Miesiąc z komisarzem MontalbanoTekst

1
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sztuka wróżenia

W Vigacie nikt nie świętuje karnawału. Mowa oczywiście o dorosłych. Nikt nie urządza balów maskowych ani tłustych czwartków. Co innego dzieci. Paradują tam i z powrotem po korsie, popisując się takimi strojami, jakie im dyktuje telewizja. Nie zobaczysz Pierrota czy Myszki Miki, choćbyś był gotów słono za to zapłacić; przetrwał tylko Zorro, ale pobiły go na głowę Batmany i dzielni astronauci w lśniących kosmicznych skafandrach.

Jednak tego roku karnawał nie był bez znaczenia przynajmniej dla jednego dorosłego, dla profesora Gaspare Tamburella, dyrektora miejscowego liceum imienia Federica Felliniego, które – jak o tym świadczy imię patrona – istniało od niedawna.

– Wczorajszej nocy chcieli mnie zabić! – oświadczył dyrektor, wchodząc do gabinetu komisarza Montalbano i sadowiąc się na krześle.

Komisarz patrzył na niego z najwyższym zdumieniem. Poruszyło go nie tyle dramatyczne oświadczenie, ile twarz dyrektora, której koloryt drastycznie się zmieniał, przeskakując od śmiertelnej bladości do paprykowej czerwieni.

„Może mu się coś stać” – pomyślał Montalbano. I powiedział:

– Panie dyrektorze, proszę zachować spokój. Zaraz mi pan opowie, co się zdarzyło. Chce się pan napić wody?

– Nie chcę niczego! – wykrztusił Gaspare Tamburello i otarł sobie twarz chusteczką. Montalbano nie mógł się nadziwić, że te zmienne kolory nie pozostawiły na niej śladów. – Ten nikczemny łajdak jak powiedział, tak zrobił.

– Panie dyrektorze, proszę się nie denerwować, musi mi pan opowiedzieć wszystko po kolei. Jak to się zaczęło i co potem nastąpiło.

Dyrektor Tamburello z trudem zmusił się do zachowania spokoju.

– Chyba pan wie, panie komisarzu, że nasz minister oświaty jest komunistą. To ten, co zarządził, że mamy w szkole uczyć poglądów Gramsciego. A ja pytam: dlaczego Gramsciego, a nie Tommasea? Potrafi mi pan to wyjaśnić?

– Nie – rzucił oschle komisarz, który szybko uznał, że ma dość dyrektora. – Możemy przejść do rzeczy?

– Otóż chcąc uwzględnić w liceum, którym mam zaszczyt i obowiązek kierować, nowe normy ministerialne, pracowałem nad nimi w moim gabinecie wczoraj do późnej nocy.

Wszyscy w mieście wiedzieli, dlaczego dyrektor wynajdywał sobie najrozmaitsze preteksty, żeby tylko odwlec powrót do domu, gdzie czekała na niego, jak przyczajony w kryjówce tygrys, żona Santina, znana w sferach szkolnych pod imieniem „Ksantypina”. Ilekroć dyrektor wracał z pracy, sąsiedzi słyszeli wrzaski, wyzwiska, obraźliwe drwiny, których ta okropna kobieta nie szczędziła mężowi. A zjawiając się po północy, Gaspare Tamburello miał nadzieję, że żona już będzie spała i że ominie go codzienna awantura.

– I co dalej? Proszę nie odbiegać od tematu.

– Wróciłem do domu i ledwo otworzyłem bramę, usłyszałem donośny huk i jednocześnie zobaczyłem błysk. Chyba też wyraźnie usłyszałem, że ktoś się śmieje.

– I co pan zrobił?

– Co miałem zrobić? Wbiegłem schodami na górę, nie czekałem na windę. Krew się we mnie burzyła.

– Opowiedział pan o tym żonie? – spytał komisarz, który kiedy chciał, umiał być naprawdę skończonym bydlakiem.

– Nie. Nic jej nie mówiłem. Dlaczego miałbym jej o tym opowiadać? Już spała, biedna kobieta.

– Jest pan pewien, że widział pan błysk?

– Na pewno widziałem.

Na twarzy Montalbana rysowało się powątpiewanie i dyrektor zaraz to spostrzegł.

– Czemu pan o to pyta? Nie wierzy mi pan?

– Wierzę. Chociaż to dziwne.

– Co w tym dziwnego?

– To, że kiedy ktoś, załóżmy, strzela do pana z tyłu, słyszy pan huk, co zrozumiałe, ale przecież nie może pan widzieć błysku. Mam rację?

– Ale ja na pewno widziałem błysk, nic na to nie poradzę.

Martwa biel i paprykowa czerwień zlały się ze sobą i utworzyły na twarzy dyrektora odcień oliwkowej zieleni.

– Panie dyrektorze, zasugerował mi pan, że zna osobę, która miałaby do pana strzelać.

– Proszę nie używać trybu warunkowego, jako że doskonale wiem, kto to zrobił. I przyszedłem tu po to, żeby złożyć formalne doniesienie.

– Chwileczkę, jedno po drugim. Kto według pana to zrobił?

– Profesor Antonio Cosentino.

Zabrzmiało to wyraźnie i stanowczo.

– Pan go zna?

– Śmieszne pytanie! Uczy u nas francuskiego.

– Dlaczego miałby do pana strzelać?

– Znów mówi pan to w trybie warunkowym. Nie „miałby strzelać”, tylko „strzelał”. Zrobił to, bo mnie nienawidzi. Nie może ścierpieć moich ciągłych upomnień i negatywnej oceny jego postawy. A czy mogę postępować inaczej? Dla mnie porządek i dyscyplina to imperatywy kategoryczne. Tymczasem profesor Cosentino wiecznie je sobie lekceważy. Spóźnia się na rady pedagogiczne, zawsze ma jakieś zastrzeżenia do tego, co mówią inni, kpi, wynosi się, podjudza kolegów przeciw mnie.

– I, pana zdaniem, byłby zdolny do morderstwa?

– Ha! Ha! Ha! Chce mnie pan rozśmieszyć? Ten osobnik jest zdolny nie tylko do morderstwa, ale i do znacznie gorszych rzeczy!

„Co może być gorszego od morderstwa? – pomyślał komisarz. – Może poćwiartowanie zwłok na drobne kawałki, żeby z połowy zrobić rosół, a połowę przypiec na ruszcie i zjeść z frytkami”.

– Wie pan, do czego on jest zdolny? – ciągnął dyrektor. – Widziałem na własne oczy, jak nakłaniał uczennicę do palenia.

– Trawki?

Gaspare Tamburello zdziwił się, a nawet obruszył.

– Jakiej tam trawki! Dlaczego mieliby palić trawę?! Podsunął jej prawdziwego papierosa.

Nie w dzisiejszych czasach i nie na dzisiejszym świecie żył ten nieskalany pan dyrektor.

– Czy dobrze zrozumiałem? Przed chwilą oskarżył pan profesora Cosentino, że panu groził.

– To nieścisłe. Jawnych pogróżek nie słyszałem. Jednak coś w tym rodzaju mu się wyrwało, chociaż udawał, że żartuje.

– Z łaski swojej, proszę po kolei.

– Było tak. Może trzy tygodnie temu nasza koleżanka, profesor Lopane, zaprosiła nas wszystkich, całe grono pedagogiczne, na chrzciny swojej siostrzenicy. Nie mogłem się od tego uchylić, mimo że ze zrozumiałych przyczyn chciałem. Nie lubię, kiedy przełożeni i podwładni bratają się ze sobą. Uważam, że zawsze należy zachować właściwy dystans.

Montalbano zaczął żałować, że człowiek, który strzelał – jeśli ktoś taki rzeczywiście chodzi po ziemi – nie miał większej wprawy.

– Potem, jak to w zwyczaju, całe nasze grono przeszło do osobnego pokoju. Najmłodsi chcieli urządzić jakąś zabawę. Wtedy profesor Cosentino oznajmił nam, że posiadł sztukę wróżenia. Twierdził, że nie musi w tym celu obserwować lotu ptaków czy zwierzęcych wnętrzności. Wystarczy mu wpatrywać się przenikliwie w daną osobę, by nieomylnie odgadnąć jej dalsze losy. Zaraz jedna trzpiotka, profesor Angelica Fecarotta, u nas tylko na zastępstwie, spytała, co ją czeka. Profesor Cosentino przepowiedział jej wielkie zmiany w miłości. Też mi wróżba! Wszyscy wiemy, że ona, chociaż jest narzeczoną dentysty, ciągle go zdradza z jego technikiem i że dentysta prędzej czy później na to wpadnie! W czasie tak wesołej rozrywki...

Montalbano nie wytrzymał, miał tej „rozrywki” dość.

– Panie dyrektorze, jeżeli w tym tempie będziemy ciągnąć dalej, posiedzimy tu do nocy! Proszę powtórzyć mi tylko to, co powiedział panu profesor Cosentino. A raczej co panu przepowiedział.

– Ponieważ wszyscy zaczęli go zamęczać, żeby odgadł moją przyszłość, zaczął się we mnie wpatrywać i wpatrywać, aż zrobiło się cicho jak w grobie. Tak, tak, panie komisarzu, wytworzył się tak napięty nastrój, że, szczerze mówiąc...

– Niech pan, na Boga, pieprzy nastrój!

Dyrektor, jako człowiek zakochany w porządku, od razu się do tego wezwania zastosował.

– Powiedział mi, że trzynastego lutego ujdę z życiem z niebezpiecznej pułapki, ale nie miną trzy miesiące i nie będzie mnie wśród nich.

– Wyraził się dość mętnie, nie sądzi pan?

– Wprost przeciwnie! Przecież wczoraj był trzynasty. I do mnie strzelano. A ta niebezpieczna pułapka to nie miała być apopleksja, tylko prawdziwe zagrożenie życia, z użyciem broni!

Ten szczególny zbieg okoliczności uspokoił komisarza.

– Panie dyrektorze, umówmy się w ten sposób. Najpierw przeprowadzę dochodzenie, a potem być może poproszę pana o złożenie doniesienia.

– Jeśli pan chce podejść do sprawy w ten sposób, podporządkuję się. Chociaż nie ukrywam, że wolałbym od razu zobaczyć tego łobuza za kratkami. Do widzenia.

Wreszcie wstał i wyszedł.

– Fazio! – zawołał Montalbano.

Ale zamiast Fazia w drzwiach z powrotem pojawił się dyrektor. Twarz miał teraz całkiem żółtą.

– Zapomniałem o najważniejszym! O koronnym dowodzie!

Za dyrektorem Tamburello pokazał się Fazio.

– Słucham, komisarzu.

Dyrektor jednak, nieporuszony, ciągnął swoje.

– Dzisiaj rano, kiedy wychodziłem z domu, żeby złożyć doniesienie, zobaczyłem w bramie, w prawym skrzydle u góry, po lewej stronie, dziurę, której wcześniej nie było. To tam trafiła kula. Proszę to wziąć pod uwagę.

I dopiero teraz wyszedł na dobre.

– Wiesz, gdzie mieszka dyrektor Tamburello? – spytał komisarz Fazia.

– Owszem, wiem.

– Idź i rzuć okiem na ten otwór w bramie, a potem powiesz mi, co to takiego. Jeszcze jedno. Zadzwoń wcześniej do liceum, połącz się z profesorem Cosentino i powiedz mu, że dzisiaj po obiedzie, około piątej, chcę go tu widzieć.

Montalbano wrócił do komisariatu za kwadrans czwarta. Był cięższy o ponad kilogram rozmaitych ryb z rusztu, tak świeżych, że ledwie zostały zjedzone, zaczęły na nowo pływać w jego żołądku.

– Rzeczywiście jest tam otwór – oznajmił Fazio – ale nowiutki, drewna nie osmalił żaden wystrzał, wygląda na to, że ktoś go wydłubał scyzorykiem. I nie ma mowy o kuli, nie zostawiła śladu. Mam już na ten temat swoje zdanie.

 

– To się nim podziel.

– Nie wydaje mi się, żeby do dyrektora ktoś strzelał. Mamy teraz karnawał, pewnie jakimś gówniarzom zebrało się na żarty i rzucili w starego petardą.

– Może. Ale skąd ten otwór?

– Sam go wydłubał, żeby te pierdoły, które panu opowiadał, wydały się prawdziwe.

Otworzyły się drzwi, z hukiem walnęły o ścianę. Montalbano i Fazio podskoczyli na krzesłach. Tak zawsze wchodził Catarella.

– Teraz przyszedł do nas profesor Cosentintino i mówi, że chciałby osobiście rozmawiać z jakąś osobą.

– Niech wejdzie.

Fazio wyszedł, wszedł Cosentino.

Przez ułamek sekundy komisarz poczuł się nieswojo. Spodziewał się człowieka w T-shircie, dżinsach i wielkich sportowych nike’ach na nogach, a tymczasem profesor Cosentino ubrany był w szary garnitur i nosił krawat. Miał w dodatku melancholijny wyraz twarzy, a głowę lekko pochylał w lewo. Oczy jednak patrzyły bystro, przenikliwie. Montalbano bez zwłoki i bez niedomówień przedstawił mu oskarżenia dyrektora i ostrzegł, że wbrew pozorom nie widzi w nich niczego śmiesznego.

– A dlaczego?

– Dlatego, że zgodnie z pana przepowiednią dyrektor trzynastego miał się stać obiektem jakiegoś zamachu i rzeczywiście do tego doszło.

– Panie komisarzu, jeśli naprawdę miałbym do niego strzelać, musiałbym być ostatnim głupcem, żeby mu to zapowiadać, w dodatku przy tylu świadkach. Nie uważa pan? Znaczyłoby to, że strzelam i od razu zgłaszam się do więzienia. Tutaj nastąpiło jakieś nieszczęśliwe zrządzenie losu.

– Muszę powiedzieć, że pańskie rozumowanie do mnie nie trafia.

– Dlaczego?

– Dlatego, że mówiąc to, co pan powiedział, i robiąc to, o czym pan mówił, a teraz przekonując mnie, że nie mógł pan tego zrobić, bo przecież pan to zapowiedział, wcale nie jest pan taki naiwny, tylko bardzo sprytny.

– Istotnie – przyznał profesor.

– Wobec tego jak to było?

– Czy pan naprawdę uważa, że udało mi się opanować sztukę wróżenia i że umiem przewidywać przyszłość? W przypadku dyrektora potrafiłbym najwyżej przepowiedzieć jego przeszłość. Tej jestem pewien jak własnej śmierci.

– Co by to miało znaczyć?

– Gdyby nasz dyrektor żył w czasach faszyzmu, nie sądzi pan, że by wiernie służył? Byłby jednym z tych młodzieńców w butach z cholewami i orłem na czapce, co przeskakiwali przez kręgi ognia. Ręczę za to.

– Nie lepiej rozmówić się poważnie?

– Panie komisarzu, pan może nie zna wspaniałej osiemnastowiecznej powieści, zatytułowanej Diabeł rozkochany, autorstwa...

– Jacques’a Cazzotte’a – dokończył komisarz. – Czytałem ją.

Profesor był nieco zdumiony, ale otrząsnął się i ciągnął dalej.

– Otóż pewnego wieczoru Cazzotte zebrał swoich sławnych przyjaciół i precyzyjnie przepowiedział im, jak umrą. Toteż...

– Panie profesorze, znam tę historyjkę, czytałem ją u Gérarda de Nerval.

Profesor zaniemówił.

– Jezu! Jak pan to robi, że wszystko pan wie?

– Czytam – odpowiedział oschle komisarz. I surowym tonem dodał: – Ta sprawa nie trzyma się kupy. Wcale nie wiem, czy do dyrektora ktoś strzelał, czy rzucił za nim petardą.

– To była petarda, nic innego, tylko petarda – stwierdził wzgardliwie profesor Cosentino.

– Ja jednak formalnie pana ostrzegam. Jeżeli w ciągu trzech miesięcy dyrektorowi Tamburello coś się stanie, uznam, że to pan ponosi za to odpowiedzialność.

– Nawet jak złapie grypę? – rzucił Antonio Cosentino, nic a nic nieprzejęty przestrogą.

Jednak doszło do tego, do czego zgodnie z przepowiednią miało dojść.

Dyrektor Tamburello, szczerze rozgoryczony faktem, że komisarz nie wziął pod uwagę jego donosu i nie założył kajdanek człowiekowi, który jego zdaniem był wszystkiemu winien, zaczął robić kolejne fałszywe kroki. Na pierwszej radzie pedagogicznej przyjął postawę pokrzywdzonego męczennika, oznajmiając osłupiałemu gronu, że stał się ofiarą zamachu i że tylko cudem uszedł z życiem za wstawiennictwem Matki Bożej i powinności moralnych, których był wiernym wyznawcą. Wywiązała się dyskusja. Dyrektor wciąż znacząco spoglądał w stronę profesora Antonia Cosentino, a ten jawnie chichotał. Drugi fałszywy krok polegał na wyjawieniu sprawy dziennikarzowi Pippo Ragonese, sprawozdawcy Televigaty, który nie znosił komisarza Montalbano. Ragonese przedstawił w telewizji wszystko na swój sposób: oznajmił, że Montalbano nie wszczyna dochodzenia przeciw człowiekowi, którego mu wskazano jako rzeczywistego wykonawcę zamachu, bo najwidoczniej nie przejmuje się popełnianymi na jego terenie przestępstwami. Wynikło z tego jedynie tyle, że Montalbano mógł się szczerze pośmiać przed telewizorem, a cała Vigàta mogła się dowiedzieć, że do dyrektora Tamburello ktoś strzelał.

Jak wszyscy, dowiedziała się o tym z lokalnego dziennika o wpół do pierwszej także żona dyrektora, która dotąd nie miała o niczym pojęcia. Kiedy nieświadomy zagrożenia Tamburello stawił się o wpół do drugiej na obiad, sąsiedzi już czekali w oknach albo na balkonach, spodziewając się rozrywki. „Ksantypina” naprzód zelżyła męża za to, że trzymał wszystko przed nią w tajemnicy, a potem nazwała go zasrańcem, który pozwala strzelać do siebie z tyłu jak byle gówniarz, i wykpiła nieznanego zamachowca, stwierdzając, że pewnie „tak pieprzy, jak celuje”. Sąsiedzi wysłuchiwali tych wrzasków przez godzinę, a na koniec zobaczyli dyrektora, jak wymyka się z bramy niczym królik wypłoszony przez łasicę. Biedak wrócił do szkoły i zamówił sobie w barze kanapkę, którą przynieśli mu do gabinetu.

O szóstej po południu w kawiarni „Castiglione” zebrały się jak co dzień najbardziej cięte języki Vigaty.

– Co do tego, że jest to bęcwał, nikt nie ma wątpliwości – stwierdził aptekarz Luparello.

– Kto? Tamburello czy Cosentino? – spytał księgowy Prestìa.

– Tamburello. Nie kieruje tym liceum, tylko nim rządzi, bo marzy mu się władza absolutna. Kto nie kładzie uszu po sobie, ten jest permanentnie na wylocie. Wszyscy dobrze pamiętamy, że w zeszłym roku oblał całą drugą C tylko za to, że nie zerwała się na równe nogi, kiedy on wszedł do klasy.

– To prawda – wtrącił się Tano Pisciotta, hurtownik ryb. I zniżając głos do szeptu, dodał: – A nie zapominajmy, że wśród oblanych uczniów byli syn Giosuè Marchiki i córka Nenè Gangitana.

Zapadła pełna napięcia, wymowna cisza.

Wiadomo było, że Marchica i Gangitano są w Vigacie osobami, którym nie robi się despektu. A przecież oblanie ich dzieci było jawnym despektem.

– Tu nie idzie o awersję dyrektora do profesora Cosentino i odwrotnie! W grę wchodzi coś poważniejszego! – uznał Luparello.

I właśnie na te słowa wszedł do kawiarni dyrektor. Nie domyślając się, co wisi w powietrzu, przyciągnął sobie krzesło i przysiadł się do stolika. Zamówił kawę.

– Darujcie, ale muszę wracać do domu – powiedział bez namysłu księgowy Prestìa. – Żona gorączkuje.

– Ja też idę, czekam na służbowy telefon – zawtórował mu Tano Pisciotta.

– Moja żona także ma gorączkę – oznajmił aptekarz Luparello, któremu nie dopisywała fantazja.

Zrobiło się zamieszanie i po chwili dyrektor został przy stoliku sam. Tak czy inaczej, lepiej było nie pokazywać się w jego towarzystwie. Marchica i Gangitano mogliby sobie wyrobić fałszywy osąd o każdym, kto rzekomo przyjaźni się z dyrektorem Tamburello.

Rano do pani Tamburello, która kręciła się po targu, podeszła żona aptekarza Luparello.

– Pani jest naprawdę odważną kobietą, droga pani! Ja na pani miejscu albo bym uciekła, albo bym przepędziła męża z domu, i to bez chwili namysłu.

– A czemu to?

– Jak to czemu? Może ci, co do niego strzelali i nie trafili, już się teraz nie zawahają i podłożą wam bombę pod drzwi.

Jeszcze tego samego wieczoru dyrektor przeniósł się do hotelu. Ale hipoteza pani Luparello zrobiła tak wielkie wrażenie na rodzinach Pappacena i Lococo, które mieszkały na tym samym piętrze, że obie wyprowadziły się z domu.

U kresu wytrzymałości fizycznej i psychicznej dyrektor Tamburello poprosił o przeniesienie i otrzymał zgodę. Nie minęły trzy miesiące, a już „nie było go wśród nich”, jak przepowiedział profesor Cosentino.

– Ciekaw jestem – rzekł komisarz Montalbano – jak to było z tym strzelaniem?

– Petarda – stwierdził spokojnie Cosentino.

– A ta dziura w bramie?

– Nie uwierzy mi pan, kiedy powiem, że to nie moja robota. Ale to prawda. Więc albo był to przypadek, albo sam wydłubał tę dziurę, żeby mu pan uwierzył, kiedy będzie składał na mnie doniesienie. Ten człowiek całe życie sam siebie krzywdzi. Nie mam pewności, czy panu wiadomo, że jedna z rzymskich komedii nosi tytuł Sam siebie karzący i że w niej...

– Wie pan co? – przerwał mu Montalbano. – Wiem tylko jedno. Nie chciałbym mieć w panu wroga.

I mówił to całkiem szczerze.

Skrót

Calòrio nie nazywał się Calòrio, lecz w całej Vigacie był znany pod tym imieniem. Przyjechał tutaj nie wiadomo skąd ze dwadzieścia lat temu, w jednej parze przewiązanych sznurkiem spodni, które wyglądały, jakby były uszyte z samych dziur, a nie z płótna, i w kurtce z naszytymi wszędzie łatami, jakby był arlekinem. Chodził przeważnie boso, ale miał zawsze czyste stopy. Utrzymywał się z jałmużny, którą wypraszał dyskretnie, nie narzucając się i nie strasząc kobiet i dzieci. Miał mocną głowę i nie odmawiał sobie wina, kiedy tylko stać go było na butelkę, ale nikt nigdy nie widział go choćby lekko podpitego, a przecież zdarzały się lokalne święta, na których darmowe wino lało się litrami.

Vigàta dość szybko zaakceptowała przybysza. Ksiądz Cannata zaopatrywał go w stare buty i używaną odzież, nikt na targu nie skąpił mu ryb czy jarzyn, lekarz badał go bezpłatnie i przy byle okazji zasypywał lekarstwami. Zdrowie zresztą na ogół nie zawodziło Caloria, mimo że przekroczył już chyba siedemdziesiątkę. Nocą spał pod portykiem ratusza, w zimie bronił się przed chłodem, okrywając dwoma starymi kocami, które podarowali mu ludzie. Ale od pięciu lat obrał sobie nową siedzibę. Na samotnej plaży po zachodniej stronie nabrzeża, daleko od kąpieliska, stała wyciągnięta na brzeg stara łódź motorowa. Wyłamano z niej co się dało, został tylko sam drewniany szkielet. Calòrio uznał ją za swoją i zamieszkał w dawnej maszynowni. W pogodne dni przesiadywał na pokładzie. I czytał. To dlatego mieszkańcy Vigaty nazwali go Calòrio: święty patron ich miasta, kochany przez wszystkich, wierzących i niewierzących, był przedstawiany na obrazach jako ciemnoskóry zakonnik z książką w ręku. Nasz Calòrio wypożyczał książki z miejskiej biblioteki, a jej dyrektorka, panna Melluso, twierdziła, że nikt nie umie obchodzić się z nimi lepiej niż on, nie mówiąc już o tym, że nikt też nie zwraca ich tak terminowo. Czyta wszystko – rozpowiadała – Pirandella i Manzoniego, Dostojewskiego i Maupassanta...

Komisarz Salvo Montalbano, który zazwyczaj wybierał się na przechadzki albo w stronę mola, albo w stronę zachodniej plaży, mającej tę zaletę, że zwykle jest pusta, zatrzymał się pewnego dnia przy łodzi Caloria i nawiązał z nim rozmowę.

– Co takiego dzisiaj czytamy?

Calòrio, wyraźnie niechętny rozmowom, nawet nie oderwał wzroku od książki.

– Drugą część Fausta – usłyszał komisarz. A włóczęga, widząc, że natręt nie tylko się nie odczepił, ale nawet nie wygląda na zdziwionego odpowiedzią, zdecydował się jednak podnieść na niego wzrok. – W przekładzie Liliany Scalero – dodał uprzejmie. – Stary przekład, lecz w bibliotece nie mają innego. Nie ma co grymasić.

– Mam w domu przekład Manacordy – powiedział komisarz. – Mogę panu pożyczyć, jeśli pan chce.

– Dziękuję. Nie usiądzie pan? – spytał Calòrio, robiąc komisarzowi miejsce na worku, na którym siedział.

– Nie mogę. Wracam do pracy.

– Gdzie?

– Jestem komisarzem policji w tutejszym posterunku, nazywam się Salvo Montalbano.

I wyciągnął do rozmówcy rękę.

Ten wstał i przedstawił się.

– Livio Zanuttin.

– Sądząc z pańskiej wymowy, jest pan chyba Sycylijczykiem?

– Mieszkam na Sycylii od ponad czterdziestu lat, ale urodziłem się w Wenecji.

– Proszę się nie pogniewać, że spytam. Dlaczego człowiekowi takiemu jak pan, wykształconemu, światłemu, przyszło żyć tak, jak pan żyje?

 

– Pan jest policjantem, więc ma pan ciekawość we krwi. Nie bierze się ona z samej natury, ale również z zawodu. Proszę nie mówić „przyszło”, bo to był mój wolny wybór. Wyrzekłem się wszystkiego: szacunku, honoru, godności, cnoty – tego, czego, dzięki Bogu, nie znają w swej błogosławionej niewinności zwierzęta. Wyzwoliłem się z...

– Pan mnie nabiera – przerwał mu Montalbano. – Odpowiada mi pan słowami Pirandella. Tak mówi u niego czarodziej Cotrone. A pomijając wszystko inne, zwierzęta jednak nie czytają.

Uśmiechnęli się do siebie.

I tak zaczęła się ich dziwna przyjaźń. Od czasu do czasu Montalbano go odwiedzał, coś mu przynosił – przeważnie książki, raz radio – a widząc, że Calòrio nie tylko czyta, ale też coś pisuje, podarował mu zapas długopisów i zeszytów. Kiedy zastawał go na pisaniu, włóczęga od razu chował zeszyt do grubo wypchanej torby. Pewnego razu, gdy nagle mocno się rozpadało, Calòrio zaprosił komisarza do dawnej maszynowni, osłaniając wejście kawałkiem ceraty. W środku wszystko było uporządkowane i czyste. Na sznurku przeciągniętym od ściany do ściany wisiały wieszaki, a na nich ubogie ubrania. Zrobił tu sobie nawet półkę, na której trzymał książki, świece i lampę naftową. Dwa worki służyły mu za łóżko. Jedyną oznaką nieładu były puste butelki po winie, poniewierające się w kącie.

Ale oto Calòrio leży teraz na piasku przy swojej łodzi i ma wielką ranę na potylicy. Został zamordowany. Znalazł go nocny stróż z pobliskiej cementowni, który wcześnie rano wracał tędy do domu. Miał przy sobie telefon komórkowy, zadzwonił do komisariatu i nie ruszył się z miejsca, dopóki nie przyjechała policja.

Z maszynowni, która była sypialnią Caloria, zabójca wyniósł wszystko: ubrania, torbę, książki. Tylko puste butelki zostały tam, gdzie były. „Czy to możliwe – zadawał sobie pytanie Montalbano – że w Vigacie są ludzie aż tak zdesperowani, że zdecydowali się ukraść nędzne rzeczy takiego samego desperata?”

Calòrio, choć śmiertelnie zraniony, zdołał jakoś wydostać się z łodzi na brzeg, a kiedy upadł, usiłował jeszcze palcem wskazującym prawej ręki napisać coś dużymi literami na piasku. W nocy trochę padało, piasek na powierzchni był zbity i gładki, mimo to trzy nakreślone litery były niewyraźne.

Montalbano zwrócił się o pomoc do kierownika ekipy z sądówki, Jacomuzziego, który był wprawdzie świetnym fachowcem, ale nie potrafił się wyrzec żałosnego samochwalstwa.

– Możesz mi dokładnie powiedzieć, co ten nieszczęśnik próbował napisać, zanim umarł?

– Naturalnie, że mogę.

Doktor Pasquano, lekarz sądowy, człowiek o trudnym charakterze, lecz niezawodny w swojej pracy, dodzwonił się do Montalbana o piątej po południu. Potwierdził tylko to, co ustalił rano podczas pierwszych oględzin zwłok.

Jego zdaniem między ofiarą a mordercą musiało dojść około północy do gwałtownej bójki. Calòrio, zdzielony pięścią w twarz, upadł do tyłu i uderzył głową o zardzewiały kołowrót, służący kiedyś do wyciągania sieci, teraz zaplamiony krwią. Napastnik, myśląc, że włóczęga nie żyje, wyniósł wszystko, co znalazł pod pokładem, i uciekł. A Calòrio po jakimś czasie na tyle jednak oprzytomniał, że zszedł z łodzi, lecz osłabiony wskutek utraty krwi upadł na piasek. Żył jeszcze ze cztery minuty i w tym czasie zdobył się na wysiłek, by napisać te trzy litery. Zdaniem Pasquana należało przyjąć, że zabójstwo nie było umyślne.

– Jestem święcie przekonany, że się nie mylę – oznajmił stanowczo Jacomuzzi. – Biedaczysko, umierając, chciał napisać jakiś skrót. Mamy tutaj P, potem O i E. Dałbym sobie rękę uciąć, że to skrót jakiejś nazwy.

Na chwilę umilkł.

– Może chodzi o jakąś partię? Tyle ich się teraz namnożyło. Partia Odnowy Europy?

– Co by tu miała do roboty taka kretyńska partia?

– Czy ja wiem co? Wszyscy dzisiaj mówią o Europie... Może to partia wywrotowa, która chce zaprowadzić nowe porządki...

– Jacomù, nie masz czasem rozmiękczenia mózgu?

Na piękne wyżyny wzleciał geniusz Jacomuzziego! Montalbano mógł mu tylko pogratulować. Skrót. Co Calòrio chciał powiedzieć, o czym chciał zawiadomić? Może o czymś, co wiązało się z portem? Portowy Odcinek Est? Plac Odpraw Ekspedycyjnych? Wszystko to psu na budę. Takie zgadywanie nie miało sensu, te trzy litery mogły znaczyć zarówno wszystko, jak i nic. A przecież wypisanie tych trzech liter było dla Caloria w chwili śmierci czymś najważniejszym.

Gdzieś o drugiej w nocy, kiedy już spał na dobre, coś go zbudziło, coś, co nagle pojawiło się w jego głowie. Już kiedyś mu się zdarzyło, że zbudził się w taki sam sposób, i od tamtego czasu nabrał pewności, że kiedy śpi, jakaś cząstka jego mózgu czuwa i próbuje zmagać się z nierozwiązanym problemem. A potem bez wahania przywołuje go do rzeczywistości. Zerwał się, pobiegł do telefonu i wystukał prywatny numer Jacomuzziego.

– Były kropki?

– Kto mówi? – wymamrotał na wpół przytomny Jacomuzzi.

– Montalbano. Były kropki?

– Nie było kropek, ale będzie kropienie.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– A to, że zaraz do ciebie przyjadę i tak cię kropnę, że się nie pozbierasz, a potem jeszcze pokropię cię wodą święconą.

– Jacomù, myślisz, że po to telefonuję do ciebie w środku nocy, żeby wysłuchiwać twoich głupich dowcipów? Były kropki czy nie?

– Jakie kropki, Boże święty?

– Między P a O i między O a E.

– Aha! Chodzi ci o ten napis na piasku? Nie, kropek nie było.

– To po coś mi pieprzył, że to skrót?

– Bo to może być skrót. A poza tym na pewno coś ci się poplątało. Kiedy ktoś umiera, nie traci czasu na stawianie kropek.

Komisarz zaklął, rzucił słuchawkę i podbiegł do półki, spodziewając się, że książka, której potrzebował, stoi na swoim miejscu. Nie zawiódł się. Wziął do ręki Opowiadania Edgara Allana Poe. Nic tu nie miały do rzeczy żadne skróty. Calòrio napisał na piasku nazwisko autora, ponieważ liczył właśnie na Montalbana. Tylko on mógł to ostatnie przesłanie zrozumieć. Pierwsze opowiadanie w zbiorze nosiło tytuł: Rękopis znaleziony w butelce. Komisarzowi nie trzeba było nic więcej.

Wypłoszone szczury rozbiegły się w świetle latarki na wszystkie strony. Wiał porywisty mroźny wiatr, a jego powiewy, przechodząc przez szczeliny w zniszczonym poszyciu łodzi, odzywały się jakby lamentem, który przypominał ludzki głos. Dopiero w piętnastej butelce Montalbano zobaczył to, czego szukał: rulonik owinięty zielonym papierem, dobranym do koloru butelki. Calòrio był człowiekiem inteligentnym. Komisarz odwrócił butelkę do góry dnem, ale rulonik nie chciał z niej wypaść, klinował się, był zbyt luźny. Chociaż Montalbano pragnął jak najszybciej odejść od łodzi, to jednak zeskoczywszy z pokładu, upadł na piasek, tak jak stało się to z biednym Caloriem, i chwilę leżał w skupieniu na plaży.

Po przyjeździe do domu w Marinelli postawił butelkę na stole i zaczął się jej przypatrywać. Chciał nacieszyć się swoją ciekawością, jakby była wstydliwym nałogiem. Kiedy uznał, że już dość, wyjął ze skrzynki na narzędzia młotek i uderzył raz, ale mocno, precyzyjnie. Butelka pękła na dwie części, nie posypały się nawet drobne odłamki szkła. Rulonik był zawinięty w kawałek zielonej marszczonej bibuły, jaką w kwiaciarniach okręca się wazony.

Jeżeli te słowa wpadną we właściwe ręce, to dobrze, jeżeli nie, to trudno. Będzie to już moja ostatnia porażka. Nazywam się Livio Zanuttin, a ściślej biorąc – to właśnie nazwisko zostało mi nadane, bo jestem podrzutkiem. W urzędzie stanu cywilnego zapisano, że urodziłem się 5 stycznia 1923 roku w Wenecji. Do dziesiątego roku życia byłem w sierocińcu w Mestre. Potem odesłano mnie do kolegium w Padwie, gdzie chodziłem do szkoły. W roku 1939, kiedy miałem szesnaście lat, przydarzyło mi się coś, co zadecydowało o całym moim życiu. W kolegium miałem kolegę, rówieśnika, Carla Z., który wyglądał jak dziewczyna i doskonale się nadawał do zaspokajania naszych pierwszych chłopięcych zapałów. Spotykaliśmy się z nim po nocach w piwnicy, do której wchodziło się przez właz w spiżarni. Tylko jednemu chłopcu z naszej klasy Carlo uparcie odmawiał swoich względów. Do niego, do Attilia C., czuł antypatię i nic nie mogło tego zmienić. Im mocniej Carlo mu się opierał, tym bardziej Attilio był na niego zły, bo nie rozumiał powodów tego oporu. Pewnego razu umówiłem się z Carlem na spotkanie w piwnicy o wpół do pierwszej po północy (chodziliśmy spać o dziesiątej wieczór, kwadrans później gaszono światło). Kiedy zszedłem na dół, zobaczyłem w świetle świecy, którą on zawsze tam zapalał, straszliwy obraz: Carlo, z opuszczonymi spodniami i gatkami, leżał w kałuży krwi. Najpierw został zgwałcony, a potem zabity nożem. Byłem wstrząśnięty i przerażony. Odwróciłem się, żeby uciec, i zobaczyłem przed sobą Attilia z nożem w ręku. Podnosił go na mnie. Z dłoni ciekła mu krew, zranił się, kiedy mordował Carla.