Niedosyt wrażeń

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

– Jestem surogatką – oznajmiła.

Alex wiedział, co to słowo znaczy, ale jakoś nie potrafił skojarzyć go z Gwen.

– To nie twoje dziecko?

– Nie, ja tylko wypożyczam brzuch. Biologicznie to jest dziecko Roberta i Susan, a po załatwieniu formalności adopcyjnych oni będą jego rodzicami również z prawnego punktu widzenia.

Spadło to na niego jak grom z jasnego nieba. W ciągu ostatnich paru minut przeżywał huśtawkę uczuć. Najpierw czuł się ojcem, potem już nie. Teraz dowiedział się, że ona nawet nie jest matką. Nigdy nie sądził, że prokreacja może być czymś tak skomplikowanym.

– Dlaczego zgodziłaś się na coś takiego?

– A dlaczego miałabym się nie zgodzić? Nie byłam w żadnym poważnym związku ani nie miałam nic przeciwko temu. Spędzam wiele godzin w szpitalu i tam właśnie ich poznałam. Susan leżała przez parę tygodni na moim piętrze po wypadku. Była wtedy w siódmym miesiącu ciąży. Nie tylko straciła dziecko, ale nie mogła już zajść w ciążę. Oni są fajną parą i tyle przeszli. Jak mogłam im nie pomóc?

– Ale chyba ci za to zapłacą?

– Oczywiście, że nie. Mówisz tak jak moja matka. Pokrywają wydatki medyczne i na tym koniec. Nie zrobiłam tego dla pieniędzy, a prawdę mówiąc, nie byłoby ich stać na opłacenie wszystkich kosztów. Ja nie spełniam zachcianki jakiejś nadzianej chudej baby z pretensjami, która nie chce sobie ciążą psuć figury.

Alex nie bardzo wiedział, jak zareagować. Gwen jest świętą, i chyba jedyną, jaką znał, kobietą, która nie uważa się za pępek świata.

– Co z tego masz poza tym ciepłem, jakiego dostarcza dziecko, które rośnie w tobie?

– Pewien dystans. Kiedy im to zaproponowałam, pomyślałam też, że wykorzystam ten czas na przerwę w kontaktach z mężczyznami.

– A więc wyrzekasz się mężczyzn?

Gwen uśmiechnęła się.

– Owszem, na razie.

Nie bardzo wiedział, jak się zachować. Obracał się w świecie, gdzie zamożni dogadzają sobie, jak tylko mogą. Spojrzał na rękę Gwen spoczywającą na łagodnej krągłości brzucha. Na nadgarstku miała srebrną bransoletkę z zapięciem w kształcie serca. Tę, którą jej kupił u Tiffany’ego, gdy ostatnio się kochali.

– Nosisz ją – zauważył.

Gwen uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę, by spojrzeć na nadgarstek.

– Stale, odkąd mi ją podarowałeś.

Alex pokręcił głową. Gwen trzeba było prawie wciskać prezenty. W końcu wybrała bransoletkę, bo zagroził, że nie wyjdzie ze sklepu, póki czegoś nie wybierze. Nie chciała diamentowych kolczyków. Róże i wino okazały się kompletnym niewypałem. Dobrze, że chociaż bransoletka się jej spodobała.

– To moja bransoletka czystości.

– Co takiego? – zapytał Alex. – Jak pas cnoty?

– Nic tak średniowiecznego, ale chodzi o to samo.

– Prezent ode mnie ma ci przypominać o unikaniu mężczyzn? Ironia, jakich mało.

– Naciskałeś, żebym coś kupiła – odrzekła, wzruszając ramionami. – Zobaczyłam ją w gablocie i pomyślałam, że będzie to dobry symbol nowego etapu w życiu. Subtelne przypomnienie, żeby nie zbaczać z kursu, jak gdyby sama ciąża już mnie nie ograniczała. No bo kto by teraz miał na mnie ochotę? Świetna pora, żeby przestać chodzić na randki.

Alex miał na końcu języka wyznanie, że on w każdym razie wciąż jej pragnie, gdy usłyszeli głos Adrienne.

– Gwen? – zawołała.

– Lepiej, żebyś się stąd zmył – syknęła, zrywając się na nogi. Chwyciła róże i wino z komódki i wcisnęła mu je do rąk. – Zabierz to. Nie chcę tłumaczyć, skąd to mam.

Alex nie miał specjalnej ochoty wychodzić, ale też wyjaśniać Adrienne, dlaczego znalazł się sam na sam z Gwen. Szybko wstał, w drzwiach zerknął w stronę kuchni i pędem ruszył w przeciwnym kierunku.

Gdy dotarł do salonu, postanowił wrócić do swego pokoju, by się rozpakować. Albo przynajmniej się odprężyć. W ciągu ostatnich paru minut przeżył zbyt wielki szok, by dołączyć do innych w ogrodzie i udawać, że nic się nie stało.

Sądził, że wie o kobietach wszystko. Długa lista panienek przewijających się przez jego życie powinna mu dać gruntowną znajomość płci pięknej.

Jednak Gwen to wyjątek od wszelkich reguł. A dziś go kompletnie wytrąciła z równowagi.

Była szczera i bezinteresowna. Gdy zobaczył ją tutaj po raz pierwszy, dwoiła się i troiła, by uroczystość ślubna Willa i Adrienne przebiegła bezstresowo. Później dowiedział się, że jej praca polega na opiekowaniu się chorymi, a teraz okazuje się, że innym poświęca również cenny czas prywatny.

W ciągu ostatnich dziesięciu lat spotykał się z wieloma kobietami, ale nie mieściło mu się w głowie, by któraś podjęła się czegoś takiego. Większość szukała hedonistycznej przyjemności albo kochanka. Były samolubne lub rozpuszczone, co do jednej. Nic dziwnego, że z żadną nie chciał pozostać dłużej.

Ale Gwen… Nosić cudze dziecko, nie oczekując niczego w zamian? Poddać ciało trudom ciąży i porodu bezinteresownie, nie mając z tego korzyści w postaci własnego dziecka?

To coś innego niż pożyczyć sąsiadowi szklankę cukru albo podarować bezdomnemu stary płaszcz. Ona rozumiała pojęcie dobroczynności znacznie szerzej.

Przemknął chyłkiem do swojego pokoju i zamknął drzwi, by odgrodzić się od świata. Dopiero gdy zagłębił się w miękkim materacu, poczuł, że poziom adrenaliny w jego żyłach nareszcie opada.

Gwen jest kobietą, jakich brakuje. Szykowna, rozkoszna, opiekuńcza. Może święta, a może nie, w każdym razie ciężar mu spadł z serca, gdy się dowiedział, że nie jest ojcem tego dziecka. Chociaż niewiele brakowało.

Odkąd zaczął zaliczać kobiety, niemal pedantycznie się zabezpieczał. To był jedyny sposób ochrony nie tylko przed chorobą, ale i przed kobietami, które tylko marzyły o tym, by mieć z nim dziecko oraz stały dostęp do jego konta. Firma Stanton Steel dorobiła się fortuny w czasach budowy kolei w Stanach Zjednoczonych. Następne pokolenia inwestowały w kolej, a Alex został jedynym spadkobiercą wielkiego majątku.

Do tej pory nie przydarzyła mu się żadna wpadka. Żadna kobieta nie zaszła z nim w ciążę, co dało mu sporą satysfakcję. Nie chciał sobie narzucać emocjonalnych, materialnych i finansowych zobowiązań.

Rodzice nauczyli go przynajmniej tego, że małżeństwo zawarte ze względu na dziecko kończy się nieszczęśliwie dla każdej ze stron. Nie zamierzał zostać pracoholikiem, jak jego ojciec, który starał się wkupić w łaski dziecka, ani kimś tak zgorzkniałym jak matka, która zwalała na syna winę za swój marny żywot.

A jednak… gdy przez sekundę przemknęło mu przez głowę, że Gwen urodzi jego dziecko, ogarnęło go dziwne i nieoczekiwane uczucie. Rzecz jasna miał jej za złe i ogólnie był wściekły, że ukrywała to przed nim, ale trochę go to też zaintrygowało. Gdyby nosiła jego dziecko, to być może też mogłaby być jego? Pragnął tego. Ta myśl przebiegła mu przez głowę tak szybko, jak mocno kołatało w piersi serce. Potem zreflektował się.

Nie zwierzyłby się nikomu z chwili słabości ani nie przyznałby, że gdy dowiedział się od Gwen, że nie jest ojcem, obok głębokiej ulgi poczuł ukłucie żalu i zazdrości. Czy coś z nim nie tak?

Musi wziąć się w garść. Dziecko na pewno nie przeszkodziło by mu w tym, by znów uwieść Gwen. Ona wciąż jest samotna, więc plany na najbliższy tydzień jeszcze nie całkiem wzięły w łeb. Gdyby chciała, wciąż mogą się trochę zabawić, a potem, przy odrobinie szczęścia, będzie mógł znów ruszyć na łowy.

Usłyszał znajomy kobiecy śmiech dobiegający z ogrodu. Podszedł do okna i odsunął zasłonę. Gwen, stojąc obok połyskującego w słońcu turkusowego basenu, rozmawiała z Adrienne i innymi kobietami, których nie znał. Nie słyszał ich rozmowy, ale Adrienne coś mówiła, a Gwen znów wybuchnęła śmiechem.

Brakowało mu tego dźwięku. Gdy była naprawdę rozbawiona, śmiała się z całego serca. Grzeczne tłumione chichoty to coś zupełnie nie w jej stylu. Uwielbiał jej luz. Czy to było rozbawienie czy rozkosz, dawała im wyraz, nie bacząc na to, co pomyślą inni.

Złote promienie słońca podkreślały jej biust i ramiona obnażone przez sukienkę. Przedtem zbyt wiele rzeczy zaprzątało jego uwagę, by mógł dostrzec, jak bardzo Gwen się zmieniła, odkąd widział ją w listopadzie. W ubiegłym roku, wskutek długich godzin pracy w szpitalu, schudła. Za bardzo, jego zdaniem. Wiedział z doświadczenia, że kobieta o zaokrąglonych kształtach i z dobrym apetytem jest lepsza w łóżku i nie tylko.

Teraz, gdy obserwował ją przez okno, jej ciąża już rzucała się w oczy, a wszystko w niej wydawało się łagodniejsze i bardziej przyjazne. Skóra promieniowała różowym macierzyńskim blaskiem. Piersi powiększyły się, a biodra zaokrągliły. Stan błogosławiony wyraźnie jej służył. Jemu również.

Znów poczuł ogień palący mu wnętrzności. Mimo że ich rozmowa go zszokowała, zapragnął Gwen bardziej niż kiedykolwiek. Kobieta, o której marzył całymi miesiącami, zachwycała urodą. W blasku słonecznego światła i w długiej powłóczystej sukni wyglądała raczej jak starogrecka bogini niż pielęgniarka.

Podniecenie zmusiło go do zmiany pozycji na mniej wygodną. Był zaskoczony, że reaguje na Gwen tak instynktownie. Jej nieznane miękkie kształty obudziły w nim coś pierwotnego.

Dotychczas nigdy nie sądził, by kobieta w ciąży mogła mieć w sobie coś podniecającego. Tym bardziej że nigdy nie zamierzał się ustatkować i zakładać rodziny.

Gwen była jednak inna. W jego odczuciu jej osobliwa i z pewnością skomplikowana sytuacja nie stwarzała między nimi żadnych barier. Gdyby można było ją namówić do kontynuowania romansu, spędziliby razem jeszcze jeden fantastyczny tydzień w łóżku. Alex nie mógł się tego doczekać.

Wyrzekłaś się mężczyzn, Gwen? Przekonamy się, jak to z tym jest, powiedział sobie w duchu.

Zasunął okno i zszedł na dół, by dołączyć do innych i ruszyć na podbój Gwen Wright.

 

– Lepiej późno niż wcale! – wykrzyknął Will w stronę domu.

Gwen odwróciła głowę, widząc, jak Alex wkracza na wyłożone niebieskimi kafelkami patio. O tej porze roku wysoką białą pergolę pokrywającą tył domu oplatała winorośl, rzucając cień na prawie wszystko poniżej.

Plamy cienia i światła tańczyły na jego twarzy, gdy zbliżał się do ogrodowej kuchni, gdzie wszyscy się zebrali.

– Przyjęcie może się oficjalnie zacząć – oznajmił, promiennie się uśmiechając do Gwen, zanim sięgnął do małej lodówki po zimną butelkę piwa warzonego w miejscowym minibrowarze.

Gwen poczuła, jak jej policzki zalewa fala ciepła nie mająca nic wspólnego ze słońcem. Może popełniła błąd, przyjeżdżając tutaj. Gdy Adrienne zaprosiła ją na kilkudniowy wypad z okazji Dnia Niepodległości, trochę się wahała. Przyjaciółka obiecała jej relaks nad oceanem w towarzystwie paru osób.

Ten kilkudniowy odpoczynek od pracy stanowił dla niej dar niebios. Z tygodnia na tydzień codzienne zajęcia w szpitalu i wchodzenie na czwarte piętro coraz bardziej dawały się jej we znaki. Nie mogła sobie wyobrazić, jak to będzie w ostatnich miesiącach ciąży. Niewątpliwie potrzebowała takiej chwili wytchnienia.

Wiedziała jednak, że ponowne spotkanie z Alexem będzie trudne, zwłaszcza ze względu na jej stan.

Nie żeby wówczas wkroczyli na wojenną ścieżkę. Oboje wiedzieli, że to była tylko przygoda. Gdy on miał wyruszyć w interesach do Nowego Orleanu, uznali to za naturalne zakończenie swojej znajomości. Jednak gdy Alex wyjechał, dopadł ją jakiś paskudny niepokój, jak nigdy dotąd.

Ostatecznie jednak życiowe komplikacje zajęły jej uwagę, utwierdzając w przekonaniu, że zawsze źle wybiera mężczyzn. Alex nie był tu wyjątkiem. Dlatego decyzję o rocznej przerwie w kontaktach z panami uznała za bardzo rozsądną.

Hormony drugiej połowy ciąży miały jednak duży wpływ na jej libido. Gdyby więc mu wciąż na tym zależało, nie miałaby nic przeciwko temu, by wykorzystać go na parę nocy upojnego seksu. Przecież on tak samo postępował z kobietami. Dlaczego więc ona miałaby odmawiać sobie tej przyjemności?

Nagle usłyszała głos Adrienne.

– Alex, czy znasz już wszystkich? – Przyjaciółka postawiła szklankę mrożonej herbaty na stole i zaczęła przedstawiać gości.

Gwen słyszała to wszystko wcześniej, ale słuchała po raz drugi, by sobie odświeżyć pamięć.

Najpierw Emma, rzec można siostra przyrodnia Adrienne, a ściślej biorąc córka George i Pauline Dempseyów. Oni stracili starszą córkę w tej samej katastrofie, w której o mały włos nie zginęła Adrienne. Nieoficjalnie zaadoptowali Adrienne i pozwalali, by od czasu do czasu zabierała Emmę na wakacje. Emma właśnie ukończyła liceum, a kiedy wróciła do domu, musiała się szykować na pierwszy rok studiów w Yale.

Następna osoba to Sabine, nieco dziwna dwudziestoparolatka, która prowadziła sklepik Adrienne. Miała kolczyki w nosie i jaskrawo fioletowy kosmyk w czarnych włosach, więc Gwen nie bardzo wiedziała, co o niej myśleć.

Peter i Helena, para w średnim wieku, mieszkali w kamienicy obok nowego domu Willa i Adrienne w dzielnicy Upper West Side. Na koniec – Wade, jeden z kolegów Willa i Adrienne z Yale i dawny partner biznesowy Alexa, oraz Jack, redaktor jednego z dużych nowojorskich wydawnictw.

To był jakiś melanż nazwisk i twarzy, a gdyby padło jeszcze jedno, to wszystkie wyleciałyby Gwen z głowy. Za kłopoty z pamięcią oskarżała ciążę. Łatwo jest prawie wszystko uznać za wynik odmiennego stanu. Prawda wyglądała jednak tak, że Gwen nie miała po prostu pamięci do nazwisk.

Gdy przedstawiono gości, stwierdziła, że dość już siedziała na słońcu. Początkowo to było miłe, ale teraz jeszcze chwila, a spaliłaby sobie skórę. Ze szklanką mrożonej herbaty skryła się w cieniu pergoli i usiadła na jednym z pokrytych poduszkami krzeseł.

W przyjemnym chłodzie od razu poczuła się lepiej.

Na szczęście termin porodu nie wypadał w środku lata. Chybaby tego nie zniosła. Jej mieszkanie nie miało klimatyzacji, jedynie mały wiatraczek w oknie sypialni. Zwykle jej to nie przeszkadzało, ale ostatnio upał dokuczał jej niemiłosiernie.

Wychylając odświeżający łyczek herbaty, przyglądała się mężczyznom gromadzącym się wokół grilla. Milionerzy potrafią kierować działalnością przedsiębiorstw i budować imperia, ale gotowanie w plenerze nie jest ich mocną stroną. Alex otworzył szafkę za grillem gazowym i majstrował przy butli. Parę minut potem rozległ się zwycięski okrzyk.

– Nareszcie jest ogień! – zawołał triumfująco redaktor, chyba Jack.

Adrienne poklepała ich po plecach i odeszła.

– Idę przygotować mięso – oznajmiła z uśmiechem, znikając wewnątrz domu.

Sabine z fioletowym kosmykiem włosów szybko znudziła się widokiem grilla i przysiadła się do Gwen, która nie miała wątpliwości, że to miła osoba, ale po prostu nie wiedziała, czy mają wspólne tematy do rozmowy.

– Kiedy masz termin? – spytała Sabine, pijąc piwo.

– W połowie października – odrzekła Gwen.

– Mój synek skończy w październiku dwa lata… A czy wiesz, czy to będzie chłopiec czy dziewczynka?

Gwen starała się ukryć zaskoczenie tym, że Sabine ma dziecko. Własnej matki z fioletowymi włosami nie mogła sobie wprost wyobrazić.

– Dziewczynka. Tydzień temu miałam USG.

– A wybrałaś dla niej jakieś imiona?

Im większy miała brzuch, tym więcej zadawano pytań, na które musiała odpowiadać. W pierwszych miesiącach nie było problemu. Teraz wolała z miejsca wyjaśniać całą sytuację, zanim zaczną ją atakować pytaniami.

– Właściwie nie. Jestem surogatką, więc nie ja będę wybierać imię dziecku. Jej rodzice chcą ją nazwać Caroline Joy albo Abigail Rose. Ilekroć z nimi rozmawiam, wymieniają coraz to nowe imiona. Na razie nazywam ją Orzeszkiem, bo była podobna do orzeszka na pierwszym zdjęciu USG.

W miarę jak Gwen mówiła, Sabine robiła coraz większe oczy. Najwyraźniej sposób podania tej informacji w nieprzerwanym potoku słów zbił ją z tropu.

– Surogatka? No, no! Nie potrafiłabym się zdecydować na coś takiego.

Gwen starała się nie mieć za złe Sabine, która chyba nie zdawała sobie sprawy, że mogła ją urazić, trafiając tymi słowami w czuły punkt. Gwen nigdy nie chciała założyć własnej rodziny. Matka nią poniewierała, gdy znalazła nowego mężczyznę. Nie zamierzała zgotować takiego losu własnemu dziecku. Ponieważ nie sądziła, by kiedykolwiek miała dzieci, oznaczało to, że nigdy nie doświadczyłaby ciąży. Dlatego rola surogatki wydała się jej okazją nie do pominięcia.

W ogóle nie wzięła pod uwagę, że poczuje więź emocjonalną z cudzym dzieckiem. Reakcja Sabine jej to uświadomiła. Gwen nie doceniała tego, czym jest noszenie w sobie żywej istoty. Z chwilą, gdy poczuła pierwszy ruch płodu w brzuchu, Orzeszek stał się dla niej prawdziwą osobą. Gdy była w mieszkaniu sama, miała zwyczaj z nim rozmawiać. Orzeszek pomagał jej ustalać menu.

Miała mętlik w głowie. Odwróciła się od Sabine i dostrzegła, że Alex przygląda się jej z przeciwnej strony patio, swobodnie oparty o drewnianą balustradę, gdy Jack albo Wade, nie była pewna, coś do niego mówili.

Jednak Alex na nich nie patrzył, nawet nie markował tego. Patrzył na nią. Jakaś siła tkwiła w jego oczach, inna jednak od dawnego wyrazu pożądania.

Tym razem był to jakby podziw, choć Gwen nie miała pojęcia, skąd się bierze. Jest w ciąży, spłukana i wyczerpana. Czy jest co podziwiać?

– To jedyny seksowny facet – skomentowała Sabine.

Zaskoczona Gwen odwróciła się do niej. Na myśl o Aleksie z Sabine poczuła przypływ zazdrości. Postanowiła zgrywać głupią.

– Kto? Wade? – zapytała.

– Nie, ten facet, co się spóźnił. Alex.

– Aha – odrzekła Gwen, obawiając się, że gdyby powiedziała coś więcej, ta obca kobieta mogłaby wyczuć w jej słowach nutę goryczy lub zazdrości.

– Niestety wydaje mi się, że wpadłaś mu w oko…

Gwen ożywiła się. Spojrzała w stronę Alexa, ale on wrócił do rozmowy z kolegami.

– Dlaczego tak uważasz?

– Bo on nie spuszcza z ciebie wzroku.

– Może po prostu zabawnie wyglądam – westchnęła.

– Nie – odparła Sabine poważnym tonem. – Kiedy jesteś odwrócona, on wpatruje się w ciebie jak w najsłodszy tort truskawkowy na wystawie. Na pewno chciałby go posmakować.

Gwen odruchowo pogłaskała brzuch i kiwnęła głową.

– To miło, że tak mówisz, ale wątpię, czy miałby ochotę na choćby kawałeczek.

– Oh, nie mam wątpliwości – zapewniła Sabine, uśmiechając się jak osoba, która wie, o czym mówi.

– Ale nawet gdyby tak było, mam teraz tak skomplikowane życie, że to mnie nie interesuje.

Sabine zaśmiała się i potrząsnęła głową.

– To chyba nie ma znaczenia. Trochę znam takich nadzianych chojraków. Dostają, co chcą, a potem olewają. Na twoim miejscu dałabym się skusić. Powiem ci coś jeszcze, jeśli tego nie wiesz. Z powodu tych wszystkich hormonów i mocniejszego przepływu krwi w drugiej połowie ciąży seks może być fantastyczny. A z tak doświadczonym facetem jak Alex, co najmniej dziesięć razy bardziej.

Gwen szeroko otworzyła usta, ale nie wykrztusiła słowa. Spojrzała na Alexa. Znów się jej przyglądał, a tym razem jego zachwyt był widoczny jak na dłoni. Poczuła rozkoszną falę gorąca.

Do diabła. Nie przypuszczała, że wciąż będzie dla niego atrakcyjna, a to z pewnością komplikuje sytuację.

Silna wola. Przypomniała sobie o niej, biorąc głęboki wdech i zaczynając bawić się bransoletką. Obiecała sobie przerwę w kontaktach z mężczyznami, a Alex jest właśnie symbolem mężczyzny, który ją do tego skłonił.

Jeśli ona czuje pożądanie, to tylko z powodu hormonów i samotności. Jednak potrafi to zwalczyć. Musi. Nieważne, czego chce Alex. Nie może być tak, że on może spełniać wszystkie swoje zachcianki.

A jednak, sięgając wzrokiem przez patio w jego kierunku, była prawie pewna, że czas jej celibatu zbliża się do dzikiego i namiętnego kresu.

ROZDZIAŁ TRZECI

Gdy przełykała ostatni kęs kolacji, miała wrażenie, że zaraz pęknie. Ostatnio znów nabrała apetytu, a wszystko było tak smakowite, że nie potrafiła się oprzeć. Na kolację pochłonęła pierś kurczaka z grilla i cheeseburgera wraz z mnóstwem dodatków, które przygotowała Adrienne. Czuła się więcej niż najedzona.

Przynajmniej na około godzinę.

Ponieważ Alex przez cały czas patrzył na nią pożądliwie, powinna chyba powściągnąć wilczy apetyt i jeść z umiarem. Jednak Orzeszek dopominał się o swoje.

Po skończonym posiłku zaczęto zbierać naczynia, a panowie poszli do domu na partyjkę pokera. Zapowiadało się, że gra będzie się toczyć głośno i o wysoką stawkę. Gwen zabrała swój talerz oraz salaterkę z sałatką ziemniaczaną i dołączyła do innych kobiet w kuchni.

– Co ty tu robisz? – zbeształa ją Helena, odbierając jej talerz i salaterkę, gdy Gwen przekraczała próg. – Powinnaś odpoczywać.

– Jestem w ciąży, ale nie dotknął mnie paraliż – odparła Gwen, marszcząc brwi. – Jeśli zmywanie naczyń zagraża stanowi odmiennemu, to ktoś powinien mi to powiedzieć, bo robię to przez cały czas.

– Oczywiście, że nie zagraża. Ale skorzystaj z okazji, żeby tym razem odpocząć – odrzekła Adrienne, szybko przechodząc obok niej z półmiskiem i drugą salaterką. – My się tym zajmiemy.

Kuchnia była dość obszerna, ale nawet Gwen się zorientowała, że cztery sprzątające tam kobiety obijały się łokciami i starały się wyminąć.

Jeszcze jedna, w dodatku z wystającym brzuchem, jest tu potrzebna jak dziura w moście.

Wzdychając, szybko chwyciła ulubiony cukierek miętowy z torebki zostawionej na barku i wróciła do ogrodu. Słońce już zaszło, ale niebo rozjaśniały pomarańczowoczerwone smugi światła.

Za basenem i rozległym trawnikiem rozciągającym się po obu stronach domu dostrzegła hangar na łodzie i pomost prowadzący do portu.

Doszła do wniosku, że spacer pomógłby jej trochę uporządkować myśli. Zdjęła sandały i odrzuciła je na bok, po czym przeszła po starannie wypielęgnowanym trawniku. Miękkie i chłodne źdźbła trawy zachęcały, by zanurzyć w nich stopy.

Był piękny wieczór, jakiego nie widziała od bardzo dawna. Wzdłuż granicy lasu dostrzegła migotliwe światełka robaczków świętojańskich pojawiających się w mroku. Znad wody ciągnął ciepły słony wietrzyk, mieszający się z zapachem świeżo skoszonej trawy.

Przypominało jej to dom rodzinny w stanie Tennessee. Za domem dziadków płynął tylko niewielki strumyk, ale trawa i migotliwe robaczki były takie same. Bardzo lubiła wspinać się na huśtawkę z opony, jaką zawiesił dla niej tata, i huśtać się całymi godzinami.

 

Na chwilę ogarnęła ją nostalgia. Kochała Manhattan – jego energię, radosne podniecenie, kulturę, nigdy jednak nie czuła się tam jak u siebie w domu.

Zastanawiała się nawet, czy kiedykolwiek opuściłaby Tennessee, gdyby nie to, że tylko w ten sposób mogła uciec od matki. Wyjazd z Tylorem, chłopakiem, z którym niewiele ją łączyło, to nie był pomysł mądry, ale gwarantował przynajmniej, że wyrwie się z jej szponów.

Wkrótce rozstała się z nim, ale zyskała dzięki niemu to, na czym jej bardzo zależało – prawie tysiąc kilometrów zbawiennej odległości i własne mieszkanko.

Gdy doszła do pomostu, postanowiła pójść nim dalej i przyjrzeć się morzu. Od czasu do czasu przepływający statek marszczył powierzchnię wody, na ogół spokojną o tej porze dnia. Gdy dotarła do końca surowych drewnianych desek, nabrała w płuca rześkiego morskiego powietrza.

Ucieczka od chaosu sprawiła jej nieoczekiwaną frajdę. Pogodny nastrój tego miejsca przenikał ją do szpiku kości i rozprężał mięśnie. Nawet Orzeszek się uspokoił i przestał rozrabiać.

Jaka szkoda, że nie stać jej na to, by tu zamieszkać. Mogłaby pracować jako pielęgniarka domowa jakiejś starszej zamożnej mieszkanki Hamptons. Jednakże opieka nad jakimś hipochondrykiem nie wchodziłaby w grę.

Na Manhattanie wiodła życie dość nerwowe, ale pełne wrażeń. Pracowała w jednym z najlepszych szpitali w kraju i przychodziła z pomocą wielu ludziom. W ciągu ostatnich pięciu lat ustabilizowała sobie życie. Miała przyjaciół. Była szczęśliwa. Przynajmniej do niedawna.

Mniej więcej rok temu, po kolejnym zawodzie miłosnym, zaczęło ją dręczyć przykre uczucie, że czegoś jej brakuje. Czego – nie wiedziała. Nigdy nie dążyła do małżeństwa i założenia rodziny, która wymknęła się z rąk jej matce. Jednocześnie jednak, cokolwiek robiła, też dobrze nie funkcjonowało. Ogólnie rzecz biorąc, była zadowolona, ale nigdy w pełni szczęśliwa.

Stąd właśnie wziął się pomysł, by zrobić sobie przerwę w kontaktach z mężczyznami, przeżyć rok bez spotkań z nimi, skończyć z chaosem w życiu uczuciowym.

Miała nadzieję, że po upływie tego czasu będzie lepiej wiedzieć, czego chce. Pozostały jej jeszcze cztery miesiące ciąży i wciąż miała w głowie zamęt.

– Wiesz, że podobno rekiny lubią grasować w tych chłodnych wodach i żywić się palcami nóg kobiet ciężarnych. To ich przysmak. Jak sushi.

Nie była zaskoczona, bo rozpoznała już cichy odgłos jego kroków po pomoście. Nie zadała więc sobie trudu, by się odwrócić i na niego spojrzeć.

– Nie. Wszyscy wiedzą, że rekiny płyną na wakacje na Florydę. Mają tam swój bufet. A ich największy smakołyk to opalony surfer.

– Hm. Czyli stawiają ilość ponad jakość – mruknął Alex, siadając obok niej po turecku. – Co ty tu robisz sama jak palec?

– Dziewczyny wyprosiły mnie z kuchni, więc wybrałam się na spacer i wylądowałam tutaj. A ty dlaczego nie grasz w pokera?

Alex wzruszył ramionami i rzucił okiem na port.

– Nie lubię pokera. Równie dobrze mógłbym dać im po kilka tysięcy dolarów i sprawa załatwiona. Ale na pewno pobiłbym ich na głowę w squasha.

Gwen odpowiedziała uśmiechem. Zawsze uważała, że Alex jest wysportowany i towarzyski, więc nie zdziwiła się, że w każdej niemal dyscyplinie sportu potrafi sprawić tęgie lanie kumplom z firmy.

Imponował jej wytrzymałością. Zarumieniła się na myśl o tym, mając nadzieję, że w wieczornym zmroku on tego nie zauważy. Nie chciała go zachęcać.

– A więc co u ciebie słychać ostatnio? Poza ciążą i tak dalej? Prawdę mówiąc, niewiele dotąd rozmawialiśmy.

– W porządku. Jak zawsze praca zajmuje mi mnóstwo czasu. Przygotowania do narodzin dziecka to też nie przelewki. Sporo wizyt u lekarzy i wypełniania papierków. To znacznie bardziej skomplikowane niż ciąża po normalnym zapłodnieniu.

– Ale teraz, gdy już stało się, co się miało stać, czy nie możesz znów spotykać się z mężczyznami?

Gwen nie mogła powstrzymać śmiechu.

-Teoretycznie tak, ale widzisz to?- Opuściła wzrok, wskazując brzuch. – To odpycha mężczyzn. Bałabym się takich, co interesowaliby się mną w tym stanie. Mogą być fetyszystami, z którymi absolutnie nie chcę mieć do czynienia.

– Muszę cię zapewnić, że nie masz w sobie nic odpychającego. – Alex podłożył jej palec pod brodę i spojrzał głęboko w oczy.

W okamgnieniu atmosfera zrobiła się gorętsza i jakby naładowana elektrycznością, a Gwen poczuła kołatanie serca. Spowiła ich ciemność, ale w oczach Alexa odbijały się światła portu i srebrna poświata księżyca rozjaśniała jego twarz. Był bardzo przystojny, wręcz piękny. Coś w rysach jego twarzy przykuwało jej uwagę. Rozbrajający uśmiech i figlarne błyski w oczach dopełniały reszty. Niesforne kosmyki blond włosów aż kusiły, by zanurzyć w nich palce.

Przypominał anioła z obrazu, który powinien wisieć w muzeum. Doskonały, ponętny i nietykalny.

Gwen zagryzła wargi, czując się trochę nieswojo. Alex jest tak blisko niej. W głębi ducha pragnęła go pocałować, pójść za radą Sabine i zatracić się w jego ramionach. Jednak czy to jest dobre wyjście?

Wolała zatem oprzeć głowę na ramieniu Alexa. W ten sposób delektowała się jego ciepłem, nie dopuszczając do pocałunków.

– A przede wszystkim – dodała, ostentacyjnie puszczając jego słowa mimo uszu – tak jak ci już powiedziałam, zapominam o mężczyznach do chwili urodzenia dziecka. Spotkania z tobą to był mój ostatni zryw przed okresem postu – wyjaśniła, gładząc brzuch. – Teraz muszę mieć trochę czasu dla siebie.

W świetle księżyca i pod osłoną nocy Alex obserwował jej wewnętrzną walkę z natłokiem myśli. W przeciwieństwie do botoksowych ślicznotek, z którymi miewał romanse, Gwen to kobieta, po której wyraźnie było widać, co czuje i przeżywa.

– Przestań – wyszeptał.

– Co mam przestać?

– Przestań używać ciąży jako pretekstu do trzymania ludzi na dystans. Na mnie to nie podziała.

Gwen z trudem przełknęła ślinę, nieco szerzej otworzyła oczy. Zbiło ją z tropu to, że ją przejrzał.

– Nie wiem, czego ty chcesz…

– Pragniesz mnie – przerwał jej. – A ja cię pragnę tak mocno jak wiele miesięcy temu. Nic w tym złego. Coś przyciąga nas do siebie, a ty stawiasz między nami jakąś barierę. Skoro mnie pragniesz, nie masz powodu tego ukrywać.

Już miała jakoś zareagować, ale po jego słowach jakby na chwilę nabrała wody w usta. Alex pomyślał, że to dobra okazja, by wreszcie ją pocałować. Niestety poderwała się szybciej, niż oczekiwał.

– Co ty we mnie widzisz, Alex?

– Słucham?

– Oboje wiemy, że nie należę do kobiet, w jakich gustujesz. Nie jestem wysoką, szczupłą, atrakcyjną dziewczyną po operacjach plastycznych, która chce się wydać za nadzianego faceta. Ostatnio wyglądałam nieźle, ale teraz jestem w ciąży i żyję w celibacie, a jedno i drugie kompletnie nie zgadza się z tym, co ty sobie cenisz. Od wielu miesięcy nie byłam u fryzjera ani nie zafundowałam sobie żadnego nowego ciucha, który by nie pochodził ze sklepu dla przyszłych matek. Naprawdę nie rozumiem, co ty we mnie widzisz.

Alex rzucił jej ujmujący uśmiech i magiczne spojrzenie, które zwykle popychały kobiety w jego ramiona.

– Nie tak dawno – tłumaczył – spędziliśmy z sobą kilka cudownych tygodni, a więc dobrze wiesz, co w tobie widzę… Chyba że hormony osłabiły ci pamięć.

Gwen zaczerwieniła się i spuściła wzrok.

– Rzeczywiście te dwa tygodnie były super, ale nie rozumiem, dlaczego chcesz mnie znowu poderwać. Zwłaszcza że dzieje się tyle innych rzeczy. Czyżbyś zaliczył już wszystkie wolne kobiety na Manhattanie?

– Nie. Jest ich aż nadto, tak w Nowym Jorku, jak i w Nowym Orleanie. – Żadna jednak nie zaabsorbowała go tak jak Gwen.

– Ale dlaczego ja? – spytała go wyzywająco.

Naprawdę sądziła, że nie jest w jego typie. Nie wiedziała, jakie właściwie kobiety przypadają mu do gustu. Jednak tak czy inaczej była piękna, inteligentna, rozkoszna i ciepła. Te zalety musiały przyciągać tak pewnego siebie mężczyznę jak Alex.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?