WypalenieTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wstęp

Co bierzesz ze sobą

Przejść cykl do końca

#NieUstępuj

Sens

Prawdziwy wróg

Gra jest ustawiona

Konglomerat Bikini

Dobre nawyki w walce z wypaleniem

Więź

Co cię wzmocni

Rośnij w siłę

Podsumowanie

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy końcowe

Przypisy od tłumaczki

Tytuł oryginału: Burnout: The Secret to Unlocking the Stress Cycle

Projekt okładki: Faceout Studio

Zdjęcie na okładce: © Kues /Shutterstock.com, © borzywoj /Shutterstock.com, © FabrikaSimf/Shutterstock.com

Adaptacja okładki i projekt stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Redakcja: Magdalena Mrożek /d2d.pl

Korekta: d2d.pl

Copyright © 2019 by Emily Nagoski, PhD, and Amelia Nagoski Peterson, DMA

All rights reserved.

This translation published by arrangement with Ballantine Books, an imprint of Random House, a division of Penguin Random House LLC

Copyright © for the Polish translation by Agata Ostrowska, 2020

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 9788381434034


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla tych, które dają

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp
Wstęp

To książka dla każdej kobiety, która czuje się wykończona i przytłoczona wszystkimi obowiązkami, a jednocześnie wciąż się martwi, że nie robi „wystarczająco dużo”. Czyli dla wszystkich znanych nam kobiet – z nami włącznie.

Znasz już te wszystkie typowe rady: ćwiczenia, zielone koktajle, samowspółczucie, kolorowanki, mindfulness, kąpiele z pianą, trening wdzięczności… Większości z nich pewnie już nawet próbowałaś. My też. Czasami pomagają, przynajmniej chwilowo. Ale potem dzieciaki nie radzą sobie w szkole, partner lub partnerka potrzebuje wsparcia w trudnym okresie albo trafia nam się jakiś nowy projekt w pracy i myślimy sobie: „Zatroszczę się o siebie potem, jak tylko się z tym wszystkim uporam”.

Problemem nie jest to, że kobiety się nie starają, nie próbują. Wręcz przeciwnie, nieustannie staramy się zrobić i osiągnąć wszystko, czego wymaga od nas otoczenie. Spróbujemy wszystkiego – każdego zdrowego koktajlu, ćwiczeń głębokiego oddychania, każdej uspokajającej kolorowanki czy bomby kąpielowej, każdego wyjazdu medytacyjnego lub wakacji, jakie uda nam się wcisnąć do napiętego harmonogramu – żeby sprostać wyzwaniom stawianym nam przez pracę, rodzinę i cały świat. Tak jak w samolocie: próbujemy najpierw założyć maskę tlenową sobie, zanim pomożemy innym. Ale wtedy znowu zaczynają się kolejne kłopoty z dzieckiem czy upierdliwym szefem albo trudny semestr na uczelni.

Problem więc nie polega na tym, że się nie staramy. Nawet nie chodzi o to, że nie wiemy, jak to zrobić. Problem w tym, że świat przerobił „dobrostan” na kolejny cel, do którego wszyscy „powinni” dążyć, ale osiągnąć go mogą tak naprawdę tylko ludzie mający czas, pieniądze, nianie, jachty i numer telefonu do Oprah Winfrey.

Dlatego ta książka jest zupełnie inna niż wszystkie dotychczasowe publikacje o wypaleniu. Zastanowimy się, jak możesz zadbać o siebie w prawdziwym, powszednim życiu, zmierzymy się z przeszkodami stojącymi na drodze do twojego własnego dobrego samopoczucia. Umieścimy te przeszkody w kontekście, tak jak punkty na mapie, żeby znaleźć drogę, którą można je obejść – bokiem, górą albo przez sam środek – a czasem po prostu roztrzaskamy je w drobny mak.

Za pomocą nauki.

Kim jesteśmy i dlaczego napisałyśmy tę książkę?

Emily ma stopień doktora, jest edukatorką zdrowotną i autorką notowanego na liście bestsellerów „New York Timesa” poradnika Ona ma siłę. Zaskakujący poradnik o seksualności kobiet. Z rozmów z czytelniczkami podczas trasy promującej tę książkę dowiedziała się, że najbardziej wartościowe były dla nich nie informacje z dziedziny seksuologii, a fragmenty poświęcone stresowi i przepracowywaniu emocji.

Kiedy podzieliła się tym odkryciem ze swoją bliźniaczką Amelią, dyrygentką, siostra wcale nie sprawiała wrażenia zaskoczonej.

– Oczywiście. Nikt nas nie uczy, jak czuć. Choć, kurczę, mnie akurat nawet tego uczyli. Wszystkich studentów i studentki konserwatorium uczy się odczuwać emocje podczas śpiewania, występowania na scenie. Ale to nie znaczy, że umiałam zrobić to samo na co dzień. A kiedy wreszcie się nauczyłam, prawdopodobnie uratowało mi to życie – powiedziała. – Dwa razy – dodała.

Wtedy Emily przypomniała sobie, jak się czuła, kiedy patrzyła na siostrę płaczącą w szpitalnym łóżku.

– Powinnyśmy napisać o tym książkę – stwierdziła.

Amelia przyznała jej rację.

– Gdybym miała wtedy taką książkę, moje życie zmieniłoby się na lepsze – stwierdziła.

To właśnie ta książka.

Wyszło z niej coś więcej niż zwykły poradnik o stresie. To przede wszystkim tekst o więziach. Jako ludzie nie jesteśmy przystosowani do samodzielnego radzenia sobie z wielkimi sprawami, stworzono nas do współpracy z innymi. A skoro miałyśmy pisać o współpracy, to zdecydowałyśmy się napisać tę książkę wspólnie.

Wyczerpanie emocjonalne

Kiedy mówiłyśmy, że pracujemy nad książką pod tytułem Wypalenie, żadna z kobiet, z którymi rozmawiałyśmy, nie zapytała: „A co to jest wypalenie?”. (Większość reagowała podobnie: „Kiedy wychodzi? Chciałabym przeczytać”). Wszystkie instynktownie rozumiemy, czym jest wypalenie; wiemy, jak objawia się w naszym organizmie i jak w jego kleszczach sypią się nam emocje. Jednak kiedy w 1975 roku Herbert Freudenberger ukuł ten termin, w jego definicji zawarł trzy elementy składowe:

1 wyczerpanie emocjonalne – zmęczenie, które pojawia się, kiedy zbyt mocno i zbyt długo się czymś przejmujemy;

2 depersonalizacja – zanik empatii, troski i współczucia;

3 obniżone poczucie spełnienia – nieodparte wrażenie daremności i bezcelowości naszych działań: poczucie, że nic, co robimy, nie ma większego sensu[1].

Wypalenie jest szeroko rozpowszechnionym (to mało powiedziane!) problemem. Od dwudziestu do trzydziestu procent nauczycieli w USA odczuwa wypalenie na poziomie wysokim lub umiarkowanie wysokim[2]. Podobne wyniki dały badania wśród wykładowców uniwersyteckich i pracowników międzynarodowych organizacji pomocy humanitarnej[3]. W służbie zdrowia odsetek ten sięga nawet pięćdziesięciu dwóch procent[4]. Niemal wszystkie badania dotyczące wypalenia skupiają się na wypaleniu zawodowym – zwłaszcza w zawodach związanych z szeroko pojętym pomaganiem innym, na przykład w szkolnictwie czy pielęgniarstwie – ale coraz mocniej podkreślana jest również kwestia „wypalenia rodzicielskiego”[5].

Przez czterdzieści lat badań nad wypaleniem udało się ustalić, że to pierwszy z elementów oryginalnej definicji – wyczerpanie emocjonalne – ma najsilniejszy negatywny wpływ na zdrowie, relacje z ludźmi i życie zawodowe, zwłaszcza u kobiet[6].

To czym właściwie są te „emocje” i jak można je „wyczerpać”?

Na najbardziej podstawowym poziomie emocja to reakcja mózgu na bodziec polegająca na wydzieleniu substancji neurochemicznych. Kiedy widzisz osobę, w której się podkochujesz, mózg wydziela mieszankę związków chemicznych, uruchamiając tym samym lawinę reakcji fizjologicznych – serce zaczyna mocniej bić, następują zmiany hormonalne, coś łaskocze w żołądku. Bierzesz głęboki oddech, wzdychasz. Zmienia się wyraz twojej twarzy, może się rumienisz, nawet ton głosu staje się cieplejszy. Umysł podsuwa wspomnienia związane z sympatią i fantazje o wspólnej przyszłości, nagle ogarnia cię przemożna chęć, żeby podejść i się przywitać. Niemal wszystkie układy w organizmie reagują na chemiczno-elektryczną lawinę uruchomioną na widok tej osoby.

 

To właśnie emocja. Automatyczna, natychmiastowa. Odczuwana na każdym kroku, mająca wpływ na każdą sytuację. Dzieje się to przez cały czas – jednocześnie doświadczamy wielu różnych emocji, często w reakcji na jeden bodziec. Może nas kusić, żeby podejść do obiektu zauroczenia, a jednocześnie mamy ochotę obrócić się na pięcie i udawać, że go nie zauważyłyśmy.

Pozostawione same sobie emocje – natychmiastowe, ogarniające cały organizm reakcje na jakiś bodziec – same się skończą. Przenosimy uwagę z sympatii na jakiś inny temat i fala amorów mija, do czasu gdy znów nie wpadniemy na tę osobę – czy to w myślach, czy na ulicy. To samo dotyczy ukłucia bólu, które czujesz, kiedy ktoś jest dla ciebie okrutny, albo odruchu obrzydzenia wywołanego przez nieprzyjemny zapach. Po prostu przemijają.

Można więc powiedzieć, że emocje są jak tunele. Jeśli przejdziesz przez nie do końca, dotrzesz do światełka na końcu.

Wyczerpanie zaś to skutek „utknięcia” w jakiejś emocji.

Możemy utknąć po prostu dlatego, że wciąż jesteśmy wystawiane na sytuacje, które aktywują daną emocję – na przykład obiekt zakochania towarzyszy nam codziennie, od rana do wieczora, nawet jeśli tylko w myślach, więc więźniemy w jego pragnieniu. Albo dzień po dniu wracamy do stresującej pracy. Nic dziwnego, że zawody opiekuńcze są tak wyczerpujące – przez cały dzień ma się do czynienia z ludźmi potrzebującymi wsparcia. Nic dziwnego, że tak wyczerpujące jest rodzicielstwo – rodzicem zostaje się na zawsze. Bez przerwy przechodzi się przez tunel.

Czasem utykamy, bo nie możemy znaleźć wyjścia. Najtrudniejsze uczucia – wściekłość, żal, rozpacz, bezsilność – mogą być zbyt zdradliwe, żeby przedzierać się przez nie samotnie. Gubimy się i potrzebujemy drugiej osoby, kochającego wsparcia, które pomoże nam odnaleźć właściwą drogę.

A czasem grzęźniemy dlatego, że wpadamy w pułapkę, która uniemożliwia nam wydostanie się z tunelu.

Dotyczy to wielu z nas, a wszystkiemu winny jest tak zwany syndrom „istoty dającej”.

Syndrom istoty dającej

W książce Down Girl: The Logic of Misogyny [Siad! Logika mizoginii] filozofka Kate Manne opisuje system, w którym od jednej klasy ludzi, „istot dających”[7], oczekuje się obdarzania swoim czasem, uwagą, uczuciami i ciałami innej klasy: „istot żyjących”[8]. Terminy te implikują wniosek, że istoty żyjące mają moralny obowiązek „żyć” i wyrażać swoje jestestwo, podczas gdy istoty dające są moralnie zobowiązane „dawać” istotę swojego człowieczeństwa istotom żyjącym. Spróbuj się domyślić, do której klasy zaliczają się zwykle kobiety.

W życiu codziennym dynamika tych relacji jest bardziej skomplikowana i subtelna, ale spróbujmy sobie wyobrazić jej karykaturalną wersję: istoty dające są „troskliwymi, kochającymi służącymi” istot żyjących[9]. Obowiązkiem dających jest oddanie całego swego jestestwa żyjącym, żeby żyjący mogli osiągnąć pełnię człowieczeństwa. Od dających oczekuje się zrzeczenia się wszelkiej władzy czy zasobów, jakie uda im się zdobyć: pracy, miłości, ciała. Należą one do żyjących.

Istoty dające muszą być zawsze „ładne, szczęśliwe, spokojne, wspaniałomyślne i wyczulone na potrzeby innych”, co jednocześnie oznacza, że nigdy nie mogą być brzydkie, smutne, zdenerwowane, ambitne ani wyczulone na własne potrzeby. Dający nie powinni niczego potrzebować. Gdyby odważyli się o coś poprosić albo – broń Boże! – czegoś zażądać, naruszyliby zasady swojej roli i mogliby zostać ukarani. A jeśli istota dająca nie zechce posłusznie i z uśmiechem na twarzy oddać istocie żyjącej wszystkiego, czego ta zapragnie, za to również może grozić jej kara, poniżenie czy nawet unicestwienie.

Choćbyśmy próbowali, nie udałoby nam się zaprojektować wydajniejszego systemu powodującego wypalenie u połowy ludzkości.

Wyczerpanie emocjonalne pojawia się, kiedy tkwimy w danej emocji i nie możemy dojść do końca tunelu. Cierpiącym na syndrom istoty dającej nie wolno kłopotać otoczenia, zawracać nikomu głowy jakimiś tam emocjami, więc utykają w sytuacji, która uniemożliwia im swobodne przemieszczanie się w tunelu. Za próbę ruchu może im nawet grozić kara.

Nasze wyposażone w instynkt samozachowawczy ciała podświadomie wiedzą, że syndrom istoty dającej powoli nas zabija. Dlatego wciąż próbujemy a to treningu uważności, a to zielonych koktajli, podążamy za coraz to nowszymi trendami zdrowotnymi. Jednak instynkt samozachowawczy musi nieustannie walczyć z głosem w naszych głowach wmawiającym nam, że to samolubne. Wysiłki mające na celu troskę o swoje dobre samopoczucie mogą więc wręcz pogorszyć naszą sytuację i sprowokować jeszcze dotkliwszą karę, czy to ze strony otoczenia, czy nas samych. No bo jakże śmiemy o siebie dbać?

Syndrom istoty dającej to choroba.

Ta książka jest naszą receptą.

Układ książki

Podzieliłyśmy Wypalenie na trzy części. Część I nosi tytuł Co bierzesz ze sobą.

W Imperium kontratakuje, piątym epizodzie serii Gwiezdne wojny, Luke Skywalker widzi groźnie wyglądającą jaskinię. Patrząc z niepokojem na wejście do pieczary, pyta Yodę, swojego mistrza: „Co tam jest?”.

„Tylko to, co bierzesz ze sobą” – odpowiada Yoda.

W pierwszej części książki omawiamy trzy elementy, które weźmiemy ze sobą w podróż z naszą bohaterką: cykl reakcji stresowej, „Kontrolkę”1 (mechanizm reakcji mózgu, który kontroluje uczucie frustracji) oraz sens życia. Ten ostatni element często rozumie się błędnie jako „to, co znajdziemy na końcu tunelu”, ale wcale tym nie jest. Jest powodem, dla którego przechodzimy przez tunel, niezależnie od tego, co znajdziemy na jego końcu. (Uwaga, spojler: dobrze mieć w życiu sens).

Kolej na część II, którą zatytułowałyśmy Prawdziwy wróg.

To aluzja do cyklu książek i filmów science fiction Igrzyska śmierci – żyjąca w dystopijnym świecie młoda bohaterka Katniss Everdeen jest zmuszona do udziału w organizowanych przez rząd „igrzyskach”, w których dzieci zabijają się nawzajem.

Mentor mówi jej: „Pamiętaj, kto jest twoim prawdziwym wrogiem”2. Nie chodzi mu o ludzi, których na życzenie rządu dziewczyna ma zabić i którzy chcą zabić ją. Prawdziwym wrogiem jest rząd, który zorganizował taki system.

Domyślacie się, kto jest wrogiem w naszej książce?

(Złowroga muzyka) Patriarchat. Fuj.

Większość poradników dla kobiet pomija ten temat i skupia się na sprawach, na które czytelniczki mają wpływ, ale to trochę tak, jakby uczyć kogoś najlepszej strategii w grze, nie wspominając przy tym, że gra jest ustawiona. Na szczęście kiedy już rozumiemy, w jaki sposób gra została ustawiona, możemy zacząć grać na własnych zasadach.

Wreszcie część III – ekscytujący finał – przedstawia uzasadnione naukowo metody na wygranie wojny przeciwko tym „prawdziwym wrogom”. Okazuje się, że istnieją konkretne rzeczy, które możemy codziennie robić, żeby rosnąć w siłę i pokonać przeciwnika.

Tę część nazwałyśmy Dobre nawyki w walce z wypaleniem.

W filmie Karate Kid z 1984 roku pan Miyagi uczy Danny’ego LaRusso karate, każąc chłopakowi woskować samochody.

„Nakładaj wosk” – mówi pan Miyagi, kręcąc dłonią zgodnie z ruchem wskazówek zegara. „I wycieraj”. – Drugą dłonią kręci w przeciwną stronę. „Pamiętaj o oddechu” – dodaje. Każe też Danny’emu polerować podłogi, malować płot i ściany domu.

Po co te przyziemne, rutynowe zadania?

Bo to właśnie w tych zwyczajnych czynnościach tkwią gesty, z których możemy czerpać siłę, żeby móc bronić siebie i swoich bliskich, a także żeby zawrzeć pokój z wrogami.

Codzienne proste praktyki – dbanie o dobre więzi z bliskimi, odpoczynek, samowspółczucie – są tym, co nas wzmacnia.

W książce poznasz historie dwóch kobiet: Julie, przemęczonej nauczycielki, której organizm się zbuntował, zmuszając ją w ten sposób do zwrócenia na niego uwagi; oraz Sophie, inżynierki, która doszła do wniosku, że ma już dość patriarchatu. Te dwie opowieści to swego rodzaju amalgamaty: tak jak film składa się z tysięcy klatek zmontowanych tak, by stworzyły fabułę, tak i one są złożone z fragmentów historii dziesiątek kobiet z krwi i kości. Wykorzystujemy tę technikę po części w celu ochrony tożsamości prawdziwych osób, ale też dlatego, że pełny łuk narracyjny pozwala sprawniej i przystępniej przekazać wiedzę naukową niż pojedyncze scenki. Badania naukowe oczywiście nie znajdą rozwiązań idealnie dopasowanych do potrzeb każdej kobiety, ale mamy nadzieję, że przedstawione tu historie uświadomią ci, że choć doświadczenie każdej z nas jest indywidualne, to jednocześnie kryje się w nim też pewien uniwersalizm.

Każdy rozdział kończy się też listą „tl;dr”. To stosowany w internecie skrót od angielskiego too long; didn’t read, czyli „za długie, nie czytam”. Niektórzy komentują tak rozbudowane posty na Facebooku czy wieloakapitowe wpisy na Instagramie. Na naszych listach „tl;dr” znajdziesz pomysły, którymi możesz podzielić się z przyjaciółką, kiedy zadzwoni zapłakana; fakty, za pomocą których będziesz mogła obalić mity przywoływane w rozmowach; oraz myśli, które chcemy ci podsunąć, kiedy pracujący na najwyższych obrotach umysł nie będzie dawał ci w nocy zasnąć.

Trzy grosze o nauce

W naszej książce wykorzystujemy naukę jako narzędzie, żeby pomóc kobietom lepiej żyć. Czerpiemy z rozmaitych dziedzin wiedzy, w tym neurobiologii afektywnej, psychofizjologii, psychologii pozytywnej, etologii, teorii gier, biologii obliczeniowej i wielu innych. Musimy więc zrobić na wstępie kilka zastrzeżeń dotyczących nauki.

Nauka jest najlepszym wynalazkiem ludzkości. To systematyczna metoda badania natury rzeczywistości, sprawdzania i udowadniania lub obalania teorii. Należy jednak pamiętać, że nauka to w gruncie rzeczy fachowa metoda mylenia się. Innymi słowy, każdy naukowiec próbuje: a) mylić się nieco mniej niż jego poprzednicy, udowadniając, że coś, co uważaliśmy za prawdę, wcale nią nie jest; b) mylić się w sposób, który da się zbadać i udowodnić, dzięki czemu kolejny naukowiec będzie mylił się nieco mniej. Badania naukowe to ciągły proces dokonywania nowych odkryć, które odsłaniają przed nami coraz większy fragment prawdy, nieuchronnie pokazujących nam, jak bardzo się dotychczas myliliśmy. Ten proces nigdy się nie kończy. Za każdym więc razem, kiedy widzisz nagłówek w rodzaju: „Według najnowszych badań…” albo „Przełomowe odkrycie naukowców…”, zachowaj sceptycyzm. Wyniki jednego badania jeszcze niczego nie dowodzą. W Wypaleniu staramy się powoływać na koncepcje obowiązujące od dekad i potwierdzone przez rozmaite podejścia. Nauka jednak nigdy nie dostarcza nam idealnej prawdy, a tylko najlepszą, jaka jest obecnie dostępna. Nawet nauki ścisłe nie są do końca ścisłe.

Drugie zastrzeżenie: w naukach społecznych bada się duże grupy ludzi i wyciąga średnią ze wszystkich wyników, ponieważ ludzie są różni. Fakt, że jakieś stwierdzenie jest prawdziwe dla grupy ludzi – na przykład że Amerykanki mają średnio sto sześćdziesiąt dwa centymetry wzrostu – nie oznacza, że jest ono prawdziwe dla konkretnej przedstawicielki tej grupy. Jeśli więc spotkasz Amerykankę, która nie mierzy metr sześćdziesiąt dwa, to nie znaczy, że coś jest z nią nie tak – po prostu odbiega od średniej. Nie znaczy to także, że badania są błędne. To prawda, że kobiety w USA mają średnio metr sześćdziesiąt dwa, ale ta informacja nie mówi nam nic o tej konkretnej kobiecie, którą możemy spotkać. Dlatego jeśli w tej książce trafisz na dane naukowe dotyczące kobiet, ale nieodnoszące się do ciebie, to nie znaczy, że naukowcy się mylą ani że z tobą jest coś nie w porządku. Ludzie są różni, a poza tym się zmieniają. Nauka jest zbyt topornym narzędziem, żeby można było zastosować jej miary do sytuacji każdej kobiety.

Trzeci grosz: nauka często wymaga sporych nakładów finansowych, a to, kto płaci, może mieć wpływ zarówno na wyniki, jak i na to, czy zostaną opublikowane. Choć entuzjastycznie podchodzimy do teorii opartych na dowodach, należy pamiętać, skąd biorą się te dowody i dlaczego możemy nie trafić na dowody potwierdzające przeciwną tezę[10].

W książce o kobietach warto też wspomnieć o jeszcze jednym specyficznym ograniczeniu nauki: kiedy w artykule naukowym pisze się o badaniu „kobiet”, niemal zawsze chodzi o osoby urodzone z ciałem, na widok którego wszyscy dorośli zgodnie oświadczyli: „dziewczynka!”, o osoby, które potem zostały wychowane jako dziewczynki i wyrosły na kobiety czujące się dobrze ze swoją tożsamością psychologiczną i rolą społeczną. Jest cała masa osób identyfikujących się jako kobiety, do których nie odnosi się przynajmniej jeden z tych warunków, i na odwrót: wiele osób nie czuje się kobietami, mimo że jedno lub więcej powyższych stwierdzeń jest w ich wypadku prawdziwych. Kiedy w tej książce używamy słowa „kobieta”, zwykle mamy na myśli „osoby, które identyfikują się jako kobiety”, ale warto pamiętać, że odwołując się do nauki, ograniczamy się do kobiet, którym przypisano płeć żeńską i tak też je wychowano, bo to ich dotyczy większość badań. (Przykro nam).

 

Podsumowując: staramy się w jak największym stopniu opierać na nauce, ale zdajemy sobie sprawę z jej ograniczeń.

I tutaj wchodzi sztuka.

Jak napisała autorka powieści science fiction Cassandra Clare: „Fikcja jest prawdą, nawet jeśli nie jest faktem”3. Po to właśnie jest opowiadanie historii – zresztą badania dowodzą, że lepiej rozumiemy wiedzę naukową, kiedy komunikuje się ją nam w formie opowiadania. Tak więc równolegle z neurobiologią i biologią obliczeniową będziemy odwoływać się do księżniczek Disneya, literackich dystopii, muzyki pop i tak dalej, bo gdzie nauka nie może, tam opowiadanie pośle.