za Czyklinem do wąwozu.

Czyklin powiedział, że ten wąwóz to nic innego jak bardziej niż w połowie gotowy wykop i za jego pośrednictwem można zaoszczędzić słabych ludzi dla przyszłości. Inżynier zgodził się, jako że i tak umrze wcześniej nim skończą gmach.

– Poruszyła się we mnie naukowa wątpliwość – marszcząc swą uprzejmie świadomą twarz powiedział Safronow. Wszyscy uważnie go słuchali. Safronow patrzył na otaczających z uśmieszkiem zagadkowego umysłu.

– Skąd niby u towarzysza Czyklina światowe wyobrażenie się pojawiło? – wymawiał powoli. – Czy szczególnych pieszczot w dzieciństwie doznawał, że wąwóz tak czyta? Dlaczego, towarzyszu Czyklin, myślisz sobie, a ja chodzę z towarzyszem Pruszewskim jak drobiazg między klasami i polepszenia dla siebie nie widzę!.

Czyklin był zbyt ponury dla chytrości i odpowiedział w przybliżeniu:

– Nie ma dokąd żyć, to i myślisz w głowę!

Pruszewski popatrzył na Czyklina jak na bezcelowego męczennika, a potem poprosił, by przeprowadzono w wąwozie wiercenie badawcze i poszedł do swego kantorku. Zaczął tam starannie pracować nad wymyślonymi częściami ogólnoproletariackiego domu, by ponownie czuć przedmioty i zapomnieć o ludziach w swoich wspomnieniach. Dwie godziny później Woszczew przyniósł mu próbki gruntu z odwiertów badawczych. „Ten pewnie zna sens życia przyrodniczego” – cicho pomyślał Woszczew o Pruszewskim i dręczony swą konsekwentną tęsknotą spytał:

– A wy nie wiecie, z czego urządził się cały świat?

Pruszewski zatrzymał uwagę na Woszczewie: czy tacy też staną się inteligencją? Czyżby kapitalizm zrodził nas bliźniaczo?

Boże ty mój, jaką on ma teraz nudną twarz!

– Nie wiem – odpowiedział.

– Moglibyście się tego nauczyć, skoro was uczono.

– Każdego z nas uczono jakiejś jednej martwej części – poznałem glinę, ciężar wagi i mechanikę spoczynku, ale maszyny znam niezbyt i nie wiem, dlaczego bije serce w zwierzęciu. Całości lub tego, co wewnątrz, nam nie objaśniano.

– Szkoda – powiedział Woszczew. – Jakże żyliście tak długo? Glina dobra jest dla cegły, a dla was za mała!

Pruszewski wziął do ręki próbkę gruntu z wąwozu i skupił się na niej – chciał pozostać tylko z tym ciemnym kawałem ziemi. Woszczew postąpił w kierunku drzwi i skrył się za nimi, szepcąc do siebie swój smutek.

Inżynier pooglądał grunt i długo, bezwładem samodziałającego rozumu wolnego od nadziei i chęci zaspokojenia, obliczał próbkę na ścisk i deformację. Przedtem, w czasie życia zmysłowego i pozorów szczęśliwości, Pruszewski obliczyłby wytrzymałość gruntu mniej dokładnie – obecnie chciało się mu nieprzerwanie troszczyć się o przedmioty i urządzenia, by zająć nimi swój umysł i puste serce zamiast przyjaźni i przywiązania do ludzi. Zajmowanie się techniką spoczynku przyszłego gmachu zapewniało Pruszewskiemu obojętność jasnej myśli, bliskie upojeniu. Części konstrukcji wywoływały zainteresowanie lepsze i trwalsze, niż koleżeńskie uniesienia ze współmyślącymi. Wieczna materia, nie wymagająca ani ruchu ani życia, ani zanikania zastępowała Pruszewskiemu coś zapomnianego i niezbędnego, jak uczucie utraconej przyjaciółki.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora