Zimowy ogieńTekst

Z serii: Czarna Seria
Z serii: Kwartet sezonowy #3
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

Wody nie trzeba się bać, Lauro. Nie trzeba, dopóki ma się przed nią respekt.

Słowa Heddy brzmią w głowie Laury, kiedy pływa. Basen na piętrze, na którym mieszczą się spa i siłownia, ma dwadzieścia metrów długości; Laura pokonuje go w piętnaście sekund. Nabiera w płuca powietrza tylko podczas nawrotu. Wykonuje równomierne ruchy, niespalające tlenu bez potrzeby. Od jednego końca basenu do drugiego, bez niczego w głowie oprócz plusku wody i uderzeń pulsu o błony bębenkowe. Dzisiaj jest inaczej. Myśli krążą, budzą głosy i wspomnienia.

Laura nigdy nie była dobra z wychowania fizycznego. Szczególnie w dyscyplinach, które wymagały współpracy. W drogich prywatnych szkołach miała wiele okazji, by się o tym przekonać.

Z pływaniem sprawa wyglądała inaczej. Nie było koleżanek z drużyny ani piłek. Prawie nie widziała rywalek. Była tylko ona i woda.

To Hedda nauczyła ją dobrze pływać. Przedtem Laura brała lekcje pływania w Singapurze. Dawała radę najwyżej przepłynąć jedną długość basenu w panice, pieskiem, pod okiem prywatnej trenerki, podczas gdy mama siedziała na leżaku i przeglądała „Vogue’a”.

Hedda zauważyła jej strach i pewnego letniego wieczoru wypłynęła z nią na jezioro małą łódką. Laura miała wtedy siedem lat, ale nadal pamięta najdrobniejsze szczegóły. Księżyc w pełni i gwiaździste niebo nad ich głowami. Ciszę, gdy na środku jeziora Hedda odłożyła wiosła.

– Jezioro cię utrzyma – powiedziała. – Ale musisz odważyć się mu zaufać. A ja będę tuż za tobą. Przez całą drogę do domu.

Wskazała na plażę, przy której było widać światła letniska.

– Jesteś gotowa?

Laura wciągnęła powietrze, skinęła głową. Potem Hedda przewróciła łódkę.

Laura jak zawsze bierze prysznic w ostatniej kabinie po lewej stronie, gdzie fugi między kafelkami są czyste, strumień wody równomierny, a podłoga nachylona do odpływu pod najwłaściwszym kątem. Dokładnie opryskuje sprejem podłogę i ściany przed wejściem do kabiny. Czarny pojemnik ze sprejem, który ma ze sobą, zawiera środek dezynfekcyjny z chlorem zmieszanym pół na pół z wodą. Ta mieszanka gwarantuje zabicie większości mikroorganizmów, które mogą czaić się na podłodze. Mimo to Laura nie zdejmuje klapek kąpielowych.

Jej kostium ma długie rękawy, przypomina raczej ubiór do nurkowania. Nie zdejmuje go, póki nie zamknie za sobą drzwi kabiny. Tu nikt nie może jej zobaczyć i nie musi odwracać się plecami do ściany, gdy bierze prysznic.

Obie z Heddą każdego lata przeprowadzały powtórkę tamtej pierwszej kąpieli. Wspólnie przewracały łódkę, chociaż właściwie nie było to potrzebne. Kiedy woda była naprawdę ciepła, nie śpieszyły się z dopłynięciem do plaży; kładły się na plecach i unosiły się na wodzie na środku jeziora, podczas gdy Laura tłumaczyła Heddzie, jak nazywają się różne gwiazdozbiory.

Następnego ranka łódeczka zwykle kołysała się przy brzegu tuż przed domem.

Łódka zna jezioro równie dobrze jak ja. Sama trafia do domu.

Laura wychodzi spod prysznica, owija się płaszczem kąpielowym, narzuca kaptur i zjeżdża windą prosto na swoje piętro. Sprzątaczka była w mieszkaniu, kiedy Laura pływała. Znikła, nie pozostawiając po sobie nic poza słabym zapachem czystości.

Laura zrzuca klapki kąpielowe i idzie boso po gładkiej kamiennej posadzce. Po drodze poprawia figurkę chińskiego bożka Guandi, która strzeże wejścia przed złymi duchami i którą sprzątaczka przesunęła o kilka milimetrów, gdy wycierała kurz na komodzie w holu.

Ogrzewanie podłogowe jest nastawione na maksimum, termostat wskazuje dwadzieścia pięć stopni. W narożniku pokoju znajduje się kominek. Ogień na nim to właściwie płomień gazowy, kontrolowany przez technikę i uwięziony za szkłem pancernym. Laura włącza kominek pilotem, stara się nie patrzeć na płomienie. Potem wkłada kapcie z baraniego futra.

Minęła trzecia po południu. Nad ośnieżonymi dachami Sztokholmu zaczyna już zapadać zmrok. W mieszkaniu panuje cisza, słychać tylko z dołu dalekie, stłumione odgłosy ruchu ulicznego. Laura na razie nie zapala światła, bierze komórkę z półki i odłącza od ładowarki. Nie ma żadnych wiadomości ani nieodebranych rozmów. Na żadne zresztą nie czekała. To raczej ona musi do kogoś zadzwonić. Powinna to zrobić już przed południem, ale zwlekała tak długo, jak tylko mogła.

– Madeleine Aulin.

W tle słychać gwar.

– Cześć, mamo, to ja. Jesteś zajęta?

– Pierre i ja mamy gości.

– Ze Szwecji?

– Tak. Tylko kilkoro starych znajomych.

Laura natychmiast rozszyfrowuje lekką zmianę w tonie głosu.

– Marcus jest u was?

Krótka chwila ciszy odpowiada na pytanie.

– Przyjechali wczoraj. Zdecydowali się w ostatniej chwili. Marcus miał ostatnio tyle stresów; opiekunka zajmie się dziewczynkami, póki nie zaczną się ferie świąteczne.

Laura zaciska zęby. Formalnie jest szefem Marcusa, ale jej młodszy brat oczywiście nie pisnął ani słowa, że ma zamiar wziąć wolne i że jedzie na Majorkę do mamy i Pierre’a.

Mama tłumaczy sobie milczenie Laury na swój sposób.

– Nie sądziliśmy, że mogłabyś przyjechać. Marcus mówił, że masz dużo pracy. Ale oczywiście jesteś mile widziana. Przecież wiesz.

Laura porusza szczękami w lewo i w prawo, aby pozbyć się napięcia. Naturalnie nie może przyjąć zaproszenia, po pierwsze dlatego, że zostało rzucone na odczepne, a po drugie trudno jej wyobrazić sobie coś gorszego niż świętowanie Bożego Narodzenia w pretensjonalnej hiszpańskiej willi matki i Pierre’a, w towarzystwie hałaśliwej rodziny Marcusa. Ale jeśli odmówi, zasłaniając się pracą – jak zwykle, gdy przychodzi pora na jakieś rodzinne spotkanie – to przyzna im rację. Zaakceptuje, że ją wykluczyli.

– Nawiasem mówiąc, rozmawiałaś z Andreasem? – pyta mama, zanim Laura zdążyła podjąć decyzję.

– Czemu?

Pytanie jednocześnie dziwi ją i nie dziwi.

– Marcus przypadkiem go spotkał parę dni temu na placu Stureplan. Andreas szedł z jakąś kobietą. Wydawał się trochę zmieszany. – Ostatnie zdanie mama wymawia pytającym tonem, jakby oczekiwała jakiegoś wyjaśnienia.

– Rozwiedliśmy się ponad rok temu. Andreas ma prawo spotykać się, z kim chce.

Krótki odgłos w słuchawce, może prychnięcie.

– No pewnie, nawet jego cierpliwość nie trwa wiecznie.

Laura oczekiwała tego rodzaju komentarza, odkąd padło imię Andreasa. Drobnej złośliwej uwagi, przypominającej jej, jaka jest śmieszna i żałosna. Przypominającej, że czym prędzej powinna przestać dziwaczyć i – zanim będzie za późno – poprosić Andreasa, aby do niej wrócił.

– Wiesz, że ciocia Hedda umarła?

Słychać kliknięcie zapalniczki. Matka nadal pali, chociaż ojciec zmarł na raka płuc. Długi wydech, westchnienie wypełnione tytoniowym dymem. Mózg Laury automatycznie oblicza ryzyko zachorowania po pięćdziesięciu pięciu latach palenia papierosów.

– A tak, słyszałam – mówi mama. – Przykre.

– Dlaczego nie zadzwoniłaś i mi nie powiedziałaś?

Cisza, jeszcze jedno papierosowe westchnienie.

– Chyba po prostu o tym nie pomyślałam. Pierre i ja mieliśmy mnóstwo roboty z domem. A ty przecież też jesteś bardzo zajęta swoimi sprawami? Jak w ogóle dowiedziałaś się o śmierci Heddy?

– Wczoraj zadzwonił prawnik. Hedda zapisała mi Gerdnes w testamencie.

– Aha. – W tym neutralnym słowie Laura odczytuje niepokój.

– Jak myślisz, dlaczego to zrobiła?

– Nie mam pojęcia. Hedda zawsze była trochę dziwna. Jak na pewno pamiętasz, nie okazała nawet na tyle przyzwoitości, żeby odezwać się, kiedy zmarł twój ojciec. Jej rodzony brat! I to po wszystkim, co dla niej zrobiliśmy. Po co ci w ogóle jakieś stare letnisko? – W głosie matki znów zabrzmiała ostra nuta. Sugestia, że Laura zrobiła lub robi coś niewłaściwego.

Laura decyduje się to zignorować.

– Pogrzeb jest w sobotę. Mam zamiar pojechać.

Jeszcze jedno zaciągnięcie się papierosem.

– Uważasz, że to sensowne?

– Jestem najbliższą krewną Heddy.

– Więc tylko dlatego chcesz pojechać? Bo masz takie dobre serce?

Laura znów zaciska zęby.

– Pewnie chcesz pojechać ze względu na niego? – indaguje dalej matka. – Tego znajdka.

Uczucie, że została zdemaskowana, sprawia, że policzki zaczynają ją palić.

– On ma na imię Jack.

Matka prycha pogardliwie.

– Zwiał, zapomniałaś? Zostawił cię, kiedy było ci najciężej.

– Nie, nie zapomniałam.

Te słowa sprawiają jej ból głównie dlatego, że oddają prawdę.

– Miałaś niecałe szesnaście lat, to było głupie nastoletnie zauroczenie. A jednak nie możesz przestać o nim myśleć. Pewnie masz nadzieję, że pojawi się na pogrzebie.

Laura zmusza się, by nie odpowiadać.

– Na twoim miejscu trzymałabym się z daleka od tego wszystkiego. Gerdnes to okropne miejsce, a po tym, co zaszło, nie pojmuję, że ty…

Mama przerywa sama sobie, dwa razy zaciąga się papierosem.

– Próbuję ci powiedzieć, Lauro… – głos zmiękł, zabrzmiał w nim nawet smutek – że nie należy rozgrzebywać przeszłości. Z tego rzadko wynika coś dobrego, uwierz mi.

Laura stoi w sypialni przed wielkim lustrem ściennym. Przez chwilę trwa w niepewności, potem rozwiązuje pasek i pozwala szlafrokowi opaść na podłogę. Rozwiewają się resztki ciepła wyniesionego spod prysznica. Laurę przebiega dreszcz.

W pokoju jest ciemno, wnika do niego tylko trochę rozproszonego światła, w którym jej skóra wygląda na bielszą niż zwykle. Laura rozluźnia węzeł na karku i potrząsa głową. Jej rude włosy spływają na ramiona. Nie odrywając wzroku od lustra, wykonuje powolny półobrót tułowiem. Plama rozpoczyna się na środku lewej łopatki. W miarę jak Laura obraca się przed lustrem, widzi, jak znamię rośnie, przekształca się w wielką połać szorstkiej tkanki bliznowej, rozpościerającą się ukośnie od barku poprzez kręgosłup. Znów wstrząsa nią dreszcz.

 

Na kilka chwil wszystko powraca. Huk płomieni, woń sadzy, spalonych włosów i płonącego ciała, tak intensywna, że czuje się w ustach jej smak.

Ból w plecach, gorący i zarazem lodowaty.

Potem niejasne wrażenie, że ktoś niesie ją przez lód, coraz bliżej i bliżej czarnej, zimnej wody. I na końcu krzyk. Jej i kogoś innego.

3

Pijalnia soków znajduje się na ulicy Birgera Jarla, tuż obok siłowni Stephanie, i jest wypełniona kobietami, które wyglądają jak sklonowane. Puchowe kurtki na dresach, idealne fryzury, w jednej ręce kubek z sokiem, a w drugiej komórka. Rozmowy przypominają monologi, bo nikt nikomu nie patrzy w oczy.

Steph różni się od pozostałych klientek pod jednym istotnym względem. Naprawdę ćwiczyła, co można wywnioskować z jej stroju i cienkiej warstewki potu, która jeszcze pokrywa jej czoło. Steph nie robi niczego byle jak, i to należy do cech, które Laurze w niej się podobają. Go big eller go home, jak Steph zwykła mówić. Laura nigdy nie chodzi na siłownię. Zapocone urządzenia, wspólne przebieralnie, otwarte kabiny pryszniców i ciekawskie spojrzenia.

– Podsumowując to wszystko: masz zamiar pojechać do jakiejś zabitej dechami dziury w Skanii, żeby pochować ciotkę, której nie widziałaś od wieków – a wszystko po to, żeby wkurzyć matkę, z którą prawie się nie spotykasz?

Steph pociąga łyk soku, który zawiera tak wiele składników, że przygotowanie go zajęło barmanowi cztery minuty.

Laura nie odpowiada, częściowo dlatego, że Steph w pewnym sensie ma rację, a częściowo – bo nie może opowiedzieć całej historii. Pociera jedną dłoń o drugą, usiłuje rozgrzać czubki palców. Temperatura na dworze jest poniżej zera i chociaż grudzień jeszcze się nie zaczął, dziesięciocentymetrowe warstwy śniegu przy krawężnikach zdążyły nabrać szarobrunatnego koloru.

– Od jak dawna się znamy? – pyta Steph. – Poznałyśmy się chyba w tym samym roku, w którym się tu sprowadziłam?

– W następnym. Przeniosłaś się do Szwecji we wrześniu dwa tysiące piętnastego, poznałyśmy się w styczniu dwa tysiące szesnastego.

– Więc znamy się prawie dwa lata. Wydaje się, jakbyśmy znały się dłużej. W każdym razie nagadałam ci tyle o moich byłych mężach oraz o różnicach między Szwedami a Amerykanami, że musiałaś mieć tego powyżej uszu. A ja dowiedziałam się wszystkiego o twojej, delikatnie mówiąc, szczególnej relacji z matką i o twoim beznadziejnym braciszku. O twoim rozwodzie i Andreasie stalkerze też. Ale ani słowem nie wspomniałaś o bogatej ciotce ze Skanii. – Steph unosi brwi, ale jej czoło pozostaje gładkie.

– Hedda nie była bogata – mówi Laura.

– Nie? Zdawało mi się, że mówiłaś o spadku.

– Dziś rano dostałam mejl od prawnika. Hedda była praktycznie spłukana. Pozostawiła po sobie spory kawałek zadłużonego gruntu, nic więcej.

– Rozumiem i zmieniam formę pytania. Miałaś ubogą ciotkę, o której dotychczas nie wspomniałaś ani słowem. Dlaczego?

Bo to wszystko należy do przeszłości, chce odpowiedzieć Laura, ale to oczywiście nie byłoby prawdą. Unika więc wyjaśnień, wzruszając ramionami.

– Wiesz, że kiedy byłam mała, ciągle się przeprowadzaliśmy – mówi. – Ojciec pracował w różnych częściach Azji Południowo-Wschodniej i przez to prawie co roku musiałam zmieniać szkołę.

Steph przytakuje skinięciem głowy.

– Podczas dłuższych ferii mieszkałam u cioci w jej letnisku w Skanii. Hedda nie miała własnych dzieci, więc była dla mnie jakby dodatkową mamą. Miałam tam kolegów i koleżanki. Uwielbiałam tam jeździć.

– Ach tak? – Idealne brwi są nadal uniesione.

Laura cicho wciąga powietrze.

– Zimą, kiedy miałam piętnaście lat, zdarzył się wypadek. Pożar…

Steph pochyla się z zainteresowaniem.

– Urządziliśmy całą paczką imprezę w Dzień Świętej Łucji, w letniskowej sali tanecznej, zamkniętej na zimę. Typowy pomysł nastolatków. Nagle zaczęło się palić. – Laura przerywa, zastanawia się, ile ma opowiedzieć. Decyduje się na oficjalną wersję. – Budynek spalił się do fundamentów. Było mnóstwo dymu i zamieszania. Wszyscy usiłowali się wydostać. Jednej osobie się nie udało.

Steph blednie. Jej oczy zaczynają błyszczeć.

– To straszne.

Kładzie dłoń na ramieniu przyjaciółki. Laura czuje się niemal wzruszona. Steph potrafi być w interesach twarda jak kamień i kląć jak szewc. Ale to tylko powłoka.

– Miała na imię Iben – dodaje Laura. – Byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami.

Steph ściska jej ramię i przez kilka sekund siedzą w milczeniu.

– Co… – Steph odchrząkuje. – Co było potem?

Laura zbiera myśli. O reszcie jest łatwiej mówić, ale jednak nie całkiem łatwo.

– Rodzice zabrali mnie do Hongkongu już parę dni po pożarze. Wtedy się rozchorowałam. Dostałam jakiejś infekcji wirusowej, wynikło z niej zapalenie opon mózgowych i przeleżałam kilka miesięcy w szpitalu. Kiedy stanęłam na nogi, rodzice nie chcieli rozmawiać ani o tym, co się zdarzyło, ani o cioci Heddzie. A już zupełnie nie chcieli, żebym znów do niej pojechała.

Nazywam tę chorobę zimowym ogniem. Zniszczyła między innymi mój wewnętrzny termostat i dlatego prawie ciągle marznę.

Te ostatnie słowa Laura zachowuje dla siebie, jak również fakt, że do tej pory musi brać lekarstwa, żeby uniknąć koszmarów. Zamiast to powiedzieć, wzmacnia efekt swojej opowieści uśmiechem pełnym poczucia winy. Nietrudno jest jej przybrać taki wyraz twarzy.

Steph wygląda na wstrząśniętą.

– Cholera, paskudna historia. – Znów ściska ramię Laury. – Musiałaś się czuć do dupy.

Laura wzrusza ramionami, bo lepsza reakcja nie przychodzi jej do głowy.

– To było dawno. W gruncie rzeczy od wielu lat o tym nie myślałam.

To kłamstwo, ale Steph w aktualnym stanie ducha tego nie zauważa.

– A twoja ciotka nie próbowała później skontaktować się z tobą?

Laura kręci głową.

– Przedtem pisałyśmy do siebie, ale Hedda ani razu się nie odezwała podczas tych miesięcy, które spędziłam w szpitalu. Oczywiście było mi przykro. Mimo wszystko dalej pisałam do niej listy, ale nie odpowiadała. Próbowałam przez cały rok, zanim dałam za wygraną. Żadnego listu ani nawet głupiej pocztówki, chociaż była dla mnie jak druga matka.

– Nawet kiedy dorosłaś?

Laura czuje napięcie w szczękach.

– Hedda nie odezwała się do mnie od zimy tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku. Nie rozumiem, dlaczego postanowiła zapisać mi letnisko w testamencie. Ale Hedda była trochę inna niż wszyscy…

– W jaki sposób?

– Malowała obrazy, robiła ceramikę, szyła dla siebie ubrania… tak w stylu lat sześćdziesiątych. Mój ojciec nazywał ją przeterminowaną hipiską.

– Moim zdaniem to brzmi uroczo.

– Takie właśnie było. W każdym razie w oczach dziecka. Uwielbiałam mieszkać u niej. Nie było żadnych reguł, żadnych… – Laura dostrzega, że mimowolnie uniosła kąciki ust i szybko gasi uśmiech. – Ale Hedda była też niewiarygodnie uparta. I pamiętliwa.

Laura przypomina sobie, jak sprawdzała równo ułożony stos listów na sekretarzyku przy drzwiach. Jak mama z irytacją lekko kręciła głową za każdym razem, gdy pytała ją, czy naprawdę nie przyszedł do niej żaden list. Jak można tak postąpić wobec piętnastoletniej dziewczynki? Dziewczynki, którą traktowało się jak własną córkę?

Laura znów rozciera koniuszki palców. Zimno nie chce ustąpić.

– A teraz jest za późno, żeby się pogodzić. Pozostaje tylko ostatnie pożegnanie. Cholera, jakie to smutne. – Steph przysuwa sobie kubek z sokiem i w zamyśleniu gryzie plastikową rurkę. – Twój braciszek też przyjedzie na pogrzeb?

Laura kręci głową.

– Marcus nigdy jej nie poznał. Jest przecież młodszy ode mnie o siedem lat, a mama nie chciała, żebyśmy oboje wyjeżdżali z domu na ferie.

– Chcesz powiedzieć, że nie chciała, żeby Marcus wyjeżdżał? Nie mogła tak długo wytrzymać bez swojego książątka. – Steph wydyma wargi i mówi jak do małego dziecka. Laura nie może powstrzymać uśmiechu.

– Mama i ciocia Hedda nigdy za sobą nie przepadały.

– Teraz czuję jeszcze większą sympatię do twojej cioci.

– Jest inny powód, dla którego chcę pojechać.

Właściwie nie zamierzała o tym mówić, ale Steph zawsze potrafiła wprawiać ją w dobry humor.

– Aha… – Steph się pochyla. – Atmosfera się zagęszcza.

– Tam był pewien chłopak. Też straciliśmy kontakt po… – Laura szuka właściwego słowa. – Po wszystkim, co się zdarzyło.

Steph trochę unosi brodę, przygląda się badawczo przyjaciółce. Laura czuje nieoczekiwane podenerwowanie. Spojrzenie wydaje się wwiercać w jej czaszkę, w jej myśli. O tylu sprawach nie opowiedziała. Są rzeczy, które przemilczała, wyparła ze świadomości.

Steph się śmieje.

– Ach. Teraz masz nadzieję, że książę z bajki przyjdzie na pogrzeb? Zadurzenie sprzed trzydziestu lat powróci do życia?

– Może.

Laura lekko wzdycha.

– Kiedy wyjeżdżasz?

– W czwartek po pracy. Wrócę w niedzielę wieczorem.

Steph pociąga solidny łyk soku.

– Chcesz, żebym pojechała z tobą?

– Dzięki, ale wiem, że nie znosisz pogrzebów.

Laura naprawdę docenia propozycję. Docenia ją, ale w żadnym wypadku nie może pozwolić, aby Steph z nią pojechała. Bo co będzie, jeżeli ona się dowie, co naprawdę zdarzyło się wtedy, w wieczór Świętej Łucji? I co zrobiła Laura.

4

Firma Aulin Consulting mieści się w pięknym, starym budynku w dzielnicy Östermalm. Sztukaterie na sufitach, ciemne drewno, kryształowe żyrandole i perskie dywany. Laura wolałaby coś nowocześniejszego, bardziej funkcjonalnego, a mniej kosztownego. Proponuje to przed każdym nowym rokiem budżetowym, ale mama odmawia zmiany czegokolwiek od czasów taty, a Marcus ją zawsze popiera.

Firma liczy dziewiętnastu pracowników, jedenastu z nich pracuje tylko na część etatu: studenci prawa i dziennikarstwa, którzy sprawdzają rejestry, wyszukują różne dokumenty publiczne i sprawdzają CV. Poza tym firma ma na liście płac czterech konsultantów od spraw ryzyka i jednego aktuariusza oraz Gunvor, którą zatrudnił tata jako swoją sekretarkę, gdy wrócili do Szwecji z Azji w połowie lat dziewięćdziesiątych. Laura wie, że mama i Gunvor rozmawiają ze sobą prawie codziennie, że mama sama nie może zmienić nawet gatunku kawy w pokoju socjalnym, nie zdając z tego raportu.

Pomysłem Laury była zmiana kierunku i skoncentrowanie się na ocenie ryzyka dotyczącego ludzi, a nie budynków i samochodów. Tata niechętnie zgodził się na te zmiany zaledwie na rok przed swoją śmiercią. Laura wie, że mama oskarża ją z tego powodu. Twierdzi w mniej lub bardziej zawoalowanych słowach, że ta restrukturyzacja powaliła go wcześniej niż rak. W rzeczywistości nie mieli wyboru. Tata utracił panowanie nad firmą, która była na drodze ku upadkowi, a która teraz rozkwita i utrzymuje mamę, Pierre’a, ją samą i Marcusa. Ale o tym nigdy nie rozmawiają. Tata był nieomylny, był święty. Święty Jakub. I kropka!

Pokój Laury, który kiedyś był jego pokojem, znajduje się na końcu korytarza. W drodze do tego pokoju mija zamknięte drzwi pokoju Marcusa. Jak zawsze udało mu się wymknąć, gdy była zajęta czymś innym. Marcus ma do tego wyjątkową zdolność.

Ona jest jak zwykle pierwsza w biurze, obudziła się z aparatem ortodontycznym leżącym obok niej na poduszce i dlatego musiała zacząć dzień, zażywając dwie tabletki paracetamolu.

Zgrzytanie zębami i bóle głowy – masz szczęście. Wtedy możesz dostać botoks na receptę!

Steph nie ma nic złego na myśli, ale Laura nigdy nie dałaby sobie wstrzyknąć neurotoksyny w twarz. Nie dałaby się też zoperować, zaszczepić, wystawić na kąpiele słoneczne ani na inny rodzaj fizycznego lub psychicznego stresu, który może kontrolować.

Stresu, który może wyzwolić wirusa kryjącego się głęboko w niej. Jak ciąża.

Zmusza mózg do zmiany torów, naciąga trochę rękawy nowego kaszmirowego swetra, tak by sięgały do nadgarstków, włącza dodatkowy grzejnik pod biurkiem, zanim rozbudzi komputer.

Wyszukuje w Google letnisko Gerdnes. Ku swemu zdumieniu znajduje adres strony domowej. Ale gdy klika na link, trafia na komunikat, który mówi, że strona już nie istnieje, a nazwa domeny jest wolna.

 

W takim razie próbuje wyszukać Vintersjö.

Jezioro to, jak czyta na Wikipedii, znajduje się w gminie Vedarp w północno-zachodniej Skanii. Jezioro to ma 23 metry głębokości i powierzchnię 5 kilometrów kwadratowych, jest położone 66 metrów nad poziomem morza. To podłużne jezioro zasilane jest wodami ze strumieni spływających ze zboczy grzbietu górskiego Halland oraz z podziemnego źródła, które wpada do środka jeziora.

Miejscowość Vedarp, licząca 4058 mieszkańców, leży w zatoce, która stanowi zachodnie wybrzeże jeziora.

Północny brzeg jeziora jest w zasadzie niezamieszkany, składa się ze zboczy grzbietu górskiego Halland i jest w dużej części rezerwatem przyrody. Przy południowym, długim brzegu Vintersjö znajduje się część zabudowań – przede wszystkim domków letniskowych, ale również część domów całorocznych. Przy wschodnim wybrzeżu jeziora stoi zamek Vintersjöholm, z historią sięgającą XVI wieku.

Laura siedzi przez chwilę cicho przed zdjęciami jeziora i zamku. W końcu zbiera się na odwagę, opuszcza Wikipedię i szuka według haseł Vintersjö i pożar. Tak jak miała nadzieję, nie otrzymuje żadnego jednoznacznego trafienia. Ale nie poddaje się tak łatwo. Znajduje dziennik poświęcony okolicy Vintersjö i przeszukuje archiwum ze skanowanymi artykułami z czasów sprzed Internetu. W menu wybiera październik 1987, a następnie wiadomości lokalne i przewija je, by znaleźć to, czego szuka.

Pierwszy artykuł nie jest szczególnie złowieszczy.

Wadliwa instalacja elektryczna prawdopodobną przyczyną pożaru w domku letniskowym nad Vintersjö.

Następny artykuł ma datę o kilka tygodni późniejszą i jest obszerniejszy.

Kolejny pożar w domku letniskowym nad Vintersjö. Przyczyna pożaru niejasna.

Trzeci nagłówek ma bardziej wytłuszczoną czcionkę i Laura odczuwa chłód przenikający całe ciało.

Jeszcze jeden pożar nad Vintersjö. Policja nie wyklucza podpalenia.

Aż wreszcie dociera do nagłówka, któremu nie może się oprzeć. Nagłówka, który powoduje, że chłód dociera do samego serca.

Tragedia nad Vintersjö. Młoda kobieta zginęła w gwałtownym pożarze.

Właśnie próbuje powiększyć artykuł, aby go czytać dalej, gdy ktoś puka do drzwi.

– Dzień dobry!

Gunvor jak zwykle weszła do pokoju, nie czekając na zaproszenie.

– Przynoszę ci twoją poranną herbatę.

Gunvor okrąża biurko i stawia parującą filiżankę obok klawiatury, bezwstydnie zerkając na monitor komputera. Laura szybko zamyka okienko z artykułem o pożarze.

– Wyglądasz na zmęczoną, droga Lauro. – Gunvor przekrzywia głowę i głaszcze ją lekko po włosach. – Dbasz o siebie jak należy?

Laura nie odpowiada. Irytuje ją zarówno ten gest, jak i komentarz. Laura jest dyrektorem spółki, a Gunvor mówi do niej ciągle jak do małej dziewczynki, która przyszła z tatą do pracy.

– Nie jest łatwo być samej – ciągnie dalej Gunvor. – Przypominam sobie, jak ciężko było twojej mamie po śmierci Jakuba. Zamknęła się w sobie na wiele miesięcy, ledwo co jadła.

Gunvor ciągnie swoją opowieść, ale Laura przestała już słuchać. Słyszała te wywody wcześniej i najchętniej odburknęłaby jej, że Andreas nie umarł, tylko się rozwiedli, oraz że absolutnie nie chce być porównywana ze swoją mamą. Ale to jest oczywiście daremne. Wybuch tego rodzaju stałby się natychmiast kolejnym tematem rozmowy przy stole w trakcie obiadu na Majorce.

– …jakie szczęście, że twoja mama spotkała Pierre’a. Eleganckiego i obytego mężczyznę, dokładnie takiego, jakiego potrzebuje.

I biednego – dodaje Laura w duchu. Ale to nie przeszkadza mu wydawać pieniędzy mamy. Nie mówiąc już o udzielaniu wszem wobec porad, jak należy prowadzić firmę.

Laura odpowiada na mejle i załatwia konieczne telefony. Trudno jest się jej jednak skupić i raz po raz zerka na ekran. W końcu sięga do artykułu.

Nie jest szczególnie długi. Powyżej nagłówka umieszczono niewyraźne zdjęcia pni drzew, śniegu i budynku w płomieniach.

Podczas Nocy Świętej Łucji w sali tanecznej należącej do letniska Gerdnes wybuchł tragiczny pożar. Według doniesień sześcioro młodych ludzi z okolicy zorganizowało imprezę wewnątrz zamkniętego na okres zimy budynku, gdy wydarzyła się tragedia. W czasie pożaru cztery osoby odniosły obrażenia, a piąta, szesnastoletnia dziewczyna, zmarła. Według dowódcy straży pożarnej Arne Jeppsona szybki przebieg pożaru oraz fakt, że młodzi ludzie nie zdążyli wydostać się z budynku, świadczy o tym, że ogień został prawdopodobnie podłożony. Policja wszczęła dochodzenie w sprawie podejrzenia podpalenia. Nie wyklucza się, że tragedia ma związek z podpaleniami, które dotknęły okolice Vintersjö wcześniej, jesienią i zimą.

Laura zatrzymuje się i zastyga przed komputerem. Artykuły o pożarze było dosyć trudno odszukać, co oznacza, że Steph nie znajdzie ich przez szybkie wyszukiwanie. Poza tym jak na razie nie ma w nich nic dziwnego. Nic, czego by jeszcze nie opowiadała. Jednak ostatni artykuł ją niepokoi.

Zatrzymano podejrzanego w sprawie pożaru w Noc Świętej Łucji.

Policja potwierdza, że zatrzymano osobę podejrzaną w sprawie podłożenia ognia w okolicy Vintersjö. Według źródeł zbliżonych do śledczych chodzi o młodego mężczyznę z tych okolic, a podejrzenia dotyczą również tragicznego pożaru w Noc Świętej Łucji, który kosztował życie młodej kobiety.

Andreas dzwoni do niej, gdy Laura jest w drodze z pracy do domu. Dwie pierwsze próby połączenia odrzuca. Ale on się nie poddaje.

Laura poluźnia trochę czapkę i wkłada do ucha słuchawkę. Krótkie sekundy na chłodzie wystarczyły, by jej palce zdążyły skostnieć.

– Słyszałem o twojej ciotce. Chciałem tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku.

Laura wzdycha cicho. Dokładnie wie, kto go sprowokował do tej rozmowy, i natychmiast dostaje tego potwierdzenie.

– Twoja mama powiedziała, że pojedziesz na pogrzeb.

– Tak… – Ból głowy dalej przyćmiewa jej myśli, mimo to z łatwością przewiduje ciąg dalszy. – A teraz sprowokowała cię, abyś zadzwonił i namówił mnie, żebym zrezygnowała.

Cisza, którą można tylko interpretować jako tak. Andreas jest miłym człowiekiem, absolutnie zbyt miłym.

– Pomyślałem tylko, że to nie był dobry pomysł, tak blisko…

Andreas zawiesza głos, czeka na jej odpowiedź.

– Skończyłaby dwa lata w ubiegły piątek – kontynuuje mętnym głosem, gdy ona nie odpowiada. – Dzwoniłem do ciebie, pomyślałem, że moglibyśmy pojechać razem na cmentarz.

Tak, Andreas, ja też potrafię liczyć. Wiem, ile lat, miesięcy i dni upłynęło. Sądzę nawet, że mogłabym podać, ile minut i sekund minęło. Ale co to pomoże?

Tego oczywiście nie wypowiada głośno. Nigdy, przenigdy, do nikogo. Zadowala się tylko cichym:

– Byłam na kolacji u znajomych.

– Niepokoję się o ciebie, Lauro – mamrocze. – Wydajesz się taka…

– Jaka?

– Nie wiem. Zamknięta.

– Zamknięta?

– Tak. Boże, w zeszłym roku nawet nie wzięłaś wolnego w związku z…

Jak zwykle nie daje rady wypowiedzieć tego słowa.

– Rozwodem, Andreas. Rozwiedliśmy się. Przypominasz sobie? Mimo to w dalszym ciągu do mnie dzwonisz.

– Dalej martwię się o ciebie. Niepokoję się…

– Myślę, że powinieneś z tym skończyć. Żyj własnym życiem i daj mi żyć moim.

Więcej ciszy. Jest coś, co on chce powiedzieć, a ona to przeczuwa. Pomaga mu wyjść z tej udręki.

– Spotkałeś kogoś, prawda?

– Kto to powiedział?

Słabe westchnienie.

– Mama, a kto inny? Widocznie wpadłeś w tych dniach na Marcusa.

– Tak. – Słyszy jego zakłopotanie. – Chciałem to właściwie sam opowiedzieć. Ona jest moją dawną koleżanką.

– Nie jesteś mi nic winien, Andreas – przerywa Laura. – Nic a nic.

Zatrzymuje się, wysila się, aby jej głos brzmiał w sposób zrównoważony.

– Cieszę się, że kogoś spotkałeś, ale skończ biegać za sprawami mamy, proszę cię.

Laura przerywa rozmowę przed drzwiami budynku. Przykłada kartę do czytnika, przechodzi przez bramkę i staje na kilka sekund przed okiem kamery w obszernym korytarzu. W windzie waha się, na panelu kontrolnym wybiera najniższy przycisk zamiast najwyższego.

Piwnica w jej budynku nie jest typowa. Nie ma tam siatkowych klatek z wystającymi nartami i kartonami po bananach z ozdobami gwiazdkowymi, dających wgląd w życie innych ludzi, lecz schludnie ponumerowane stalowe drzwi z zamkiem na kod w klimatyzowanym korytarzu nadzorowanym przez kamery.

Inne książki tego autora