Zimowy ogieńTekst

Z serii: Czarna Seria
Z serii: Kwartet sezonowy #3
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

8

Laura jest tak pogrążona w myślach, że o mało nie przegapia zjazdu do Gerdnes. Nie ma przy nim drogowskazu, który kiedyś tu stał, jest tylko mały, ledwo widoczny prześwit między wysokimi świerkami.

Las jest gęsty, droga to niewiele więcej niż dwie ośnieżone koleiny. Gdzieniegdzie są tak głębokie dziury, że nawet jej duży samochód podskakuje. Śnieg powoli przestaje padać, tylko pojedyncze płatki wirują jeszcze między drzewami.

Laura zaczyna się na dobre orientować w terenie dopiero wtedy, kiedy las świerkowy przechodzi w liściasty. Widzi nad drogą łuk bramy, a raczej to, co z niego zostało. Kiedyś był to ich wakacyjny projekt.

Teraz wygląda wyjątkowo żałośnie.

Słupy i obramowanie są na swoich miejscach, ale większość starannie wyrzeźbionych drewnianych liter, które kiedyś ozdabiały bramę, jest uszkodzona albo całkiem odpadła, tak że nie da się już odczytać słów Letnisko Gerdnes. Ładne, małe krzewy róż, które z Heddą zasadziły po obu stronach bramy, rozrosły się w ogromne krzaczyska, drapiące boczne lusterka samochodu swoimi ostrymi paluchami.

Między drzewami jest prawie zupełnie ciemno, ale w świetle reflektorów Laura dostrzega tu i tam zarysy zniszczonych domków letniskowych. Szczerzące się puste otwory drzwi i okien upodabniają te chatki do trupich czaszek. Laura mija to, co kiedyś było głównym budynkiem, centrum letniska. Dach zapadł się, okna są zabite deskami. Drzwi wejściowe zwisają krzywo z zawiasów. Laura przejeżdża obok zrujnowanego budynku, unikając sprawdzania, czy budka telefoniczna nadal jest przy jego tylnej ścianie.

Niemal na całym terenie letniska panuje ciemność. Jedyne światło rzuca samotna lampa tuż nad brzegiem jeziora.

Las rozstępuje się, ukazując wąski podjazd i Laura widzi dobrze jej znany budynek na końcu półwyspu. Dom Heddy. Za nim rozciąga się jezioro Vintersjö. Dziesięć–piętnaście metrów lodowego obrzeża, dalej czarna woda. Odbija się w niej światło z przystani Millera na północnym brzegu. Jezioro wygląda przez to jak olbrzymie ciemne oko, które w ciszy obserwuje Laurę.

– Witaj w domu, księżniczko – mamrocze do siebie Laura.

Już po pięciu minutach pojawia się samochód Kurta Håkanssona. Dokładnie o czasie, który ustalili przez telefon, co Laura docenia.

Okazuje się, że wygląd Håkanssona mniej więcej odpowiada wyobrażeniom Laury o prowincjonalnym prawniku. Niski, trochę za tęgi mężczyzna po sześćdziesiątce w okularach. Nosi staroświecką czapkę z daszkiem i rękawiczki samochodowe, prowadzi mercedesa kombi, nie wyłącza silnika i przez pół minuty rozwodzi się nad tym, że należałoby naprawić tę drogę. Potem przez drugie pół minuty mówi o pogodzie, wyjmując plik papierów. Otwiera bagażnik i rozkłada papiery na jego dnie.

– Może lepiej wejdziemy do domu?

Håkansson się krzywi.

– Nie, pani ciocia… – Wygląda na to, że szuka właściwych słów. – Zbierała różne rzeczy. W domu jest spory nieporządek, dlatego zaproponowałem… – Przerywa i pozostawia resztę domysłom.

To Laura wpadła na pomysł, żeby spotkać się z nim już dziś wieczorem, a nie następnego ranka w jego kancelarii. To ona nie chciała czekać.

– Zresztą to nie zajmie dużo czasu – podejmuje pojednawczo Håkansson. – Potrzebuję tylko pani podpisu w trzech miejscach. Tak jak mówiłem, było niewysokie ubezpieczenie, które pokryje koszty pogrzebu. Nagrobek, prosta trumna i jeden wieniec. Reszta masy spadkowej to, jak pani widzi, tylko ta parcela. – Wskazuje na numer działki na jednej z kartek. Gerdnes 1:40. – Zgłosiło się już parę osób zainteresowanych kupnem. Chce pani, żebym pomógł przy sprzedaży, czy woli pani sama się tym zająć?

– Proszę, żeby pan to załatwił. Nie mam zamiaru niczego zatrzymywać.

– To brzmi rozsądnie. – Håkansson wyszukuje właściwą kartkę w pliku papierów i zaznacza krzyżykiem miejsca, w których Laura ma się podpisać. Jego ruchy i mimika wskazują na to, że nie chce zostać dłużej, niż to konieczne.

– Dziękuję, że pan tu przyjechał – mówi Laura.

Trochę jej wstyd, że zmusiła go do jazdy w ciemnościach. Ale nie przypuszczała, że Gerdnes jest w tak fatalnym stanie.

– Żaden kłopot – odpowiada Håkansson. – I tak miałem coś do załatwienia nad Vintersjö. Mamy tu letni domek, trochę bliżej wsi. Każdej zimy parę razy tam zaglądam. Przepłukuję rury, opróżniam pułapki na myszy i tak dalej.

Laura nakłada rękawiczki. Palce już zdążyły zesztywnieć.

– Od jak dawna mają państwo ten domek?

– Od wczesnych lat osiemdziesiątych. Latem przyjeżdżaliśmy tu z żoną, żeby potańczyć. Tak poznałem Heddę. – Milknie, zauważa, że powiedział za dużo. Poruszył temat, którego wolałby unikać. – Przykra historia z tym pożarem w wieczór Świętej Łucji w osiemdziesiątym siódmym – mamrocze. – Po nim Gerdnes nigdy już nie było takie jak wcześniej. Pani ciocia też nie.

Wskazuje na zrujnowane letnisko.

– Można powiedzieć, że to był początek końca.

– Kto ją znalazł? – pyta Laura, głównie po to, aby zmienić temat.

– Listonosz. Skrzynkę na listy przy głównej drodze dawno potrącił jakiś samochód, więc przy nielicznych okazjach, kiedy do Heddy przychodziła poczta, przywoził jej listy do domu. Zrozumiał, że coś jest nie w porządku, kiedy okazało się, że drzwi są otwarte, a w środku nikogo nie ma. Potem zobaczył ją tam. – Håkansson wskazuje w kierunku tratwy, która jest teraz tylko niewyraźnym ciemnym zarysem na tle lodu.

– W wodzie? – Laura wzdryga się mimo woli.

Prawnik przytakuje.

– Leżała tuż przy tratwie. Serce odmówiło posłuszeństwa. Podobno lekarz zabronił jej kąpać się zimą w jeziorze, ale Hedda nie należała do osób, które słuchają dobrych rad, prawda?

– Nie… – Laura wpatruje się w czarną wodę, lekko lśniącą daleko przy tratwie. – Hedda kochała jezioro – szepcze niewyraźnie.

Håkansson zbiera dokumenty.

– Tak – mówi oficjalnym tonem i wyciąga pęk kluczy. – Zatem Gerdnes należy do pani. Zobaczymy się w sobotę na pogrzebie, a potem odezwę się w sprawie sprzedaży. Życzę wszystkiego dobrego. Pod każdym względem – dodaje po krótkiej chwili milczenia.

9

Zima 1987

Zjedli kolację w letniskowym centrum – kwadratowym budynku o płaskim dachu, który przypominał bardziej barak niż domek letni i w którym mieściły się duża jadalnia, kuchnia i kilka toalet. Laura lubiła ten budynek. Lubiła promieniujące z niego uczucie wspólnoty, zapachy setek posiłków, którymi przesiąkły pożółkłe sosnowe boazerie i linoleum na podłodze.

Ściany były obwieszone obrazami Heddy; naprzeciw miejsca Laury przy stole wisiał jej ulubiony obraz. Przedstawiał jezioro w świetle wczesnego poranka, gdy pasmo wzgórz w tle przypominało sylwetkę odpoczywającego olbrzyma.

Laura czekała na tę chwilę z tak wielką tęsknotą. Iben i Jack siedzący obok niej, a naprzeciwko, u szczytu stołu, ciocia Hedda. Błaznujący Peter i Tomas – głównie milczący i słuchający innych. Jednak uczucie szczęścia jakoś nie mogło zadomowić się w sercu.

Milla wydawała się w porządku, chociaż jej styl był zbyt cool jak na Vedarp i Gerdnes. Miała półdługie, natapirowane włosy z różowymi pasemkami i okulary w ciemnej oprawie, a ubrana była w dżinsową kurtkę nałożoną na miętowozieloną bluzę z kapturem i w wytarte, podziurawione dżinsy dokładnie o takim fasonie, jakiego mama nie chciała kupić Laurze.

– Cześć, Laura. Super, że cię wreszcie poznałam – powiedziała, kiedy podały sobie ręce.

Miała bystre ciemne oczy, a jej sposób mówienia był prawie taki sam jak Laury: dość neutralna, standardowa wymowa. Laura usiłowała rozszyfrować Millę, tak jak rozszyfrowywała swoje koleżanki z klasy, ale trudno było dopatrzeć się czegoś za tą barwną fasadą. Poza tym Milla nie wychylała się, nie mówiła zbyt dużo, raczej wydawała się słuchać, a to sprawiało, że jeszcze trudniej było ją ocenić.

Dokładnie tak jak mówiła Iben, Peter i Tomas wydawali się na różne sposoby rywalizować o przyciągnięcie uwagi Milli. Peter starał się być zabawny, Tomas wyświadczał jej przysługi. Laura nie zdążyła spytać cioci, dlaczego nie wspomniała o Milli w listach, ale zrozumiała, że dziewczyna nie miała zostać w Gerdnes zbyt długo, więc może dlatego ciocia o niej nie pisała.

Ale to nie z powodu Milli Laura nie czuła pełni szczęścia, lecz przez to, co Jack powiedział w samochodzie. Co miał na myśli, mówiąc, że nad jeziorem wydarzyły się różne rzeczy? O tych rzeczach najwyraźniej nie chciał rozmawiać, kiedy Iben słuchała. I dlaczego był taki niespokojny, prawie przestraszony?

Tok myśli Laury został przerwany, gdy Hedda wstała i zadzwoniła w szklankę.

– Kochana Lauro. Nareszcie tu jesteś. Tak bardzo czekaliśmy i tęskniliśmy. Gerdnes bez ciebie nie jest takie, jakie powinno być. Ale teraz wszystkie moje dzieci znów są w domu i jestem taka szczęśliwa… – Oczy Heddy zalśniły. Odchrząknęła. – Zatem twoje zdrowie, Lauro. Wznieśmy toast za twój wyczekiwany powrót.

Po kolacji usiedli na kanapach przed kominkiem. Płomienie strzelały wysoko, a od ciepła wszystkim zaczerwieniły się twarze. Jack przyniósł gitarę i razem z Laurą i Iben śpiewali Hold Me Now i You’re the Voice, tak jak minionego lata. Ciocia Hedda, Tomas i Peter entuzjastycznie bili brawo po każdej piosence i przez pewien czas wszystko było jak zwykle. Ale Laura nie mogła się powstrzymać od spoglądania co jakiś czas na Millę. Od nowych prób rozszyfrowania tej dziewczyny.

Przez większość czasu Milla siedziała cicho i nieruchomo, ale po chwili Laurze wydało się, że obserwowała Jacka i Iben. Śledziła wzrokiem ich ruchy i wyraz twarzy, lekko pochylała się do przodu i nasłuchiwała, gdy rozmawiali ze sobą.

 

Czy nie siedzieli trochę za blisko siebie? Nie patrzyli na siebie częściej niż na innych? Laura pomyślała o fotografii, którą miała ze sobą w samolocie. Policzek Iben mocno przyciśnięty do policzka Jacka.

Nie wiadomo skąd nadeszły mdłości. Wstała, wymamrotała coś o tym, że musi do toalety, ale tam nie poszła, tylko wymknęła się na zewnątrz.

Na dworze śnieg przestał padać, powietrze było przejrzyste i zimne w taki sposób, jak zdarzało się tylko tu, nad jeziorem. W prawie zupełnej ciszy słychać było jedynie odgłosy ze środka budynku i jakiegoś ptaka nawołującego z oddali. W Hongkongu, Singapurze i wszystkich innych miastach, w których mieszkała, nigdy nie było cicho i zrozumiała, jak bardzo za tą ciszą tęskniła. Oparła się plecami o pień drzewa, uniosła głowę i wypuściła z płuc długi słup pary, starając się uporządkować myśli.

Co właściwie podejrzewała?

Że Jack i Iben chodzili ze sobą? Czy właśnie to Jack miał na myśli w samochodzie?

Samo ujęcie myśli w słowa było tak bolesne, że musiała złapać się za brzuch.

W jadalni Jack znów grał na gitarze. Laura nie znała tej piosenki, najwyraźniej znała ją jednak Iben. Gdy Jack dotarł do refrenu, śpiewała pierwszym głosem tak pięknie, że Laurze niemal zaparło dech w piersiach.

Odsunęła się od drzewa i pobiegła przed siebie. Łzy piekły pod powiekami. Ugryzła się w wargę, żeby nie pozwolić im spłynąć.

Dom Heddy miał ciemnoczerwone ściany i białe okienne ramy, tak jak domki letniskowe. Szare eternitowe dachówki były oczyszczone z mchu i porostów; Jack musiał umyć je pod ciśnieniem, kiedy porządkował letnisko po sezonie.

W domu mieściły się kuchnia, pokój dzienny i trzy małe sypialnie. Jedna z nich należała do Jacka, zanim przeniósł się do mieszkania na strychu nad garażem na łodzie. Teraz ciocia Hedda zmieniła jego dawną sypialnię w połączenie biura i pracowni artystycznej.

Dom był jak zwykle starannie posprzątany. Pachniało mieszaniną smoły do konserwowania tratwy i farb olejnych, a także kotem i jeziorem. Ten zapach kojarzył się Laurze z Heddą i zawsze wzbudzał uczucie spokoju i bezpieczeństwa. Jednak dzisiaj nie działał równie dobrze jak zwykle.

– Cześć, George, tęskniłeś za mną?

Szary pręgowany kot czule ocierał się o nogi Laury. Wzięła George’a na ręce i przytuliła tak mocno, na ile się odważyła. Ból brzucha trochę zelżał.

Jej pokój wypełniały rzeczy, które zrobiły z ciocią Heddą przez minione lata. Były to rysunki, ceramika, a nawet obrazy olejne.

Hedda oprawiła najlepszy obraz Laury i powiesiła na środku ściany. Przedstawiał kobietę siedzącą na kamieniu i przeglądającą się w jeziorze. Długie, granatowoczarne włosy podobne do wodorostów przesłaniały przód ciała, tak że prawie nie było widać, iż kobieta jest naga.

Hedda zaklinała się, że pewnego dnia wczesnym rankiem na własne oczy widziała rusałkę siedzącą na płaskim kamieniu na wschodniej plaży, u podnóża pałacu. I że od tej pory zawsze wrzucała kromkę chleba do wody przed wypłynięciem na ryby, aby rusałka była w dobrym humorze.

Jedna kromka dla matusi, dla ojczulka druga. Trzecia w darze dla rusałki, co spod wody mruga.

Laura lubiła wszystkie opowieści Heddy, ale ta o rusałce była zdecydowanie jej ulubioną. Czasami, zwłaszcza zimą, rusałka wychodziła nawet na ląd, aby znaleźć kogoś, kogo mogłaby zwabić w głębinę. Była bardzo piękna, ale dało się ją rozpoznać po wypalonej dziurze w plecach. Dlatego rzadko je pokazywała. Brakowało ich nawet na obrazie Laury. Widać było tylko złowrogą ciemną plamę, która prześwitywała przez włosy tuż przy jednym ramieniu. Laura była bardzo zadowolona z tego, że udało jej się umieścić tę ciemną bliznę na obrazie.

Podeszła do biurka i zdjęła z półki nad nim fotografię w ramce. Na zdjęciu Jack miał jedenaście lat, a ona osiem. Jack otoczył ją ramieniem, spoglądał czujnie i jednocześnie z niepokojem w soczewkę aparatu fotograficznego. Łzy znów zapiekły. Przytuliła George’a, wtuliła twarz w miękkie futerko.

Odgłos potężnego silnika zwrócił jej uwagę ku oknu. Wyjrzała. Dwa okrągłe światła pobłyskiwały przy centralnym budynku. Dostrzegła zarysy znanej jej furgonetki. Samochód ojca Iben. Tylne światła lśniły jak dwoje rozzłoszczonych oczu.

10

Laura macha odjeżdżającemu Håkanssonowi. Przez chwilę stoi w półmroku. Najlepiej byłoby wskoczyć do samochodu, włączyć ogrzewanie i pojechać do hotelu w Helsingborgu. Wróciłaby jutro wczesnym rankiem, wypoczęta i przy świetle dziennym, tak jak planowała.

Ale coś ją uwiera. Coś, z czego jakoś nie może się otrząsnąć. Znów spogląda w stronę tratwy.

– Jezioro cię utrzyma – mruczy do siebie. – Musisz mu tylko zaufać.

Oczywista bzdura. Słowa, które miały uspokoić dziecko.

Wtedy, dawno temu, działały. W tej samej chwili, gdy Hedda przewróciła łódkę i znalazły się w wodzie, Laurze wydało się, że czuje, jak coś w głębinie unosi ją ku powierzchni. Wyobrażała sobie, że Heddę łączy z jeziorem szczególna relacja. Czasami nawet słyszała, jak ciocia do niego mówi, śpiewa mu pioseneczki.

To całkiem logiczne, że zimna, ciemna woda zatrzymała bicie starego, schorowanego serca Heddy. Nie może jednak w to uwierzyć i nie bardzo potrafi wyjaśnić to uczucie. Zapewne dziecko w niej nie chce pogodzić się z faktem, że wszyscy ludzie starzeją się i umierają.

Nawet ci, którzy kiedyś wydawali się nieśmiertelni.

Laura waży w dłoni pęk kluczy. Klucze są matowe, a ich brzegi wytarte od wieloletniego używania.

Od drzwi dzieli ją tylko kilka metrów. Na dole jest w nich wejście dla kota. Tuż przy nim stoi kilka pustych puszek po kociej karmie. Laura wie, co to oznacza. Wchodzi na ganek, znajduje właściwy klucz przy drugiej próbie.

Drzwi ustępują, uwalniają duszącą woń stęchlizny, która sprawia, że Laura cofa się o pół kroku. Staje w progu i wpatruje się w ciemność. Dostrzega ażurową drewnianą przegródkę między wyjściem a dużym pokojem dziennym.

– Kici, kici, kici – szepcze. Z mroku wyłania się szary kształt.

– Cześć, George – mówi Laura, a szary pręgowany kot ociera się o jej nogi i głośno miauczy. Mimo że ten George wygląda niemal identycznie jak kot, którego pamięta, wie oczywiście, że to nie to samo zwierzę. Matematycznie rzecz biorąc, od 1987 przez dom Heddy powinno przewinąć się dwóch–trzech George’ów. Jednak coś w zachowaniu kota sprawia wrażenie, że traktuje ją jak starą znajomą, nie jak obcą osobę. Może dlatego, że chce jeść. Biedny zwierzak musi być straszliwie wygłodniały.

– Zobaczymy, czy znajdziemy dla ciebie jakieś jedzenie.

Szuka przełącznika. Robi głęboki wdech i cała się spina, po czym zapala światło. Jest gorzej, niż mogłaby sobie wyobrazić. Pokój dzienny za przepierzeniem dzielącym go od korytarza jest wypełniony pod sufit. Krzesła, armatura łazienkowa, kartony, kilka łóżek ustawionych jedno na drugim, a za nimi jeszcze więcej rzeczy upchniętych tak, że nie można ich rozróżnić w słabym świetle nagiej żarówki zwisającej z sufitu. I ten smród. Mieszanina wilgoci, starych śmieci, kurzu, odoru z kanalizacji, resztek jedzenia, kociej kuwety i niemytego ciała. Woń deterioracji człowieka.

Wąskie przejście między stosami gratów prowadzi w głąb domu. Kot idzie za nią, gdy niechętnie toruje sobie drogę do kuchni. Wszędzie leżą stosy papierów: pożółkłe katalogi, ulotki reklamowe, koperty. Na blacie przy zlewozmywaku stoją plastikowe kanistry oraz puste butelki po alkoholu i napojach gazowanych – w takiej ilości, że prawie spadają do zlewu. Laura czuje, że przechodzą ją ciarki; oddycha przez usta i mimo że ma na dłoniach rękawiczki, stara się nie dotykać niczego, jeśli nie jest to konieczne. Pot spływa jej po plecach.

– Teraz spokojnie – mamrocze do siebie.

Wylizane do czysta kocie miski stoją na podłodze. Na szczęście George dzięki klapie w drzwiach wychodził na dwór i wracał do domu. Mógł zlizywać śnieg, żeby nie umrzeć z pragnienia. Puste puszki po kociej karmie na ganku wyglądały na dość świeże. Prawdopodobnie ktoś tędy przechodził i zlitował się nad kotem. Ale kto? Może ten uprzejmy listonosz.

Otwiera lodówkę. Na najwyższej półce leży parę opakowań z gotowymi daniami, na niższej znajduje butelki z tonikiem grejpfrutowym i karton mleka, którego data przydatności do spożycia dawno minęła. Kocie jedzenie jest w jednej z szafek i Laura musi zdjąć rękawiczki, żeby otworzyć puszkę. Usiłuje bez mdłości przełożyć szaroróżową, śmierdzącą rybą masę do miseczki.

George rzuca się na jedzenie, pochłania połowę w czasie, który zabiera Laurze napełnienie drugiej miseczki wodą. Laura stoi na środku kuchni i przypatruje się, jak kot je. Znów porównuje go z tym George’em, którego pamięta. Hedda zawsze bardzo starannie wybierała nowe zwierzę. George jest kotką, nazwaną po bohaterce Słynnej Piątki3, Georgini, która chciała być chłopcem. Kiedy Laura była mała, Hedda czytała jej te książki.

Uczucie obrzydzenia trochę ustępuje, na jego miejscu pojawia się coś innego, twardego, kanciastego. Laura wygląda przez kuchenne okno. Szyba jest szara od brudu, a na parapecie tłoczą się cztery porcelanowe figurki, obtłuczony świecznik, plastikowy termometr kąpielowy i wojskowa lornetka obciągnięta zieloną gumą. Księżyc wyjrzał spomiędzy chmur, woda lśni w jego blasku. Lampa przy przystani Millera świeci w oddali na północnym brzegu. Laura zastanawia się, czy Johnny Miller nadal mieszka w swoim wielkim, ponurym domu, a jeśli tak, to czy wciąż kultywuje mit unikającego ludzi byłego gwiazdora rocka – długowłosego, brodatego, kryjącego się za wysokim murem.

Gdy Iben i Laura były małe, wyobrażały sobie w zabawach, że Johnny Miller jest trollem pilnującym skarbu. Czasem fantazjowały o tym, że przepłyną łódką jezioro, ukradną skarb, kupią pałac w Vintersjöholm, a potem będą żyły długo i szczęśliwie. Wszystko wydawało się takie proste, gdy było się dzieckiem. Skarb, pałac i najlepsza przyjaciółka – niczego więcej nie potrzebowała do osiągnięcia wiecznego szczęścia.

Laura wraca do głównego pokoju, zapala jeszcze jedną słabą żarówkę pod sufitem i ostrożnie nawiguje między stosami starych gratów, zajmującymi niemal wszystkie powierzchnie. Kanapa przy tylnej ścianie wygląda znajomo, ale jest o wiele brudniejsza i wysiedziana, niż Laura pamięta. Na kanapie leży kołdra i poduszka. Stolik obok jest zaśmiecony gazetami, pustymi butelkami, szklankami po drinkach, pudełkami po papierosach i przepełnionymi popielniczkami. Za telewizorem stoi kilka zakurzonych obrazów, opartych o ścianę.

To kanciaste uczucie w piersiach nasila się coraz bardziej. Przez wiele lat zastanawiała się, czym tak ważnym zajmowała się Hedda, że nigdy nie miała czasu się odezwać. Wymyślała mnóstwo usprawiedliwień dla cioci, jedno bardziej fantastyczne od drugiego, żeby milczenie Heddy mniej bolało. Teraz zrozumiała. Hedda nurzała się w alkoholu, papierosach, śmieciowym jedzeniu i roztkliwianiu się nad sobą, aż wreszcie jej organizm tego nie wytrzymał. Testament nie był żadnym gestem pojednania, a tylko sposobem zwalenia wszystkiego na Laurę.

Chodź, popatrz, co nawyrabiałam, księżniczko. Teraz po mnie posprzątaj. Bo jesteś bardzo dobra w sprzątaniu po innych, prawda? Po tacie, po mamie, po braciszku. Więc dlaczego nie po mnie?

Matka miała rację. Należało zadowolić się wspomnieniami z dzieciństwa. Wszystkie piękne chwile z Heddą zostały teraz zbrukane tym syfem. I z jakiego powodu?

Przez pieprzone nastoletnie zakochanie.

George ociera się o jej nogi. Biedny kot pewnie jeszcze chce jeść. Laura zawraca do kuchni, ale zwierzę drepcze w kierunku sypialni. Przystaje na chwilę i patrzy na Laurę, jakby czekało na to, że pójdzie za nią.

Ale Laura ma dosyć zwiedzania. Zaspokoiła ciekawość. Zamierza wsiąść do samochodu, natrzeć dłonie płynem dezynfekcyjnym, tak żeby skóra zapiekła, a potem pojechać do hotelu. Zmyje ten cały syf prysznicem i odda ubranie, łącznie z kurtką i rękawiczkami, do pralni chemicznej. Jutro rano zadzwoni do Håkanssona i poprosi go, żeby jak najszybciej sprzedał Gerdnes temu, kto zaoferuje najwyższą cenę. A po pogrzebie nigdy już jej noga tu nie postanie.

Laura przekłada resztki kociej karmy do miseczki, spodziewając się, że zwierzę przyleci jak rakieta. Ale George się nie zjawia. Laura opłukuje dłonie pod kranem, wyciera je o spodnie i rozgląda się za kotem. George siedzi przy końcu korytarza. Podnosi na nią oczy i głośno miauczy.

– Na razie, kocico – mamrocze Laura i rusza do drzwi wyjściowych. Ale kalkulator w jej głowie zaczął działać. Właściwie na jak długo wystarczy kotu jedna puszka karmy? Przez ile dni samotny kot poradzi sobie w środku zimy?

 

Gerdnes jest teraz jej własnością. Ziemia, dom, śmieci i kot. Poza tym niesprawiedliwie jest wyładowywać złość na biednym George’u. Może mogłaby poprosić Håkanssona, żeby znalazł kotce nowego właściciela? Laura wzdycha i ogląda się za siebie.

– Chodź, George, przejedziesz się samochodem – mówi i usiłuje odpędzić myśl o tym, ile kociej sierści pozostanie na białych skórzanych obiciach.

Ale akurat kiedy już ma złapać kotkę, ta robi unik, ucieka i wślizguje się do domu przez uchylone drzwi. Laura klnie pod nosem. Może najprościej byłoby zostawić zwierzaka w domu i poprosić Håkanssona, żeby go zabrał. Ale słyszy, że George znowu miauczy. Tym razem głośniej, jakby ją wołała. Z wahaniem idzie za nią, pochyla się pod mnóstwem zakurzonych pajęczyn zwisających z sufitu. Popycha drzwi czubkiem buta, żeby nie dotykać klamki. W korytarzu jest tyle śmieci i gratów, że dopiero gdy drzwi szerzej się otwierają, widzi, do którego pokoju wbiegł kot.

Gwałtownie wciąga powietrze.

Wykładzina dywanowa, tapeta w biedronki, trochę naderwana tuż pod listwą sufitu. Jej dawne rysunki, półka z dziecinną ceramiką, a nad łóżkiem ten olejny obrazek, z którego kiedyś była taka dumna. Wszystko w pokoju wygląda dokładnie tak jak w jej wspomnieniach. Światło księżyca wpada przez okno. Biały blask rozjaśniający pokój czyni wszystko jeszcze bardziej nierzeczywistym.

Laura idzie parę kroków przed siebie.

Podłoga jest czysta, łóżko zasłane. Na stoliku nocnym leży szczoteczka do zębów, jakby na kogoś czekała. Na gościa, który nigdy nie przyjechał.

Siada na brzegu łóżka. Poszewka kołdry wyblakła w praniu, nie można rozpoznać wzoru, ale kiedyś przedstawiał jednorożca. Laura przesuwa dłoń po miękkiej tkaninie.

George wskakuje na łóżko, ociera się o nią, a potem wygodnie się układa. Laura rozpina kurtkę, kładzie się i przytula do zwierzęcia. Pościel pachnie płynem do płukania, jakby niedawno ją wyprano. George cicho mruczy.

Na obrazie nad nimi rusałka przegląda się w jeziorze. W świetle księżyca można dostrzec czarną plamę na jej ramieniu.

Namalowała ten obraz dwa lata przed pożarem w wieczór Świętej Łucji. Ale nie sposób nie traktować wizerunku młodej kobiety z poparzonymi plecami jako złowieszczej przepowiedni.

Przymyka oczy, przyciąga George’a jeszcze bliżej. Kot dalej mruczy. Zapach pokoju i ciepłego kociego futra są tak niesamowicie znajome.

Przez parę chwil wydaje się, że czas jakby się zatrzymał w tym pokoju. Laura ma piętnaście lat, wkrótce skończy szesnaście, a trzynasty grudnia 1987 jeszcze nie nadszedł. Jeszcze można wszystko naprawić. Powstrzymać katastrofę.

Inne książki tego autora