Zarys krajobrazu. Wieś polska wobec zagłady Żydów 1942–1945

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Latem i jesienią 1942 r., w okresie likwidacji gett, przed polskim samorządem wiejskim stanęły nowe, nałożone przez Niemców zadania. Przede wszystkim chłopów zmobilizowano do dostarczania podwód, którymi wywożono Żydów do pociągów bądź na miejsca kaźni. Chodziło tu o tzw. obowiązki szarwarkowe, czyli bezpłatne poświęcenie czasu i świadczenie pracy na rzecz państwa. Zadaniem sołtysów było zaś sprawiedliwe rozdzielenie tych obowiązków między gospodarzy. W tym samym czasie chłopów zaczęto mobilizować do udziału w obławach na ukrywających się po lasach Żydów — o tym będzie mowa dalej. Nieco później, już po wywózkach, zaczęto na wsiach formować tzw. straże nocne lub warty wiejskie. W zasadzie warty miały za zadanie chronić wieś „przed bandytami i włóczęgami”, a to zazwyczaj oznaczało wyłapywanie Żydów ukrywających się u chłopów, wędrujących między wioskami bądź też szukających ratunku w pobliskich lasach. Gdy na przełomie 1942 i 1943 r. uaktywniły się (szczególnie na wschodzie kraju) oddziały partyzanckie, stan bezpieczeństwa na wsi zaczął się gwałtownie pogarszać. Instrukcje płynące z Krakowa zalecały jednak szczególną czujność w wyłapywaniu zbiegłych jeńców sowieckich oraz uciekających z likwidowanych gett Żydów.

Sołtysi byli z urzędu przełożonymi nocnych wart i ponosili odpowiedzialność za jakość pełnionej przez nie służby. W razie nieobecności sołtysa jego obowiązki przejmował podsołtys, a gdy takowego nie było — naczelnik miejscowej straży pożarnej. W niektórych miejscowościach wartowników nazywano „milicjantami”, co dodawało im splendoru. Jeden z chłopów zeznawał po wojnie: „ja byłem komendantem milicjantów i zadaniem moim było wyznaczenie milicjantów do służby na noc i kontrolowanie ich. Mieliśmy słuchać rozkazów sołtysa…”368. Gdzie indziej „komendantów milicji” nazywano dziesiętnikami. Byli to stali wartownicy, którzy pełnili służbę niejako na etacie wioskowym, pobierali za to skromne apanaże oraz mieli prawo wydawania rozkazów pozostałym wartownikom i strażnikom369. Natomiast prości chłopi, którym kazano trzymać wartę w systemie nocnych rotacji, pełnili służbę uzbrojeni w co popadnie, zazwyczaj widły, drągi, rzadziej w karabin. Tryb pracy wart nocnych zależał od wielkości wioski i liczby gospodarzy, których można było wciągnąć do służby. Na przykład w gromadzie Bolesław, położonej na północ od Dąbrowy, blisko Wisły, do warty nocnej wykorzystywano 30 ludzi zebranych z 12 okolicznych wsi. W celu zabezpieczenia magazynów wojskowych, które zbudowano w samym Bolesławiu, Niemcy scalili pobliskie wsie w tzw. gminę zbiorową (Sammelgemeinde) i w ten sposób zmobilizowali do nocnych wart większą grupę gospodarzy370. Wartownicy zbierali się zazwyczaj na wartowni (stawała się nią niekiedy po prostu chłopska izba), przy której znajdował się drewniany areszt gminny, zamykany na kłódkę. Wyznaczony przez Niemców, sołtysa lub policję granatową komendant straży urządzał na wartowni co wieczór odprawę wartowników. Następnie chłopi rozchodzili się pilnować wcześniej im przydzielonych odcinków wsi. Niemcy dbali też o to, aby zawsze przynajmniej jeden członek warty nocnej był uzbrojony w karabin. Oprócz dziesiętników i wartowników ważna rola przypadła zakładnikom, czyli gospodarzom, którzy własną głową ręczyli za to, że we wsi nie dojdzie do działań „zagrażających interesom narodu niemieckiego”. Zakładnicy, wyznaczani przez policję granatową (niekiedy — jak się wydaje — mogli ich wyznaczać także sołtysi) nie mieli pola manewru, gdyż co pewien czas musieli meldować się na najbliższym posterunku, aby „zdawać sprawę ze stanu bezpieczeństwa w terenie”. Tym samym znaczna grupa gospodarzy stała się, niejednokrotnie wbrew swej woli, informatorami władz371 — a za odmowę współpracy można było dostać się do obozu pracy372. Warty nocne poddawano ponadto od czasu do czasu kontroli policyjnej. W Lubaszowej na wiosnę 1943 r. granatowa policja z Tuchowa zrobiła niespodziewany nalot nocny i — nie zastawszy chłopów na posterunkach — ukarała wszystkich grzywną w wysokości pięćdziesięciu złotych373. Z kolei w Książu Wielkim miejscowy komendant polskiej policji do kontroli warty nocnej wykorzystał członków ochotniczej straży ogniowej. W wyniku tak przeprowadzonej kontroli wpadł jeden z chłopów, który zamiast obchodzić swój rejon, udał się na wesele siostry. Strażacy zabrali go z wesela i odstawili na posterunek PP, tam zaś wymierzono mu surową karę: „byłem strasznie zbity gumą, do tego stopnia, że miałem popękane ciało i nie mogłem w ogóle chodzić. W biciu brali udział wszyscy policjanci, którzy znajdowali się na posterunku”374 — zeznawał po wojnie poszkodowany chłopski strażnik.

Wartownicy mieli prawo legitymować i zatrzymywać wszystkie podejrzane osoby — a do nich niewątpliwie należeli błąkający się od wsi do wsi Żydzi. Zanim po zatrzymaniu Żyda do sprawy włączyły się inne instancje, wartownicy mieli również szansę na przeprowadzenie własnego „dochodzenia”. Jeden z polskich świadków tak opisywał schwytanie zamożnego Żyda ukrywającego się pod Mędrzechowem: „kiedy siedział [w areszcie], to słyszałem, jak płakał i żalił się. Dowiedziałem się także, że [wartownicy] wypuszczali go z wartowni i chcieli, żeby prowadził ich pod swój dom i wskazał, gdzie ma zakopane rzeczy i złoto. Kiedy nie chciał wskazać, wówczas bili go i katowali”375. Czas spędzony przez złapanych Żydów w areszcie to męczące godziny wyczekiwania na śmierć, które wypełniały błagania o litość i łaskę. Do szczególnie dramatycznych scen dochodziło, gdy złapani Żydzi znali swoich ciemiężców. Żyd Haskiel Rand, złapany przez wartę w gminie Wojnicz w grudniu 1943 r. wraz ze swoim dziewięcioletnim synem Izaakiem, został tak pobity, „że całą twarz miał we krwi, tak że początkowo nie mogłem go rozpoznać — zeznawał granatowy policjant. — Rand wówczas zwrócił się do mnie ze słowami: «panie komendancie, patrzcie, co oni ze mną zrobili, jak mnie pobili». Na to jeden z tych, co go doprowadzili, to jest Kuk Stanisław, odpowiedział: «zbiliśmy cię, boś się rzucał, sukinsynu»”376. W Sutkowie pod Radgoszczą w maju 1944 r. warta chłopska pochwyciła osiemnastoletniego Chaima Knie. Jeden z wartowników krzyknął do komendanta straży: „Franciszku, mamy żyda!”. Schwytany Knie, którego mieszkańcy nazywali Chaimkiem, prosił swoich strażników o darowanie życia. Bezskutecznie. „Gdy mnie Chaim zauważył — zeznawał kilka lat później komendant straży z Sutkowa — zwrócił się do mnie ze słowami: «co ja im winien, czemu oni mnie tak powiązali». Potem Chaim usiadł sobie na szkarpie i zaczął się nawet modlić… Nadmieniam, że schwytanego Chaima wszyscy znali, bo jakoś od początku działań wojennych ukrywał się w okolicy”. Skrępowanego chłopaka rankiem następnego dnia odstawiono na posterunek policji w Radgoszczy, gdzie został zamordowany377. Żyda Mariana Habę pobito tak straszliwie, że przybyłemu później granatowemu policjantowi nie pozostało nic innego, jak tylko go dobić. Jeden ze świadków na powojennej rozprawie wspominał słowa policjanta: „jak jestem przy policji 15 lat, tak jeszcze czegoś podobnego nie widziałem. Żyd został w straszny sposób zmasakrowany przez chłopów”378. Inny świadek zeznał: „zastaliśmy tylko jedną masę mięsa. Żyd był zbity, zmasakrowany, zakrwawiony; była na nim zastygła piana. W ogóle nie ruszał się, był zupełnie czarny”379. Jak widać z przytoczonych przykładów, schwytanych Żydów chłopskie warty potrafiły traktować brutalnie, niekiedy wręcz bestialsko.

Kolejnym krokiem po aresztowaniu Żyda było wezwanie sołtysa lub wójta, do którego należała decyzja, jak postępować dalej. W nielicznych wypadkach (zazwyczaj do połowy 1942 r., kiedy jeszcze istniały w okolicy jakieś getta) zdarzało się, że sołtys zarządzał zwolnienie aresztanta. W praktyce w przytłaczającej większości wypadków podejmował jednak decyzję o wydaniu Żydów w ręce władz. Sołtys wyznaczał w takiej sytuacji gospodarza obarczonego powinnością podwody szarwarkowej (innymi słowy, przymusowej i za darmo) do odtransportowania zatrzymanego na najbliższy posterunek PP bądź na żandarmerię. W razie nieobecności sołtysa podwodę wyznaczał podsołtys lub komendant straży, a gdy i tych nie było na miejscu — jeden z dziesiętników380. Jeżeli zaś z jakiegoś względu transport zatrzymanych był niemożliwy, a we wsi nie było telefonu, to na posterunek posyłano gońca gminnego. Goniec taki miał oficjalny status i niejako z urzędu był zobowiązany towarzyszyć policji przy rewizjach i przeszukaniach u lokalnych gospodarzy381. Gońcy wiejscy oraz woźnice transportujący Żydów na policję z rozkazu sołtysa stawali przed trudnym dylematem — odmowa mogła skończyć się podwyższeniem kontyngentu, aresztowaniem, a nawet śmiercią. Wypuszczenie odwożonych na śmierć Żydów mogło z kolei pociągnąć za sobą surowe kary ze strony Niemców. Represje zresztą mogły spaść i na innych — sytuacjom tego rodzaju miało zapobiegać wyznaczanie kilku gospodarzy w każdej wiosce na zakładników. Natomiast po wojnie tych samych woźniców i gońców sądzono za współudział w zamordowaniu transportowanych Żydów i niejednokrotnie skazywano na wieloletnie więzienie.

Należy w tym kontekście zwrócić również uwagę na wyjątkowo trudną rolę sołtysów, którzy w okresie polowania na Żydów musieli stawić czoła sytuacji, do której zupełnie nie byli przygotowani. Postawieni po wojnie przed sądem, z reguły nieporadnie usiłowali bronić swojego dobrego imienia. Franciszek Olbrycht, sołtys z Bieniaszowic, opisywał, jak to pewnego dnia w marcu 1944 r. zastał we własnej chałupie „dwoje ludzi wyznania mojżeszowego, kobietę nazwiskiem Perła Kapelner i mężczyznę nazwiskiem Czarny, imię mi nieznane, który pochodził z miejscowości zza Wisły, Opatowiec. Ww. kobieta siedziała na ławce i cicho płakała, a obok niej siedział ów mężczyzna”382. Perła Kapelner pochodziła z pobliskich Siedliszowic i była we wsi świetnie znana. Natomiast kilku chłopów, którzy dostarczyli zbiegów do domu sołtysa, nie zamierzało na tym poprzestać. Według relacji świadków, zażądali oni, aby złapanych Żydów odstawiono na policję, do Gręboszowa. „Żałujecie Żydów” — miał oświadczyć ociągającemu się sołtysowi jeden z wioskowych łapaczy. Słysząc tę groźbę, sołtys zlecił jednemu z gospodarzy przygotowanie podwody, po czym ofiary odwieziono w obstawie na najbliższy posterunek policji, na egzekucję. Sołtys z Kłyża, skazany ostatecznie na sześć lat więzienia za wezwanie do wioski policji granatowej, która w wyniku tego schwyciła i zamordowała miejscową Żydówkę, tłumaczył się: „przewinienie moje polegało na tym, że niejaki Julian Żelazny zgłosił się do mnie urzędowo i zażądał ode mnie zgłoszenia do policji granatowej, że Żydówka ta prosi, by ją policja odstawiła do getta, a ja żądaniu temu musiałem uczynić zadość”383. Władysław Nagórzański, sołtys z Siedliszowic odpowiedzialny za zorganizowanie obławy, w której wyniku pojmano ukrywającego się od roku w okolicy miejscowego żydowskiego kupca, również tłumaczył się stanem wyższej konieczności: „policjant wydał polecenie, bym jako sołtys wysłał kilku chłopów celem ujęcia żydka”384.

 

Gdyby sołtysi zaniechali pościgu bądź wypuścili Żydów, groziły im surowe represje ze strony Niemców. Musieli zarazem mieć na uwadze „elementy wątpliwe” wśród własnych sąsiadów. Przecież ktoś w końcu Żydów złapał, obrabował, wydał. Bardzo często właśnie ci ludzie domagali się szybkiej egzekucji bądź niezwłocznego oddania schwytanych w ręce władz. W miejscowości Wieniec do sołtysa Piotra Trojańskiego zgłosił się niejaki Wadysław Węgrzyn i oświadczył, że „u niego przechowują się dwie żydówki” i że sołtys ma o tym powiadomić policję. „Sołtys się na to nie zgodził, a wówczas Węgrzyn udał się sam na policję w Niegowici i tam złożył zameldowanie, że u niego w domu przebywają Żydówki”385. Biorąc pod uwagę praktykę policyjną stosowaną w takich sytuacjach przez niemiecką żandarmerię, Węgrzynowi przysługiwać mogła jakaś nagroda, natomiast sołtysowi groziło całkiem rzeczywiste niebezpieczeństwo. W tym akurat wypadku obie Żydówki zostały rozstrzelane przez żandarmów, a sołtysowi nic się nie stało, ale mogło się to dla niego skończyć inaczej. Sołtysom, którzy odmawiali współudziału w polowaniu na Żydów, grożono denuncjacją. Choć przeważnie pisane toporną, nieporadną polszczyzną, donosy do władz bardzo łatwo mogły doprowadzić sołtysa i jego rodzinę do zguby. W jednym z takich pism czytamy: „Wkreślam pare słów do władzy niemiecky zarzedu gminy ojżen najpierw zwracam się do żiendarmerii i Pana Komendanta w Kraszewie bo u nasz w Gutkowie wyrabiają się straszne rzeczy sporęki sołtysa, bo sołtys Głuszniewski i Władysław Konieczek ta są pierwsze politykanci, bo ich powinno dawno już nie być, to by drugich nie oszukowali”386. Niemcy dawali donosy do przetłumaczenia na język niemiecki, a dalszy los sołtysa zależał już wyłącznie od nastroju komendanta miejscowego posterunku.

W większych wsiach, takich jak wspomniany wcześniej Bolesław, oprócz warty nocnej funkcjonowała też warta strażacka387. Od warty nocnej różniła się przede wszystkim lepszą koordynacją działań — strażacy ćwiczyli przecież razem, byli zdyscyplinowani i mieli doświadczenie w działaniu zespołowym. Poza tym przed wojną komendant ochotniczej straży pożarnej, tak jak sołtys, wyłaniany był w drodze wyboru przez ogół wioski. Musiał więc cieszyć się pewnym szacunkiem we wsi, a jego decyzje nie tylko w dziedzinie gaszenia pożarów były z reguły wdrażane bez oporów. Komendanci straży pożarnej, podobnie jak sołtysi, zachowali podczas wojny swoje stanowiska. Strażaków z oczywistych przyczyn nie obowiązywała godzina policyjna, mieli więc znacznie większą swobodę niż inni gospodarze. A pod pretekstem zbiórek strażackich można było przeprowadzać różne ćwiczenia, takie jak ćwiczenia z poszukiwania i łapania Żydów. Za przykład tego rodzaju zadań niech posłuży akcja strażaków z Racławic (wioska między Miechowem a Olkuszem), których zwołano na zbiórkę w czerwcu 1944 r.388 Ćwiczenie polegało na przeprowadzeniu rewizji w domu niejakiego Wawrzyńca Pomiernego, u którego — jak mówiono we wsi — przechowywali się Żydzi. I rzeczywiście, podczas rewizji strażacy wykryli w stodole podejrzanego sześcioro Żydów: „dwoje Lewkowiczów i czworo dzieci Krotzerów”. Dorosła Żydówka próbowała salwować się ucieczką, ale została złapana przez strażaków czekających w pobliżu. „Lewkowiczowa starała się ukryć w pszenicy, a Kozioł starał się odciąć jej drogę, idąc ziemniakami rosnącymi tuż przy pszenicy. Gdy Lewkowiczowa opierała się — uderzył ją”389. Nie można odmówić całej tej operacji pewnej dyscypliny: strażacy podzielili się na dwie grupy, po sześć osób w każdej. Jeden ze strażaków zeznawał na procesie, że zaglądali jedynie do domów, „nie przeszukując jednak dokładnie piwnic czy strychów”390. Potem podjechały podwody wyznaczone przez przywołanego na miejsce sołtysa, „a strażak Pączek związał Lewkowiczów sznurem”. Sam sołtys słyszał, jak „Żydzi z płaczem prosili obecnych, aby ich nie odprowadzano do policji”, po czym „zrobiło mu się słabo i z mieszkania wyszedł”391. Złapanych Żydów odstawiono na posterunek PP w pobliskiej Sułoszowej, a później na żandarmerię do Wolbromia, gdzie zostali zgładzeni392. Tego typu akcje, jak ta przeprowadzona przez racławicką straż pożarną, nie należały do wyjątków. Świadkowie, zarówno strażacy, jak też inni gospodarze, zapamiętali powtarzane kilkakrotnie akcje wyłapywania Żydów podejmowane przez miejscową ochotniczą straż pożarną. Nie zawsze kończyły się one zgodnie z zamysłem inicjatorów — choćby wiosną 1944 r. kilka takich akcji poniosło fiasko. Innym razem znowu (niestety, świadkowie nie potrafili zgodnie umiejscowić tego wydarzenia w czasie) złapano kilku Żydów, po czym zabił ich na polu za wioską wezwany specjalnie w tym celu polski policjant393. Wśród racławickich strażaków było zresztą zaledwie kilku zagorzałych antysemitów, „którzy byli znani we wsi ze swego nieprzychylnego i wrogiego stosunku do Żydów”, ale potrafili oni wymóc na pozostałych, by ci posłusznie brali udział w akcjach. Czynili to więc raczej ze strachu przed kolegami i Niemcami niż z własnego przekonania. Oprócz konformizmu wrogość i agresję w stosunku do Żydów można motywować — świadkowie nie mieli co do tego wątpliwości — chęcią zagrabienia żydowskiego złota. Zachowanie się oddziałów Ochotniczej Straży Pożarnej w dystrykcie krakowskim nie odbiegało od tego, co się działo na pozostałych obszarach Generalnego Gubernatorstwa.

W „Biuletynie Informacyjnym” 22 października 1942 r. została opublikowana następująca notatka dotycząca likwidacji podwarszawskich gett: „przeprowadzono mordowanie i wywożenie Żydów w Wołominie, Stoczku, Węgrowie, Radzyminie, Jadowie, Siedlcach. Z różnych stron nadchodzą wiadomości o masowym mordowaniu Żydów, lecz żadne z nich nie są tak straszne, jak to, co nam donoszą z Wołomina i Stoczka. Straż pożarna [podkreślenie moje — J.G.] w Wołominie i męty społeczne spośród ludności Stoczka, które brały czynny udział w akcji niszczenia Żydów, zyskały sobie fatalną kartę w historii, dopomagając w zbiorowym mordzie, wyszukując ukrywających się i przodując w grabieży”394. Biuletyn „Informacja Bieżąca” donosił zaś o wydarzeniach towarzyszących likwidacji getta w Stoczku: „w wysiedleniu Żydów 24 X haniebny udział wzięła polska Straż Ogniowa, wyciągając ich z mieszkań, rabując mienie. Katowskie pachołki doczekały się pochwały od niemieckiego Starosty”395. O ile akcja straży pożarnej w Stoczku była koordynowana z okupantem, o tyle omawiane wcześniej akcje racławickiej straży pożarnej odbywały się bez jakiegokolwiek udziału Niemców. Nawet policję granatową wzywano dopiero po zakończeniu obławy, by dopełniła zbrodniczego dzieła. Zdarzało się też, że straż pożarna nie tyle wspomagała, ile wręcz zastępowała policję granatową w aresztowaniu Żydów. Na posterunek PP w Mszanie Dolnej nadeszło zawiadomienie, że u jednego z gospodarzy w Skrzydlnej ukrywają się dwaj Żydzi — bracia Jumka i Josek Grybelowie396. Akurat tego dnia na posterunku panował alarm, w związku z czym funkcjonariusze mieli zakaz oddalania się od budynku, dlatego schwytanie Żydów zlecono telefonicznie strażakom. Pełniący wówczas dyżur opuścili wartownię, otoczyli odpowiedni dom i pojmali Żydów. Strażaków używano zresztą i do innych celów. W Szczurowej po masakrze miejscowych Cyganów strażacy otrzymali rozkaz obstawienia miejsca egzekucji, a potem wykorzystano ich jako grabarzy pomordowanych ludzi. Według jednego ze świadków: „[Engelbert] Guzdek [żandarm — J.G.] polecił sołtysowi niezwłocznie zwołać straż pożarną. Na sygnał trąbki w ciągu 5 minut zgłosiło się 21 strażaków. To na razie wystarczyło, Guzdek zabrał ich na cmentarz. Wnet zadzwoniły łopaty”397. Mimo że strażacy zachowywali dyscyplinę, dobrze znali teren i ludzi, zdarzały się im jednak pomyłki. Paweł Nogieć, naczelnik OSP w Zagorzycach, schwytał na drodze nieznajomego mężczyznę, „który prawdopodobnie miał być narodowości żydowskiej”398, po czym przekazał go przebywającym akurat we wsi niemieckim żandarmom. Wkrótce okazało się, że nieznajomy nie był Żydem, lecz Polakiem Janem Byczkiem, wędrownym sprzedawcą nici. Niezrażeni tym Niemcy zabrali schwytanego Byczka ze sobą, a następnego dnia rozstrzelali go za posterunkiem.

Kolejnym zagrożeniem dla ukrywających się Żydów były obławy, przeprowadzane z wykorzystaniem wcześniej opisanych wiejskich struktur samoobrony. Należały one do najskuteczniejszych metod stosowanych przez Niemców przeciwko Żydom chroniącym się na terenach wiejskich. Uwzględniając skuteczność i zasięg obław, można je podzielić na te bezpośrednio powiązane z likwidacją gett oraz późniejsze, cechujące się inną dynamiką — i najczęściej skierowane również, ale nie wyłącznie, przeciw Żydom399. Obławy na Żydów ratujących się przed deportacją i śmiercią organizowano z rozmachem, używając do tego niemieckich i polskich sił policyjnych. Poza formacjami mundurowymi do łapania zbiegów angażowano miejscowych chłopów — przymuszano ich niemieckim rozkazem albo zachęcano obietnicą zgarnięcia dóbr znalezionych przy ujętych zbiegach. Szczególnie obfite żniwo przynosiły początkowe obławy, ponieważ Żydzi w pierwszych godzinach i dniach ucieczki nierzadko poruszali się sporymi grupami i zazwyczaj słabo orientowali się w terenie. Natomiast ci, którym udało się przetrwać pierwsze obławy, z czasem udoskonalali strategie przetrwania, budując na przykład stałe schrony, dające przynajmniej do pewnego stopnia osłonę przed odkryciem oraz przed zimnem.

Sygnał do obław dawały polecenia rozsyłane z zarządów gmin do sołtysów. W aktach krakowskiego sądu zachowało się pismo wystosowane 28 sierpnia 1942 r. przez wójta Franciszka Rusinę z Kośmic Wielkich do sołtysa w pobliskich Janowicach (na wschód od Miechowa i na północny zachód od Dąbrowy Tarnowskiej) następującej treści: „w związku z zarządzeniem Starostwa Powiatowego w Krakowie z dnia 14.[0]8.1942 br. w sprawie wysiedlenia żydów z terenu gminy zawiadamiam, że zarządzenie to jest bardzo surowe. W wykonaniu tegoż zarządzenia i na polecenie miasta Wieliczki należy dopilnować, aby na terenie tamtejszej gromady nie znajdował się ani jeden żyd, żydówka czy dziecko żydowskie. Zatem wyśle Pan zakładników natychmiast, by przeszukali cały teren gromady, zaułki, krzaki itp., czy ci gdzieś nie przebywają. Przyłapanego wzgl[ędnie] napotkanego żyda należy odstawić natychmiast do posterunku Policji Polskiej. Zaznaczam, że za przechowywanie żyda w mieszkaniu każdemu grozi kara śmierci. Również odpowiedzialność za przebywanie żyda na terenie gromady spada na sołtysa i w razie zaniedbania tegoż grozi mu kara śmierci. Upominam jeszcze raz, żeby ta sprawa była należycie dopilnowana. Za wykonanie tegoż jest Pan odpowiedzialny pod grozą kary śmierci. Kośmice Wielkie, dnia 28 sierpnia 1942 r.”400.

Trudno powiedzieć, czy pisma o podobnej treści otrzymali od wójtów sołtysi powiatu dąbrowskiego, niewątpliwie jednak tamtejsze polskie władze samorządowe również zostały skutecznie zmobilizowane do działania. Jego schemat był prosty: do sołtysa wpływała informacja, że u jednego z gospodarzy ukrywają się Żydzi. Nierzadko informatorami były same osoby ukrywające Żydów, które z takich czy innych względów chciały się kłopotliwych gości pozbyć. Sołtys miał obowiązek powiadomienia policji i zorganizowania łapanki. Zachował się opis jednej z wielu takich sytuacji: „wobec tego, że Ludwik Kosoń mi o tym [że w jego stodole ukrywa się Żyd — J.G.] zameldował, udałem się do dworu, w którym był telefon, i zgłosiłem o tym policji w Oftinowie, od policji dostałem polecenie, by obstawić stodołę […]. Wysłałem gońca, ażeby powiadomił ludzi, aby wzięli udział w łapance. Za chwilę zobaczyłem ludzi, a była ich masa, prowadzących jakiegoś człowieka”401.

 

Straże wiejskie, o których była wcześniej mowa, odgrywały niezwykle ważną rolę w organizowaniu i przeprowadzaniu akcji przeciwko Żydom. Dla żydowskich niedobitków chowających się po lasach ich istnienie niosło ze sobą dodatkowe zagrożenia z dwóch powodów. Po pierwsze, ujęcie społeczności wiejskiej w paramilitarną dyscyplinę straży zwiększało zagrożenie rewizjami w chałupach i nadawało im oficjalną sankcję, a po drugie — ułatwiało organizację i zwiększało skuteczność obław w pobliskich lasach. Funkcjonowanie ukonstytuowanej w ten sposób władzy ułatwiało też dokonywanie obław na własną rękę. W gromadzie Brnik (pod Dąbrową) obławę na Żydów zorganizowano prewencyjnie, w obawie przed ewentualną akcją niemiecką. „Ponieważ Niemcy wiedzą, że dużo żydów jest w Brniku, i obawa jest, że gromada Brnik popadnie w katastrofę” — jak to podsumował jeden z uczestników obławy402. Podobny, prewencyjny charakter miała obława przeprowadzona z rozmachem w marcu 1943 r. w okolicach Mędrzechowa (na północ od Dąbrowy)403. Mieczysław Soja, jadący z Radwana przez Wólkę Mędrzechowską, „zauważył w polu w krzakach pięciu obywateli narodowości żydowskiej, a mianowicie: matkę i trzech synów oraz jednego ob[ywatela] narodowości żydowskiej nazwiskiem Fałek”. O swoim odkryciu Soja niezwłocznie doniósł sołtysowi Wólki, który natychmiast zarządził obławę, by ująć wykrytych Żydów, a Soję posłał do pobliskiego Mędrzechowa, gdzie znajdował się najbliższy posterunek żandarmerii. Obława ruszyła, nie czekając na pojawienie się żandarmów. Z zeznań jednego ze świadków wynika, że wzięło w niej udział około trzystu osób, czyli prawie cała dorosła ludność wioski. „Jedni poszli na polecenie [sołtysa — J.G.] Trzepaczka, gdyż napędzał ich sam, chodząc po domach, inni zaś byli z ciekawości”404 — konkludował świadek. Warto dodać, że o ile w wypadku obław urządzanych oddolnie działała presja sołtysa, o tyle w innych wypadkach o masowy udział dbali zakładnicy gromadzcy (wyznaczani przez sołtysa lub przez policję granatową), którzy ręczyli głową za pomyślność przedsięwzięcia405. Obława zainicjowana przez Soję zakończyła się sukcesem, a pięcioro ciężko pobitych Żydów zostało przekazanych w ręce mędrzechowskich żandarmów, którzy ich niezwłocznie rozstrzelali. W podobny sposób zakładnicy zmobilizowali gospodarzy do udziału w obławie na Żydów w gminie Tonia. „Na wiosnę 1943 r. w Wielką Sobotę koło godziny 10 przed południem przyszedł do mojego domu zakładnik gromadzki Piotr Czupryna, oświadczając mi, gdyż z rozkazu sołtysa oraz niemców mam iść na obławę celem ujmowania żydów. Ja na to się nie zgodziłem i Czupryna poszedł dalej do innych domów, a za jakieś 20 minut przyszedł znowu i powiedział, że jak nie pójdę, to przyjdą po mnie Niemcy. Wobec takiego stanu rzeczy zmuszony byłem iść i udałem się do kępy wiklinowej koło wału Wiślanego, gdzie wiedziałem, że ukrywali się żydzi, lecz w kępie nikogo nie zastałem i schroniłem [się tam]. Za jakąś chwilę przyszedł do tej kępy, gdzie się schowałem, Roman Wawrzynek i Wójcik Jan, i razem tam siedzieliśmy. Słyszałem, będąc w kępie, w niedalekiej odległości jakieś rozmowy oraz ruchy ludzkie, lecz nikogo nie widziałem, w szczególności ani żandarmerii niem[ieckiej], ani policji polskiej, gdyż krzaki, w których byłem schowany, były wysokie, tak że na bliską odległość nie widziało się człowieka. W tej kępie przesiedziałem z około dwie godziny, a następnie krzakami doszedłem pod swój dom i już więcej nigdzie nie wychodziłem. Słyszałem następnie, że w czasie tej obławy zostało ujętych coś około 6 osób narodowości żydowskiej, które zostały zastrzelone. Ja żadnego czynnego udziału w obławie nie brałem”406. O tym samym wydarzeniu można się dowiedzieć z relacji granatowego policjanta: „na terenie gromady Tonie [Tonia] nad rzeką Wisłą w tak zwanej «wiklinie» ukrywały się do Wielkanocy 1943 r. dwie rodziny żydowskie, które wybudowały sobie w tych zaroślach ziemiankę. Żandarmeria niemiecka, w szczególności kierujący akcją zupełnego wyniszczenia żydów komendant tejże żandarmerii Guzdek zarządził na Wielką Sobotę 1943 r. obławę przeciwko tymże ukrywającym się żydom. Ażeby obława dała lepsze wyniki, Guzdek wyznaczył w tym celu około 10 zakładników, których osobiście uczynił odpowiedzialnymi za to, by mężczyźni gromady Tonie w dniu tym stawili się na obławę. Zakładnicy obchodzili domy, powiadamiając obywateli gromady Tonie o bezwzględnym rozkazie stawienia się mężczyzn na obławę oraz podkreślając, jakie niebezpieczeństwo im grozi ze strony Guzdka w wypadku, gdyby się na obławę nie stawili”.

Z kolei obława widziana oczami ofiary (w tym wypadku dziesięcioletniego chłopca ukrywającego się wraz z rodziną pod Dąbrową) wyglądała następująco: „ale później, gdy ciocia musiała czasami chodzić do wsi [po żywność — J.G.], wyszpiegowali nas [chłopi] i sprowadzili policję do lasu. Było to 10 lutego [1944 r.]. Na dworze mróz, ale u nas w ziemiance taki gorąc, że wszyscy byliśmy rozebrani, a siostra boso, gdy niespodziewanie wpadła policja. Uciekaliśmy, jak staliśmy. Z naszej kryjówki uratowali się wszyscy i przenieśliśmy się do innego lasu. W sąsiedniej kryjówce zginęło 8 osób, między innymi matka, która nie chciała zostawić kulawej córki, i jej mąż”407. Niemniej i druga kryjówka została zdekonspirowana podczas kolejnej obławy. Tym razem na trop ukrywających się Żydów trafił gajowy, który powiadomił polską policję i Niemców. „Strzelano za nami i wtedy zginęły dwie moje siostry i kilka osób”408 — opowiadał w 1946 r. dziesięcioletni Dawidek Wasserstrum.

Poza obławami organizowanymi przez samych chłopów, przez Niemców bądź z bezpośredniego zlecenia żandarmerii zdarzały się obławy przeprowadzane z inicjatywy policji granatowej. Uczestnik jednej z takich obław dokonanych na terenie powiatu dąbrowskiego w następujący sposób opisał jej przebieg: „strażnik wiklin z Kars zameldował, że nad Wisłą między Karsami a Borusową ukrywają się Żydzi. Mądry [komendant posterunku PP w Otfinowie — J.G.] zarządził natychmiastowy wyjazd w to miejsce. Ekspedycją dowodził Lewandowicz. […] Po dotarciu nad Wisłę nakazał nam otoczenie wskazanej kryjówki, po czym ruszył do niej tylko z Niechciałem [inny policjant z Otfinowa — J.G.]. Prawdopodobnie spodziewał się znaleźć przy Żydach pieniądze lub kosztowności, którymi nie zamierzał się z nikim dzielić. Naszym zadaniem było zatrzymanie Żydów, którzy próbowaliby szukać ocalenia w ucieczce. Po chwili usłyszałem strzały w nadrzecznych wiklinach, a zaraz potem dostrzegłem kilka osób uciekających przecinką w nadrzecznych zaroślach, które szybko zniknęły mi z oczu […] Niechciał i Lewandowicz zastrzelili w kryjówce dwóch Żydów. Gdy dołączyliśmy do nich, zarówno zwłoki, jak i kryjówka były już przeszukane. Niechciał nie był zadowolony — machnął tylko ręką i skomentował jednym słowem — «bidoki». […] Gdy tylko wyszliśmy z trzcin, ten sam informator Mądrego przybiegł z wieścią, że w Karsach przy przewozie rozpoznał oczekującą na prom Żydówkę, której prawdopodobnie udało się zbiec z nadbrzeżnej kryjówki w wiklinach. Lewandowicz i Niechciał rzucili się biegiem i po chwili od strony przewozu usłyszałem kobiece krzyki, następnie strzały, po czym wszystko umilkło. Według relacji Niechciała Żydówkę zastrzelił Lewandowicz. Zwłoki zastrzelonych pogrzebał sołtys z Kars”409. W 1943 r. doszło do obławy wokół miejscowości Skrzynka. Obławą objęto kilka okolicznych wsi, zwłaszcza zaś sprawdzono domy znajdujące się blisko lasu. Z zachowanych relacji i spraw karnych wynika, że do zwołania obławy wystarczył ktoś z inicjatywą i choćby niewielkim autorytetem. Taką osobą mógł być sołtys, bogaty gospodarz, gajowy lub ktokolwiek, kto potrafił narzucić swą wolę innym. Nagonki na Żydów nie wzbudzały najwyraźniej silnych negatywnych emocji, poza zrozumiałą niechęcią gospodarzy do poświęcania dnia pracy na działalność raczej bezproduktywną.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?