Uderz się w serceTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

UDERZ SIĘ W SERCE

Tytuł oryginału: Frappe-toi le cœur

Opieka redakcyjna: ANDRZEJ STAŃCZYK

Redakcja: ANNA RUDNICKA

Korekta: EWELINA KOROSTYŃSKA, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK

Projekt okładki oryginalnej: Production Iconoclast Image

Opracowanie okładki i stron tytułowych: ROBERT KLEEMANN

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Skład: Infomarket

© Éditions Albin Michel, Paris 2017

© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2021

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06685-0

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Marie lubiła swoje imię (mniej pospolite niżby się wydawało) i była z niego bardzo dumna. Przedstawiając się, robiła na innych wrażenie. „Marie”, powtarzano z zachwytem.

Samo imię nie wystarczało, by wyjaśnić jej powodzenie. Wiedziała, że jest ładna. Wysoka i zgrabna, z twarzą w aureoli jasnych włosów, zwracała uwagę. W Paryżu przeszłaby ulicą niezauważona, ale w rodzinnym mieście, wystarczająco odległym od stolicy, by nie służyć za jej przedmieście, wszyscy ją znali i podziwiali.

Był rok 1971. Miała dziewiętnaście lat. Czuła, że czeka ją cudowne życie. Przygotowywała się do zawodu sekretarki, ale to niczego nie przesądzało – należało coś studiować. Wszędzie się słyszało: „czas na młodych”.

Spotykała się z rówieśnikami na imprezach w mieście; żadnej nie opuściła. Ze znajomymi można się było bawić prawie co wieczór. Po okresie spokojnego dzieciństwa i nudnych lat szkolnych zaczynało się życie. „To nareszcie moja historia, a nie moich rodziców ani rodzeństwa”. Zeszłego lata jej starsza siostra poślubiła poczciwego chłopaka, była już matką. Marie, gratulując jej, myślała: „Żarty się skończyły, staruszko!”.

Upajało ją to, że przyciąga spojrzenia; inne dziewczyny jej zazdroszczą, że tańczy do białego rana, wraca do domu o świcie i spóźnia się na zajęcia. Za każdym razem profesor z udawaną surowością mówił: „Znowu zaszalałaś, Marie”. Brzydule, które zawsze przychodziły punktualnie, patrzyły na nią ze złością. Marie wybuchała dźwięcznym śmiechem.

Gdyby ktoś jej powiedział, że przynależność do złotej młodzieży prowincjonalnego miasta niczego niezwykłego nie wróży, nie uwierzyłaby. Nie oczekiwała czegoś konkretnego, wiedziała tylko, że będzie to czymś niesamowitym. Rano budząc się, czuła w sercu dojmujący zew, poddawała się fali tego uniesienia. Nowy dzień niósł obietnicę wydarzeń, których natury nie znała. Uwielbiała to wrażenie nieuchronności.

Kiedy koleżanki z kursów rozmawiały o przyszłości, Marie w cichości ducha pękała ze śmiechu: ślub, dzieci, dom – jak mogły się tym zadowolić? Jaką głupotą było ubieranie w słowa, co dopiero w słowa tak przyziemne, swoich nadziei! Własnych oczekiwań nie nazywała; delektowała się ich bezmiarem.

Lubiła, gdy na imprezach chłopcy interesowali się tylko nią, dbała o to, by żadnego nie wyróżniać – miał jak najdłużej zżerać ich niepokój. Jakie to przyjemne być obiektem setki westchnień, tysiąca zabiegów i pozostać niezdobytą!

Była jeszcze inna, o wiele większa uciecha: wzbudzanie w innych zazdrości. Widząc, jak dziewczyny wpatrują się w nią z bolesną zawiścią, Marie rozkoszowała się ich udręką tak bardzo, że wprost zasychało jej w ustach. Mniejsza nawet o tę rozkosz, wlepione w nią rozżalone spojrzenia potwierdzały, że to, co się w tym momencie dzieje, jest jej historią. To o niej mówiono, a tamte cierpiały, odkrywając, że są tylko statystkami zaproszonymi na ucztę, by zbierać okruchy, uczestniczącymi w spektaklu po to, by zginąć od zabłąkanej kuli, od strzału, który nie był im przeznaczony.

Bo przeznaczenie interesowało się wyłącznie Marie i właśnie to najbardziej ją radowało. Gdyby spróbowano jej wytłumaczyć, że odwrotność zazdrości jest równoznaczna z zazdrością, i trudno o brzydsze uczucie, wzruszyłaby ramionami. Dopóki pozostawała w centrum zabawy, jej uroczy uśmiech mógł innych wprowadzać w błąd.

Najprzystojniejszy chłopak w mieście miał na imię Olivier. Smukły, śniady jak południowiec, był synem aptekarza i miał przejąć rodzinny interes. Miły, zabawny, uczynny, lubiany zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety. Marie również zwróciła uwagę na ten ostatni szczegół. Wystarczyło, że się pojawiła, i stało się: Olivier namiętnie się w niej zakochał. Marie upajała się tym, że to aż tak widoczne. Bolesna zawiść w oczach innych dziewczyn ustąpiła miejsca nienawiści, ją zaś przejmowała drżeniem radość, że tak na nią patrzą.

Olivier opacznie zrozumiał reakcję Marie i uznał, że ona go kocha. Wzruszony, odważył się ją pocałować. Marie nie odwróciła twarzy, zerknęła tylko w bok, by sprawdzić, jaką wzbudza odrazę. Dla niej pocałunek Oliviera zbiegł się z ukąszeniem jej własnego demona, i aż jęknęła.

Reszta potoczyła się według starego jak świat schematu. Marie, która podczas pierwszego stosunku bała się bólu, była zdziwiona, iż tak niewiele poczuła. Większą satysfakcję sprawiła jej chwila, kiedy wszyscy widzieli, jak razem wychodzą. Przez tę jedną noc ucieleśniała największą nadzieję kobiety i bardzo jej się to podobało.

Bezgranicznie szczęśliwy Olivier nie ukrywał swojej miłości. Marie promieniała. „Co za piękna para! Jakże do siebie pasują!”, mówili ludzie. Była tak szczęśliwa, że uznała, iż jest zakochana. Uśmiech rodziców nie sprawiał jej takiej radości jak grymas bólu jej rówieśnic. Jakże się cieszyła, grając główną rolę w tym filmowym hicie!

Sześć tygodni później rozwiały się jej złudzenia. Lekarz potwierdził to, czego się obawiała. Przerażona przekazała nowinę Olivierowi, który natychmiast schwycił ją w ramiona.

– Kochanie, to cudownie! Wyjdź za mnie!

Rozpłakała się.

– Nie chcesz?

– Chcę – wyjąkała przez łzy. – Ale wolałabym, żeby odbyło się to inaczej.

– Czy to coś zmienia? – zapytał, ściskając ją z radości. – Zresztą ci, którzy kochają się tak bardzo, jak my się kochamy, bardzo szybko mają dzieci. Na co czekać?

– Wolałabym, żeby ludzie niczego się nie domyślili.

Rozczuliło go to, co wziął za wstydliwość:

– Niczego się nie domyślą. Wszyscy widzieli, że jesteśmy w sobie namiętnie zakochani. Za dwa tygodnie weźmiemy ślub. Nadal będziesz miała talię jak młoda dziewczyna.

Nie wiedząc, co odpowiedzieć, umilkła. Obliczyła, że w piętnaście dni nie zorganizują tak hucznej imprezy, o jakiej marzyła.

Olivier postawił rodziców przed faktem dokonanym. Nie ukrywał przed nimi powodu tak wielkiego pośpiechu, co obie matki i obaj ojcowie przyjęli z entuzjazmem:

– Nie traciliście czasu, młodzieży! I słusznie, nie ma to jak mieć dziecko w młodym wieku.

„Katastrofa”, pomyślała Marie, pozorując dumę w nadziei, że uwierzą w jej szczęście.

Przyjęcie było na tyle udane, na ile udane mogło być wesele zorganizowane w takim pośpiechu. Olivier nie posiadał się ze szczęścia.

– Dziękuję ci, kochanie – powiedział, tańcząc z Marie. – Nie znosiłem tych bankietów, które trwają godzinami i na które sprasza się rozmaitych wujów nigdy wcześniej niewidzianych. Dzięki tobie mamy prawdziwe zaślubiny z miłości, zwykłą kolację, przyjęcie w gronie osób naprawdę nam bliskich.

Na zdjęciach widać młodego mężczyznę nieprzytomnego z radości i młodą kobietę z wymuszonym uśmiechem.

Osoby obecne na przyjęciu lubiły młodych małżonków. I dlatego Marie daremnie przyglądała się twarzom; na żadnej nie dostrzegła zawiści, która pozwoliłaby jej uznać, że oto przeżywa najpiękniejszy dzień swojego życia. Ona sama wolałaby huczne weselisko z mnóstwem zazdrosnych i złorzeczących pod nosem gapiów, samotnych brzydul marzących o pięknym stroju panny młodej (gdyby tylko nie miała na sobie beznadziejnej sukni ślubnej matki…).

– Masz pojęcie, że w twoim wieku byłam równie szczupła jak ty?! – zawołała matka, stwierdzając, że zaprojektowana tuż po wojnie kreacja tak dobrze pasuje na jej córkę.

Marie ogromnie się ten komentarz nie spodobał.

Młodzi małżonkowie zamieszkali w ładnym domu nieopodal apteki. Marie byłaby szczęśliwa, gdyby mogła wybrać do niego meble, lecz w drugim miesiącu ciąży ogarnęło ją niezwykłe zmęczenie. Lekarz zapewnił, że to się często zdarza, zwłaszcza u pierworódek. Ale już mniej normalne było to, że trwało ono aż do dziewiątego miesiąca.

Budziła się tylko po to, żeby jeść, gdyż ciągle była głodna.

– Nie będę już chodziła na zajęcia, nudzą mnie – powiedziała do męża między jednym kęsem a drugim.

– Tak czy inaczej jesteś zbyt inteligentna, żeby pracować jako sekretarka – odpowiedział.

Zatkało ją. Nigdy nie zamierzała tego robić. Tak naprawdę było jej obojętne, czy zostanie sekretarką czy agronomem. A poza tym co Olivier miał na myśli, mówiąc „inteligentna”? Zrezygnowała z drążenia tego tematu i z powrotem się położyła.

Było coś przerażającego w tym, że tak dużo spała. Kładła się do łóżka i czuła, jak otwiera się pod nią otchłań snu; osuwała się w nią i nie zdążywszy nawet o tym pomyśleć, natychmiast w niej znikała. Gdyby nie głód, wcale by się nie budziła.

Od dziesiątego tygodnia ciąży zaczęła mieć apetyt na jajka. Kiedy Olivier był w aptece, dzwoniła do niego i mówiła:

 

– Chcę jajka na półmiękko. Siedem minut gotowania, ani krócej, ani dłużej.

Małżonek wszystko rzucał i biegł do domu, by spełnić jej życzenie. Jajek na półmiękko nie da się wcześniej przygotować, gotuje się je tuż przed podaniem. Delikatnie obierał je ze skorupki i przynosił Marie na tacy do łóżka. Młoda kobieta pochłaniała je łapczywie, chyba że przez nieuwagę gotował je siedem i pół minuty – wtedy odsuwała je od siebie, mówiąc: „dławią mnie” – lub sześć i pół minuty, a wtedy zamykała oczy i jęczała, że „są obrzydliwe”.

– Nie krępuj się i budź mnie w środku nocy, jeśli tylko będziesz czegoś potrzebowała – mówił Olivier.

Nieopatrznie to zaproponował, bo Marie w ogóle się nie krępowała. Po zjedzeniu jajek zasypiała znowu.

Nie trzeba było być wielkim medykiem, by postawić właściwą diagnozę: ucieczka w sen. Nikt z jej najbliższych jednak tego nie rozumiał. W tych niezwykle rzadkich przypadkach, kiedy Marie nie spała, powracała do niej natrętna refleksja: „Jestem w ciąży, mam dziewiętnaście lat, a moja młodość już się skończyła”.

Wtedy na nowo otwierała się otchłań snu, w którą z ulgą się osuwała.

Kiedy jadła w łóżku śniadanie, Olivier przyglądał jej się z rozczuleniem i czasami pytał, czy dziecko kopie. Odpowiadała, że nie. Dziecko było bardzo spokojne.

– Wciąż o nim myślę – mówił.

– Ja też.

Kłamała. Przez dziewięć miesięcy ani razu o nim nie pomyślała. I miała rację, bo gdyby choć przez chwilę, nawet najmniejszą, zastanowiła się nad czekającym ją macierzyństwem, znienawidziłaby to dziecko. Instynktowna przezorność sprawiła, że ciążę przeżyła niczym okres długiej nieobecności, tak jakby zniknęła na dziewięć miesięcy.

Czasami Olivier pytał:

– Będzie chłopiec czy dziewczynka?

Wzruszała ramionami. Kiedy wspominał o wyborze imienia, nie chciała o tym rozmawiać. Szanował jej decyzję. Prawda była taka, że jeśli nawet próbowała skupić się na dziecku, nie trwało to nawet sekundy. Było dla niej całkowicie obce.

Poród był dla Marie nagłym i przykrym powrotem do rzeczywistości. Kiedy usłyszała kwilenie noworodka, była zdumiona; a więc przez cały ten czas kogoś w sobie nosiła.

– To dziewczynka – obwieściła położna.

Marie nie doznała ani rozczarowania, ani zadowolenia. Chciałaby, żeby ktoś jej wyjaśnił, co powinna czuć. Była zmęczona.

Położono jej dziecko na brzuchu. Spojrzała na nie, zastanawiając się, jakiej reakcji od niej oczekują. W tym momencie pozwolono wejść Olivierowi, który zaczął okazywać wszystkie te emocje, których ona nie potrafiła uzewnętrznić. Wzruszony, pocałował żonę, pogratulował jej, a potem ze łzami w oczach wziął dziecko na ręce i zawołał:

– To najpiękniejsza dziewczynka, jaką w życiu widziałem!

Marie zamarło serce.

– Spójrz kochanie, jakie arcydzieło stworzyłaś!

Marie zebrała się na odwagę i przyjrzała się stworzonej przez siebie istocie. Dziewczynka była śniada, miała czarne, długie na centymetr włosy. I ani śladu tak częstych u noworodków zaczerwienień na skórze.

– Wykapany ty w żeńskim wydaniu – powiedziała. – Powinniśmy ją nazwać Olivią.

– Nie! Jest piękna jak bogini. Nazwiemy ją Diane – zadecydował młody ojciec.

Marie zgodziła się na propozycję męża. Olivier podał jej dziecko, a ona, trzymając je w ramionach, pomyślała: „Teraz to już nie moja historia. Tylko twoja”.

Był piętnasty stycznia 1972 roku. Marie miała dwadzieścia lat.

Wrócili całą rodziną do domu. Rano Olivier karmił Diane mlekiem z butelki, a potem szedł do apteki. Kiedy Marie zostawała z córką sam na sam, czuła trudny do wyjaśnienia dyskomfort. Starała się jak najrzadziej na nią patrzeć. Zmiana pieluch nie była dla niej problemem; to twarz dziecka wywoływała w niej skrępowanie. Gdy karmiła małą z butelki, odwracała wzrok.

Odwiedzano ją, zwłaszcza na początku. Przychodziły przyjaciółki, które chciały zobaczyć Diane. Za każdym razem wykrzykiwały: „Rozkoszna! To niesamowite, takie piękne niemowlę!”. Marie starała się ukryć, jak wielką jej to sprawia przykrość. Ale najbardziej zabolała ją miłość, jaką od pierwszego wejrzenia zapałali do wnuczki jej rodzice.

– Udało ci się urodzić dziecko piękniejsze od ciebie! – stwierdził dziadek Diane.

Jego żona zauważyła, że córka zaciska usta. Powstrzymała się od komplementów, ale Marie widziała bałwochwalcze spojrzenie, jakim matka obdarzała Diane, i cierpiała.

Z niecierpliwością czekała na koniec tych wizyt. Po wyjściu gości kładła małą do kołyski, poza zasięgiem swojego wzroku. Potem wyciągała się na łóżku i wpatrując się w sufit, mówiła do siebie: „Mam dwadzieścia lat i to już koniec. Jak młodość może być tak krótka? Moja historia trwała tylko sześć miesięcy”. Bezustannie o tym rozmyślała. Gdyby tylko mogła zasnąć jak wtedy, w czasie ciąży! Ale nie wolno już jej było znikać, kiedy chciała, należało stawić czoło rzeczywistości – przeczytała gdzieś takie zdanie, lecz rozumiała z niego jedynie to, że chodzi prawdopodobnie o coś trudnego do zniesienia.

A przecież Diane była grzecznym dzieckiem. Zapłakała tylko w chwili swoich narodzin. Nie było jej słychać. Każdego, kto na nią spojrzał, obdarzała uśmiechem. „Wygrałaś los na loterii”, zapewniano młodą matkę.

Późnym popołudniem po powrocie z pracy Olivier zastawał żonę i córkę leżące z dala od siebie i milczące. Takie zachowanie córki nie budziło w nim obaw, wydawało mu się czymś normalnym.

– Jestem zmęczona – odpowiadała niezmiennie Marie na jego pełne niepokoju pytania.

– Chcesz, żebym zatrudnił opiekunkę?

Marie nie zgadzała się na obcą osobę w domu.

– Twoja matka nie pracuje. Moglibyśmy jej powierzyć opiekę nad Diane – podsunął któregoś dnia Olivier.

To rozzłościło Marie:

– Od razu powiedz, że twoim zdaniem nie potrafię zająć się małą.

W rzeczywistości wiedziała, że tak uważa nie on, tylko jej matka.

Młody ojciec często brał córeczkę w ramiona, a ona uśmiechała się do niego i gaworzyła. Nie szczędził jej miłosnych wyznań: „Moja piękności, mój skarbie, moje ty szczęście!”. Obsypywał jej twarzyczkę pocałunkami i nie widział, że Marie cała blednie. Karmił Diane i kładł ją do kołyski.

– Kochanie, jakaś ty blada! – wykrzykiwał na widok żony.

– Nie mam siły, nie przygotuję kolacji – szeptała.

– Zapraszam cię do restauracji!

– Nie możemy wyjść – odpowiadała, ruchem podbródka pokazując na kołyskę.

– Może zadzwonię po baby-sitter?

– Ja to zrobię.

Dbała o to, by zawsze prosić o pomoc panią Testin, która miała pięćdziesiąt pięć lat i nosiła okulary z potrójnym denkiem. Powstrzymywała uśmiech, widząc, jak córeczka odwraca głowę od nieświeżego oddechu niani, która przemawiała do niej tuż przy jej twarzy.

W restauracji Marie ożywiała się i odzyskiwała nieco dawnego uroku. Największą przyjemność sprawiały jej zawistne spojrzenia kelnerek. Szczególnie lubiła restaurację, w której obsługiwała jej dawna koleżanka z liceum; okrucieństwo porównania sytuacji ich obu podnosiło ją na duchu.

Niestety, poczciwy Olivier często psuł jej wieczór, rozkochanym głosem wyznając:

– Nigdy nie przestanę ci dziękować za naszą córkę.

Marie spuszczała wzrok, by ukryć rozczarowanie.

Mąż, który brał to za przejaw jej skromności, był wzruszony.

Z czasem zaczął się niepokoić. Mijały miesiące, a stan żony nie poprawiał się. Gdzie podziała się radość życia młodej dziewczyny, którą poślubił? Na jego pytania udzielała wymijających odpowiedzi. Któregoś dnia rzucił:

– Może chciałabyś pracować?

– Tak. Ale to niemożliwe, bo przerwałam naukę.

– Jesteś zbyt inteligentna, żeby zostać sekretarką.

– Już mi to mówiłeś. To na co jestem wystarczająco inteligentna?

– Przydałaby mi się księgowa w aptece.

– Nie znam się na tym.

– Można się tego nauczyć. Jestem pewny, że byłabyś w tym świetna.

– A mała?

– Podejmuję się wytłumaczyć twojej matce, że nie można jednocześnie uczyć się księgowości i zajmować dzieckiem.

Olivier spotkał się z teściową i w rozmowie z nią użył innych argumentów: jej córka cierpi na głęboką depresję poporodową i tylko perspektywa pracy podtrzymuje w niej chęć życia. Błagał, by zechciała przypilnować wnuczki. A on co wieczór będzie małą odbierał.

– Z radością się zgadzam – powiedziała babcia Diane.

Po wyjściu zięcia rozpłynęła się w zachwytach:

– Niech Bóg błogosławi tego Oliviera!

– Nigdy bym nie pomyślał, że Marie wpadnie w depresję – powiedział jej mąż.

– Depresja, akurat! Jest chorobliwie zazdrosna o własną córkę. To ją zatruwa.

– Dlaczego miałaby być zazdrosna o małą?

– Jakby potrzebny był jakiś powód! W wychowaniu naszych córek dbaliśmy o to, by były równo traktowane. Nigdy żadna z nich nie dostała więcej niż druga. Brigitte jest starsza, nie tak ładna jak Marie, to ona mogłaby być zazdrosna. Ale nigdy nie była. Zazdrosna jest Marie. Myślałam, że to jej już minęło: wyrosła na najpiękniejszą dziewczynę w mieście, zrobiła wspaniałą partię. Tymczasem nie: zorientowałam się, że jest zazdrosna o swoją córkę.

– Czego może zazdrościć niemowlęciu?

– Mała jest urocza, zwraca uwagę, to wystarczy.

– Myślisz, że ją źle traktuje?

– Nie. Marie nie jest ani zła, ani szalona. Ale nie okazuje dziecku nawet odrobiny czułości. To musi być dla biednej Diane niezbyt przyjemne.

– Jak można nie kochać takiego aniołka?

Dziadkowie przyjęli wnuczkę i okazywali jej na każdym kroku wiele miłości, wiedząc, jak bardzo dziecku tego brakowało. Życie małej całkowicie się zmieniło.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?