Bezsenne noce, senne dniTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bezsenne noce, senne dni
Bezsenne noce, senne dni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,90  51,92 
Bezsenne noce, senne dni
Audio
Bezsenne noce, senne dni
Audiobook
Czyta Ewa Kasprzyk
36 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Alina Białowąs

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Joanna Pawłowska

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Korekta

Magdalena Kawka

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2019

eISBN 978-83-66217-70-6

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

tel./faks 061 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

Trzeba być bardzo ostrożnym, kiedy się ma do czynienia z mężem i żoną, to święta prawda. Mogłabym panu niejedno opowiedzieć, co też kobietom przychodzi do głowy, gdy chodzi o ich mężów.

Agatha Christie, Morderstwo w Mezopotamii

Dwa miesiące temu, czyli w połowie czerwca, naprawiono latarnię stojącą naprzeciwko okna naszej sypialni. I od tamtego czasu budzę się w środku nocy; leżę nieruchomo albo wsparta na łokciu przyglądam się twarzy mojego śpiącego męża. Nie, nie z czułością. Próbuję przeanalizować naszą znajomość. Zaczęła się na wakacjach, gdy oboje byliśmy jeszcze małymi dziećmi. A kiedy kilkanaście lat później szłam na naszą pierwszą randkę, pamiętam, że dźwigałam rozpostarty parasol mojego taty, bo moją parasolkę gdzieś zawieruszyłam. Parasol był wielki, ciemnozielony, automatyczny – zamknął się nagle, przytrzaskując mi głowę, w chwili gdy przede mną stanął Radek. Oficjalnie: Radosław Klofta. Mężczyzna, przez którego po pierwszej randce nie spałam po nocach, a po trzydziestu latach małżeństwa znowu przez niego nie śpię. Ale gdyby nie światło latarni ulicznej, spałabym zwinięta w kłębek, nieświadomie przytulona do boku Radka. Świadomie to ja już się nie przytulam ani do boków, ani do pleców, ani do żadnej innej części jego ciała. Dlaczego? Dlatego, że mój mąż „zapomina” się umyć przed pójściem spać. Oczywiście zrobiłam mu awanturę, a nawet zagroziłam rozwodem, ale on wzruszył ramionami i zapytał, czy nie byłoby lepiej dla mnie, gdybym go otruła, bo wdowę darzy się większym szacunkiem niż rozwódkę. Mruknęłam, że się zastanowię. Od tamtej awantury on wchodzi do sypialni tylko w gaciach i skarpetach. Skarpety zsuwa, wrzuca je pod łóżko, a potem włazi na kolanach pod wspólną kołdrę, kładzie się na wznak, a ja, czując jego pot, zatykam nos. Pot, którego zapach – kiedy oboje byliśmy młodsi – nigdy nie wywoływał u mnie rozkosznych dreszczy, ale i nie drażnił, teraz, gdy Radek „zapomina” się umyć, wzbudza we mnie coraz większą niechęć do spania z nim w jednym łóżku, a tym bardziej do uprawiania miłości. Jeśli to, co on ze mną robił po tych trzydziestu latach małżeństwa, można jeszcze nazwać uprawianiem miłości; bez gry wstępnej, bez żadnych czułych słów, raz w tygodniu budził mnie w nocy, szarpiąc delikatnie moje ramię. Kiedy zaspana próbowałam mu tłumaczyć, że głowa mnie boli, oznajmiał: „Pragnę cię”, a na moje: „Daj mi spokój”, udawał głuchego i kładł się na mnie, miętosił moje piersi i powtarzał w kółko: „Rozsuń nogi. Rozsuń nogi”. I co ja miałam robić? Przecież nie będę się z nim szarpać i wzywać pomocy. Rozsuwałam więc nogi. On wtedy wciskał we mnie tego swojego ptaszka (nie, nie zdrabniam, to już jest ptaszek, a nie ptak), wykonywał powoli kilkanaście ruchów: góra – dół – góra – dół, sapiąc, jakby się wspinał na Mount Everest, i nagle z jękiem opadał na mnie całym ciężarem ciała. Wstrzymywałam oddech, a on, mokry od potu, zsuwał się ze mnie, odwracał plecami i od razu zasypiał. Łapałam oddech, czekałam cierpliwie, aż rozlegnie się chrapanie, a potem szłam do łazienki wziąć prysznic. Nasz ostatni seks był przed dwoma miesiącami. Zapamiętałam, bo Radek powiedział, żartując, że ta naprawiona latarnia uliczna naprzeciwko okna naszej sypialni może ukazać w innym świetle nasze małżeństwo. Gdyby przewidział, jakie myśli zaczną kiełkować w mojej głowie – nie żartowałby. A poza tym umył się tamtej nocy, przed pójściem do łóżka. Ale podejrzewam, że tylko dlatego się umył, bo było mu wstyd przed Igorem, naszym synem, czyścioszkiem po mamusi, który przyszedł nas odwiedzić i zanocował. A wyfrunął z rodzinnego gniazda pół roku wcześniej, gdy tylko fachowcy zakończyli remont w jego kawalerce – prezencie od moich rodziców, zanim się rozwiedli. Mama nie potrafiła wybaczyć tacie, że ją zdradził. Z kobietą starszą od niej o pięć lat. Dlatego przezwała ją Mumią. Po rozwodzie ojciec wyprowadził się do Mumii i „gniotą się” w jej jednopokojowym mieszkaniu. A moja mama „panoszy się”, zdaniem mojego taty, na trzech pokojach, jak jakaś hrabina. Jeśli już, to ziemianka, bo mama pochodzi z ziemiańskiej rodziny, z okolic poznańskiego. Co prawda nic z tego dla mnie nie wynika, mam na myśli bogactwa materialne, ale jest to dobry argument na obronę, gdy podczas kłótni małżeńskiej mój mąż wytyka mi prostactwo, udając, że nie pamięta o moich ziemiańskich korzeniach. Oczywiście nie pozostaję mu dłużna i wytykam mu jego braki w wysławianiu się, bo pan magister agrotechniki i inżynier leśnictwa Radosław Klofta, poznańska pyra – do dziś mówi „mlyko” zamiast „mleko” i pyta, czy kupiłam „chlyb”. Na to moje wytykanie Radek wykrzykuje, że gdyby się ze mną nie ożenił, nie mieszkałabym w metropolii, w elegancko urządzonym mieszkaniu. Szybko zapomniał, że było kompletnie na odwrót – to dzięki mnie on zamieszkał w metropolii. Ale z tym „elegancko urządzonym mieszkaniem” przesadził. Meble mamy z paździerza, dywany poliestrowe. A obiecywał mi, że po ślubie będziemy mieszkać jak w pałacu.


Czasem się zastanawiam, czy Radek kiedykolwiek był we wnętrzu jakiegoś pałacu. Że wiedział, jak wygląda, a raczej wyglądał, pałac – wiem na pewno, bo na długo przed tym, zanim mi powiedział: „Ożenię się z tobą”, sama mu pokazałam ruiny, które przed drugą wojną światową były pałacem należącym do przodków mojej mamy.

– Jakich przodków? – zapytał wtedy, patrząc podejrzliwie raz na mnie, raz na ruiny.

– Jak to jakich? – zirytowałam się. – Osób, od których ja pochodzę.

– Ty? – parsknął śmiechem.

Może i nie mam szlachetnych rysów, bo zamiast ładnego, zgrabnego nosa mam „kartofla” po tacie, ale z mojej twarzy aż bije inteligencja.

– Nie wyglądasz na księżniczkę.

– Odezwał się znawca księżniczek. W moich żyłach płynie ziemiańska, a nie książęca krew.

– Ziemiańska? – Znowu parsknął śmiechem. – Szybko zapomniałaś, że twoja mama urodziła się na wsi, że mieszkała w chacie krytej słomą i chodziła do tej samej szkoły podstawowej, w sąsiedniej wsi, do której chodziła też moja mama.

– A ty szybko zapomniałeś, że moja mama zdała egzaminy na studia w mieście i ukończyła farmację, a twoja zakończyła edukację na szkole podstawowej.

– No i co z tego? Obie wyszły za mąż i obie zostały kurami domowymi. Jedna w mieście, druga na wsi.

– Moja tylko do czasu, dopóki ja nie poszłam do przedszkola. Do teraz pracuje w aptece i kto wie, czy nie zostanie kierowniczką.

– Moją, gdy ja się urodziłem, wybrano na przewodniczącą koła gospodyń wiejskich i jest wybierana aż do teraz. Czyli przez piętnaście lat.

– A ty? Kim zostaniesz?

– A jakie to ma znaczenie dla ciebie? Przyjeżdżasz na wieś tylko na wakacje. Miastowa panna. Nosa zadziera, ziemiankę zgrywa i udaje, że zapomniała, jak kotka w balii utopiła.

– To był wypadek! Ja wtedy miałam cztery lata i nie wiedziałam, że kotka nie wolno zanurzać pod wodą.

– Też wtedy miałem cztery lata, ale ja bym kotka nie utopił.

– Próbujesz mi powiedzieć, że byłeś mądrzejszy ode mnie?

– Byłem i jestem.

– Gówno prawda! Mieszkasz na wsi zabitej decha…

Umilkłam, bo Radek nagle się odwrócił i poszedł w stronę rowerów, opartych o pień rozłożystego dębu. Widząc, że wsiada na rower, krzyknęłam:

– Kmiotek!

Ale on nawet nie spojrzał w moją stronę, odjechał bez pożegnania.

Kmiotek, powtórzyłam w myślach. Wywiózł dziewczynę na pustkowie, sprowokował ją do kłótni, a potem, udając obrażonego, zostawił samą. Z nerwów zapomniałam, że to ja namówiłam go na oglądanie ruin pałacu po ziemiańskich przodkach mojej mamy.

– Jaśnie pan obrażalski Radosław Klofta, a gdzie to niby on mieszka, jak nie na wsi zabitej dechami – mamrotałam, prowadząc mój rower, bo z pagórka bałam się zjechać na tej starej damce. Łańcuch w niej zgrzytał i pojękiwał, wywołując ciarki na moich plecach. W pałacowych ruinach ponoć nocami straszyło, a ja ciągle dreptałam wokół nich, wypatrując ścieżki. – Cholerny kmiotek! – wrzasnęłam, ale bardziej ze strachu niż ze złości, bo czekał mnie powrót przez las, ścieżki nie mogłam wypatrzeć, a słońce właśnie zachodziło. Zdesperowana posadziłam tyłek na siodełku, mocno chwyciłam kierownicę, nacisnęłam na pedały i zjechałam z pagórka prosto do lasu. Na moje szczęście trafiłam między drzewa, a nie w drzewo, ale i tak spadłam z roweru.

 

Do dzisiaj sama siebie podziwiam, że wtedy tak szybko wstałam, że nie wpadłam w panikę, patrząc, jak z rozciętego kolana płynie strużka krwi. Po prostu jednym ruchem podniosłam rower, jakby ten stary rupieć był lekki jak piórko, wsiadłam i pojechałam dalej, zupełnie niechcący trafiając na ścieżkę. Oglądałam się co jakiś czas, ale widząc jasny punkt wejścia do lasu, spokojnie jechałam. Jednak gdy za którymś razem się obejrzałam i już nie dostrzegłam jasnego punktu, poczułam lęk. Im głębiej wjeżdżałam w las, tym większy lęk mnie ogarniał. Lubię las. Lubię samotnie spacerować po lesie, ale nie po zachodzie słońca, kiedy drzewa przypominają wyglądem czarną ścianę. A gdy spojrzeć w górę, widać czarne gałęzie na tle nieba. Jakby zastygłe. Jest taki moment w lesie, tuż po zachodzie słońca, kiedy milknie śpiew ptaków. To właśnie tego momentu zawsze najbardziej się bałam, dlatego szybko wychodziłam, gdy jeszcze ostatnie promienie słońca oświetlały korony drzew. Lecz wtedy, tam w lesie, nie mogłam zawrócić, bo musiałabym się zatrzymać, żeby zsiąść z roweru, a ja, mimo lęku, czułam się wygodnie, siedząc na siodełku i patrząc z tej wysokości na coraz mniej widoczną ścieżkę. Poza tym zawracanie nie miało sensu, bo innej drogi niż ta przez las nie znałam. Oczywiście pamiętałam, że każdy rower ma lampę przy kierownicy. Każdy, ale nie ta stara damka z czasów – jak podejrzewałam – zaboru pruskiego. Mój pradziadek ze strony mamy, w którego żyłach płynęła ziemiańska krew, kolekcjonował szable i bagnety. Niestety, nie kolekcjonował karet. Niestety, bo jak można mieszkać w pałacu, a nie jeździć karetą? A syn pradziadka, czyli brat mojej babki, kolekcjonował rowery. I pewnie ta moja damka była z jego kolekcji. Rower dzienny, jak nazwał ją Radek, gdy przyjechał po mnie na swoim rowerze; z lampą przy kierownicy i światełkiem odblaskowym na tylnym zderzaku. Wstrętny kmiotek, pomyślałam znowu, mocniej naciskając na pedały. Skoro już się obraził, że nazwałam jego wieś zabitą dechami, i postanowił mnie ukarać, mógł odjechać na damce, a mnie zostawić swój rower. Nagle coś zazgrzytało. Zanim zrozumiałam, że spadł łańcuch – sama spadłam. I teraz ja zazgrzytałam zębami ze złości i bólu, bo uderzyłam tym krwawiącym kolanem w jakiś wystający z ziemi korzeń. Próbowałam rozmasować kolano, ale ból był jeszcze dotkliwszy, więc pojękiwałam, jakby to miało mi ulżyć, gdy nagle coś się poruszyło na gałęziach nade mną. Krzyknęłam, skuliłam ramiona, a po chwili usłyszałam: „Póóójdź. Póóójdź”. Sowa! Sowa pójdźka, zdaniem babki, zjawiała się tam, gdzie wyczuwała nadchodzącą śmierć. Babka, gdy czasem usłyszała to sowie kwilenie – dopowiadała: „Póóójdź w dółek pod kościółek”.

– Ale ja mam zranione tylko kolano – tłumaczyłam na głos, jakby sowa rozumiała ludzką mowę. – Tylko kolano! – krzyknęłam, gdy znowu się rozległo: „Póóójdź”.

Gałęzie poruszyły się mocniej, usłyszałam trzepotanie skrzydeł, a po chwili zrobiło się tak cicho, że ogarnął mnie jeszcze większy strach. Ale i złość na moją babkę, bo zakochała się, niestety z wzajemnością, w prostym wiejskim chłopie i zamieszkała z nim w wiejskiej chacie, a nie w pałacu, czyli – cytując słowa mamy z rozmowy, którą przed wyjazdem na wieś niechcący usłyszałam – babka „spaprała sprawę”. Gdyby nie spaprała, nie siedziałabym teraz na ziemi w lesie, tłumacząc sowie, że mam zranione kolano, tylko siedziałabym wygodnie w fotelu przy kominku w pałacu. Oprócz złości na babkę poczułam w sobie narastającą złość na wszystkich żyjących potomków naszej rodziny, bo nikt z nich nawet nie pomyślał o ratowaniu resztek świetności gniazda swoich przodków. Nikt oprócz mnie. Ja, jeśli nie umrę ze strachu, tu w tym lesie, obiecuję, że ukończę studia, pójdę do pracy i zacznę grać w gry liczbowe. A kiedy już wygram miliony, zajmę się odbudową pałacu. A potem zrobię z niego muzeum, a z siebie kustoszkę, i będę oprowadzać wycieczki, opowiadając im jakieś wymyślone historie rodzinne. Prawdziwych nikt nie chciałby słuchać. Takie było nudne to ziemiańskie życie moich przodków. Tak przynajmniej twierdziła moja babka, ta, która „spaprała sprawę”.

Nagle usłyszałam trzask gałęzi i szuranie, jakby jakieś zwierzę szło w moją stronę, a do tego pochrząkiwało. Zanim zdążyłam pomyśleć, że zaraz zginę, wdrapałam się na drzewo. Nie wiem, jak to zrobiłam, bo nigdy wcześniej nie wdrapywałam się na drzewa. Ale ponoć w chwilach zagrożenia adrenalina mobilizuje nasz organizm, aby użył wszystkich swoich sił. Dzięki adrenalinie siedziałam więc na gałęzi, czekając na rozwój wydarzeń. Najpierw dostrzegłam jakieś błyski w zaroślach, a po chwili te błyski zmieniły się w snop światła, który powędrował w stronę drzew. Muszę schować moje zwisające nogi, pomyślałam, i wtedy rozległ się kategoryczny głos Radka:

– Złaź.

Nawet nie drgnęłam. Zostawił mnie samą, a teraz mi rozkazuje?

– Liczę do trzech. Jeśli nie zleziesz, odjadę, a ty se nocuj na gałęzi jak sowa.

„Se nocuj” – przedrzeźniałam go w myślach.

– Zaczynam liczyć. Jeden…

– Se licz – mruknęłam.

– Nie chcę cię straszyć, ale to las mieszany.

– A co w tym strasznego? – zapytałam.

– Przewaga dębów i buków. Raj dla dzików. Siedzisz na buku. Bukiew to przysmak dzików. Liczę dalej. Dwa…

Spojrzałam w dół. Lampa przy rowerze Radka nie oświetlała już pnia. Gałęzie były słabo widoczne, ale nawet gdyby skierowano na nie wszystkie reflektory świata, nie wiedziałabym, jak zleźć. Tym bardziej że wdrapałam się pod wpływem adrenaliny, a ta ulotniła się ze mnie jak kamfora.

– Dwa i pół. – Głos Radka był coraz bardziej ponaglający.

– Ale… – zaczęłam z zamiarem spytania, jak zleźć, jednak powstrzymała mnie duma.

Prawą dłonią chwyciłam mocno konar gałęzi, tuż przy lewej dłoni, przekręciłam lekko tułów i się zsunęłam. Moje nogi dyndały teraz nad głową Radka.

– Cyrkówka – zaśmiał się. – Chłopoki we wsi mi nie uwierzą, jak im opowiem.

„Chłopoki” – znowu przedrzeźniałam go w myślach.

– Cyrkówka – chichotał. – Wleźć wlazła, ino teraz nie wie…

Umilkł, bo zeskoczyłam, zapominając o bolącym kolanie, ale nawet nie upadłam. Ujęłam się pod boki i zagroziłam:

– Tylko spróbuj komuś powiedzieć.

– Wszystkim chłopokom w mojej wiosce opowiem.

– Tak? To ja im opowiem, jak uciekałeś przed dzikami, gdy przyszły pod to drzewo.

Radek zaniósł się śmiechem.

– Jakie dziki? W tych lasach nie ma dzików. A nawet gdyby były, to bukiew dojrzewa dopiero jesienią. Ale miastowa panna o tym nie wie. Nie uważało się na lekcjach, prawdaa?

– Prawdaa – powtórzyłam, przeciągając ironicznie końcówkę słowa. – Naucz się poprawnie wymawiać, poznańska pyro!

– Przyganiał kocioł garnkowi. Myślisz, że jak się urodziłaś we Wrocławiu, to mówisz czysto? Zaciągasz, jakbyś była zza Buga!

Zrozumiałam „zabuga” i ogarnęła mnie złość, że on znowu mnie przezywa.

– Sam jesteś zabuga!

– Zza Warty.

Zawarty? Nie wiem, o co mu chodzi. Wzruszyłam ramionami.

– Rzeka Warta. Nie uważało się na geografii, prawdaa? Prawda? – poprawił się.

– Wróciłeś, żeby się ze mnie naśmiewać? Było nie wracać. Sama bym sobie poradziła.

– Nocując na drzewie?

– Tak!

– Po co lazłaś na drzewo, kiedy spadł łańcuch w twoim rowerze?

– Skąd wiesz, że spadł? Nie podniosłeś mojej damki. Leży na ścieżce za twoimi plecami.

– Usłyszałem, jak spadł.

– Nieprawda. Nie mogłeś usłyszeć. Nie popisuj się.

– Gdybyś nie zjechała z pagórka, tylko sprowadziła rower, a potem przeszła wzdłuż lasu, zauważyłabyś dukt i jechałabyś wygodnie, a nie męczyła się na nierównej ścieżce.

Pociemniało mi w oczach ze złości.

– Nie odjechałeś, tylko ukryłeś się w lesie, żeby mnie podglądać?!

– E tam, podglądać. Jechałem obok, tym duktem. Byłem ciekawy, jak sobie poradzisz.

– Strasząc mnie dzikami?!

– Żartowałem.

– W dupie mam takie żarty!

Odwróciłam się i poszłam przed siebie, ale nagle krzyknęłam. Rozcięte i stłuczone kolano zabolało tak mocno, że nie mogłam się poruszyć.

– Zobaczyłaś dzika? – krzyknął, śmiejąc się, Radek. – Ej! No! Co tak stoisz, jakbyś wrosła w ziemię?

Zagryzając z bólu wargi, przeszłam kilka kroków, kulejąc, i nagle poczułam, że Radek chwyta mnie za ramię. Chyba naprawdę był przejęty, bo zaczął mówić gwarą, narażając się na moje docinki.

– Coś się stało? Godej, dzioucha.

– Jesteś lekarzem? Nie. Po co mam gadać.

– Chcesz tak stać na zawsze? To se stój.

Puścił moje ramię, a ja aż się zachwiałam.

– Bohaterka – parsknął. – Godej, co ci jest?

– Uderzyłam się w kolano, a wcześniej je rozcięłam, gdy spadłam z roweru.

Radek wyjął z kieszeni latarkę, zapalił ją, przykucnął i po chwili usłyszałam jego głos, ale wcale nie pełen współczucia, tylko lekceważący:

– Łeee tam, ino małe zadrapanie i trochę stłuczenia. Nasz źrebak też tak wczoraj miał, jak byłem z nim na łące. Przyłożyłem liście babki, okręciłem szmatką, przewiązałem sznurkiem i źrebak dziś rano znowu hulał po łące. No tak, ale ja teraz nie mam ani liścia babki, ani szmatki, ani sznurka.

– Nie jestem źrebakiem.

– No i co z tego? Kolano to kolano. Już wiem, co zrobię. Oderwę od twojej kiecki falbankę, okręcę nią kolano. A potem pomogę ci usiąść na ramie i będę prowadzić rower aż pod waszą chałupę.

Nie zaprotestowałam.

Moja damka została w lesie. A ja, siedząc bokiem na ramie (tak na pewno siedziały na koniach moje ciotki ziemianki ze średniowiecza) jechałam na rowerze, który prowadził Radek. Nawet sobie wyobraziłam, zamykając oczy, że jadę na koniu, a Radek jest moim giermkiem; przystojnym, o czarnych kręconych włosach. Ale gdy rozchyliłam powieki i ujrzałam w świetle księżyca wysoką sylwetkę chudego chłopaka o okrągłej twarzy, z włosami białymi jak mleko, sterczącymi na wszystkie strony – westchnęłam rozczarowana.

– Nie wzdychaj. Już jesteśmy przed waszą chałupą.

– Zagrodą – poprawiłam.

– Wszystko jedno – mruknął. – Jak tam kolano? Boli?

– Trochę.

– Do wesela się zagoi. A teraz złaź z roweru – powiedział, przystając. – Drzwi chaty masz blisko. Dasz radę.

– Tak. Dobranoc. Dziękuję.

– Kmiotkowi dziękujesz? – udał zdziwienie.

Zaśmiał się, wsiadł na rower i odjechał.

Chciałam krzyknąć za nim „przepraszam”, ale nagle dotarło do mnie, że tym krzykiem obudzę ciotkę i babkę. Jutro go przeproszę, pomyślałam, otwierając drzwi i wchodząc do sieni. Starałam się zachowywać cicho, nawet nie zapaliłam światła, ale w sieni stały graty, z którymi moja ciotka nie potrafiła się rozstać; biała toaletka z pękniętym lustrem i białe krzesło z wysokim, nadłamanym oparciem, pozostałości z umeblowania sypialni mojej prababki ziemianki, a przynajmniej tak twierdziła jej wnuczka, czyli ciotka Eleonora. Ostrożnie, by nie potrącić żadnego z gratów, przeciskałam się pomiędzy krzesłem a toaletką. I kiedy byłam już pewna, że mi się to udało, usłyszałam za plecami brzęk tłuczonego szkła. Skuliłam ramiona. Zaraz się zacznie, pomyślałam. Nie czekałam długo. Drzwi od izby, w której spały babka i ciotka, otworzyły się.

– Coś ty narobiła! – wykrzyknęła ciotka Eleonora. Miała na sobie białą flanelową koszulę nocną, długą aż do kostek. Wyglądała w niej jak zjawa.

– To lustro już było pęknięte – przypomniałam. – Rano wyzbieram wszystkie odłamki szkła.

– Nie o lustro chodzi. Cała wieś nas weźmie na języki. Jutro skoro świt musisz wyjechać. Sama cię odwiozę bryczką na stację.

– Ciociu, a co ja złego zrobiłam?

– Włóczysz się po nocy ze szczunem.

– Nieprawda. To Radek Klofta.

– Przecież mówię, że ze szczunem.

– Ale ja… – zaczęłam i nagle za plecami ciotki rozległ się zaspany głos babki:

– Nie pozwolę, żebyś porządnym kobietom, wdowie i pannie, spaprała opinię.

I kto to mówi?! Kobieta, która „spaprała sprawę”! Już chciałam jej to przypomnieć, ale ciotka Eleonora popchnęła mnie lekko w stronę mojej izby, udając, że nie zauważa, albo naprawdę nie widząc mojego kolana przewiązanego falbanką urwaną od sukienki.

– Zacznij się pakować – rozkazała.

– I zapomnij, że go znałaś – poradziła babka, a po chwili dodała trochę niewyraźnie, ale ja zrozumiałam: – Dla twojego dobra.

To właśnie tamtej nocy nabrałam podejrzeń, że moja babka żałuje, że poślubiła prostego, wiejskiego chłopa. Nawet wtedy pomyślałam, pakując do walizki ubrania, że babka nigdy nie pasowała do dziadka. Zawsze wyróżniała się we wsi swoim wyglądem i taktownym zachowaniem. Czy jej nie przeszkadzało, że dziadek przy niej nie nabrał dobrych manier? Gdy szli razem, nikomu, kto ich nie znał, nawet do głowy by nie przyszło, że są małżeństwem i rodzicami trzech córek. Ona wysoka, szczupła, ładna, a dziadek niższy od niej, tęgi, z twarzą jak u chłopa na obrazie Bociany Józefa Chełmońskiego. Dlaczego się w nim zakochała? Co takiego było w tym wiejskim chłopie, że nie chciała na męża ziemianina? – zastanawiałam się, leżąc już w łóżku. Nigdy wcześniej nie miałam odwagi, by zadać te wszystkie pytania mojej mamie, i nie miałam też odwagi, by zapytać babkę. Dlatego, już zasypiając, postanowiłam, że jutro spytam o to jej córkę, a moją ciotkę.

 

Obudziło mnie pukanie w drzwi.

– Wstawaj! – rozległ się za nimi głos ciotki Eleonory.

– Zaraz – wymamrotałam, naciągając pierzynę na ramiona.

Miałam nadzieję, że ciotka i babka jednak zmienią decyzję. Bo przecież tak naprawdę nie zrobiłam nic złego, a nawet, moim zdaniem, oddałam im przysługę, pokazując z dumą prostemu, wiejskiemu chłopakowi ślady naszego ziemiańskiego pochodzenia. Niestety, ponowne stukanie w drzwi odebrało mi tę nadzieję.

– Konie już zaprzężone – zameldowała ciotka.

Dwie jędze, pomyślałam. Skazać mnie na wygnanie tylko dlatego, że pokazałam Radkowi ruiny naszego pałacu, i to narażając własne życie, bo mój upadek z roweru mógł być śmiertelny. Ale oczywiście dla babki oraz ciotki ważniejsza jest teraz opinia ludu wiejskiego. A przecież Radek to też lud wiejski, dlaczego żadna z nich nie zapyta go o zdanie na mój temat?

– Wstałaś?! – Głos ciotki za drzwiami rozpędził moje myśli.

– Wstałam!

Odgarnęłam na bok pierzynę i wygramoliłam się z łóżka.

W izbie było prawie ciemno, bo wczoraj w nocy nie rozsunęłam zasłonek w oknie, tak jak to robiłam każdej poprzedniej, żeby obserwować niebo przed zaśnięciem. Idąc w stronę drzwi, namacałam na ścianie okrągły przełącznik, przekręciłam, mówiąc językiem dziadka, „dynks” i w izbie zrobiło się jasno.

Mój dziadek doczekał podłączenia „elektryki” w swojej zagrodzie, ale długo się nią nie nacieszył. Którejś nocy wszedł do stajni, przekręcił dynks, a ponieważ stał od tyłu konia, ten go kopnął, zanim dziadek zdążył się odezwać. Koń potem rżał tak długo, aż obudził babkę. Ale na pomoc dla dziadka było już za późno.

Babka, kiedy już przeanalizowała, jak doszło do tego tragicznego wypadku, przeklęła elektryfikację wsi. Moim zdaniem niepotrzebnie. Bycie wdową, z pochodzenia ziemianką, jest chyba lepsze niż bycie żoną chłopa. Nigdy nikomu tego nie powiedziałam, ale podejrzewam, że moja mama miała to samo zdanie, bo po śmierci dziadka jeździła na wieś w odwiedziny częściej niż za jego życia.

– Chcesz iść pieszo do miasteczka?!

Zirytowany głos ciotki przypomniał mi, że zamiast stać przed ścianą, gapić się na dynks i wspominać dziadka, powinnam się umyć. Ale szybko zdecydowałam, że tylko ochlapię twarz wodą. Reszta ciała niech czeka na mój powrót do domu, gdzie w łazience stoi wygodna wanna, do której można w każdej chwili napuścić ciepłej wody, a nie grzać w garach, ale najpierw trzeba ją jeszcze przynieść ze studni, spuszczając do niej wiadro na łańcuchu, a potem wciągać je z powrotem, kręcąc korbą. A jeszcze później trzeba rozpalić ogień w piecu. Przyrzekłam sobie wtedy, pochylona nad miską z wodą, stojącą na taborecie, że nigdy w życiu nie wyjdę za mąż za wiejskiego chłopa i nie zamieszkam z nim w jego chacie, nawet gdyby ta chata miała trzy izby. Wycierając twarz ręcznikiem, pomyślałam, że powinnam też umyć kolano, tym bardziej że falbanka, którą Radek je okręcił, zjechała do kostki, odkrywając strup i zaschniętą strużkę krwi. Delikatnie, cicho pojękując, bo jednak jeszcze bolało, przetarłam mokrym ręcznikiem zranione miejsce. Falbankę zwinęłam i schowałam do walizki. Nie będę tu zostawiać żadnych śladów mojego pobytu, postanowiłam, chowając też do walizki uszkodzoną sukienkę.

Kiedy wreszcie wyszłam z izby i przechodząc przez sień – uważnie, by nie rozdeptać na miazgę odłamków stłuczonego wczoraj w nocy lustra – weszłam do kuchni, ciotka Eleonora załamała ręce na mój widok.

– Wyglądasz jak topielica. Zapleć warkocz.

– Nie mam czasu. Konie już zaprzężone – odparłam złośliwie.

– Konie mogą zaczekać. Pleć warkocz. Ja uszykuję ci jedzenie.

Postawiłam walizkę przy krześle, usiadłam i zaplatając włosy w długi warkocz, obserwowałam ciotkę; zanim odkroiła z bochenka pierwszą kromkę, nakreśliła na nim nożem znak krzyża.

– Wczoraj upiekłam trzy – powiedziała, smarując kromki masłem. – Dwa zabierzesz ze sobą – dodała i wyjęła z szafki biały ser owinięty w lnianą ściereczkę.

Skończyłam zaplatać warkocz, sięgnęłam po kanapkę.

– Dwa bochenki, ser i osełkę masła już zapakowałam. – Ciotka wskazała głową na tekturowe pudełko obwiązane sznurkiem.

O mało się nie udławiłam kęsem chleba. I wcale nie dlatego, że kromki były za grube. Mam podróżować z czymś takim?

– Zrobię ci herbatę – zaproponowała ciotka – bo jesz na sucho.

Patrząc, jak wsypuje do imbryczka herbatę ulung, a potem wlewa do niego wrzątek z czajnika, obmyślałam plan pozbycia się tekturowego pudełka. Zostawię je w bryczce. Udam, że zapomniałam zabrać przy wysiadaniu.

– Pij. Tylko ostrożnie, bo gorąca – ostrzegła, przesuwając w moją stronę fajansowy kubek z herbatą. – Będziesz jeść w pociągu?

– Nie. Nigdy nie jem podczas podróży – skłamałam na myśl, że ciotka zapakuje mi do innego pudełka grube kromki chleba przełożone białym serem.

Kończyłam właśnie jedzenie i picie herbaty, gdy do kuchni weszła babka.

– Matce powiesz – zwróciła się do mnie – że wyjechałaś, bo nudno ci tu było.

– Mam okłamać ma…

Umilkłam, bo babka spojrzała na mnie tak, że aż poczułam ciarki na plecach.

– To ja twój tyłek ratuję, a ty mi namawianie do kłamstwa zarzucasz?

– Nie, babciu, nie. Tylko… ja nigdy nie kłamię.

– Nigdy? Aha. To powiedz mamie prawdę. A naszą wieś zobaczysz dopiero jak skończysz osiemnaście lat. I dobrze. Co zmalujesz, pójdzie na twoje konto.

– Ja… – zaczęłam, ale babka machnęła ręką, położyła na stole pieniądze, mówiąc, że to na bilet, a potem mruknęła: „Jedź z Bogiem”, i wyszła z kuchni.

– Co, ja? – odezwała się ciotka. – Co chciałaś powiedzieć?

– Ja już jestem dorosła.

Takiego śmiechu ciotki nigdy przedtem nie słyszałam.

– A toś mnie ubawiła – powiedziała, ciągle jeszcze się śmiejąc. – „Ja już jestem dorosła” – powtórzyła, naśladując mój głos. – To może zrękowiny ci urządzimy?

– Nigdy w życiu nie zakocham się w chłopaku ze wsi.

Ciotka westchnęła. A po chwili usłyszałam:

– Zarzekała się żaba błota.

– Wiem, co mówię.

– Radek w mieście Łodzi na leśnika się kształci.

– Co mnie to obchodzi – odparłam, wzruszając ramionami.

– Długo tam jeszcze będziecie gadać?! – dobiegł nas zza ściany krzyk babki. – Odwieź ją na pekaes i wracaj. Krowy trzeba wydoić!

– Już wychodzimy! – odkrzyknęła ciotka. – Schowaj dobrze do kieszeni swetra pieniądze na bilet, bierz walizkę, ja wezmę pudełko.

– Do widzenia, babciu! – wrzasnęłam w sieni.

– Do zobaczenia! Za trzy lata.

Ciotka otworzyła drzwi chaty.

Na zewnątrz było szaro, słońce jeszcze nie wzeszło, a srebrną kulę księżyca zakrywały chmury. Kiedy zajęłyśmy już miejsca obok siebie w bryczce, ciotka zapytała:

– Co mam odpowiedzieć Radkowi, kiedy spyta o ciebie?

– Nic. Sama powiedziałaś, że to szczun.

Śmiech ciotki był za odpowiedź. Zanim szarpnęła lejcami, Dingo podbiegł do bryczki.

– Żegnaj, piesku – powiedziałam szybko, bo czułam, że jeszcze słowo, a zacznę skomleć jak on.

– Wracaj do budy – odezwała się ciotka.

Zrobiła ręką znak krzyża w powietrzu, a potem, szarpiąc delikatnie lejcami, cmoknęła.

Konie ruszyły.

Dingo podwinął ogon i poszedł w stronę budy.

Piaszczystą drogą przez wieś w stronę miasteczka jechałyśmy w milczeniu. Patrzyłam na rosochate wierzby, na chaty o bielonych ścianach, na dachy kryte słomą – i czułam w sercu smutek. Znałam wszystkich mieszkańców w tej maleńkiej, bo liczącej tylko trzydzieści zagród wiosce. Nie było w niej kościoła ani szkoły, a największą izbę w chacie sołtysa przeznaczono na sklep typu „szwarc, mydło i powidło”. Kiedy byłam małym dzieckiem, rodzice przywozili mnie tu ze sobą na czas ich urlopu, a gdy poszłam do szkoły, spędzałam na tej wsi każde wakacje. Biegałam boso z dziećmi po łąkach, a Dingo gonił za nami, głośno szczekając, ale nigdy nikogo z nas nie ugryzł. Kąpaliśmy się w stawie, Dingo razem z nami, bo na łące przy zagrodzie dziadka był płytki staw, służył do pojenia krów. A gdy po deszczu podwórko było upstrzone kałużami, taplałam się z dziećmi w błocie. Piłam mleko prosto od krowy, pomagałam w robieniu masła, ubijając w maselnicy śmietanę, zbierałam jajka, które kury znosiły tam, gdzie im się podobało, a nie w miejscu, które wyznaczyły babka i ciotka. Kiedy nauczyłam się jeździć na rowerze, sama zwiedzałam okoliczne wioski.