Depresja i ciało

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W pogoni za iluzją

Depresja jest dziś zjawiskiem powszechnym, ponieważ bardzo wielu ludzi dąży do nierealnych celów, które nie mają bezpośredniego związku z podstawowymi potrzebami istoty ludzkiej. Każdy człowiek pragnie kochać, a zarazem wiedzieć, że jego miłość jest akceptowana i w jakimś stopniu odwzajemniana. Miłość i troskliwość wiąże nas ze światem, dając poczucie, że jesteśmy częścią życia. Jest dla nas ważne, by nas kochano, tylko o tyle, o ile wspiera to aktywną ekspresję naszej własnej miłości. Ludzie, którzy kochają, nie wpadają w depresję. Poprzez miłość wyrażają siebie, afirmują swoje istnienie i tożsamość.

Autoekspresja jest następną fundamentalną potrzebą wszystkich istot ludzkich i w ogóle wszystkich żywych stworzeń. Leży ona u podstaw wszelkiej aktywności twórczej i jest największym źródłem przyjemności. Rozwinąłem ten temat w mojej poprzedniej książce5. W tym miejscu ważne jest, żebyśmy uświadomili sobie, że autoekspresja jednostki cierpiącej na depresję jest silnie ograniczona, jeśli nie stłumiona całkowicie. U wielu ludzi przejawia się jedynie w wąskiej sferze życia, na ogół w pracy lub biznesie, ale nawet w tym obszarze bywa znikoma, jeśli praca jest wykonywana kompulsywnie lub mechanicznie. Swojego ja doświadczamy przez autoekspresję i jeśli drogi autoekspresji są zablokowane, nasze ja blednie.

Ja jest zasadniczo zjawiskiem cielesnym, zatem autoekspresja oznacza wyrażanie uczuć. Najgłębszym z uczuć jest miłość, ale na nasze ja składają się również inne uczucia i w zdrowej osobowości wszystkie one prawidłowo się manifestują. W istocie zakres uczuć, jakie dana osoba potrafi wyrazić, określa format jej osobowości. Wiadomo, że człowiek w depresji zamyka się w sobie i że uaktywnienie jakiejś emocji, takiej jak smutek czy gniew – co może się wyrażać płaczem lub uderzaniem w kozetkę – ma natychmiastowy i dobroczynny wpływ na jego stan. Kanały, przez które wyrażamy uczucia, to głos, ruchy ciała i oczy. Kiedy oczy spoglądają tępo, głos jest bezbarwny, a ruchy skrępowane, te kanały są zamknięte, a człowiek pogrążony jest w depresji.

Kolejną podstawową potrzebą wszystkich istot ludzkich jest wolność. Bez wolności nie ma mowy o autoekspresji. Nie mam tu na myśli jedynie wolności politycznej, aczkolwiek jest to ważny aspekt wolności. Chcemy być wolni we wszystkich życiowych sytuacjach – w domu, w szkole, w pracy, w życiu towarzyskim. Nie szukamy absolutnej wolności, lecz wolności wyrażania siebie, prawa głosu przy rozstrzyganiu swoich spraw. Każda ludzka społeczność w imię spójności grupy nakłada pewne ograniczenia na indywidualną wolność. Są one do zaakceptowania, pod warunkiem że nie zabierają nam w zbyt dużym stopniu prawa do autoekspresji.

Jednak oprócz zewnętrznych istnieją również wewnętrzne więzienia. Tkwiące w nas samych bariery autoekspresji są często mocniejsze niż obowiązujące prawo czy inne przymusowe ograniczenia, hamujące naszą dążność do wyrażania siebie. Ponieważ często nie uświadamiamy ich sobie lub je racjonalizujemy, blokują nas bardziej, niż mogą to zrobić ograniczenia zewnętrzne.

Osoba w depresji jest uwięziona za nieuświadomionymi murami rozmaitych „muszę” i „nie wolno mi”, które izolują ją, ograniczają i w rezultacie łamią jej ducha. Żyjąc w takim więzieniu, snuje fantazje o wolności, obmyśla sposoby uwolnienia się, marzy o innym życiu. Marzenia te, jak wszelkie iluzje, pomagają w utrzymaniu równowagi, ale uniemożliwiają zarazem realistyczną konfrontację z krępującymi jednostkę wewnętrznymi siłami. Wcześniej czy później iluzja rozpada się, marzenia gasną, plany zawodzą i rzeczywistość zagląda nam w oczy. Kiedy do tego dochodzi, pogrążamy się w depresji i mamy poczucie beznadziejności.

W pogoni za iluzjami stawiamy sobie nierealne cele – czyli cele, po których osiągnięciu, jak wierzymy, automatycznie staniemy się wolni, odzyskamy prawo do autoekspresji i będziemy zdolni do miłości. Właściwie nierealny nie jest sam cel, lecz nagroda, jakiej się spodziewamy za jego osiągnięcie. Wśród celów, do których tak wielu ludzi niezmordowanie dąży, są bogactwo, sukces i sława. W naszej kulturze istnieje mistyczny kult bogactwa. Dzielimy ludzi na tych, którzy „mają”, i tych, którzy „nie mają”. Wierzymy, że bogacze są uprzywilejowani, gdyż dysponują środkami pozwalającymi im zaspokajać wszelkie pragnienia, a zatem w pełni się realizować. Niestety, w wielu przypadkach to nie działa. Bogaci ludzie równie często wpadają w depresję, jak ubodzy. Żadna ilość pieniędzy nie gwarantuje wewnętrznej satysfakcji, a tylko dla niej warto żyć. W większości przypadków pęd do bogacenia się odciąga energię jednostki od aktywności bardziej twórczej i lepiej wyrażającej jej osobowość, co skutkuje zubożeniem ducha.

Sukces i sława to nieco inny przypadek. Pożądanie sukcesu i sławy opiera się na iluzorycznym przeświadczeniu, że ich osiągnięcie nie tylko wzmocni nasze poczucie własnej wartości, lecz także zapewni nam szacunek otoczenia i akceptację, której pragniemy. To prawda, można w ten sposób poprawić swoją samoocenę i podnieść swój prestiż społeczny. Lecz te widoczne zyski nie mają większego znaczenia dla naszego wewnętrznego ja. Iluż to ludzi sukcesu popełniło samobójstwa u szczytu kariery! Nikomu sława nie przyniosła prawdziwej miłości, niewielu tylko przełamało dzięki niej wewnętrzne poczucie osamotnienia. Nieważne, jak głośne słyszymy oklaski, jak bardzo entuzjazmuje się tłum. Nie porusza to naszego serca. Chociaż te cele cieszą się wielkim uznaniem w społeczeństwie masowym, prawdziwe życie toczy się nadal w sferze bardzo osobistej.

A zatem nierealny cel definiujemy jako cel, z którym wiążą się nierealistyczne oczekiwania. Za żądzą pieniędzy, sukcesu lub sławy kryje się w rzeczywistości potrzeba samoakceptacji, szacunku dla siebie i autoekspresji. Dla wielu ludzi ubóstwo, niepowodzenia, pozostawanie w cieniu to znak, że są „nikim”, a zatem są niegodni miłości i niezdolni do miłości. Jeśli jednak ktoś wierzy, że bogactwo, sukces i sława mogą zamienić „nikogo” w „kogoś”, to żyje w świecie iluzji. Człowiek sukcesu może wydawać się „kimś”, ponieważ otaczają go zewnętrzne oznaki powodzenia: dobre ubrania i samochody, elegancki dom, popularność. Jest to obraz „kogoś”, ale obrazy to zjawiska powierzchowne, często niemające większego związku z życiem wewnętrznym. W gruncie rzeczy, kiedy ktoś stwarza sobie wizję „bycia kimś”, świadczy to o tym, że wewnętrznie czuje się „nikim”. Uczucie to wynika z oderwania ego od ciała. Osoba identyfikująca się ze swoim ego i negująca znaczenie ciała funkcjonuje tak, jakby ciała nie miała w ogóle. Utrata poczucia ciała, tożsama z poczuciem, że jest się „nikim”, zmusza ją do podstawienia w miejsce cielesnej rzeczywistości obrazu odwołującego się do pozycji społecznej, politycznej lub ekonomicznej.

Jeśli chcemy poznać prawdziwe oblicze człowieka skrytego za fasadą konwencji społecznej, musimy przyjrzeć się jego ciału, wyczuć jego emocje i zrozumieć relacje z otoczeniem. Jego oczy powiedzą nam, czy potrafi kochać, twarz zdradzi, czy jest zdolny do autoekspresji, ruchy ujawnią stopień wewnętrznej wolności. Kiedy widzimy ciało wibrujące i pełne życia, natychmiast wyczuwamy, że mamy do czynienia z „kimś”, niezależnie od jego pozycji społecznej. I niezależnie od tego, co nam wpojono, prawdziwe życie toczy się na tym osobistym poziomie, na którym ciało wchodzi w relację z innym ciałem lub środowiskiem naturalnym. Cała reszta to tylko scenografia i jeśli pomylimy ją z dramatem życia, to naprawdę wpadniemy w pułapkę iluzji.

Nierealny cel zmusza nas do schlebiania otoczeniu, ponieważ stoi za nim potrzeba aprobaty. Cel ten pierwotnie stawiamy sobie w dzieciństwie, a aprobaty szukamy u rodziców, dopiero później przenosząc to oczekiwanie na innych. Zilustruję ten aspekt zagadnienia opisem pewnego przypadku.

Leczyłem kiedyś kobietę, która wpadła w ciężką depresję po rozpadzie swego małżeństwa. Odkryła, że mąż pozostaje w erotycznym związku z inną kobietą, i było to dla niej wstrząsem. Była kobietą nowoczesną i pozbawioną przesądów, doskonale zdawała sobie sprawę, że takie sytuacje są na porządku dziennym. Co więcej, jej pożycie z mężem nie było wolne od konfliktów. Mąż słabo zarabiał i moja pacjentka musiała się dobrze gimnastykować, by stworzyć rodzinie przytulny dom. W dodatku w ich małżeństwie występowały problemy seksualne – w trakcie stosunku Selma nigdy nie osiągała orgazmu.

Czy Selma wpadła w depresję, ponieważ utraciła miłość męża? Nie jest łatwo ocenić, jak bardzo dwoje ludzi się kocha, ale pracując z Selmą, nie odnosiłem wrażenia, by szczególnie cierpiała z powodu tej utraty. Była teraz samotna, ale samotność nie musi oznaczać depresji. Zresztą wciąż miała przy sobie dziecko i dom, którym musiała się zajmować.

Selma przeżyła szok, ponieważ nie spodziewała się, że może zostać zdradzona i że tę zdradę odczuje tak dotkliwie. Tym, co naprawdę utraciła, była wiara w siebie. Wcześniej sądziła, że pod wieloma względami ma przewagę nad mężem. Uważała, że jest bardziej inteligentna, bardziej wrażliwa i rozsądniejsza. Czuła, że mąż jej potrzebuje, że to ona podsyca jego ambicje i pomaga mu osiągnąć sukces. Widziała siebie jako natchnienie i siłę sprawczą jego działań.

Nietrudno zrozumieć, dlaczego Selma doznała szoku, skoro funkcjonowała w taki sposób i taki obraz pielęgnowała w umyśle. Nie była w stanie wyobrazić sobie, że mąż zwróci się ku innej kobiecie, ponieważ postrzegała siebie jako idealną żonę na całe życie, taką, jakiej powinien pragnąć każdy mężczyzna. Ten rozdęty niczym balon obraz własnej osoby znienacka przekłuła zdrada małżeńska. Jej ego załamało się i Selma wpadła w depresję.

Nierealnym celem, do którego zmierzała Selma, był związek, w którym czułaby się całkowicie bezpieczna, gdyż partner nie mógłby sobie nawet wyobrazić życia bez niej. Potrzeba takiego absolutnego bezpieczeństwa wskazywała na głęboką wewnętrzną niepewność, co rzeczywiście ujawniło się w toku terapii. Jej rodzice rozwiedli się, kiedy była mała, i utrata związku z ojcem głęboko ją zraniła. W jej dzieciństwie było więcej takich wstrząsów emocjonalnych, które ukształtowały jej osobowość, wzbudzając nadmierną potrzebę bezpieczeństwa. Selma jednak nie zdawała sobie sprawy z tej potrzeby, a nawet rzutowała ją na męża. To on potrzebuje bezpieczeństwa – wmawiała sobie i starała się mu je zapewnić, całym sercem oddając się jego sprawom.

 

Nierealne cele, do których Selma dążyła, wkładając w to całą swoją energię, sprowadzały się do tego, aby być idealną żoną i matką i zyskać dzięki temu stałą, niezachwianą miłość, której odmówiono jej w dzieciństwie. Jeden z tych celów był wewnętrzny, drugi zewnętrzny, lecz obydwa były nie do osiągnięcia. Dążenie do doskonałości odbiera jednostce człowieczeństwo i niesie w sobie zalążek klęski. Może służyć jedynie do odmawiania tej doskonałości innym ludziom. W stosunku Selmy do męża można było dostrzec nutę lekceważenia i dopatrzeć się ukrytej pod spodem wrogości. W trakcie leczenia depresji Selma ujawniła wiele goryczy i negatywnych uczuć wobec małżonka.

Pogoń za niezachwianą miłością również jest samobójcza. Selma chciała od męża czegoś więcej niż przywiązania i gotowości dzielenia z nią życia. Chciała, by związał się z nią nawet wbrew własnym potrzebom. Nikt jednak nie chce być tak związany, bo ogranicza to indywidualną wolność. Reakcją męża Selmy na te niewyartykułowane żądania mógł być tylko skrywany resentyment, a następnie bunt, który w końcu rzucił go w ramiona innej kobiety.

W próby realizowania swoich nierealnych celów Selma inwestowała mnóstwo energii i wysiłku. Podjęła te próby jeszcze przed okresem dojrzewania, a zakończyła dopiero w czasie załamania nerwowego. Kiedy do niego doszło, była u kresu sił – wyczerpana fizycznie i zmaltretowana psychicznie. Jej depresję można interpretować jako głos natury wzywający do wstrzymania bezsensownych wydatków energii i dania sobie czasu na odzyskanie sił. Jakkolwiek depresja to stan patologiczny, sprzyja zarazem regeneracji. Załamanie przypomina powrót do dzieciństwa i większość ludzi z czasem spontanicznie powraca do zdrowia.

Niestety, ta poprawa zdrowia nie jest trwała. Gdy tylko ktoś wydobędzie się z depresji i odzyska dawną energię, podejmuje na nowo próby realizowania swoich marzeń. Niekiedy depresja znika w tak nagły i niekontrolowany sposób, że nastrój pacjenta wybija się równie wysoko ponad normalność, jak głęboko był uprzednio poniżej normalności. Taki dziki przeskok od depresji do euforii, a nawet zachowania maniakalnego wróży kolejną reakcję depresyjną. Euforia wynika z butnego przeświadczenia, że tym razem wszystko pójdzie inaczej. Takie przeświadczenie ma alkoholik, zaklinając się, że to była ostatnia kropla alkoholu, jaką wypił. Nigdy nie jest ostatnia. Jak długo nierealne cele tkwią w podświadomości i sterują zachowaniem jednostki, tak długo powrót depresji jest nieuchronny.

Jeśli depresja jest dziś zjawiskiem powszechnym, to przede wszystkim dlatego, że żyjemy w nierzeczywistości, poświęcając mnóstwo energii na pogoń za nierealnymi celami. Jesteśmy jak spekulanci giełdowi żonglujący papierowymi zyskami, które niewielu z nas potrafi zamienić w realne korzyści. Inwestowanie w akcje zewnętrzne względem naszej ludzkiej egzystencji fikcyjnie pompuje ich wartość. Większy dom, nowszy samochód, różne pożyteczne gadżety – to wszystko ma wartość o tyle, o ile może zwiększyć przyjemność, jaką czerpiemy z życia. Jeśli jednak patrzymy na te zdobycze jako na miarę naszej osobistej wartości, jeśli oczekujemy, że wypełnimy nimi nasze puste życie, to przygotowujemy sobie grunt pod załamanie, które nieuchronnie pogrąży nas w depresji – podobnie spekulant wpada w depresję, gdy gorączka spekulacyjna spada i na rynku następuje krach.

Jesteśmy podatni na depresję, kiedy źródeł spełnienia szukamy poza własną osobą. Kto sądzi, że dorównanie sąsiadom pod względem ilości dóbr materialnych uczyni go kimś bardziej znaczącym, bardziej pogodzonym ze sobą i lepiej wyrażającym siebie, ten przeżyje gorzkie rozczarowanie. Kiedy iluzje się rozwiewają, pogrążamy się w depresji. Ponieważ taką postawę prezentuje obecnie bardzo wielu ludzi, sądzę, że możemy spodziewać się wzrostu liczby przypadków depresji i samobójstw.

Osoba wewnątrzsterowna

Pod względem skłonności do depresji ludzi można podzielić na dwie kategorie: zewnątrz- i wewnątrzsterownych. Nie jest to sztywny podział, lecz jedynie terminologia przydatna przy opisie postaw i zachowań. W rzeczywistości wiele osób sytuuje się gdzieś pośrodku, ale większość wykazuje odchylenie w kierunku jednego z tych dwóch wzorców. Z powodów, które wkrótce staną się jasne, zewnątrzsterowni mężczyźni i kobiety są znacznie bardziej podatni na depresję niż wewnątrzsterowni.

Mówiąc ogólnie, osoba wewnątrzsterowna ma silne i głębokie poczucie własnego ja. W przeciwieństwie do osoby zewnątrzsterownej na jej postawę i zachowania nie mają większego wpływu zmieniające się warunki środowiskowe. Jej osobowość jest uporządkowana i stabilna, opiera się na solidnym fundamencie samoświadomości i samoakceptacji. Taki człowiek mocno stoi na własnych nogach i wie, na czym stoi. Cech tych nie ma osoba zewnątrzsterowna. Wykazuje ona silną skłonność do uzależnienia od innych, na których musi wspierać się emocjonalnie. Jeśli jej takie wsparcie odebrać, wpada w depresję. Cechuje się tym, co nazywamy oralną strukturą charakteru, co oznacza, że w dzieciństwie jej potrzeba akceptacji, ciepła i fizycznego kontaktu nie była zaspokajana. Poczucie niezaspokojenia odbiera jej wiarę w siebie i w sens życia.

Osoby zewnątrz- i wewnątrzsterowne różnią się właśnie tym, w czym pokładają swoją wiarę. Człowiek wewnątrzsterowny wierzy w siebie. Zewnątrzsterowny swoją wiarę uzależnia od innych ludzi, przez co naraża się na ciągłe rozczarowania. Wiecznie szuka czegoś zewnętrznego, czemu mógłby zaufać: drugiej osoby, systemu przekonań, religii, jakiejś sprawy lub aktywności. Na poziomie świadomości w bardzo znacznym stopniu identyfikuje się ze swoimi poczynaniami. Na pierwszy rzut oka może się to wydawać pozytywnym nastawieniem: człowiek angażuje się w to, co robi, i osiąga wyniki. Ale robi to dla innych, podświadomie oczekując, że go docenią i odpowiedzą miłością, wsparciem i akceptacją. Osoba wewnątrzsterowna działa dla siebie. Identyfikuje się przede wszystkim z samym sobą jako jednostką ludzką, a poprzez aktywność wyraża swoją istotę. Spełnienie znajduje w swojej reakcji na świat, a nie w reakcji świata na swoje poczynania. Jakiekolwiek jej potrzeby pozostały niezaspokojone w dzieciństwie – a wszyscy mamy takie – nie oczekuje, że ktoś je zaspokoi w jej dorosłym życiu.

Łatwo byłoby podzielić ludzi na niezależnych i zależnych, po czym utożsamić pierwszy typ z osobami wewnątrzsterownymi, a drugi z zewnątrzsterownymi. Odrzucam jednak tę klasyfikację, ponieważ pozory często mylą. Człowiek zewnątrzsterowny nierzadko działa w sposób bardzo niezależny. Ustawia się w pozycji kogoś, kto jest potrzebny innym, wytwarzając wrażenie własnej niezależności. Takie zachowanie to wyraźne świadectwo, że chodzi o osobę zewnątrzsterowną, której uzależnienie skrywa się za fasadą samowystarczalności. Jak już widzieliśmy, w ten sposób zaspokaja ona potrzeby, do których nie przyznaje się ani przed innymi, ani przed sobą. Człowiek zdolny do otwartego wyrażania swojej potrzeby zależności jest o wiele mniej podatny na depresję niż taki, który maskuje ją pozorami samodzielności.

Następna ważna różnica pomiędzy tymi dwoma typami osobowości to sposób, w jaki postrzegają swoje problemy i definiują pragnienia. Osoba wewnątrzsterowna wie, czego chce, i wyraźnie to artykułuje. Może na przykład powiedzieć: „Czuję, że za dużo na siebie wziąłem, muszę trochę odpuścić” albo: „Moje ciało jest zbyt sztywne, a oddech płytki, powinienem się wyluzować”. Wypowiada się o osobistych sprawach z pozycji samoświadomości. Osoby zewnątrzsterownej na to nie stać. Jej pragnienia są bardzo ogólne i ujmowane w kategoriach ogólników w rodzaju: „Pragnę miłości” albo: „Chcę być szczęśliwy”. Ten sposób mówienia świadczy o braku samoświadomości i silnych emocji, które pozwalałyby skupić się na sobie, jak to czyni osoba wewnątrzsterowna.

Wewnętrzne sterowanie zawdzięczamy silnemu uczuciu, które jednoznacznie determinuje nasze działanie. Nie znaczy to, że osoba wewnątrzsterowna jest zdominowana przez jedno tylko uczucie i porusza się zawsze w tym samym kierunku. Taka postawa oznaczałaby sztywność i prowadziłaby nieuchronnie do załamania po wyczerpaniu możliwości podtrzymania niezbędnego napięcia. Emocje zdrowego człowieka są w nieustannym ruchu. Można być rozgniewanym, a potem pełnym czułości, zasmuconym, a potem radosnym. Każde silne uczucie wytycza nowy kierunek, który jest indywidualną reakcją człowieka na środowisko. Wszystkie prawdziwe emocje mają tę cechę. Stanowią bezpośrednią manifestację naszych wewnętrznych sił życiowych.

Wiarę można postrzegać jako pochodną uczuć. Im więcej człowiek czuje, tym silniejsza jest jego wiara. Nie można czuć samej wiary. To, co normalnie odczuwamy, to są rozmaite emocje. Ale kiedy działamy pod wpływem emocji czy uczuć, odwołujemy się do wiary – wiary w autentyczność tych emocji, wiary we własne ja.

Osoba, której brakuje wiary, tłumi w sobie wszystkie silniejsze emocje. W ich miejsce podstawia zbiór przekonań lub iluzji, które kierują jej zachowaniem. Może na przykład być studentem radykałem, przekonanym, że tylko przemocą można obalić istniejący system, który uważa za opresyjny. W imię tego przekonania musi zgromadzić poważne zasoby swojej energii i wzbudzić w sobie coś, co mogłoby wydawać się prawdziwymi emocjami. Ale w tych emocjach nie ma niczego osobistego. Jego gniew nie wynika z poczucia osobistej krzywdy. Jeśli jest smutny, to nie dlatego, że on sam coś stracił. Odstawił na bok osobiste uczucia, oddając pierwszeństwo temu, co uważa za ważne dla innych. I właśnie taka postawa zdradza osobę zewnątrzsterowną. Aż nazbyt często tacy ludzie wpadają w depresję, kiedy sprawa, za którą walczą i cierpią, zamienia się w swoje przeciwieństwo.

Nie mam nic przeciwko zaangażowaniu się w jakąś ideę. Wydaje się jednak, że zasadniczym przedmiotem naszej troski powinien być osobisty dobrostan. Gdyby każda jednostka potrafiła zadbać o siebie, zatroszczyć się o własne potrzeby, świat na pewno byłby lepszym miejscem. Osoba wewnątrzsterowna bynajmniej nie jest egoistą. Jest skupiona na sobie, a kto prawdziwie troszczy się o siebie, musi dostrzec, że jego dobro zależy od dobra innych członków społeczności. Przyjmuje postawę szczerze humanitarną, gdyż uświadamia sobie swoją ludzką naturę, swój jednostkowy byt.

Przerzucanie własnych problemów na innych i domaganie się, by je rozwiązywali, to znak rozpoznawczy osoby zewnątrzsterownej. Choć to smutne, jest to zarazem znak naszych czasów. Niestety obserwujemy stopniową erozję poczucia osobistej odpowiedzialności. Nieintencjonalnie przyczyniła się do tego psychoanaliza. Wykazując w każdym konkretnym przypadku, że jednostki nie można winić za jej niedostatki i niepowodzenia, sprzyjała tendencji o przeciwnym kierunku – tendencji do obwiniania społeczności za jednostkowe cierpienia. Jeśli wina jest po stronie społeczności, to ona musi znaleźć środki zaradcze. A skoro społeczność tworzą wszyscy pozostali ludzie, to nikt nie czuje się za nic osobiście odpowiedzialny.

Lecz społeczność to byt mglisty i pozbawiony rzeczywistej siły sprawczej. A zatem brzemię wszystkich naszych prywatnych i społecznych niedomagań zostaje przerzucone na władze. Trudno sobie jednak wyobrazić, w jaki sposób rząd miałby zaradzić naszym stanom depresyjnym, wyleczyć nas ze skłonności schizoidalnych, uchronić nas przed lękami. Jeśli poszczególni obywatele zrzucają z siebie odpowiedzialność za bezpieczeństwo, ład i porządek społeczny, to nawet zapewnienie tych dóbr na podstawowym poziomie staje się dla rządu trudnym zadaniem. Iluzją jest przekonanie, że wystarczy, by rząd sypnął pieniędzmi, i wszystkie nasze problemy społeczne znikną. Takie iluzje są charakterystyczne dla osób zewnątrzsterownych.

Ufność w połączeniu z poczuciem osobistej odpowiedzialności to rdzeń każdego systemu religijnego. Gdyby jednostka nie czuła się odpowiedzialna za przestrzeganie zasad moralnych, które wnoszą do religii element ziemskiej rzeczywistości, wiara religijna nie miałaby żadnego znaczenia. Wiara i zaufanie tworzą integralną całość, gdy stanowią składnik czyjegoś codziennego życia. U ludzi zdolnych do takiego podejścia prawdopodobieństwo depresji znacznie się obniża.

 

Z drugiej strony ludzie cierpiący na depresję często stwarzają pozory poczucia odpowiedzialności, podobnie jak starają się sprawiać wrażenie niezależnych. Czynią wysiłki, by stać na własnych nogach, lecz sądząc z dręczącej ich depresji, nie wkładają w nie całego serca. Głębsza analiza zawsze ujawnia w takich przypadkach, że starają się nie dla siebie, lecz w celu zdobycia akceptacji otoczenia. Ta udawana odpowiedzialność różni się fundamentalnie od szczerego religijnego przekonania, że dojrzała jednostka ponosi odpowiedzialność za swoje życie przed Bogiem i samym sobą. Siła ducha i odwaga ludzi prawdziwie wierzących w obliczu trudności i niebezpieczeństw robią wielkie wrażenie. Taka postawa jest dzisiaj rzadkością.

Jeśli człowiek pogrąża się w depresji, to dowód, że nie stoi na własnych nogach. To oznaka braku wiary w siebie i rezygnacji z niezależności w zamian za obietnicę spełnienia, którego ma nadzieję doświadczyć dzięki innym ludziom. Zainwestował całą energię w próby realizacji tego marzenia – marzenia nieosiągalnego. Depresja dowodzi, że jego wysiłki się załamały, a iluzje rozwiały. Jednak depresja może otworzyć drogę do nowego, lepszego życia, jeśli właściwie ją zrozumiemy i poczynimy odpowiednie kroki.

Wielu ludziom w pokonaniu depresji pomaga terapia – pozwala ona odzyskać kontakt z własnymi uczuciami, ze swoim wewnętrznym bytem. To z kolei przywraca pacjentowi poczucie niezależności i panowania nad własnym życiem. W dalszym ciągu procesu zaczyna on zwracać się ku swojemu ja. Udana terapia kończy się odzyskaniem wiary w siebie. Jeśli pacjent ma pozbyć się skłonności do depresji, musi stać się osobą wewnątrzsterowną.