Zimowy ogień

Tekst
Z serii: Czarna Seria
Z serii: Kwartet sezonowy #3
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

13

Zima 1987

Laura spała długo, leżała jeszcze chwilę w łóżku i nasłuchiwała kroków cioci Heddy, ale w domu było cicho. Jej myśli krążyły wokół postaci, którą widziała w nocy. A może to jej się wydawało? Może to był tylko sen? Nie mogła w to uwierzyć. Właściwie co widziała? A może raczej: kogo? Wyjrzała przez okno. Nad jeziorem wisiała szara mgła, niosła ze sobą niepokojącą woń spalenizny, która wciskała się do jej sypialni.

W kuchni przywitał ją tylko George, wykonując zygzaki między jej nogami. Na blacie leżała karteczka.

Dzień dobry, moja kochana Lauro!

Rura w kotłowni przecieka, więc muszę pojechać do Ängelholm i przywieźć parę rzeczy. Spałaś tak smacznie, że nie chciałam cię budzić. Niedługo wrócę!

Ciocia Hedda

Laura wyjrzała przez okno. Przed domem nie było samochodów Heddy i Jacka.

George zdawał się odczuwać jej rozczarowanie, ocierał się raz po razie o jej nogi, jakby chciał ją pocieszyć.

Pod kartką od Heddy leżał dziennik kąpieli. Zeszyt w kratkę, w którym Hedda dokładnie odnotowywała każdą kąpiel: datę, godzinę, temperaturę, kto się kąpał.

To fajniejsze niż pamiętnik – mawiała. No i jestem na tym punkcie trochę stuknięta.

Tegoroczny zeszyt był zielony. Na stronach z ostatnich tygodni pojawiało się tylko imię Heddy i gdzieniegdzie Jacka, ale jeżeli przerzuciło się kilka kartek do tyłu, to znowu było lato i znacznie więcej imion.

Laura, Iben i Hedda.

Hedda, Laura i Jack.

Hedda, Jack, Laura, Iben i Peter.

Tylko imienia Tomasa nie można było znaleźć w zeszycie. Tomas nie obawiał się wody, bo wiosłował, żeglował i łowił ryby. W razie potrzeby czasami brodził przy brzegu, ale nigdy nie korzystał z sauny ani nie wskakiwał wieczorem do wody przy tratwie. Nawet Peter nie wiedział, dlaczego tak było.

Laura zrobiła sobie tosty. Jedząc, przerzucała strony lokalnej gazety. Prawie połowa gazety była wypełniona życzeniami bożonarodzeniowymi od różnych firm. Ujrzała parę krótkich wzmianek o wypadku na drodze i o pożarze.

Zgodnie z notatką ogień pojawił się w niezamieszkanym domu. Takie pożary chyba raczej nie zdarzały się przez przypadek. Może więc Ulf Jensen miał rację? Czy ktoś podpalał domy nad jeziorem? Ta myśl była nieprzyjemna i jednocześnie trochę intrygująca.

Na następnej szpalcie widniało zdjęcie ojca Iben, stojącego w hali sportowej z uniesioną dłonią.

Kolejny rekordowy rok klubu lekkoatletycznego w Vedarp. Odnoszący sukcesy trener prawdopodobnie otrzyma poważniejsze zadania.

Przebiegła wzrokiem artykuł, w którym Ulf Jensen z dumą wyliczał, jakie medale zdobył jego klub i na jakich zawodach. Połowę medali zawdzięczano Iben. Laura przypomniała sobie wczorajszy dzień. Gesty, spojrzenia. Piosenkę, którą Iben i Jack wspólnie ćwiczyli.

Skurcz w żołądku powrócił.

Około trzeciej Heddy jeszcze nie było, więc Laura poszła na przystanek autobusowy przy głównej drodze. Kierowca poznał ją, poprosił, aby pozdrowiła ciocię, i nie wziął pieniędzy za bilet.

Jakaś część Laury chciała trzymać się jak najdalej od Iben, ale inna, silniejsza jej część chciała poznać prawdę.

Przed cukiernią Wohlina Peter siedział na skuterze. Nie zauważył nadchodzącej Laury, aż podskoczył, kiedy zapukała w jego kask.

– Cześć, co robisz?

Zdjął kask i uśmiechnął się z lekkim zakłopotaniem.

– Czekam na Tomasa. A ty?

– Umówiłam się z Iben, ale ona potem musi iść na trening. Spotkamy się później?

– Musimy z Tomasem załatwić parę spraw.

– Jakich?

Chłopak pokręcił się na siedzeniu, unikając jej wzroku.

– Tylko załatwić parę rzeczy.

– Dla Milli?

Nie wiedziała właściwie, skąd przyszło jej do głowy to pytanie. Peter dalej nie patrzył jej w oczy. Zanim zdążyła coś więcej powiedzieć, rozległ się warkot nadjeżdżającego skutera. Peter szybko nałożył kask.

– Na razie!

Kopnięciem wprawił w ruch silnik i ruszył w tej samej chwili, kiedy zobaczył Tomasa. Laura stała na chodniku, podczas gdy plecy chłopaków szybko się oddalały.

Cukiernia Wohlina powstała w latach czterdziestych. W jej wystroju przeważały ciemne drewno i mosiądz. Zapach lokalu kojarzył się z czymś staroświeckim i przytulnym.

– Witaj, Lauro! Więc znów przyjechałaś. – Ella Bengtsson, która prowadziła cukiernię chyba od dwudziestu lat, była tęgą, głośno śmiejącą się kobietą o wesołych oczach. – Urosłaś od wakacji. Ile masz lat?

– W marcu skończę szesnaście.

– Szesnaście lat, to już jesteś taka duża? Pamiętam, jak Hedda pierwszy raz tu z tobą przyszła. Miałaś najwyżej cztery–pięć latek. Tak milutko wyglądałaś w warkoczykach. A teraz jesteś już młodą kobietą. – Pogładziła Laurę po policzku. – Chłopaki w szkole muszą za tobą szaleć.

Laura się zarumieniła.

– Chodzę do szkoły dla dziewcząt. Tam nie ma chłopców.

– Nie? To szkoda. Ale w naszej wsi na pewno nie brakuje ci wielbicieli. Peter Larsson zawsze biegał za tobą jak piesek. I ten drugi…

– Tomas.

– Właśnie, Tomas Rask. – Na błyszczącym od potu czole Elli pojawiła się mała zmarszczka. Laura wiedziała, że miało to związek z ojcem Tomasa. Wielu ludzi we wsi bało się Kenta Raska.

Laura zamówiła drożdżówkę z cynamonem i napój jabłkowy i usiadła przy stoliku przy oknie, skąd miała widok na rynek. Światełka na choince paliły się już w grudniowym mroku.

Spojrzała na zegarek. Iben spóźniała się już dziesięć minut, co zwykle jej się nie zdarzało. Skurcz żołądka znów się pojawił. Część Laury chciała wstać i wyjść. Ale musiała dowiedzieć się prawdy.

Iben wpadła do cukierni kwadrans po czwartej.

– Przepraszam za spóźnienie. – Laurę owiał lekki zapach dymu z papierosów, gdy Iben ściągała czapkę i kurtkę i wieszała rzeczy na wolnym krześle. Iben też go poczuła.

– Gadałam na przerwie z ludźmi, co stali w narożniku dla palaczy – powiedziała. – Muszę wywietrzyć kurtkę, zanim wrócę do domu, do ojca.

Iben nie paliła, jej tata nigdy by na to nie pozwolił. Laura słyszała historię o tym, jak Ulf przyłapał braci Iben na paleniu. Zmusił Christiana i Fredrika do przebiegnięcia pięćdziesięciu okrążeń boiska. Pięćdziesiąt okrążeń to dwadzieścia kilometrów. Przez ostatnie pół godziny deszcz lał jak z cebra, ale Ulf nie pozwolił im przestać, póki nie wykonali polecenia.

Laura widziała, że usta Iben się poruszają, ale nie bardzo słyszała, co ona mówi. Była zajęta przyglądaniem się Iben. Dziś znowu się umalowała. Policzki miała zarumienione, oczy błyszczące. Znad jej kurtki uniósł się inny, słabszy zapach. Laura doskonale go znała.

Dusząca woń czerwonego drzewka zapachowego do samochodu.

– Spotkałaś się z Jackiem – przerwała przyjaciółce w środku zdania. – Chodzicie ze sobą…

Głos się jej załamał.

– Widzisz, Laura… – Iben pobladła. – Jesienią dużo rzeczy się zdarzyło.

Położyła dłoń na ramieniu Laury.

– Ojciec nie chce się zgodzić, żebym pojechała do liceum sportowego w Malmö, chociaż wcześniej mi to obiecał. Mówi, że będzie lepiej, jeżeli zostanę w domu i będę trenowała pod jego kierownictwem. Ale ja już nie mogę wytrzymać w tej dziurze. Muszę się stąd wydostać. Jack… – Głos jej zadrżał. – Jack jest jedynym człowiekiem, który to rozumie. Jedynym, który mnie wspiera.

Laura odepchnęła dłoń Iben.

– Wiedziałaś, co czuję. Wiedziałaś, co zdarzyło się latem między Jackiem a mną.

Iben pokręciła głową.

– Nie rozumiesz, Lauro. Pojawiasz się tylko na ferie i wakacje, kiedy wszystko jest w porządku. Nie widzisz tych… innych rzeczy.

– Niby jakich innych? Jak wygrywasz na wszystkich zawodach i dostajesz celujące stopnie ze wszystkich przedmiotów? Tak ci było cholernie źle, że musiałaś mnie oszukać?

Iben dalej kręciła głową. Po policzkach zaczęły jej spływać łzy, ale to nie wzruszyło Laury. Raczej sprawiało jej przyjemność, że role się zmieniły, że była tą, która raniła, a nie tą zranioną.

– Nie rozumiesz – powtarzała Iben.

Laura wstała. Fala gorąca zalała jej piersi, szyję i policzki. Iben ją oszukała, a mimo to próbowała udawać, że sama zasługuje na współczucie. Ale tych zawodów Iben nie wygra.

– Idź w cholerę, Iben – rzekła. – Nigdy więcej nie odezwę się do ciebie, rozumiesz? Niech cię szlag trafi.

Zauważyła, że Ella Bengtsson przygląda się im zza kasy, chwyciła kurtkę i pobiegła do wyjścia, nie patrząc na nikogo.

14

– Zawsze będę cię kochała, księżniczko!

– Zawsze? Nawet po śmierci?

– Cha, cha, tak. Nawet wtedy…

Kościół w Vedarp wygląda tak jak w pamięci Laury. Otynkowane na biało ściany, ławki z ciemnego drewna, które wydają się twarde jak kamień pod jej obolałym kręgiem ogonowym. Ołtarz z białym obrusem, krzyżem i dwoma lichtarzami, za nim obraz, raczej pozbawiony wyrazu, żeby nie odciągać uwagi od kazania.

Trumna jest skromna. Gładkie sosnowe deski pociągnięte jasną farbą, przez którą prześwitują słoje drewna. Przypomina jej inną, mniejszą trumnę. Wpycha to wspomnienie do pudełka, w którym jest jego miejsce.

Przedsiębiorca pogrzebowy i jego pomocnicy wtoczyli trumnę na wózku i ustawili przed ołtarzem.

– Chce pani zobaczyć ciocię? – pyta mężczyzna z biura pogrzebowego. – Mamy jeszcze chwilę.

To nie jest Hedda – taka jest pierwsza myśl Laury, gdy podnoszą wieko trumny. W pamięci Laury Hedda jest kobietą niewiele po czterdziestce, ma piegi i długie rude włosy. Jest silna i twarda, potrafi każdemu powiedzieć, żeby poszedł do diabła, a w następnej chwili mówić, jak bardzo go kocha.

 

Kobieta w trumnie jest stara i ma długie, siwe włosy. Jej skóra jest blada i pomarszczona, wygląda, jakby wciąż nosiła ślady lodowatej wody. Dłonie splecione na piersiach są pokrzywione, a ich grzbiety pokryte ciemnymi plamami starczymi.

Na jednej dłoni mały i serdeczny palec są tylko kikutami pokrytymi szorstką tkanką bliznowatą, nazbyt dobrze znaną Laurze. Robi jej się gorąco w plecy. Wspomnienia wracają. Huk płomieni, odór spalonego ciała. Krzyki uderzające w uszy jak ostrza. Jej własny krzyk, lecz także krzyk kogoś innego. Ktoś niesie ją przez lód. Uczucie unoszenia się na chmurze rozpalonego do białości bólu.

A na końcu chwila, gdy lodowata woda jeziora gasi cały świat. Twarz Heddy nad jej twarzą. Łzy, wściekłość. Ból. Dla mnie spaliłaś sobie rękę, myśli Laura. Żeby mnie uratować. Czy dlatego byłaś na mnie zła? Dlatego nigdy więcej się nie odezwałaś? Czy dlatego, że wiedziałaś, że wszystko stało się z mojej winy?

Hedda nie odpowiada ani w głowie Laury, ani w rzeczywistym świecie. Umarli tego nie robią.

– Można już zamknąć trumnę – mówi Laura.

Personel hotelowy zdążył wyprasować jej bluzkę, żakiet i pasujące do niego czarne spodnie. Właściwie nie było to potrzebne. Laura dba o swoje ubrania, używa zawsze podróżnego pokrowca, aby rzeczy jak najmniej się gniotły. Ale ubrania jednak są najbardziej świeże, kiedy przychodzą prosto z pralni, jeszcze okryte plastikiem i lekko pachnące chemikaliami.

W hotelu jest basen, dlatego przejechała sześćdziesiąt dodatkowych kilometrów, żeby właśnie tam przenocować. Wczoraj zdążyła przepłynąć trzy tysiące metrów, a przedtem przeprowadziła cztery rozmowy służbowe. Próbowała spłukać z siebie ostatnie pozostałości Gerdnes i domu Heddy, ale nie całkiem jej się to udało. Teraz to jej dom, jej rozpadające się letnisko, jej poniszczone rupiecie. Odrażająca mieszanina, która wżera się w jej głowę tak jak ptasie odchody w dach samochodu i której jak najszybciej chce się pozbyć. Zdążyła do tej pory kilkakrotnie powtórzyć w pamięci wydarzenia wczorajszego dnia. Próbowała przeanalizować, o co właściwie chodzi w tym uwierającym uczuciu, które ciągle jej nie opuszczało. Ale jej myśli raz po raz kierowały się ku znalezionym niedopałkom papierosów. Czerwone prince’y kiedyś palił Jack.

Czy to on był w Gerdnes? Stał między drzewami i śledził ją, ale nie miał odwagi podejść do drzwi i zapukać? Czy za chwilę się tu zjawi?

Na kwadrans przed rozpoczęciem pogrzebu Laura czuje się podenerwowana i – co jest raczej niestosowne – ożywiona.

Kościelne drzwi skrzypią, a Laura gwałtownie ogląda się za siebie. Ale to tylko Håkansson. Prawnik pozdrawia ją szybkim skinieniem głowy i siada w jednej z tylnych ławek. Za nim wchodzą trzej wysocy mężczyźni w ciemnych garniturach. Dwaj z nich są około pięćdziesiątki, trzeci wygląda na siedemdziesiąt z okładem. Podchodzą prosto do niej, jakby ją znali. Laura staje w ławce.

Włosy i brwi najstarszego mężczyzny są śnieżnobiałe, a spojrzenie zza okularów – intensywne i znajome. Laura pojmuje, kim on jest, zanim zdążyła otworzyć usta.

– Tak, Laurusiu. Dawno się nie widzieliśmy. Dalej próbujesz uczyć ludzi poprawnie mówić?

– Nie, teraz już nie – odpowiada Laura.

Prawie natychmiast dostrzega u Ulfa Jensena dwie rzeczy. Widzi je w jego zapadniętych oczach, szarej jak popiół skórze i sztucznej szczęce, która stała się za duża na jego usta. I w przesadnie wyprostowanej postawie.

Ojciec Iben jest ciężko chory, ale stara się do tego nie przyznawać.

– Wyrazy współczucia – mówi Ulf. – Hedda była szczególną osobą.

– Dziękuję – odpowiada Laura. – I dziękuję, że przyszliście.

Czuje się równie pusta jak te słowa. Pusta i zimna. Ostatni raz widziała Ulfa Jensena przed pożarem, ale pamięta, co Peter opowiadał jej w szpitalu. Że bracia Iben musieli przydusić Ulfa do ziemi, żeby nie wbiegł do płonącej sali tanecznej. Że ryczał jak zranione zwierzę.

To złe wspomnienie sprawia, że parę zdań nie całkiem do niej dociera.

– …słyszałem, że dobrze sobie radzisz, Lauro. Zawsze byliśmy przekonani, że wyrośniesz na nieprzeciętną osobę. Myśleliśmy tak o tobie i Iben.

Laura przełyka ślinę, nie wie, jaką odpowiedź Ulf spodziewa się usłyszeć. Patrzy kątem oka na przyrodnich braci Iben, ale żaden z nich nie śpieszy jej z pomocą. Wydaje się raczej, że unikają jej wzroku. To może nie jest szczególnie dziwne, biorąc pod uwagę, co zdarzyło się przy ich ostatnim spotkaniu.

– No cóż, chyba usiądziemy – odzywa się Ulf Jensen. – Czy miałabyś czas zamienić ze mną parę słów po pogrzebie?

– Oczywiście.

Laura stara się, żeby jej głos brzmiał obojętnie, ale nieszczególnie jej się to udaje. Czy ma coś powiedzieć, za coś przeprosić – a w takim razie za co? Jak ma wytłumaczyć, że to, co stało się trzydzieści lat temu, stało się z jej winy?

Drzwi kościoła znów skrzypią. Laura się odwraca. Ale teraz też nie wchodzi ten, na którego przyjście liczy, lecz dwie starsze panie trzymające torebki na wysokości biustu. Kiwa im głową, ale w odpowiedzi otrzymuje tylko uważne spojrzenia.

Organista zaczyna grać preludium. Organy zagłuszają wszystkie ewentualne odgłosy kościelnych drzwi.

Laura siada, patrzy na trumnę stojącą kilka metrów przed nią. Na niej i obok niej leżą trzy wieńce. Jeden jest wliczony w cenę pogrzebu, drugi sama zamówiła wczoraj w kwiaciarni, ale nie wiadomo, od kogo jest ten trzeci, największy, spleciony z pięknych czerwonych i białych róż. Nie ma na nim szarfy z ostatnim pożegnaniem w rodzaju Wieczny odpoczynek lub Spoczywaj w pokoju. Nie ma też żadnego nazwiska. Może to wieniec od Ulfa Jensena, ale dlaczego w takim razie nie ma żadnego napisu? Kto zamawia wielki, bardzo drogi wieniec, nie zdradzając, od kogo jest? Może ktoś, kto nie chce się rzucać w oczy, kto kryje się w cieniu, podczas gdy…

– Laura? – To głos mężczyzny w mundurze policjanta, który stanął tuż przy niej. Przez krótką chwilę myśli, że coś się stało. Z firmą, z mamą albo Andreasem. Ale uświadamia sobie, że mężczyzna wymówił tylko jej imię. Jest w jej wieku, jego krótkie włosy są przyprószone siwizną i tworzą dwa zakola nad czołem. Oczy są wesołe i zarazem smutne.

– Nie poznajesz mnie? – pyta.

Zdradza go uśmiech, który widziała tysiące razy.

– Peter – mówi.

Nie zastanawiając się, zarzuca mu ramiona na szyję. To nie w jej stylu. Szybko go puszcza.

– Chciałem się tylko przywitać – mówi zażenowany i odwraca się, aby odejść. Laura dotyka jego ramienia.

– Nie mógłbyś usiąść tu ze mną? Przecież też należysz do rodziny.

Peter się waha. Trochę się czerwieni.

– Oczywiście – mówi po chwili i siada koło niej.

– Ktoś jeszcze przyjdzie?

Laura stara się, by w jej głosie nie zabrzmiało za duże zainteresowanie. Peter chyba nie słyszy pytania przez muzykę organową, bo tylko jeszcze raz się do niej uśmiecha. Nim zdążyła powtórzyć pytanie, preludium cichnie.

Laura rzuca kolejne spojrzenie w stronę drzwi, ale w ławkach nie ma nikogo poza Håkanssonem, Jensenami i starszymi paniami. Nie ma Jacka. Czuje w piersiach ukłucie rozczarowania. Znów myśli o niedopałkach. O anonimowym wieńcu. Może Jack po prostu nie lubi pogrzebów?

Pastor odprawia krótką ceremonię, co Laura zaliczy mu na plus. Mowa pożegnalna jest ujęta w tak ogólnych słowach, że mogłaby pasować do każdego.

Pogrzeb taty był zupełnie inny. Pełen ludzi kościół imienia króla Oskara4 i wiele przemówień o tym, jakim wspaniałym człowiekiem i przedsiębiorcą był Jakub Aulin. Mama była zachwycona, kiwała potakująco głową przy każdym słowie. Idealnie odgrywała rolę pogrążonej w żałobie wdowy. W żaden sposób nie zdradzała faktu, że przez ostatnie dwadzieścia lat mieli z ojcem oddzielne sypialnie. Że firma prowadzona przez tatę była na skraju bankructwa i że ojciec regularnie spędzał czas z inną kobietą, o dwadzieścia lat młodszą od niej. Mama dyskretnie, ale bardzo starannie zadbała o to, aby ta kobieta została wykluczona z uczestnictwa w ceremonii w kościele i na cmentarzu.

Natomiast z cichego pogrzebu z małą, dziecięcą trumienką pamięta tylko urywki. Szara mgła smutku i tabletek uspokajających, do której nie chce powracać myślami.

Ale wszystkie obrzędy pogrzebowe kończą się jednakowo. Trzy łopatki czarnej ziemi, ostatni psalm i koniec.

Któregoś dnia wszyscy obrócimy się w proch, księżniczko. Ja też. Tak po prostu jest. Ale przedtem mamy przeżyć długie i szczęśliwe życie.

Długie i szczęśliwe życie. Czy Hedda takie miała?

A ona sama?

Znów patrzy do tyłu, w kierunku drzwi kościoła, ale nikogo nie widać. Peter zauważa jej spojrzenie, uśmiecha się trochę niepewnie. Trudno uwierzyć, że został policjantem. Peter był wesołkiem w ich paczce, tym, który zawsze starał się rozbawiać wszystkich pozostałych. Poza tym ich wspólne doświadczenia z policją nie były zbyt pozytywne. Sandberg, chyba tak się nazywał. Wielki, łysy mężczyzna z krzywym nosem. Okropnie się bała tego faceta.

Jesteście pewni, że to był on? Widzieliście, jak podpalał?

Uśmiech Petera jest, jak już stwierdziła, mniej więcej taki sam. Ale poza tym Peter robi wrażenie znacznie poważniejszego niż kiedyś. Może przyczynia się do tego mundur i fakt, że jednak uczestniczą w pogrzebie. Ale Laura jest przekonana, że jego powaga ma głębsze powody.

Ukradkiem przygląda się Peterowi, podczas gdy oboje poruszają ustami w rytm pogrzebowego psalmu. Zauważa, że nosi obrączkę. Paznokcie są krótko obcięte, dłonie czyste. Twarz gładko wygolona z dokładnością, której nie można osiągnąć elektryczną golarką. Żadnych pryszczy, żadnych zacięć ani małych kawałków papieru toaletowego, które wskazywałyby na używanie tanich jednorazowych golarek. Buty są wyglansowane, koszula wyprasowana, a krawat nie jest takim na gumce, jakich często używają policjanci. Zegarek na jego przegubie to patek philippe, co zadziwia Laurę. Tego rodzaju śmiesznie drogie zegarki noszą zwykle samce alfa typu Tobiasa z imprezy u Steph i na pewno nie można sobie na taki pozwolić z pensji policjanta.

Peter ma kilkunastoletnią córkę, o czym Laura dowiaduje się, gdy zatrzymują się przed drzwiami kościoła. Poza tym to głównie on zadaje pytania. O jej pracę, o to, gdzie się zatrzymała podczas wizyty w Skanii.

Laura opowiada o Gerdnes i o George’u. Peter się uśmiecha.

– Ach, tak. Dynastia George’ów nie wymarła. Pamiętasz, jak pojechaliśmy w podróż reinkarnacyjną?

– W którą z nich?

– Pamiętam tylko jedną, po tym, jak George’a Czwartego przejechał samochód. Mieliśmy chyba jakieś dziesięć lat.

– To była moja druga podróż po George’a. – Laura lekko się uśmiecha. – Dojechaliśmy aż do Halandii, zanim Hedda znalazła właściwego kota.

Peter przytakuje. Jego uśmiech jest ciepły, nieśmiały i jednocześnie troszkę smutny.

– Tomasowi zrobiło się niedobrze w samochodzie i musieliśmy zatrzymać się na poboczu. Hedda uznała to za znak i kazała tobie, mnie i Iben zapukać do najbliższego gospodarstwa i zapytać, czy mają kocięta. W ten sposób znalazła George’a Piątego. – Peter robi taki ruch, jakby podnosił wysoko małego kotka, i na krótką chwilę zmienia się w chłopca, którego Laura kiedyś znała. – Witamy z powrotem w rodzinie, malutki George’u. – Peter milknie i poważnieje, jakby zrobił coś niestosownego. – Hedda była z całą pewnością szczególną osobą – mamrocze.

Po raz trzeci w ciągu paru dni Laura słyszy to określenie w odniesieniu do swojej ciotki.

– Jak często ją widywałeś? – pyta.

– Od ostatniego razu minęło sporo lat. Hedda niewiele zadawała się z ludźmi. Nie otwierała, kiedy ktoś przyjeżdżał i pukał do drzwi. Zwłaszcza jeżeli to był policjant.

– Dlaczego?

Peter nie odpowiada, robi tylko lekki grymas, który może oznaczać cokolwiek.

– Jak zaopatrywała się w jedzenie?

– Pamiętasz piekarza, tego, co miał sklepik na kółkach?

Laura przytakuje.

– Później syn przejął po nim interes. Hedda kupowała od niego potrzebne produkty. O ile wiem, po pożarze ani razu nie pojawiła się we wsi. Byli tacy, którzy obarczali ją odpowiedzialnością… – Peter milknie i wzdryga się; wygląda na to, że zobaczył kogoś w cieniu sosen w odleglejszej części cmentarza.

– Przepraszam – mówi. – Tam jest ktoś, z kim dawno się nie widziałem.

 

Zanim Laura zdążyła coś odpowiedzieć, Peter odszedł szybkimi krokami po cmentarnej ścieżce. W oddali widać sylwetkę mężczyzny. Serce Laury zaczyna bić mocniej. Jest bliska tego, by pójść za Peterem i dowiedzieć się, kto to jest, ale zachodzą jej drogę ojciec i bracia Iben.

– Aha, rozmawiałaś z tym biedakiem. – Ulf wskazuje w kierunku Petera.

Laura chce spytać, co ma na myśli, ale ubiega ją starszy z braci Iben, Christian:

– Piękny pogrzeb.

Uśmiecha się uprzejmie. Drugi brat, Fredrik, prawie bez przerwy patrzy w ziemię.

– Dziękuję – mówi Laura.

– A Gerdnes? – wtrąca się Ulf Jensen. – Co z nim będzie?

Dziwi ją to pytanie.

– Håkansson, prawnik Heddy, postara się je możliwie szybko sprzedać. – Laura wskazuje na niskiego mężczyznę stojącego przy bramie cmentarza.

– Komu?

– Podobno było paru zainteresowanych. Jeżeli pan też jest zainteresowany, to proszę porozmawiać z Håkanssonem.

Ulf Jensen kręci głową. Marszczy czoło z irytacją.

– Sądziłem, że Hedda podjęła decyzję. Nie zostawiła żadnych papierów?

– Nic o tym nie wiem – mówi ostrożnie Laura. Uważa, że nie ma powodów, dla których miałaby opowiadać o opłakanym stanie domu. Za plecami Jensenów zauważa Petera nadchodzącego razem z mężczyzną, którego przed chwilą widziała. Towarzysz Petera ubrany jest w zamszową kurtkę z frędzlami, ma naciśnietą na czoło czapkę z daszkiem, a resztę twarzy prawie całkowicie zakrywają duże ciemne okulary i gęsta broda.

– Jak długo zostajesz? – pyta Christian.

Laura słyszy swój głos odpowiadający, że jutro wraca do domu. Ale jej uwaga skierowana jest na brodatego mężczyznę.

– Szkoda. Mieliśmy nadzieję, że zajrzysz do nas, do Källegården, tak jak kiedyś. – Ton Ulfa Jensena łagodnieje.

Laura zmusza się do lekkiego uśmiechu, a jednocześnie w napięciu obserwuje stojącego nieco dalej mężczyznę.

– Bardzo przepraszam – mówi. – Miło było was spotkać.

Przemyka się obok Ulfa i jego synów i idzie w stronę Petera i jego towarzysza. Ale gdy podchodzi trochę bliżej, widzi, że mężczyzna w kurtce z frędzlami jest o wiele za stary, aby być Jackiem. Nieznajomy i Peter ściskają sobie ręce. W chwili gdy mężczyzna odwraca się, aby odejść, napotyka wzrok Laury i pozdrawia ją lekkim, pełnym szacunku skinieniem głowy. Laura patrzy w ślad za nim. Jego siwe włosy związane są w koński ogon sięgający do połowy pleców. W okolicach Vedarp jest chyba tylko jedna osoba o aparycji starej gwiazdy rocka. A może starego trolla.

– To był Johnny Miller? – pyta.

Peter przytakuje.

– Znacie się?

– Jest moim teściem – mówi pod nosem Peter. – A raczej był moim teściem.

– Rozwiodłeś się? – pyta Laura i w chwilę potem przypomina sobie, że Peter nadal nosi obrączkę.

– Od dwóch lat jestem wdowcem.

– Rak?

Laura właściwie nie wie, po co zadaje to pytanie. Słowo po prostu jej się wymknęło. Peter kręci głową.

– Wypadek samochodowy.

– Tak mi przykro…

Wdowiec z córką – to tłumaczy, dlaczego Ulf Jensen powiedział o nim biedak. Peter i ona przez równie długi czas przeżywali żałobę. Przez moment jest bliska wypowiedzenia tego na głos, opowiedzenia o pudełku w piwnicznym schowku. Jednak się powstrzymuje.

– Wiesz, co się dzieje z resztą naszej paczki? – pyta, gdy mija wystarczająco długa chwila, by wypadało zmienić temat rozmowy.

– Ojciec Tomasa dalej mieszka w gospodarstwie w Enslighet. To wszystko, co wiem. – Przybiera minę, która ma uzupełnić pytanie; wyraźnie unika odpowiedzi. Laura chce zapytać o Jacka, ale Peter nagle proponuje:

– Pójdziemy na grób Iben?

Najchętniej powiedziałaby nie. Nie cierpi cmentarzy i grobów. Ale Peter już ruszył przed siebie.

Skręca w jedną ze ścieżek i przystaje przed wielkim marmurowym nagrobkiem z metalowym wykończeniem. Grobowiec rodziny Jensenów, głosi napis na szczycie. Pod nim jest mnóstwo duńskich imion i nazwisk, wykutych ozdobnymi literami, pierwsze z nich z początków siedemnastego wieku. Na dole, po prawej stronie, wystaje ze śniegu mały biały kamień nagrobny.

Iben Margarethe Jensen

2 stycznia 1972 – 13 grudnia 1987

Laura była przygotowana, ale mimo to jej ciało gwałtownie reaguje. Blizna budzi się do życia, zdaje się pełzać po jej plecach, wżerać się w nie, aż tworzy się w nich wklęsła pustka, jak w plecach rusałki na obrazie nad jej łóżkiem.

Iben leży tu pod śniegiem, a ona sama przeżyła połowę życia. Pod wieloma względami. Ani Laura, ani Peter nic nie mówią, stoją tylko obok siebie w milczeniu.

Śniegowa pokrywa na grobie jest nienaruszona. Laura rozgląda się za ojcem i braćmi Iben, ale oni wyszli już z cmentarza, nie zbliżając się nawet do grobu. Peter odczytuje jej myśli.

– Krążą pogłoski, że wcale jej tu nie pochowano. Że Ulf rozsypał jej prochy na jeziorze. To jest prawnie zabronione, ale kto by się tym przejmował? Ulf zawsze robił, co chciał.

Laura przytakuje. Wydaje jej się w jakiś sposób właściwe, że Iben nie leży tutaj, na wystawionym na wiatr cmentarzu, obok okropnego pomnika wielu zmarłych przodków.

Iben spoczywa w jeziorze. To był piękny gest ze strony Ulfa Jensena. Może powinna zrobić to samo z prochami Heddy? Pozwolić jej spocząć w jeziorze razem z Iben.

Przymyka oczy, wyobraża sobie ciocię i Iben na tratwie, tylko parę kroków przed nią samą, biegnącą ku drabince i wodzie.

Chodź, księżniczko, nie wahaj się!

Nie wiadomo skąd znów zjawia się to uwierające uczucie, jeszcze silniejsze niż wcześniej. Uczucie, którego nie chciała słuchać, ponieważ w przeciwieństwie do Heddy nie wierzy w przeczucia ani w intuicję, tylko w fakty. W rzeczy, które można zobaczyć, zmierzyć i udowodnić. Jednak to wrażenie nie ustępuje. Szepcze, że coś w tym wszystkim się nie zgadza, że coś się dzieje pod powierzchnią, coś, czego nie dostrzegła.

Laura otwiera oczy i gwałtownie zwraca się do Petera:

– Czy jest raport policyjny o śmierci Heddy?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora