Wiosenna ofiara

Tekst
Z serii: Czarna Seria
Z serii: Kwartet sezonowy #4
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

„Znalazłam coś w lesie, Margaux. Fragment układanki z innej historii. Historii kogoś innego”.

Thea idzie z Emmą do jadalni personelu zamku. Znajduje kilka podgrzewaczy, zapala je, a potem jako tako wyciera siebie i psa starym kocem. Jest tuż po piątej. Resztki paniki tkwią jeszcze w ciele i od czasu do czasu przypominają o sobie lekkim, prawie niezauważalnym drżeniem dłoni.

David biega tam i z powrotem między pokojami. Słyszy go rozmawiającego przez telefon. Kończy rozmowę w momencie, gdy podchodzi do niej.

– Och, znalazłaś psa. Świetnie! Przepraszam, że nie pomogłem ci szukać. Tu jest kompletny chaos. Zamrażarki i lodówki nie mają zasilania. Muszę dziś spróbować zdobyć generator, na wypadek gdyby prądu jeszcze jakiś czas nie włączyli.

Przysuwa sobie krzesło i siada naprzeciw niej. Jego wyraz twarzy się zmienia. Wygląda na zmartwionego.

– Wszystko w porządku? Doszłaś do siebie?

Thea kiwa głową.

– Mogę coś dla ciebie zrobić?

– Wszystko w porządku, Davidzie. Martwię się raczej o ciebie. Nie mieliśmy czasu, aby porozmawiać o wywiadzie. Co właściwie się stało?

Mężczyzna lekceważąco macha ręką.

– E tam, po prostu się pogubiłem. Kiepsko jadłem, za mało spałem i zabrakło mi energii. Ale uratowałaś mnie. – Pochyla się i bierze ją za rękę. – Bez ciebie wszystko bym schrzanił. Jestem ci naprawdę wdzięczny, Thea.

Uśmiecha się do niego. Cieszy się, że docenia jej poświęcenie. Stara się nie myśleć o ryzyku, które mimo wszystko z nim się wiązało.

– O co właściwie pytał reporter?

– Co masz na myśli?

– To o tej trzeciej dziewczynie, która zginęła…

David powoli kręci głową.

– Tragiczna historia. W latach osiemdziesiątych w zamkowym lesie zamordowano młodą dziewczynę. Absolutnie nie chcielibyśmy kojarzyć takiego zdarzenia z restauracją. Dlatego nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Ale, jak powiedziałem, uratowałaś sytuację.

Puszcza jej rękę i wstaje. Wyjmuje telefon.

– Przepraszam, muszę odebrać. Znowu firma ochroniarska.

Dopiero po wyjściu z jadalni Thea zdaje sobie sprawę, że nie słyszała dzwonka telefonu.

Czeka do świtu, po czym wraca do wozowni i przebiera się w suche ubranie. Przestało padać, niebo zmienia kolor na różowy i jasnobłękitny. Doktor Andersson przyjedzie dopiero za kilka godzin, a Thea jest zbyt niespokojna, by po prostu siedzieć i czekać. Postanawia pójść z Emmą na spacer po zamkowym lesie.

Po nocnej burzy ziemia jest nasiąknięta wodą. Na ścieżce pojawiły się kałuże, a krople deszczu błyszczą w pajęczynach, które przetrwały deszcz. Thea zapala papierosa, kilka razy głęboko się zaciąga i wraz z dymem wydycha resztki paniki. Jednak nie martwią jej pozostałości zespołu stresu pourazowego. David próbował wszystko bagatelizować, ale jasne było, że nie chciał rozmawiać o zabitej dziewczynie. Dlaczego nie chciał? Jeśli zginęła w latach osiemdziesiątych, David był wtedy jeszcze dzieckiem.

Papieros się dopala, gdy Thea dociera na polanę z Szubienicznym Dębem. Emma dobiegła tam przed nią i zawzięcie obwąchuje pień drzewa.

Coś się stało ze starym dębem. Na szarym pniu widać kanciastą czarną plamę, której wczoraj nie było. Thea podchodzi bliżej. Emma rozgrzebuje liście u korzeni drzewa.

Czarne pasmo zaczyna się przy koronie dębu. Biegnie po pniu jak zwęglona, zygzakowata blizna, dzieli twarz Zielonego Człowieka na pół i dociera do ziemi. Tu wczoraj wieczorem uderzył piorun.

Siła i gwałtowność tego uderzenia są zarówno straszne, jak i fascynujące. Thea dotyka śladu po piorunie. Brzegi są zwęglone, gruba kora została wypalona, a na środku blizny we wnętrzu dębu widać jaśniejsze drewno. Nadal czuć spaleniznę. Emma wciąż rozkopuje liście, coraz gwałtowniej.

– Co tam masz, psinko?

Thea kuca. Blizna jest szersza na dole, jakby moc wyładowania osiągnęła punkt kulminacyjny w chwili, gdy prąd dotarł do ziemi. W pniu tuż nad ziemią jest wypalony otwór. Emma zawzięcie rozkopuje ziemię i spalone drewno, a wióry i grudki błota pryskają spod jej łap. Ni to skomli, ni to szczeka.

– Co tam masz, piesku?

Thea dostrzega w otworze coś lekko błyszczącego. Odsuwa Emmę i wkłada rękę do wnętrza pnia. Palce dotykają czegoś gładkiego i zimnego. Próbuje to uchwycić, ale otwór jest za mały. Odłamuje kilka kawałków zwęglonego drewna, by poszerzyć dziurę. Emma chce pomagać, ale Thea blokuje ją ciałem. Pies skomli z niezadowoleniem, ale godzi się z sytuacją.

Przedmiot wewnątrz drzewa jest do połowy zakopany w brązowym proszku: mieszance zmurszałego drewna i zeschłych kwiatów. Po paru próbach Thea wyciąga go z wnętrza Szubienicznego Dębu. Okazuje się, że jest to stara puszka po farbie z wieczkiem, wysoka na jakieś dwadzieścia centymetrów i szeroka mniej więcej na dziesięć. Nie ma etykietki, powierzchnia jest pokryta rdzą. Razem z puszką wydobyła z drzewa prawie świeży biały zawilec. To musi być jeden z tych kwiatów, które poprzedniego dnia włożyła do ust Zielonego Człowieka, co prawdopodobnie oznacza, że puszka dostała się kiedyś do wnętrza drzewa tą samą drogą. Pewnie było to dawno temu, sądząc po jej wyglądzie.

Thea delikatnie potrząsa puszką. Coś w niej cicho grzechocze. Emma usiadła obok niej, wywiesiła język i przechyliła głowę, wydaje się równie zaciekawiona jak Thea.

Pokrywka puszki trzyma twardo jak przylutowana, jakby za wszelką cenę chciała zachować swój sekret. Zapalniczka jest za duża, aby podważyć pokrywkę, ale klucz sprawdza się lepiej. Metal wygina się i cicho skrzypi. Potem nagle się poddaje i wieczko odskakuje.

Thea ostrożnie wytrząsa zawartość na dłoń. Najpierw pojawia się mała figurka i kilka zeschłych liści. Figurka ma nieco ponad dziesięć centymetrów długości i jest wykonana z dwóch splecionych ze sobą gałązek. Dłuższa z nich została zagięta na środku w pętelkę tworzącą głowę i tułów. Końce tworzą nogi, a krótsza gałązka zawiązana tuż pod pętelką nadaje laleczce talię i ramiona.

Przez chwilę Thea myśli o swoim ojcu. O drewnianej lalce, którą wyrzeźbił dla niej, gdy była mała. Szybko odsuwa to wspomnienie.

W puszce jest coś więcej. Zwinięty kawałek papieru zaklinowany przy ściance. Thea odkłada figurkę z gałązek, aby wydobyć papier, i odkrywa, że nie jest to wcale zwykła kartka, ale stare, wyblakłe zdjęcie polaroidowe. Wygładza je starannie.

Zdjęcie przedstawia ciemnowłosą dziewczynę w białej sukni stojącą na płaskim kamieniu z rękami skrzyżowanymi na piersi i głową pochyloną lekko do przodu. Oczy ma zamknięte, w dłoniach trzyma dwa jelenie rogi.

Za nią widać dziwnie poskręcane drzewa, a po obu stronach młodej kobiety stoją postacie, najpewniej dzieci, sądząc po wzroście. Mają na sobie maski zwierząt zakrywające twarze. Maski przypominają Thei malowidła na suficie zamkowej jadalni. To chyba zając, lis, sowa i jeszcze sarna.

Dzieci trzymają końce długich wstążek zawiązanych na nadgarstkach młodej kobiety. Wygląda, jakby przytrzymywały ją na kamieniu, na którym stoi. Dziewczyna jest bardzo piękna. To rodzaj delikatnej, naiwnej urody, która istnieje tylko w krótkim czasie między dzieciństwem a dorosłością.

Zdjęcie zostało zrobione w dzień, ale we wszystkim jest coś mrocznego: dzieci, maski, piękna młoda kobieta, kamień i poskręcane drzewa. Wrażenie jak z horroru, wzmocnione płaską perspektywą i wyblakłymi barwami zdjęcia.

Noc Walpurgii 1986, napisał ktoś na białym polu pod zdjęciem. Przyjdź do kamiennego kręgu o północy.

A pod tym dwa ostatnie słowa. Thea czyta je na głos.

Wiosenna ofiara.

7

Noc Walpurgii 1986

Zauważam, jak się na mnie gapią. Nie tylko chłopcy w szkole. Nawet nauczyciele, ojcowie, trenerzy, starzy faceci na rynku. Wszyscy. Większość robi to potajemnie, kiedy wydaje im się, że nikt nie widzi, ale ja czuję ich wzrok. Wiem, co myślą o Elicie Svart. Co chcą ze mną robić.

Lekcje w szkole się skończyły, przystanek szkolnego autobusu był pusty. Arne zajrzał za trybuny na boisku piłkarskim i jeszcze raz objechał kiosk. Następnie zszedł na łąkę, gdzie mieszkańcy wioski przygotowali duży stos chrustu na wieczorne obchody nocy Walpurgii. Na szczycie stosu, oparta o stojak w kształcie litery T, stała kukła wzrostu dorosłego mężczyzny. Była wykonana z gałązek, a głowę tworzyła pusta pętla. Arne widział to wiele razy w różnych wariantach. Wizerunek Zielonego Człowieka.

Jego starsza siostra Ingrid opowiadała straszne historie o Zielonym Człowieku i jego upiornym koniu, tak jak to mieszkańcy Tornaby robili od pokoleń. Nie chciał się do tego przyznać, ale w tej pozbawionej twarzy kukle z gałęzi było coś, co wciąż przyprawiało go o dreszcze.

Zauważył jakieś dzieciaki po drugiej stronie sterty chrustu, zatrzymał się i otworzył okno. Dzieci spojrzały po sobie na widok radiowozu, narzuciły plecaki i zawróciły rowery, jakby chciały uciec.

– David!

– Cześć, wujku Arne.

Chłopiec puścił kierownicę roweru i odetchnął z ulgą.

– Fajne auto!

Arne skinął głową z zadowoleniem.

– Co kombinujecie?

– Nic.

Odpowiedź przyszła zdecydowanie za szybko.

– A co będziecie robić dziś wieczorem?

David poruszył się niespokojnie i spojrzał na swoich przyjaciół. Arne próbował sobie przypomnieć, jak się nazywają, wiedział, że często przychodzili do domku gościnnego Ingrid i Bertila, ale nigdy nie zadał sobie trudu, aby zapamiętać ich imiona. Mała Chinka i ostrzyżony na krótko Polak, którego rodzice zajmowali jakieś ważne stanowiska w fabryce plastiku. Zza ich pleców wyglądała jeszcze jedna wystraszona twarz, która prawdopodobnie należała do syna tej stukniętej krawcowej.

– Nic specjalnego. Tylko popatrzymy na ognisko.

David wskazał głową na stos suchych gałęzi.

– Nie planujecie żadnych głupstw, co?

 

– Ależ skąd!

David pokręcił głową, a pozostała trójka poszła za jego przykładem.

– Dobra. Przy okazji: nie widzieliście Elity Svart?

Na krótką chwilę wszyscy w małej grupce zamarli. Poruszały się tylko ich oczy, rozglądali się wokół jak wystraszone małe wróbelki.

Arne zmrużył oczy, przyglądając się swojemu siostrzeńcowi. David kilka razy otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć.

– Nie, nie widzieliśmy jej, prawda, Davidzie? – odezwała się mała adoptowana Chinka. Wyprostowała się i skinęła znacząco głową w stronę Davida.

– Nie – mruknął chłopiec.

– Elita jest w dziewiątej klasie – dodała dziewczynka. – A my dopiero w szóstej.

– No tak. Jak ci na imię, bo zapomniałem?

– Jeanette. Chociaż wszyscy nazywają mnie Nettan.

– Twój ojciec jest dyrektorem szkoły?

– Tak. A mama jest radną w gminie.

Dziewczynka odwzajemniła spojrzenie Arnego w sposób, który go zarówno drażnił, jak i śmieszył.

– Tak, tak.

Wciągnął powietrze między zębami. Te dzieciaki miały jakieś podejrzane plany, to było jasne. Pytanie tylko, czy chciało mu się badać jakie. Przeciągnął palcem wskazującym i kciukiem po wąsach. Co właściwie w Tornaby może zbroić kilkoro głupich dwunastolatków? Odpowiedź była prosta: nie interesowało go to.

– Nie wymyślajcie żadnych głupstw – powiedział. – Bo inaczej Zielony Człowiek przyjdzie i was porwie.

Wskazał na kukłę na stosie chrustu i ku swemu zadowoleniu zobaczył, że czwórka dzieciaków trochę pobladła.

8

„Cześć, Margaux, to znowu ja. Obiecałam opowiedzieć ci o Tornaby. Mieszkają tu zwykli, porządni ludzie, robią to, co do nich należy. Mają ładnie skoszone trawniki, prenumerują lokalną gazetę. Bezpieczne, spokojne miejsce. Przynajmniej na takie wygląda. Nie mogę przestać myśleć o tym zdjęciu”.

Doktor Andersson zbliża się do wieku emerytalnego, jest tęgą kobietą z kilkoma dodatkowymi podbródkami, nosi małe okulary z kwadratowymi szkłami. Ma na sobie płaszcz olejakowy i spodnie z kieszeniami na nogawkach. Głośno sapie, usiłując się wydostać ze swojej małej białej toyoty i uścisnąć dłoń Thei.

– Dzień dobry, miło wreszcie się spotkać. Jako koleżanki po fachu chyba możemy mówić sobie na ty?

Thea przytakuje. Uścisk dłoni lekarki jest twardy i nieco lepki.

– Porządną burzę mieliśmy zeszłej nocy. Z grzmotami i piorunami, już w kwietniu. Przetrwaliście ją bez problemów, Thea?

– Mniej więcej. Nadal nie mamy prądu. David chce zainstalować zapasowy generator do lodówek i zamrażarek.

– Oj. Miejmy nadzieję, Thea, że wkrótce usuną awarię.

Lekarka wyraźnie ma w zwyczaju ciągłe powtarzanie imienia rozmówcy. To częsta cecha osób pracujących z ludźmi. Jej auto jest nowe. Na drzwiach widnieje wypisana wielkimi literami nazwa lokalnego salonu samochodowego. Trochę to dziwne na samochodzie lekarza rejonowego. Ale wszystko w pracy tutejszego lekarza jest trochę dziwne; Thea już zdaje sobie z tego sprawę.

– Dobrze się wam mieszka w tej wozowni?

Lekarka z zaciekawieniem wyciąga szyję, jakby próbowała zajrzeć przez okno.

– Tak. Powoli się urządzamy.

Białe kłamstwo. Większość kartonów jest nadal nietknięta.

– To dobrze! Im szybciej, tym lepiej, prawda?

Lekarka stoi przed domem jeszcze kilka sekund, jakby ciągle czekała na zaproszenie do środka, po czym wskazuje na samochód.

– No to wskakuj. Jedziemy!

Thea zamyka drzwi wejściowe wozowni. Zostawiła puszkę po farbie w swoim pokoju, a zdjęcie polaroidowe włożyła do wewnętrznej kieszeni kurtki.

Czy ta puszka naprawdę spoczywała w Szubienicznym Dębie od wiosny 1986 roku? Jak swego rodzaju tajemnicze pozdrowienia z przeszłości. Kim była ta piękna młoda kobieta i jej czworo małych zamaskowanych służących? Dlaczego byli tak przebrani?

Przyjdź do kamiennego kręgu o północy. Wiosenna ofiara.

Myśli o tym, o czym reporter telewizyjny chciał rozmawiać z Davidem. O temacie, którego jej mąż unikał. O dziewczynie, która zginęła w zamkowym lesie w latach osiemdziesiątych. Reporter chyba nazwał ją wiosenną ofiarą?

Lekarka kieruje auto z powrotem na żwirową drogę, mija stare stajnie, jedzie dalej w kierunku zamku. Samochód Davida stoi przy wschodnim skrzydle, wraz z kilkoma innymi autami należącymi do rzemieślników.

– Jak idzie? Zdążycie wykończyć restaurację na czas? – pyta lekarka, gdy przejeżdżają koło zamku.

– Chyba tak. David pracuje dniem i nocą.

– Ingrid trochę o tym opowiadała. Fundacja zainwestowała dużo pieniędzy w remont.

Thea podejrzewa, że to ostatnie stwierdzenie jest w rzeczywistości pytaniem, ale nie odpowiada. Doktor Andersson jedzie aleją zamkową i skręca w prawo w główną drogę. To określenie jest mylące. Droga jest pasem wyboistego asfaltu bez linii środkowej, wijącym się między polami rzepaku a zagajnikami.

– Zatem, Thea, jak już wiesz, praca tutejszego lekarza to trochę szczególna sprawa. Jest finansowana przez Fundację Bokelund i kilku prywatnych sponsorów, takich jak salon samochodowy. – Lekarka prawie czule poklepuje kierownicę. – Pracuje się na nieco więcej niż pół etatu, jeździ się na wizyty domowe i przyjmuje pacjentów w gabinecie w centrum kultury. Oczywiście nie wykonuje się zaawansowanych zabiegów, ale nie są potrzebne. Praca jest dość prosta. Oczyszcza się rany, szczepi na grypę, zagląda ludziom do gardeł i uszu, wyciąga zadziory z palców i tak dalej.

Lekarka zwalnia, bo z przeciwka nadjeżdża traktor. Naciska klakson i radośnie macha do kierowcy.

– Stefcio – mówi. – Pracuje na zamku od wielu lat.

Thea myśli o słowie, którego użyła lekarka. Zadziory. Prawdopodobnie miała na myśli drzazgi.

– Działalność tutejszego lekarza rejonowego nie jest oczywiście tak fascynująca i dramatyczna jak praca dla Lekarzy bez Granic – kontynuuje doktor Andersson. – Główna myśl jest taka, że mieszkańcy Tornaby powinni mieć dostęp do własnego lekarza, który należy do wiejskiej społeczności. Trochę jak w dawnych czasach, jeśli rozumiesz, co mam na myśli? Przychodnia musi być otwarta w poniedziałki i wtorki przed południem. Ludzie są do tego przyzwyczajeni. Resztę planujesz sama i wpisujesz w grafik na stronie internetowej tydzień wcześniej, najpóźniej w piątek. Wolność ograniczona odpowiedzialnością, że tak powiem.

Thea kiwa głową. Teściowa już wyjaśniła jej zasady pracy, ale dopóki Sigbritt Andersson będzie mówiła, nie będzie zadawać żadnych pytań.

– Ingrid z pewnością ci wyjaśniła, że Fundacja Bokelund została utworzona w celu promowania regionu i dbania o jego dobro. Etat lekarza rejonowego w Tornaby to fajna praca. Właściwie najlepsza, jaką miałam.

W ostatnim zdaniu brzmi trochę smutny ton, który sugeruje, że Sigbritt będzie kontynuować temat, ale na razie tego nie robi.

Droga staje się prosta, pojawia się na niej linia środkowa i progi zwalniające, a nawet znaki ograniczeń prędkości i elektroniczna tablica pomiarowa, która życzy kierowcom przyjemnego dnia, jeśli nie przekraczają czterdziestu kilometrów na godzinę.

– Wioskę już znasz. Musiałaś tu być wiele razy.

Thea kiwa głową, chociaż to nieprawda. Przed ubiegłym tygodniem była w Tornaby tylko raz, a i wtedy właściwie jedynie przejechali przez wioskę. David zawsze niechętnie tu się pojawiał. Nigdy nie pytała dlaczego, była raczej zadowolona, że może uniknąć pytań na temat rodzinnej miejscowości. Ale po wywiadzie dla telewizji i dziwnym zachowaniu Davida dzisiejszego ranka nie może przestać się zastanawiać, czy istnieje szczególny powód, dla którego trzymali się z daleka od Tornaby. Czy to coś związanego z zabitą dziewczyną.

Myśli o zdjęciu polaroidowym, które ma w wewnętrznej kieszeni. Może ta gadatliwa lekarka wyjaśni jej, o co w tym wszystkim chodzi. Ale najpierw muszą się lepiej poznać.

We wschodniej części wsi dominują domy zbudowane w latach pięćdziesiątych. Eternitowe dachy i fasady, podjazdy wystarczająco szerokie dla dwóch samochodów. Stopniowo zabudowa się zmienia, pojawiają się kamienne wille z bujnymi ogrodami, wysokimi masztami flagowymi i białymi płotami od strony ulicy. Daty budowy z początku dwudziestego wieku umieszczone są na fasadach. Jeden z największych domów należy do teściów Thei.

W centrum Tornaby znajduje się pizzeria, obiekt niemal obowiązkowy w każdej skańskiej wsi, a także kiosk z lodami i daniami z grilla oraz sklep z narzędziami, który walczy o to, by nie zostać pokonanym przez markety budowlane. Za nimi znajduje się budynek remizy ochotniczej straży pożarnej, który ze swoją małą wieżyczką i czerwoną bramą przypomina model z klocków lego. Poczta już dawno zniknęła, ale bank, gdzie jej teść był kiedyś dyrektorem, wciąż ma tu małą filię. Jest też supermarket sieci Konsum.

Kościół wznosi się na wzgórzu pośrodku wsi, otoczony wysokimi topolami. Zbudowany jest z ponurych, szarych bloków piaskowca, ma kilka naw bocznych, a także potężną wieżę, co sprawia, że wydaje się o wiele za duży w stosunku do reszty wioski.

– Najstarszy kamienny kościół w Skanii – mówi doktor Andersson, gdy go mijają. – Krypta i jeden z murów zostały zbudowane już w jedenastym wieku. Ale ta okolica była ośrodkiem religijnym na długo przed przyjęciem chrześcijaństwa. Nazwa Tornaby pochodzi od głogu, torn, który był świętą rośliną w religiach przedchrześcijańskich.

Thea mamrocze coś, aby przynajmniej sprawiać wrażenie, że jest zainteresowana.

Centrum kultury znajduje się po przekątnej naprzeciw kościoła i jest zbudowane z czerwonej cegły. David uczęszczał tu do szkoły do ukończenia szóstej klasy; potem szkoła została przeniesiona do nieciekawego betonowego pudełka przy boisku sportowym. To prawie wszystko, co Thea wie o dzieciństwie męża, oprócz tego, że przyjaźnił się z Nettan i Sebastianem, którzy są teraz jego wspólnikami w zamkowym projekcie.

Znowu myśli o zdjęciu, dzieciach w maskach, pięknej dziewczynie. Noc Walpurgii 1986, czyli trzydzieści trzy lata temu. David miał wtedy dwanaście lat, ona sama – piętnaście. Była zupełnie inną osobą niż teraz.

Ośrodek Kultury w Tornaby, głosi napis na trochę za dużej tablicy przy wejściu. Pod nim, mniejszymi literami, widnieje: Przychodnia lekarza rodzinnego, Muzeum regionalne, Sala zebrań, Kawiarnia, Sklep rzeczy używanych. Dwie kobiety z dziecinnymi wózkami stoją i rozmawiają pod wiśniowym drzewem. Machają do nich, gdy samochód wjeżdża na parking.

– Dużo rodzin z dziećmi się tu sprowadza – mówi lekarka. – Nowa droga spełniła swoje zadanie. Za dwa lata zostanie otwarta linia kolejowa do Reftinge i będziemy mieli pociąg podmiejski.

Lekarka parkuje, kontynuuje swój monolog, z pewnym trudem wysiadając z samochodu.

– Tornaby to idealne miejsce dla rodzin z dziećmi. Solidarna wspólnota, każdy zna każdego. Ośrodek Kultury to ważny element układanki. To miejsce spotkań, które zawdzięczamy Fundacji Bokelund i całej wiejskiej społeczności. Wszyscy naciskali na polityków, żeby szkoła pozostała w Tornaby. To o wiele lepsze niż dowożenie dzieci autobusem do Ljungslöv, jak z innych małych wiosek. Nawiasem mówiąc, mamy grupę na Facebooku, do której powinnaś dołączyć, Thea. Nazywa się Aktualności z Tornaby. Tam dowiesz się prawie o wszystkim, co dzieje się w wiosce.

– Nie mam konta na Facebooku.

– Nie?

Lekarka ze zdziwieniem unosi brwi, ale nie zadaje dalszych pytań. Pokazuje Thei drzwi na końcu korytarza.

– Ty i David nie macie dzieci?

Thea kręci głową.

– Nie, jesteśmy bezdzietni.

– Aha…

Doktor Andersson nagle wygląda na zawstydzoną, jakby słowo „bezdzietni” sprawiło, że poczuła się nieswojo. To prosta, choć niezbyt uprzejma sztuczka, której Thea nauczyła się od Margaux. Prawda jest taka, że z Davidem zawsze unikali tematu dzieci. Może dlatego, że żadne z nich nie chciało słyszeć wymówek drugiego. A teraz są i tak za starzy.

Gabinet lekarski jest większy, niż Thea oczekiwała. Dwadzieścia pięć metrów kwadratowych, kozetka do badań, kilka zamykanych na klucz szafek i umywalka. Na ścianach wiszą stare szkolne plakaty przedstawiające różne części ludzkiej anatomii. W pokoju pachnie mydłem, zasłony wyglądają jak nowe, a w wazonie na biurku stoi duży bukiet kwiatów.

Serdecznie witamy, doktor Lind!

Mieszkańcy Tornaby

napisane jest na dołączonej kartce nieco staromodnym pismem matki Davida.

– Jak widzisz, nie mogą się ciebie doczekać. Prawdopodobnie mają mnie dosyć po tylu latach.

Komentarz ma być żartem, ale lekko smutny ton w głosie lekarki powraca i sugeruje, że żart ma jakiś poważny podtekst. Potężna kobieta patrzy na swój maleńki zegarek, a potem zaciera ręce.

– Mamy dwadzieścia minut do otwarcia, więc co powiesz na filiżankę kawy i domowe ciasto, Thea? Dziewczyny z kawiarni zwykle dobrze o nas dbają. W poniedziałki mają babkę piaskową.

 

Po kawie doktor Andersson pokazuje Thei, jak zalogować się do systemu komputerowego na laptopie, jak wprowadzać dane do harmonogramu i aktualizować dokumentację medyczną. Pacjenci, którzy uprzejmie usiedli w kolejce na krzesłach w poczekalni za drzwiami, stawiają raczej spodziewane wyzwania.

Thea szczepi dwoje małych dzieci, opatruje skaleczenie i diagnozuje zapalenie ucha. Doktor Andersson pozwala jej pracować samodzielnie, wygląda na zrelaksowaną, gdy siedzi w kącie z filiżanką kawy.

Pacjentami są głównie matki z małymi dziećmi i emeryci. Wszyscy witają ją w sposób, który sugeruje, że była już tematem rozmów w wiosce. Młode matki chciałyby się więcej dowiedzieć o Davidzie, restauracji zamkowej i wieczorze inauguracyjnym. Starsi pacjenci wolą rozmawiać o swoich dolegliwościach, ale prawie każdy pyta, jak się czuje jej teść, i prosi, by przekazała pozdrowienia Bertilowi i Ingrid.

Wszyscy pacjenci są wobec niej otwarci, co wydaje się imponować doktor Andersson. Sama Thea wcale nie jest zdziwiona. Ludzie zawsze jej ufali, odkąd była mała. Jej starszy brat, ojciec, później koledzy z klasy, współpracownicy i pacjenci. Wystarczy, że zacznie od lekkiej grzecznościowej rozmowy, a potem spokojnie usiądzie i posłucha.

„Każdy szuka kogoś, kto go wysłucha – mawiała Margaux. – Kogoś, kto zrozumie i nie będzie oceniał. Jesteś w tym dobra, ma chère. Tak dobra, że nawet małże otwierają się przed tobą. Dlatego skup się na żywych, a nie na umarłych. Ale bądź ostrożna. Z wielkim talentem wiąże się też wielka odpowiedzialność”.

Thea znowu myśli o tajemniczym zdjęciu polaroidowym. Jaka historia się za tym kryje? I kto ją może opowiedzieć?

Inne książki tego autora