Wiosenna ofiara

Tekst
Z serii: Czarna Seria
Z serii: Kwartet sezonowy #4
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

12

„Jestem pewna, że polubiłabyś Kerstin Miller. Jest osobą, od której promieniuje ciepło. To na wskroś dobry człowiek. Słyszę, jak prychasz. Mówisz, że chyba widziałam wystarczająco dużo cierpienia, aby wiedzieć, że wszyscy ludzie są zdolni do popełnienia złych czynów. Że prawdziwa dobroć nie istnieje. Chcę wierzyć, że się mylisz”.

Kuchnia w leśniczówce jest ciepła i przytulna. Na ścianach wiszą pęki suszonych ziół, ogień cicho trzaska w piecyku w kącie, a przed nim na kamiennej podłodze wyciągnął się duży puszysty kot. Kerstin Miller ma specyficzne poczucie humoru, które Thei od razu przypada do gustu.

Nalewa rabarbarową herbatkę i rozmawia z Theą tak, jakby się znały od dawna.

– Naprawdę nie musiałyście jechać aż tutaj ze względu na mnie. Już czuję się lepiej. Myślę, że wrócę do szkoły za kilka dni, moja zastępczyni nie bardzo sobie radzi.

– Powinnaś zostać w domu przynajmniej do końca tygodnia – protestuje doktor Andersson.

– Tylko trochę gorączkuję. Biorę paracetamol, pomaga. Mamy wiele do nadrobienia przed latem. Dzieci nie powinny cierpieć z powodu mojego przeziębienia.

Kerstin zwraca się do Thei:

– Powiedz, jak się czujesz świeżo po przeprowadzce? Jak sobie radzisz ze skańskim dialektem? Zawsze możesz mnie zapytać, jeśli czegoś nie rozumiesz. My z północy musimy trzymać się razem.

Kerstin Miller pochodzi z północnej Szwecji i mówi uroczą mieszanką standardowego szwedzkiego i skańskiego dialektu.

– Nauczyłam się kilku słów – mówi Thea. „Zadziora”. I „pierdoła”. O wiele lepsze niż „maruda”.

– Zobaczysz, za kilka miesięcy będziesz mówić płynnie po skańsku. – Uśmiech Kerstin jest zachęcający. – Zdążycie przygotować wszystko na zamku przed Walpurgią?

– Tak. David ma pełne ręce roboty, ale na pewno zdążymy. Na kolacji inauguracyjnej będzie pewnie dużo ludzi.

– Tak, Jeanette i Sebastian dzwonili do mnie i powiedzieli, że przyjadą. Tak miło, że po tylu latach znów robią coś razem z Davidem. Byli przyjaciółmi jako dzieci. Zdolni uczniowie. Ambitni. Zaczekaj, coś ci pokażę.

Kerstin Miller wstaje i wchodzi do sąsiedniego pokoju. Thea słyszy odgłos wysuwanych szuflad.

– Tutaj są zdjęcia z pierwszej klasy.

Kerstin kładzie album na stole i wyszukuje wyblakłą kolorową fotografię. Szkoła w Tornaby, 1981, klasa I, widnieje obok zgrabnymi, schludnymi literami. W jedynej pierwszej klasie szkoły w Tornaby jest tylko piętnaścioro dzieci. Niektóre nieśmiało patrzą w dół lub w bok, inne są zainteresowane fotografem i aparatem. Z boku stoi Kerstin Miller. Ma dwadzieścia pięć lat i długie, pszenicznie jasne włosy. Młoda twarz, oczy pełne energii.

– O, tu, widzisz?

David stoi w ostatnim rzędzie. Łatwo go rozpoznać. Ma na sobie sweter, który prawdopodobnie zrobiła na drutach Ingrid.

– A to Jeanette. – Kerstin wskazuje palcem dziewczynkę o azjatyckim wyglądzie siedzącą w pierwszym rzędzie. Dziewczynka ma na sobie ogrodniczki, niebieską opaskę we włosach i uśmiecha się tak szeroko do aparatu, że widać małą lukę między jej nieco za dużymi przednimi zębami. Thea drga. Nigdy nie spotkała Nettan, a David nie mówił, jak wygląda. Jednak Thea zawsze wyobrażała ją sobie jako piegowatą blondynkę. Jakby wszystkie dzieci ze wsi automatycznie musiały wyglądać jak dzieci z Bullerbyn. Oczywiście to idiotyczna myśl.

– Jeanette była zazwyczaj najlepsza w klasie. Tylko nie z matematyki. – Kerstin wskazuje na trzecie dziecko, krótko ostrzyżonego chłopca o nieśmiałym spojrzeniu i zdecydowanie za dużych okularach. – Z matematyki zdecydowanie najlepszy był Sebastian. Jego rodzice wyemigrowali z Polski, gdy był niemowlęciem. Wspaniały chłopak. Cichy, ale miły. I jak powiedziałam, duży talent matematyczny.

– A David?

– David też był dobrym uczniem. Bardzo elokwentnym. Umiał wzbudzić zainteresowanie słuchaczy.

Kerstin Miller przewraca kilka stron. Wskazuje na wycinek z gazety „Helsingborgs Dagbladet”.

– Popatrz tutaj.

Znów David, Nettan i Sebastian, ale teraz są kilka lat starsi. Nettan trochę dorosła do swoich przednich zębów, a Sebastian do okularów. David prezentuje pierwszą wersję swojego czarującego uśmiechu.

Trójka z Tornaby przechodzi do kolejnego etapu teleturnieju piątoklasistów.

Thea przegląda tekst. Najczęściej cytowany jest David. Mówi, że chce zostać pilotem myśliwca, gdy dorośnie, i będzie latał na samolotach Viggen. Nettan chce zostać aktorką, dyrektorem firmy albo pianistką, ponieważ bierze lekcje gry na fortepianie. Sebastian mówi najmniej. Chce być inżynierem jak jego ojciec, a może szachistą.

– Doszli aż do półfinału. Przegrali o jeden punkt z drużyną, która potem wygrała cały teleturniej. – Głos Kerstin jest przepełniony dumą. – Wiem, że jako nauczycielka nie powinnam tak mówić, wszystkie klasy i wszyscy uczniowie są na swój sposób wyjątkowi, ale pierwsza klasa, którą się w życiu uczyło, to jednak coś bardzo szczególnego. Wciąż pamiętam nazwiska wszystkich dzieci. A ich rodzice byli bardzo życzliwi. Przyjechałam w zasadzie prosto po studiach nauczycielskich, nigdy przedtem nie byłam w Skanii. Ale wioska przyjęła mnie z otwartymi ramionami i natychmiast poczułam się mile widziana.

– Dlaczego trafiła pani akurat do Tornaby? – pyta Thea.

– Och, z powodu, dla którego ludzie często przeprowadzają się na drugi koniec kraju. Ze względu na miłość. Nic z tego nie wyszło, ale za to zakochałam się w tej okolicy. Wynajęłam leśniczówkę i kupiłam konia. I tak już tu utknęłam.

– I wcale nie boisz się ciemności – wtrąca doktor Andersson, która chyba poczuła się wykluczona z rozmowy. – Ja nie odważyłabym się mieszkać samotnie na bagnach, z najbliższymi sąsiadami w odległości kilku kilometrów.

Kerstin Miller kręci głową.

– Po całym dniu w szkole cenię ciszę i odosobnienie. Poza tym mam tu konie i Vanderbilta do towarzystwa – Wskazuje na długowłosego kota, który przeniósł się z podłogi na kuchenną ławę. – Kocham moją małą zagrodę i las i zamierzam tu zostać tak długo, jak pozwoli mi zdrowie i Fundacja Bokelund.

Przerywa, kicha w chusteczkę, którą wyczarowała z rękawa swetra. Potem przerzuca kilka stron w albumie.

Nowy artykuł z gazety, znacznie późniejszy.

Popularna nauczycielka z Tornaby obchodzi dwudziestopięciolecie pracy.

– To był rok dwa tysiące szósty. Dom był pełen kwiatów. Jeanette przyjechała aż ze Szwajcarii, żeby mi pogratulować. Spójrz tutaj!

Duże kolorowe zdjęcie przedstawiające uśmiechniętych ludzi ustawionych w dwóch rzędach. Nad nimi wisi transparent:

Gratulacje, Panno Kerstin. Kochamy Cię!

Po kilku sekundach Thea orientuje się, że są to te same osoby co na pierwszym zdjęciu, ustawione w tym samym miejscu i w ten sam sposób, ale dwadzieścia pięć lat później. Zamiast gładkich dziecięcych buzi widać brody i podwójne podbródki, dziecięce ubrania w ziemistych kolorach zastąpione zostały przez eleganckie koszule, marynarki i sukienki.

David wyprzystojniał, jego zęby są śnieżnobiałe, a oczy pełne pewności siebie. Nettan otrząsnęła się ze wszystkich prowincjonalnych cech. Ubrana jest w marynarkę i spodnie, jej fryzura jest idealna, podobnie jak makijaż. Bizneswoman w każdym calu.

– Czy to nie miłe? – Głos Kerstin przepełnia, o ile to możliwe, jeszcze większa duma. – Zrobili mi taką niespodziankę!

Nowa wersja Sebastiana używa soczewek kontaktowych i zdążyła już dość mocno wyłysieć, mimo że na zdjęciu ma nie więcej niż trzydzieści lat.

– Sebastian zrobił doktorat w Lund i wraz z przyjaciółmi założył firmę. Mikroprocesory, zaawansowana technologia. Wykupiła go Sony i zarobił mnóstwo pieniędzy. Kupił duży dom w Polsce dla swoich rodziców, kiedy przeszli na emeryturę.

– O, to wspaniale – mówi Thea z braku lepszej odpowiedzi. Wydaje jej się, że rozpoznaje jeszcze jedną osobę na zdjęciu. Barczysty mężczyzna o mięsistej twarzy. Ma na sobie marynarkę ze zbyt długimi rękawami i wygląda na mocno zakłopotanego.

– To on stał na drabinie. – Thea wskazuje głową w kierunku stajni.

– J-O? Tak, to prawda. Był czwartym członkiem ich małej paczki. Czy kwartetu…

Ostatnie zdanie urywa się i zawisa w powietrzu. I nagle Thei przychodzą na myśl dzieci na zdjęciu polaroidowym. Czwórka dzieci z wiosny 1986 roku.

– Mogę? – Wskazuje na album.

– Oczywiście.

Thea przewraca kartki za wycinkiem o teleturnieju, dopóki nie znajdzie tego, czego szuka.

Szkoła w Tornaby, 1986, klasa VI

Przesuwa palcem po twarzach, szukając Davida i trójki jego przyjaciół. Doktor Andersson chrząka i przesadnym gestem wskazuje na zegarek.

– No, Thea, czas już jechać.

Thea ją ignoruje. Wyjmuje polaroidowe zdjęcie z wewnętrznej kieszeni, wygładza je i umieszcza obok szkolnego katalogu. Jedno z zamaskowanych dzieci ma na sobie sweter w paski bardzo przypominający ten, w który Sebastian jest ubrany na szkolnym zdjęciu. To nie może być przypadek.

– Skąd masz to zdjęcie? – pyta doktor Andersson. Zarówno ona, jak i Kerstin Miller stają za plecami Thei.

– Wczoraj w zamkowym lesie znalazłam puszkę. Było w niej to zdjęcie. Czy to David i jego przyjaciele? Nettan, J-O i Sebastian?

Spogląda w górę. Kerstin Miller i lekarka wymieniają długie spojrzenia, które stanowią odpowiedź na jej pytanie.

– O co tu chodzi?

– Czy David ci nic nie powiedział? – pyta cicho Kerstin Miller.

– O czym?

Kolejna wymiana spojrzeń, a po niej coś, co wygląda na kręcenie głową przez zwykle gadatliwą lekarkę. Kerstin Miller bierze głęboki oddech.

– O biednej Elicie Svart. Ofierze wiosennej.

13

Noc Walpurgii 1986

Mężczyznami łatwo jest manipulować. Leżą w swoich łóżkach i fantazjują o mnie. O tym, co chcą ze mną zrobić. Elita Svart to dziewczyna, z którą można się pieprzyć, ale z którą nie można się ożenić. Menelka, śmieć, mała dziwka. Więc zachowuję się tak, jak wszyscy oczekują. Dokuczam im i kuszę ich. Jestem w tym dobra, miałam mnóstwo czasu na ćwiczenia, ale w głębi duszy jestem zmęczona tą rolą. Teraz pozostaje ostatni występ. A potem, drodzy Czytelnicy, nastąpi koniec. Nie zapomnieliście, że umrę, prawda?

 

– Chuj złamany! – zaklął głośno Arne, ładując białe plastikowe kanistry z bimbrem do bagażnika radiowozu. Bimbrownia stała na kilku betonowych blokach w połowie drogi na bagna i była tak ukryta w jeżynowych zaroślach, że na istnienie tej niskiej drewnianej szopy wskazywały tylko ślady samochodów w błocie przed nią. Wnętrze szopy śmierdziało wilgocią. Mundurowa koszula Arnego miała plamy od potu pod pachami, buty były zabłocone. Nie powinien tu przyjeżdżać i powinien trzymać się z dala od tych cholernych bagien, z dala od Czarnej Zagrody. Tymczasem został wciągnięty z powrotem w błoto.

Miał siedemnaście lat, kiedy to się stało, i chodził do pierwszej klasy liceum. Wszystko zaczęło się w autobusie szkolnym z Ljungslöv. Kilka rzędów przed nim usiadła Ida Axelsson, w której potajemnie się kochał przez wszystkie lata gimnazjum. Zawsze była ładna, ale tamtego wieczoru wydawało się, że promieniuje pięknością. Wszyscy ich rówieśnicy w autobusie tłoczyli się wokół niej. A kiedy wysiedli, chciał jeszcze trochę na nią popatrzeć. Opóźnić rozstanie o chwilę. Więc śledził Idę z daleka. Nie miał żadnych złych zamiarów.

Nie bardzo wiedział, jak to się stało, że nagle stanął w ciemności za jej oknem. Nie pamiętał, jak długo tam stał. Może pięć minut, może dziesięć. Patrzył, jak Ida chodziła po pokojach. Widział, jak włączyła muzykę, śpiewała, tańczyła sama dla siebie. Przez kilka krótkich, cudownych chwil miał wrażenie, jakby dzielił z nią to wszystko. Jakby był z nią tam, w cieple. Trwało to, dopóki jej matka nie wróciła do domu, a światła samochodu go nie zdemaskowały. Uciekł stamtąd. Wskoczył na motorower i odjechał jak najdalej. Do Czarnej Zagrody. Lasse był jednym z nielicznych w okolicy, którzy mu nie dokuczali. Nie patrzył na niego z góry, nie nazywał go Arnem Niedorajdą. Dał mu nawet do wykonania zadania, które sprawiały, że czuł się ważny.

Lasse zapewnił mu alibi, kiedy policja zaczęła zadawać pytania. A ponieważ ani Ida, ani jej matka nie były pewne, że to naprawdę Arnego Niedorajdę widzieli w ogrodzie, szybko o tym zapomniano. Miał naiwną nadzieję, że wszystkie przysługi, które wykonywał dla Lassego, wyrównają rachunki. Powinien był zrozumieć, że Lassego Svarta tak naprawdę nigdy nie można się pozbyć. Ale może teraz wszystko się rozwiąże? Nie powiedział nic Lassemu o tym, co usłyszał w banku. Może hrabia i Erik Nyberg załatwią za niego ten problem? Sprawią, że Lasse zniknie na dobre.

– Hej, Arne!

Podskoczył. Elita stała tuż za nim. W jednej ręce trzymała mały futerał na pasku.

– Niezły samochód!

Podeszła krok bliżej i powoli poprawiła mu krawat.

– Dobrze wyglądasz w mundurze.

– Dzięki! – Arne nie wiedział, w którą stronę patrzeć. Stała tak blisko, że czuł jej zapach. Pot, koń i coś jeszcze, coś niezwykle kuszącego. W pewnym sensie Elita przypominała mu Idę Axelsson, jej ciemnowłosą, o wiele ładniejszą wersję. Dalej manipulowała przy jego krawacie, lekko dotykając ud. Arne przełknął ślinę.

– Proszę. – Elita cofnęła się o krok i zamachała przed nim futerałem. – Dzięki za pożyczenie.

Dopiero teraz rozpoznał skórzane etui. To był polaroid, który dostał w prezencie od Ingrid i Runego, kiedy zdał maturę.

– Pewnie, nie ma problemu. Pokażesz mi zdjęcia?

– Może. Jeżeli będziesz dla mnie miły.

Elita mrugnęła do niego w ten sam sposób, co na padoku. Arne przygryzł wąsy.

– A magnetofon?

– Będzie mi jeszcze trochę potrzebny. W porządku?

Przechyliła głowę.

– Nie ma problemu.

Arne odwrócił się i zatrzasnął bagażnik, żeby nie zobaczyła kanistrów.

– Jedziesz do wsi? – zapytała Elita.

– Tak!

Jego dłonie były lepkie od potu. Wytarł je o spodnie.

– Możesz mnie podrzucić do lasu zamkowego?

– Co masz zamiar tam robić?

Wzruszyła ramionami.

– Przygotować coś na dzisiejszy wieczór.

– Na dzisiejszy wieczór? Chyba nie planujesz jakichś głupstw, prawda?

Arne zaklął w duchu. Dlaczego nagle gadał jak jakiś wapniak?

– Zobaczymy. – Uśmiechnęła się. – Będziemy przy kamiennym kręgu. Zajrzyj tam. Myślę, że ci się spodoba. – Jej głos brzmiał zachęcająco. Arne popatrzyl na jej usta. Były tak doskonałe, tak miękkie, tak…

– Kto wie, może nawet pojawi się Zielony Człowiek – dodała. Arne chciał coś powiedzieć, ale zacisnął usta. Słysząc odległy warkot silnika samochodu, Elita nagle się odwróciła.

– Leon! – wykrzyknęła i odbiegła.

Ton jej głosu wbił się w piersi Arnego jak zardzewiały nóż, który właśnie uderzył go w samo serce.

14

„Historia tego zdjęcia jest naprawdę straszna. Dotyczy zabitej dziewczyny i głęboko mnie poruszyła, w sposób, którego nie śmiem ci jeszcze wyjaśnić. Tak dużo o mnie nie wiesz, Margaux. O tylu rzeczach ci nie powiedziałam. O tym, kim byłam. O tym, co pozostawiłam za sobą”.

Żegnają się z Kerstin Miller i wracają tą samą drogą, którą przyjechały. Doktor Andersson siedzi cicho, jakby choć raz nie bardzo wiedziała, co powiedzieć.

– Dziewczyna na zdjęciu nazywa się więc Elita Svart – mówi Thea. – I została zamordowana w zamkowym lesie.

Kerstin Miller nie powiedziała nic więcej. Może myślała, że uzupełnienie opowieści należy do Davida, ale Thea nie może czekać tak długo.

Doktor Andersson bębni palcami o kierownicę. Wydaje się, że toczy wewnętrzną walkę.

– To, co stało się z Elitą, to bardzo smutna historia. Rodzinna tragedia – mówi wreszcie. – Rodzina mieszkała w Czarnej Zagrodzie, na drugim końcu bagna. Kiedyś prowadziła tam droga, której teraz już nie ma. – Wskazuje kciukiem na boczne okienko. – Ojciec Elity, Lasse Svart, był kowalem, ale miał też inne zajęcia. Wyszukiwał wodę z różdżką, leczył różne choroby zwierząt, przyjmował konie do ujeżdżenia. Robił też inne rzeczy, według plotek, bardziej podejrzane. Siedział kilka razy w więzieniu. Wielu ludzi się go bało. – Milknie na chwilę, podczas której omija wypełnioną wodą dziurę w drodze. – Lasse mieszkał z dwiema kobietami, Evą-Britt i Lolą. Eva-Britt była w wieku Lassego. Prowadziła jego interesy, wyrabiała i sprzedawała leki ziołowe. Jej syn Leon również mieszkał w gospodarstwie. – Kolejna dziura w drodze, kolejna przerwa. – Lola, matka Elity, była trochę dziwna. Prawie nie opuszczała farmy, odwracała wzrok, gdy kogoś spotkała. Cała rodzina była… – Lekarka się waha. – Nie wiem, jakie słowo jest teraz właściwe, ale w przeszłości takich ludzi nazywano menelami.

Theę swędzi skóra, górna warga jej drży.

– Aha – słyszy własny głos, zaskakująco obojętny.

– Jak widziałaś na tym polaroidowym zdjęciu, Elita była bardzo piękną dziewczyną o wyjątkowej charyzmie. Wiedziała, jak to wykorzystać.

– W jaki sposób? – pyta Thea, głównie po to, by jej mózg przestał powtarzać „menele”.

– Elita uwielbiała być w centrum uwagi i potrafiła owinąć sobie wokół palca zarówno chłopców, jak i mężczyzn. Także przybranego brata. Leon robił wszystko, o co go poprosiła. Po prostu wszystko. – Lekarka bierze głęboki oddech, wydaje się zbierać myśli. – W noc Walpurgii osiemdziesiątego szóstego roku Elita przygotowała małe przedstawienie. Później okazało się, że widziała zdjęcia w miejscowym muzeum i chciała odegrać stary wiosenny rytuał składania ofiary. Wzięła do pomocy czworo młodszych dzieci.

– Davida, Nettan, Sebastiana i J-O – mówi wolno Thea.

– Tak. – Lekarka wzdycha. – Zebrali się przy kamiennym kręgu w zamkowym lesie, rozpalili ognisko, Elita i dzieci tańczyły, tak jak w starym rytuale. Potem jej przybrany brat przyjechał na koniu. – Robi kolejną przerwę, szuka odpowiedniego sformułowania. – Leon zabił Elitę. Położył ją na kamieniu ofiarnym z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Gazety nazwały ją Wiosenną Ofiarą.

Thea gwałtownie chwyta powietrze.

– Czy David i jego przyjaciele to widzieli?

– Mniej lub bardziej. Jak rozumiesz, okropna historia, zarówno dla dzieci, jak i dla ich rodzin. Policyjne przesłuchania, proces sądowy… Czy David naprawdę nigdy ci o tym nie wspominał? Ani Ingrid?

– Ani słowem.

Na kilka sekund zapada cisza. Thea próbuje przetrawić historię lekarki. Teraz się nie dziwi, że David stracił wątek podczas wywiadu telewizyjnego. Ale dlaczego nie chciał jej powiedzieć o tej sprawie?

– Dlaczego jej przybrany brat to zrobił? – pyta. – Jaki był motyw?

Doktor Andersson znowu powoli nabiera powietrza.

– Elita zostawiła w domu długi list. Pisała w nim, że nie chce dorosnąć, i wiele innych nastoletnich bzdur. Wszystko zaplanowała. Planowana śmierć.

– A Leo zgodził się to zrobić, zabić swoją przybraną siostrę?

Lekarka wolno kiwa głową.

– Przyznał się do wszystkiego i został skazany za morderstwo. Wyrok mu zmniejszono, ponieważ sąd stwierdził, że Elita zmanipulowała go, by ją zabił. Jak powiedziałam, okropna historia.

Widać wyraźnie, że lekarka próbuje zakończyć rozmowę, ale Thea nie zamierza odpuścić.

– Byłaś ich lekarzem domowym?

– Nie. Pracowałam w szpitalu w Helsingborgu, kiedy się to wszystko wydarzyło, więc nie miałam z tym nic wspólnego, poza tym, że mieszkaliśmy w Tornaby i znaliśmy tę rodzinę.

– Co się stało z rodziną?

– Wszyscy stąd wyjechali dawno temu. – Lekarka odchrząkuje. – Więc… Widzisz, Thea, to, co przydarzyło się Elicie Svart, było smutną historią, którą zostawiliśmy za sobą dawno temu. Tornaby to o wiele więcej niż… – Szuka odpowiedniego słowa.

– Zabity dzieciak meneli – rzuca Thea, zanim zdążyła się powstrzymać. To słowo sprawia, że zaciska usta. Smakuje jak muchomory, jak gorzkie migdały.

– Tak… Nie, nie całkiem… – Lekarka z zakłopotaniem kręci się na siedzeniu. – Chodzi mi o to, że ludzie wolą, żeby im nie przypominać tej starej historii. Poruszanie jej nie jest dobrym sposobem na włączenie się do tutejszej społeczności; chyba mnie rozumiesz?

Thea kiwa głową, ale w tej głowie odbija się echem słowo, którego nie słyszała pod swoim adresem, odkąd była nastolatką. Słowo, które ludzie wypluwali z siebie w sposób, jakiego pewnie doświadczała Elita w Tornaby.

W innym życiu, w innym czasie.

Menelka, menelka, menelka…

15

Noc Walpurgii 1986

Leon to mój starszy brat, chociaż tak naprawdę nie jesteśmy spokrewnieni.

Eva-Britt ma na stoliku nocnym nasze zdjęcie z dzieciństwa. Leon ma dziesięć lat, ja sześć. Siedzimy razem na ławce. On patrzy na coś poza kamerą, wygląda poważnie. Ja spoglądam na niego z podziwem, jakby był najbardziej niesamowitą rzeczą na świecie.

Teraz on patrzy na mnie prawie tak samo. Leon chce, żebyśmy razem uciekli. Pisał o tym w listach. Leon zrobiłby dla mnie wszystko. O cokolwiek go poproszę.

Leon wyjął żołnierski worek z bagażnika minibusa. Zarzucił go na ramię, poprawił zielony beret w kolorze mchu i wyprostował się. Pomachał do innych młodych mężczyzn, gdy minibus odjeżdżał.

Od dawna nie mógł się doczekać tej chwili. Fantazjował o tym, jak wszystko będzie wyglądało, aż do najmniejszego szczegółu. Jak stanie w mundurze na środku podwórza, jakie zapachy i dźwięki go otoczą.

Psy biegały wokół jego nóg, merdając ogonami i skomląc z ekscytacji. Jego matka zeszła po spękanych schodach domu, a za nią Lola, stawiając ostrożnie kroki.

– Leon! Leon!

Odwrócił się na dźwięk jej głosu. Elita nadbiegła drogą od padoku. Błoto chlapało na jej buty do jazdy konnej, oczy błyszczały. Serce Leona tłukło się o żebra. Wszystko było dokładnie tak, jak sobie wyobrażał. Nawet słońce wyjrzało spomiędzy chmur.

Elita zarzuciła mu ręce na szyję, a on przyciągnął ją do siebie. Jej włosy pachniały koniem i tym ziołowym szamponem, który wyrabiały Eva-Britt i Lola. Zamknął oczy, postanowił zachować ten moment w pamięci na zawsze.

– Moja kolej – powiedziała Eva-Britt, a Elita puściła chłopaka.

– Mogę ci się przyjrzeć? Ale urosłeś! Muszą cię dobrze karmić w Norrlandii.

Leon skinął głową, wciąż nie mogąc oderwać oczu od Elity.

– Masz też medale. – Jego matka dotknęła rzędu małych złotych odznak na wyłogach kurtki. – Ale włosy… – Podniosła dłoń do jego skroni, jakby zamierzała zdjąć mu zielony beret. Odwrócił głowę ze śmiechem.

– Wszystkich strzygą prawie na łyso, mamo. To praktyczne. Jesteśmy w terenie prawie co tydzień.

– Mnie się tam podoba – powiedziała Elita. Te słowa sprawiły, że serce Leona zabiło jeszcze mocniej. Spojrzał na jej strój do jazdy konnej.

 

– Jeździłaś na Billu? Pisałaś, że jest prawie ujeżdżony?

Elita skinęła głową.

– Odbiorą go po weekendzie. Ale masz czas na wykonanie rundy testowej. Taty nie będzie w domu dziś wieczorem.

– Co to znaczy ND?

Lola wskazała na mosiężny znaczek na jego berecie. Jej spojrzenie było nieobecne i Leon domyślił się, że miała jeden ze swoich szczególnych dni, jak zwykła to nazywać jego matka. Dni, kiedy częściowo była gdzie indziej.

– Norrlandzcy dragoni – powiedział z dumą. – Beret dostaje się po zaliczeniu zimowego treningu i egzaminu strzeleckiego.

Wydawało się, że Lola go nie słyszała. Wpatrywała się tylko w beret. Elita wzięła Leona za rękę, splatając swoje palce z jego. Jej skóra była ciepła, prawie gorąca.

– Chodźmy do domu. Eva-Britt i ja upiekłyśmy dla ciebie tort.

Zaczęli wchodzić po schodach, ale zatrzymali się przy drzwiach. Lola stała u stóp schodów, wpatrując się w Leona. Uniosła brodę, jakby słyszała dźwięki, których nikt inny nie słyszał.

– Wiele rzeczy dzieje się dzisiejszej nocy – powiedziała głośno. – Natura jest głodna, Zielony Człowiek galopuje przez lasy, a stare trzeba zastąpić nowym.

– Co powiedziałaś, kochanie?

Eva-Britt zeszła kilka stopni w dół i delikatnie ujęła Lolę pod ramię.

– Chodźmy, chodźmy i świętujmy powrót Leona.

Inne książki tego autora