Zimowy ogieńTekst

Z serii: Czarna Seria
Z serii: Kwartet sezonowy #3
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

11

Zima 1987

Furgonetka ojca Iben stała tuż przed centralnym budynkiem. Laura właściwie nie miała ochoty wychodzić ze swojego pokoju, ale wiedziała, że Hedda i inni uznają za dziwne, że nie wyszła się pożegnać, zatem otarła łzy i ochlapała twarz zimną wodą, zanim nałożyła kurtkę i znowu wyszła na dwór.

Ulf, ojciec Iben, był wysoki i wysportowany. Jak zwykle miał na sobie dres, a na głowie czapkę z emblematem klubu sportowego, pod jej daszkiem rysowała się kanciasta twarz.

– Cześć, Lauro, witamy w domu! – powiedział. – Dalej starasz się uczyć ludzi przyzwoicie mówić?

Laura uśmiechnęła się z grzeczności. Kiedy Iben i ona były dziećmi, próbowała nauczyć przyjaciółkę mówić standardowym szwedzkim. Ulf Jensen najwyraźniej lubił to wspominać.

Dla Laury akurat teraz to wspomnienie nie było szczególnie miłe. Niechętnie nawet patrzyła w stronę Iben.

Jej ojciec budził respekt, miał w sobie coś, co sprawiało, że wszyscy go słuchali; nie musiał nawet podnosić głosu. Ulfa trochę się bano, ale jednocześnie był lubiany. Miał firmę budowlaną, był radnym gminy, a poza tym trenerem w klubie lekkiej atletyki. O mamie Iben nikt nigdy nie mówił. Laura nie wiedziała dlaczego. Słyszała od cioci Heddy, że Sofia Jensen porzuciła rodzinę, gdy Iben była mała, i odtąd nie było od niej żadnych wiadomości.

W swoim gospodarstwie, Källegården, Ulf zbudował mały stadion treningowy dla Iben i jej przyrodnich braci. Znajdowała się tam bieżnia, skocznia do skoku w dal i betonowa płyta do rzutu dyskiem i pchnięcia kulą. Laura czasem wyobrażała sobie, jak by to było, gdyby Ulf był jej ojcem.

– No, Iben, pora jechać do domu.

Laura zesztywniała, gdy Iben objęła ją za szyję.

– Nie zdążyłyśmy porządnie pogadać, tylko we dwie.

– Niee… – Laura starała się, żeby jej głos zabrzmiał naturalnie.

– Jutro wieczorem mam trening. Ale może spotkałybyśmy się na chwilkę po szkole, u Wohlina? O czwartej?

– Dobra – wymamrotała Laura.

– Dzięki, Heddo – rzekł Ulf Jensen, wsiadając do samochodu. – A gdybyś coś zobaczyła albo usłyszała, to nie wahaj się, tylko zadzwoń. Ważne, żebyśmy złapali tego drania.

– Co on miał na myśli? – spytała Laura, gdy samochód odjechał.

Ciocia wzięła głęboki oddech.

– Nad jeziorem było tej zimy kilka pożarów – rzekła. – Ulf i paru innych z okolicy uważają, że to nie były wypadki.

– Co? Ktoś celowo podpalał?

– Tak w każdym razie myślą. – Hedda wzruszyła ramionami. – Ale nie ma dowodów. Ludzie tyle gadają.

Ciocia otoczyła Laurę ramieniem i poprowadziła w stronę domu.

– No, najwyższy czas iść do łóżka. Jack zamknie główny budynek i zgasi światło, a my się położymy. Musisz być okropnie zmęczona, moja mała księżniczko.

Laura rozejrzała się za przyjaciółmi. Słyszała, że Jack coś przestawia w jadalni. Jak zwykle unikał ojca Iben. Akurat tego wieczoru trochę to Laurę cieszyło, chociaż nie całkiem wiedziała dlaczego. Pod dłuższą ścianą budynku Peter i Tomas wsiedli już na skutery. Milla stała pomiędzy nimi, wyglądało na to, że coś mówi, bo obaj chłopcy pochylali się w jej stronę.

– Dobranoc! – zawołała Hedda. Odpowiedzieli jej kiwnięciami.

Laura chciała zapytać o Millę. Co robiła w Gerdnes, dlaczego Hedda nie wspominała o niej w listach. Ale czuła się zupełnie wyczerpana. Pragnęła tylko położyć się do łóżka i mieć za sobą cały ten wieczór.

Obudziła się w środku nocy, jak zwykle po długiej podróży samolotem. Po kilku minutach doszła do wniosku, że już nie zaśnie. Myśli krążyły po głowie. Odtwarzała w pamięci całe popołudnie i wieczór, wszystkie komentarze, spojrzenia, drobne gesty. Iben wiedziała, co Laura czuje do Jacka. Jack też znał jej uczucia. Jednak ją oszukali. Ta myśl była tak bolesna, że Laura nie mogła uleżeć spokojnie.

Wstała ostrożnie, żeby nie obudzić George’a, który zwinął się w kłębek w nogach łóżka. Otworzyła drzwi garderoby. Na dole przyklejony był do nich kawałek gumy laminatowej. Pamiątka z lata, kiedy Laura uderzyła się o ostry narożnik. Mama do tej pory nie wiedziała o tym incydencie ani o dwóch szwach, które trzeba było nałożyć na łydkę.

Pod plastikową wykładziną w garderobie znajdowała się klapa z uchwytem. Gdy Laura ją podniosła, zimny powiew uderzył ją w twarz. Odkryła przestrzeń pod domem kilka lat temu, kiedy ciocia Hedda potrzebowała jej pomocy przy udrażnianiu zapchanej rury kanalizacyjnej. Zauważyła wtedy niewielki otwór z klapą i zrozumiała, że musi prowadzić prosto do jej pokoju.

Od tamtej pory przestrzeń pod podłogą była jej skarbcem. Przecisnęła głowę i tułów przez otwór, skierowała latarkę na najbliższy filar, wsunęła za niego rękę i odszukała stare pudełko po cygarach z napisem Montecristo na wieczku.

W pudełku było kilka drobiazgów: listy, które pisały do siebie z Iben, pierścionek – symbol przyjaźni, który ciocia Hedda pomogła im zrobić ze srebrnego drucika. I długie, czarne pióro, które znalazły na środku jeziora.

– Pióro łabędzia – powiedziała ciocia Hedda. – Czarnego łabędzia, cygne noir.

– Co to znaczy? – zapytała Laura.

– Że nic nie jest niemożliwe – odpowiedziała Hedda, a potem uśmiechnęła się w taki sposób, że nie było wiadomo, czy żartuje, czy mówi poważnie. – To pewnie prezent dla ciebie od rusałki.

W gruncie rzeczy Laura była niemal pewna, że prezent był zupełnie zwyczajnym wronim piórem. Nigdy nie widziała czarnego łabędzia: ani w zoo, ani w telewizji, a tym bardziej nie na Vintersjö. Jednak przechowała pióro.

Na dworze znowu zaczął padać śnieg, teraz cięższymi płatkami. Laura stanęła przy oknie i przez chwilę im się przyglądała, obracając pióro w palcach. Jej oddech tworzył mgiełkę na szybie. Jezioro lekko lśniło, a na niebie nad zachodnim brzegiem można było dojrzeć słaby blask świateł ze wsi. Naprzeciw domu, daleko, przy północnym brzegu, błyszczała jak zwykle samotna lampa przy przystani Millera. Laura chuchnęła kilka razy na szybę, napisała piórem na mgiełce swoje inicjały, potem inicjały Jacka. Akurat zdążyła otoczyć je serduszkiem, kiedy wszystko wyparowało. Padający cicho śnieg zgęstniał.

Miała właśnie zamiar wrócić do łóżka, kiedy zauważyła, że na dworze coś się poruszyło. Paliło się jeszcze kilka lamp nad drzwiami domków letniskowych i przez chwilę widziała coś pomiędzy drzewami: sylwetkę o rozwianych włosach, która poruszała się pośród cieni niemal nienaturalnie szybko, zanim wchłonęła ją ciemność. To była młoda kobieta.

Laura głośno wciągnęła powietrze.

Czasami, zwłaszcza zimą, rusałka wychodziła na ląd, aby znaleźć kogoś, kogo mogłaby zwabić w głębinę. Żeby uleczyć swoją samotność.

Laura przycisnęła twarz do okna.

Ale las za szybą był znów mroczny i nieruchomy.

12

Laura budzi się, bo George Ósmy – czy też jaki numer nosi ten kot – ociera się o jej twarz. Za oknem jest jasno. Laura przeciąga się i dopiero po paru sekundach stwierdza, że przespała całą noc na kołdrze.

Chce jej się siusiu, w ustach ma sucho, szczęki i zęby bolą, bo spała bez szyny ortodontycznej.

Odsuwa kota i wygrzebuje się z łóżka. Łazienka jest w takim stanie, jakiego się spodziewała. Jeden brudny ręcznik, emalia pożółkła od kapiącej wody. Sedes posykuje, jest nieszczelny. Laura kładzie papier na desce sedesowej i ostrożnie siada. Kran wanny jest w zasięgu ręki; nie może się powstrzymać, by nie spróbować go dokręcić, ale to się nie udaje. Nie widać ani mydła, ani szamponu, ani ręczników kąpielowych, zatem Hedda musiała chyba brać prysznic w saunie koło tratwy.

Dom w jakiś sposób wygląda jeszcze żałośniej w świetle dziennym. Laura czuje mrowienie całego ciała na myśl, że tu spała. Powinna pojechać do hotelu i zmyć z siebie to obrzydlistwo, tak jak planowała już poprzedniego wieczoru. Jednak jej ciekawość na nowo się rozbudziła i zatrzymuje ją tu – połączona z odrobiną nostalgii.

Uchyla drzwi pozostałych pokoi. Drzwi do sypialni Heddy prawie nie dają się otworzyć ze względu na wszystkie śmieci i rupiecie. Sądząc po kołdrze i poduszce na kanapie, Hedda przez ostatnie lata spała w pokoju dziennym. Do pokoju będącego biurem i pracownią da się wejść, ale jest pełen kartonów. W tym na szczycie leżą nieporządnie wrzucone segregatory.

Laura wchodzi do pokoju dziennego, przygląda się bałaganowi w świetle dziennym. Większość rupieci pochodzi zapewne z domków letniskowych. Laurze wydaje się, że rozpoznaje stos sosnowych krzeseł i część wyposażenia kuchennego; nabiera pewności, gdy dostrzega na starej lodówce kilka popielniczek zrobionych przez Heddę.

Hedda prawdopodobnie usiłowała uratować, co się dało. Może nawet miała jakiś plan co do tych rzeczy, w każdym razie na początku. Ale to musiało być dawno.

Laura wraca do swojego pokoju. On jest jak wyspa porządku w morzu chaosu. Hedda musiała go niedawno posprzątać. Może nawet zrobiła to kilka dni przed śmiercią.

Dlaczego?

Po co sprzątać pokój dla kogoś, kto nigdy nie przyjeżdża? Dla kogoś, kogo Hedda przez trzydzieści lat nawet nie próbowała zaprosić, a na kogo jednak najwyraźniej czekała.

Wczorajsza złość minęła i ustąpiła miejsca innym uczuciom. Przede wszystkim melancholii. Na półce nadal stoi wyblakła fotografia jej i Jacka z dzieciństwa. Są dość podobni do siebie. Oboje mają niebieskie oczy, ona jest ruda, Jack to jasny blondyn. Ośmiolatka uśmiecha się i ukradkiem kątem oka patrzy z podziwem na Jacka. On jest starszy od niej o trzy lata i niedawno tu się sprowadził.

– To jest Jack. Będzie z nami mieszkał.

 

– Dlaczego?

– Bo tu jest teraz jego dom. Jesteśmy jego rodziną.

Właściwie nigdy nie poznała całej historii Jacka, Hedda powiedziała tylko, że jego mama nie mogła się nim zająć i że mieszkał w paru rodzinach zastępczych. Ale w Gerdnes Jack nareszcie znalazł miejsce, w którym go chciano. Kochano.

Laura odstawia zdjęcie i podchodzi do garderoby w kącie pokoju. Wiszą w niej ogrodniczki i koszulka; te rzeczy musiały należeć do niej. Pokryte są mnóstwem różnobarwnych plam, na których widok Laura odczuwa lekkie ściskanie serca.

Farby olejne, pastele, węgiel.

Równomierne ruchy, księżniczko. Miej cierpliwość.

Laura przyklęka. Na ostrym dolnym rogu drzwi garderoby nadal tkwi kawałek gumy, który Hedda przykleiła, żeby chronić jej łydki. Laura podnosi plastikową wykładzinę, otwiera klapę w podłodze i telefonem oświetla przestrzeń pod nią.

Pierwsze, co widzi, to duży przedmiot, którego kiedyś tam nie było. Rodzaj wentylatora, którego skrzydła powoli się obracają. Pod całym domem biegnie od niego blaszana rura, aż do kratki wentylacyjnej od strony jeziora.

Laura próbuje znaleźć miejsce, w którym przechowywała swój skarbczyk. Ale pudełka po cygarach nie ma. Właściwie to nie gra roli. Prawie nie pamięta, co w nim było poza czarnym piórem, które zdaniem cioci pochodziło od cygne noir.

Teraz Laura wie, co oznacza to określenie. Słyszy je czasem w kręgach biznesowych. Czarny łabędź to anomalia, coś, co stawia stare prawdy na głowie. Tak jak zajście w ciążę po czterdziestce, chociaż lekarze mówili, że to niemożliwe.

Nic nie jest niemożliwe, moja mała księżniczko. Nawet niemożliwe jest możliwe.

Gdy tylko wychodzi za próg domu, wrony zaczynają ostrzegawczo krakać. Poprzedniego wieczoru ciemność kryła wszystkie gniazda na drzewach przy domu i tratwie. Czarne ptaki o niemal śmiesznych wielkich dziobach przesuwają się na końce gałęzi, trzepoczą skrzydłami, kraczą i wpatrują się w nią. Niektóre, najbardziej zaniepokojone, krążą już nad nią w powietrzu. Z irytacją uświadamia sobie, że zaparkowała samochód dokładnie pod jednym z drzew i że dach jest już upstrzony szarymi plamami. Odchody ptaków zawierają, oprócz masy zarazków, także amoniak, który powoli wżera się w lakier.

Będzie musiała znaleźć myjnię, i to szybko. Ale przedtem chce sprawdzić jedno miejsce.

Strome drewniane schody przy krótszej ścianie garażu na łodzie są ośnieżone, a w poręczy brakuje drążków. Laura pokonuje parę stopni, przystaje i kołysze się na ugiętych nogach, aby wypróbować stabilność. Schody prawie się nie poruszają, tylko lekko skrzypią.

Drzwi od strychu są zamknięte na klucz, a okno obok zabite dyktą. Laura próbuje kluczy cioci Heddy. Znajduje właściwy za piątym razem. Klamka skrzypi, gdy ostrożnie otwiera drzwi.

Dawne mieszkanie Jacka składa się właściwie z jednego pokoju, który rozciąga się nad całym garażem. Uczestniczyła w jego budowie. Chociaż właściwie samą budową zajmowali się głównie Hedda i Jack. Wkład Laury polegał na pomalowaniu ukośnego sufitu, filarów i belek. Jack zgodził się nawet, by wybrała farbę: białą glazurę, przez którą przeświecały słoje starego drewna i która rozjaśniała pokój.

Teraz ściany są szare od kurzu i brudu. Wszystkie okna zostały zabite dyktą i deskami i mimo że dwie żarówki pod sufitem faktycznie się zapaliły, gdy Laura przekręciła wyłącznik, pokój sprawia wrażenie ciemnego i ponurego.

Laura idzie kilka kroków do przodu. Podłoga cicho skrzypi, stopy Laury pozostawiają ślady w kurzu. W powietrzu czuć wilgoć i osamotnienie.

Tak jak w domu Heddy jest tu sporo rupieci. To rzeczy, które ciocia usiłowała uratować: kije do minigolfa, tablica z pasiastym ludzikiem reklamująca lody firmy GB i trochę innych rzeczy z kiosku. Ale ponad pół podłogi jest puste. Hedda chyba po prostu nie miała siły na wnoszenie rupieci po stromych schodach i zaczęła magazynować rzeczy w domu.

Laura uchyla drzwi łazienki. Woda w sedesie wyschła, czuć smród kanalizacji. W szafce łazienkowej nie ma nic poza wyciśniętą tubką pepsodentu. Lustro jest upstrzone przez muchy. I tu, i w kuchennej wnęce woda jest zakręcona. Szafka kuchenna zawiera tylko martwe żuczki.

We wnęce stoi łóżko Jacka, ale Laura nie ma ochoty na nim usiąść. Pościel jest poplamiona, a między ramą łóżka a belką sufitu wisi olbrzymia pajęczyna. Na stoliku nocnym leży amerykańskie czasopismo motoryzacyjne. Jego strony są pofałdowane, a okładka wyblakła ze starości, ale można jeszcze odczytać datę: grudzień 1987.

Masz, kupiłam to dla ciebie na lotnisku.

Dotyka magazynu, uśmiechając się lekko do siebie. Przypomina sobie podróż z lotniska Kastrup z Jackiem i Iben. Była wtedy taka młoda. Taka głupia.

Poczucie winy daje o sobie znać, co nie jest czymś niespodziewanym. Wieczorem nie wzięła tabletki. Musi wygrzebać z torebki poranną dawkę, i to szybko, bo inaczej znowu będzie miała koszmary.

Zamyka za sobą drzwi mieszkania. Nie ma tu żadnych śladów po Jacku, choć spodziewała się je znaleźć. Z wysokości schodów jeszcze wyraźniej widać opłakany stan letniska. Mchy i porosty tworzą grube dywany na dachu domu Heddy i budynku sauny. Niegdyś czerwone ściany wyblakły od słońca na nierówny różowy kolor, a drzwi do damskiej przebieralni zwisają krzywo z zawiasów. A jednak jest w tym wszystkim coś ładnego. Ładnego i smutnego.

Kiedyś było to kochane miejsce.

Wrony podejmują ostrzegawcze krakanie, gdy Laura schodzi ze schodów. Pod wpływem impulsu wybiera ścieżkę wzdłuż sauny i przebieralni i wchodzi na tratwę.

Zielone od porostów drewno jest śliskie pod cienką warstwą śniegu. Zardzewiałe łańcuchy przymocowane do pochyłych palików wydają ostry zgrzyt, który jeszcze bardziej denerwuje wrony.

Tratwa jest długa. Laura przypomina sobie, że cumowano do niej żaglówki i łódki na wiosła. Ona i Iben nadawały łódkom imiona, a Tomas i Peter malowali je na burtach przy użyciu szablonów, które wykonywał Jack.

Laura mija środek tratwy, wchodzi na jej nowszą część. Przedłużenie tratwy było jednym z wielu pomysłów Jacka.

Ludzie będą chcieli przypływać tu łódkami, żeby zjeść lody i pograć w minigolfa. Może nawet przypłynie większa łódź pasażerska ze wsi, kiedy będą tańce.

Wszystko stało się rzeczywistością.

Hedda przekonała mieszkańców wsi, aby wynajęli płaskodenną łódź na lato. Kursowała regularnie w środowe i piątkowe wieczory, przewożąc pasażerów, którzy mieli chęć potańczyć na letnisku. Ale nie widać miejsca, w którym cumowała. Może pomost oderwał się od brzegu podczas jesiennego sztormu i zniosło go do bagniska Alkärret leżącego w połowie drogi między letniskiem a pałacem? Utkwił tam jak wieloryb na plaży, a siły natury zaczęły go powoli rozkładać. A może po prostu zatonął. Stał się darem ofiarnym dla rusałki.

Laura pamięta tę przyśpiewkę i zaczyna ją nucić.

Jedna kromka dla matusi, dla ojczulka druga. Trzecia w darze dla rusałki, co spod wody mruga.

Hedda twierdziła, że usłyszała tę piosenkę od starego rybaka, który nauczył się jej od swojego pradziadka. Oczywiście to zmyśliła, tak jak tę historyjkę o łabędzim piórze.

Laura prycha. Pomyśleć, że kiedyś prawie wierzyła w tego rodzaju bajeczki.

Spogląda w czarną wodę przy drabince do wchodzenia na tratwę. Lekki prąd biegnący do Alkärret sprawiał, że woda w pobliżu tratwy rzadko zamarzała; podczas tych zim, kiedy jednak pokrywała się lodem, łatwo było wybić w nim otwór. Siedziało się w saunie tak długo, aż pot płynął strumieniem i skóra piekła od gorąca, potem zarzucało się na siebie ręcznik i szybko biegło na palcach na tratwę.

Nie wahaj się, tylko wskakuj!

Potem szok, wrażenie, że w skórę wbija się tysiąc igiełek, serce tłukące się o żebra. I wreszcie endorfiny pędzące przez ciało, gdy człowiek zdrętwiały i oszołomiony wdrapywał się po drabince.

Zawsze jedna z nich czekała na drugą, potem razem wracały do sauny i szły pod prysznic, a później piły gorącą czekoladę w dużym pokoju przed kominkiem. Wpisywały notatkę do dziennika, zanim minęła euforia po zimowej kąpieli. Mieszała się z radością ze wspólnego siedzenia przy ogniu.

Laurę przechodzi dreszcz. Znów marznie mimo ciepłej kurtki. Blizna na plecach daje znać o sobie, przypomina, że jej ostatnie spotkanie z lodowatą jeziorną wodą bynajmniej nie było euforyczne ani radosne.

Laura naciera dłonie środkiem dezynfekcyjnym, a potem prosi GPS o wskazanie drogi do najbliższej stacji benzynowej z myjnią. Włącza silnik i usiłuje nie myśleć o wszystkich zarazkach, które znajdują się tylko kilkadziesiąt centymetrów nad jej głową i przeżerają się przez pancerną pokrywę dachu.

Letnisko w świetle dziennym wygląda jeszcze gorzej. Przez ściany niemal wszystkich domków, niegdyś takich ładnych, przedostają się rośliny, a niektóre dachy całkiem się zapadły – tak jak dach centralnego budynku – pod ciężarem grubych warstw mchu i liści lub połamanych gałęzi. Przyroda skutecznie odzyskuje cały teren. Może to i dobrze.

Po drodze Laura ciągle myśli o Heddzie. O tym, że mimo wszystko znalazła śmierć w jeziorze, które tak kochała. To powinno być pocieszające. Ale jednak coś ją uwiera w duszy. Niewyraźne uczucie, z którego nie może się otrząsnąć. To ją irytuje.

W firmie zwykle przywołuje do porządku pracowników, gdy wspominają o takich abstrakcyjnych pojęciach jak instynkt i intuicja. Mówi im, żeby postarali się o fakty albo dali sobie spokój z całą sprawą. To dobra rada, do której sama powinna się zastosować.

Stacja benzynowa leży przy autostradzie. Gdy wirujące szczotki usunęły żrące siedliska zarazków z dachu samochodu, Laura kupuje śniadanie dla siebie i jedzenie dla George’a. Ekspedientka to młoda, dwudziestokilkuletnia kobieta, która uśmiecha się przesadnie miło.

– Jogurt pitny i cztery puszki kociej karmy. To wszystko?

Laura coś mamrocze w odpowiedzi. Powstrzymuje chęć wyjaśnienia, że to nie jej kot, że nie jest „samotną kobietą z kotem”. Chociaż właściwie nią jest. Wyszukuje w torbie opakowanie z tabletkami, połyka jedną i popija jogurtem, potem włącza silnik. Nikt oprócz Andreasa nie wie, że bierze antydepresanty. W zasadzie od czasów studenckich brała małe dawki, aby uniknąć koszmarów. W ostatnich latach podwoiła dawkę, aby pozbyć się pewnych myśli. Myśli, które łączą się z tym pudełkiem z dziecięcymi ubrankami i z małymi odciskami rączek i nóżek… z pudełkiem, które zamknęła głęboko w piwnicy.

Po powrocie do Gerdnes parkuje pod drzewami, na których nie ma wronich gniazd. Ptaki witają ją ostrymi ostrzegawczymi krzykami, tak jak rano.

Przed opuszczeniem samochodu spogląda na komórkę. Stwierdza, że prawie nie ma tu zasięgu, ale jednak przyszedł jeden SMS.

Chciałam tylko sprawdzić, czy wszystko OK tam na prowincji. Odezwij się! Uściski, Steph.

Wszystko OK, odpowiada Laura. Jak zwykle trudno jej wybrać właściwą frazę na zakończenie. Wpisuje z grzeczności Uściski, chowa telefon i otwiera drzwi samochodu.

Po drodze zdążyła zmienić plany. Zamiast zabierać George’a do samochodu, nakarmi go i porządnie napełni miseczki, żeby kotu wystarczyło jedzenia do początku przyszłego tygodnia. Potem pojedzie do hotelu, żeby wziąć prysznic, przebrać się i zamówić wieniec na pogrzeb Heddy. Później będzie tylko jutrzejsza ceremonia pogrzebowa, a po niej na dobre opuści to smutne miejsce i powróci do zwyczajnego życia.

To znaczy jeżeli Jack się nie pojawi. Ta myśl jest nadal dziwnie pociągająca. Albo irytująca, zależy, jak na to spojrzeć.

Stopy nagle wpadają w poślizg. Przez moment widzi noski swoich butów uniesione w powietrze, a potem ciężko uderza całym ciałem o ziemię. Gwałtowny ruch płoszy wrony, hałaśliwie zrywają się do lotu z wierzchołków drzew i wypełniają powietrze ostrzegawczym krakaniem.

Laura leży na plecach, z trudem chwyta oddech, próbując ocenić swoje kontuzje. Boli ją kość ogonowa, pytanie, czy nie pękła. Telefon prawie nie łapie zasięgu. Czy da radę doczołgać się do samochodu i pojechać na ostry dyżur?

Po chwili jednak ból trochę łagodnieje i Laura gramoli się na nogi. Kość ogonowa nadal mocno boli, gdy Laura otrzepuje kurtkę ze śniegu i zamarzniętych liści. Lód, na którym się pośliznęła, był przykryty cienką warstwą śniegu, ale to nie płat lodu przyciąga jej wzrok. Tuż obok, u podnóża wielkiego buku, leży kilka niedopałków papierosów.

Laura przykuca, ogląda je dokładnie. Pięć niedopałków czerwonych prince’ów na śniegu. Śnieg przestał padać mniej więcej w chwili jej przyjazdu, co znaczy, że niedopałki są świeże.

 

Laura prostuje plecy. Stąd widać drzwi domu Heddy i parę okien. A więc ktoś stał tu wczoraj wieczorem, a może nawet dziś rano. Stał wystarczająco długo, żeby wypalić pięć papierosów. Laura szuka śladów na śniegu. Widzi je prawie natychmiast. Ślady grubych podeszew, układające się w krętą linię od lasu aż tu. Zawracające mniej więcej tą samą drogą.

Był tu palacz, który mógł przyjść tylko w jednym celu.

Aby ją obserwować.

Inne książki tego autora