W mroku lasu

Tekst
Autor:
Z serii: Ryder Creed #6
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ ÓSMY

Szpital Baptystów

Pensacola, Floryda

Taylor Donahey ucieszyła się, że matka chłopca na chwilę sobie poszła. Miała wymówkę, żeby posiedzieć z dala od pozostałych pielęgniarek. Pracowała tu drugi tydzień i nie układało jej się najlepiej. Była pielęgniarką urazowo-chirurgiczną, miała za sobą służbę w Afganistanie, jej specjalnością były świeże urazy. Poprzednio została skierowana na oddział ratunkowy w Wirginii, a gdzie teraz wylądowała?

Na oddziale pediatrii.

Może to był dla niej etap przygotowawczy do odzyskania syna. Lekcja, jak postępować z dziećmi, bo to zdecydowanie nie była jej specjalność. A może to była kara za to, że zostawiła go przed laty.

Z tym że akurat w tej chwili nie czuła się ukarana. Polubiła Luke’a Hudsona, który przypominał jej Williama, choć był cztery lata starszy. Dziadkowie nazywali jej syna Willie.

Skrzywiła się na wspomnienie tego zdrobnienia. Czy w ogóle istnieje droga powrotu? Może nie miała już prawa decydować o tym, jak inni będą się zwracali do jej syna.

– Dostanę psa – oświadczył Luke ni stąd, ni zowąd.

Taylor czytała jego kartę i wiedziała, że tego ranka się przewrócił. Chorował na cukrzycę typu 1 zwaną też cukrzycą młodzieńczą. Przywiozła go karetka, przeszedł zestaw badań. A teraz siedział radosny i pogodnie nastawiony do świata. Zapomniała już, jak niewinne i szczere są dzieci. I jakie silne. Czy naprawdę spodziewała się, że uda jej się na powrót zaistnieć w życiu syna? Tak niewiele o nim wiedziała, więc jak mogłaby być dla niego dobrą matką?

– Dziewczynkę czy chłopczyka? – spytała, wdzięczna za to, że odwrócił jej uwagę.

– Dziewczynkę. Czarnego la-bra-do-ra. – Wypowiedział to słowo powoli, sylaba po sylabie, i zabrzmiało to tak, jakby z jego ust padły cztery słowa, a nie jedno. Najwyraźniej wciąż się go uczył.

– Wybrałeś już dla niej imię?

– Ona już ma imię. Dowiem się jakie, gdy ją poznam, ale to będzie dopiero jesienią. Ona nie ma jeszcze dwóch lat, skończyła dopiero dwadzieścia dwa miesiące.

Taylor zerknęła na monitory i sprzątnęła tacę. Dostała instrukcje, żeby między innymi zwracać uwagę na zaburzenia mowy, więc rozmowa była w tym pomocna. By nakłonić chłopca do mówienia, spytała:

– Masz jej zdjęcie?

– Nie, nie dają zdjęć, zanim się nie poznamy. Ale najpierw muszę przejść jakieś testy. Tata mówił, że muszę pokazać, że potrafię się nią opiekować. Będę z nią cały tydzień pracował w takim ośrodku, gdzie tresują psy. Jak będę dobry, to ona wróci ze mną do domu. Ma mi pomóc w mojej chorobie, nie mogę się już doczekać.

– Och, więc to pies wyszkolony do wykrywania chorób?

– No tak, ciągle się szkoli.

– Czytałam o takich psach. Są bardzo mądre.

– Mój tata powiedział, że ona będzie chodziła ze mną do szkoły. – Uśmiech znikł z jego twarzy. Zmarszczył brwi, pokręcił głową i dodał ciszej: – Mama nie lubi psów. Mówi, że brudzą i gubią sierść.

– Och, cóż… – Zaskoczona Taylor nie wiedziała, jak zareagować. – Założę się, że kiedy zobaczy, jaki piesek jest mądry, to szybko zmieni zdanie. Twój tata na pewno uważa, że to dobry pomysł, prawda?

Luke wciąż miał poważną minę. Nieważne, co myślał jego tata, chłopiec nie musiał tego mówić, bo jego twarz zdradzała wszystko. Czasami Taylor była aż zła, że małe dzieci są jak otwarta księga.

Zmień temat, nakazała sobie.

Co ona wie o małych chłopcach? Do diabła, czy posiadała jakąkolwiek wiedzę na temat dzieci?

Jeszcze nie tak dawno pomagała składać je do kupy. Młodych mężczyzn, tak naprawdę jeszcze chłopców. Osiemnasto-, dziewiętnastolatków. Konwoje albo helikoptery przywoziły ich z odstrzelonymi ramionami czy brakującą połową twarzy. Ze szrapnelami – gwoździami, śrubami, zwiniętym drutem – w narządach wewnętrznych.

Czasami koszmarne sny przenosiły ją z powrotem do mobilnych oddziałów, które udawały szpitalne oddziały chirurgiczne. Kiedyś przez całą noc śniła, że usiłuje powstrzymać krwawienie. Rzucała się i przewracała na łóżku, we śnie szukając brakujących części ciała. Ledwie zdążyła opatrzyć jednego chłopca, kiedy pojawiał się następny.

Ich oczy były zawsze takie same… wszyscy patrzyli z błaganiem.

Po jakimś czasie nawet wódka nie pomagała. Jedyne, co zdawało się przynosić jej ulgę, to bieganie, więc wkładała sportowe buty i wybiegała z domu.

Bieganie…

Bez końca uciekała od koszmarów, od problemów, od swoich zobowiązań.

– Mój tata musiał na jakiś czas wyjechać z domu. – Głos Luke’a przywrócił ją do teraźniejszości. – Żeby się lepiej poczuł. Nie tak, jak wtedy, kiedy pojechał do Afganistanu.

– Twój tata był w Afganistanie? Jest żołnierzem?

Luke skinął głową i pełen dumy usiadł prosto. Ten temat bardziej mu pasował.

– Też byłam w Afganistanie – oznajmiła Taylor.

Luke zerknął na nią podejrzliwie, po czym spytał:

– Naprawdę?

– Tak, jako pielęgniarka wojskowa.

– O rety.

I nagle zarzucił ją pytaniami, a Taylor pożałowała, że nie zostali przy psach.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Blackwater River State Forest

Gdy wracał przez las, napędzała go złość. Dwa razy musiał stanąć i zorientować się w terenie, bo przez tę kobietę zboczył z drogi. Był przekonany, że spanikowała, na oślep pobiegła przed siebie i się zgubiła. Okazało się, że dokładnie znała swój cel, a przy okazji zaciągnęła go w nieznaną mu okolicę.

Za to teraz wiedział, skąd się wzięła.

Kiedy wsunął łódź tam, gdzie zwykle ją ukrywał, zastanowił się, czy kobieta zdawała sobie sprawę ze swojego błędu. Gdy mozolnie brnął przez resztę drogi do pikapa, czuł, że napięcie w ramionach wreszcie zaczęło ustępować. Tak czy inaczej, wciąż był w opałach.

Tak mawiała jego matka: „Być w opałach”. Nie miał pojęcia, co to są opały, ale doskonale wiedział, jakie to uczucie.

Już niedługo jego świętą ziemię zadepczą policjanci i znajdą to, co tam zostawił. Może nawet zaczną kopać, by sprawdzić, czy nie ma czegoś więcej. Musi pomyśleć. Musi mieć plan.

Kiedy zadzwonił jego telefon, dosłownie podskoczył. W pośpiechu wyjął go z kieszeni, a wraz z nim połamane gałązki i liście. Koszula i spodnie też były pokryte leśnymi śmieciami, więc je strzepnął. Strzepnął też coś z karku i wyciągnął z włosów.

Zwykle przełączał telefon na pocztę głosową, ale ponieważ rozpoznał numer, wiedział, że lepiej odebrać.

– Jestem trochę zajęty – rzekł na powitanie.

– Udie, mój drogi, twój głos brzmi, jakbyś był w środku lasu.

Ten to zawsze jest radosny, zawsze do przodu. Większość ludzi uznałoby, że tylko udaje, ale ten gość miał taką charyzmę i był tak pewny siebie, że człowiek zaczynał mieć nadzieję, iż mu się to udzieli. Był już starszy, sporo osiągnął, znał się na wielu rzeczach i miał wszystko, o czym Udie mógł tylko marzyć. Jakimś cudem dowiedział się, że na drugie imię ma Udall, i od tamtej pory zwracał się do niego Udie. Zamienił żenujące imię, którym na jego nieszczęście obdarzyła go matka, w zabawną ksywkę.

– Prawdę mówiąc, zgadza się, tak, jestem w lesie.

– Masz szczęście, mój przyjacielu. Okazuje się, że w tym tygodniu możesz mieć powtórkę.

– Powtórkę? Nie, zaraz.

– Tym razem to powrót do rutyny. Nic specjalnego. Powinienem być z tym gotowy do końca tygodnia.

– Wczoraj było trochę za bardzo specjalnie. To nie była zwyczajna dostawa. Nie skończył pan z nim. – Udie pozwolił, żeby złość napędzała jego pewność siebie. Musiał tak zrobić, bo w innym wypadku nigdy nie mógłby się z nim skonfrontować. Lubił go, a nawet szanował, i chciał, żeby tamten go lubił. Ale wyglądało na to, że rozpęta się prawdziwe piekło.

– Zaczekaj, Udie. – W melodyjnym tonie zaczęło pobrzmiewać zdenerwowanie. – Co się dzieje? Co to znaczy, że z nim nie skończyłem?

– On jeszcze żył.

– Co?

– On tylko prawie nie żył.

– O czym ty mówisz, do diabła?

Udie oparł się o pikapa. Tamten jeszcze nigdy się nie zirytował, nie przy nim, nie podczas rozmowy z nim. Zawsze był spokojny, wyluzowany, a teraz się wściekał. Udie żałował, że w ogóle o tym wspomniał.

– Gdzie on teraz jest?

– Zająłem się nim. – Nie chciał, żeby tamten się martwił. Chciał zostać jego partnerem. Chciał, by tamten wiedział, że może na niego liczyć.

– Zająłeś się nim?

– No, bez obaw. – Udie słyszał, jak tamten używał kiedyś tej frazy.

– Zająłeś się nim – powtórzył i nie było to już pytanie.

– Zgadza się.

Po chwili ciszy tamten powiedział:

– Chyba jestem twoim dłużnikiem.

Udie nie zamierzał mu mówić o mężczyźnie, kobiecie i psie. Ani o glinach. Jak mógłby mu powiedzieć? To by wszystko zrujnowało, straciłby kontakt, to byłby koniec zleceń na dostawy. Wiedział, że musi się tym jakoś zająć. Tamtymi wszystkimi.

Nagła pewność siebie kazała mu dodać:

– No, jest mi pan winien. Podwójnie.

– Dzięki, Udie.

Udie otarł pot z czoła, sięgnął na siedzenie pikapa po nową bejsbolówkę i włożył ją na głowę. Tamten nigdy dotąd mu nie dziękował. Udie uśmiechnął się. Może jeszcze nauczy go tego czy owego, a nie żeby tylko tamten go pouczał.

Gdy już myślał, że wszystko ma poukładane, tamten powiedział:

– Zadzwonię i dam ci znać, kiedy masz odebrać następnego pod koniec tego tygodnia.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

K9 CrimeScents, ośrodek szkoleniowy dla psów

Panhandle, Floryda

Nie chciała jej zdenerwować. Choć Hanna zazwyczaj wydawała się spokojna, Brodie potrafiła określić poziom jej stresu po liczbie wypowiedzianych przez nią „Panie, zmiłuj się”.

 

Kiedy dobiegła do domu, uregulowała oddech, ale wchodząc do kuchni tylnymi drzwiami, wciąż ściskała w dłoni sprej na niedźwiedzie.

Hanna, gdy tylko na nią spojrzała, szeroko otworzyła oczy i spytała dramatycznym tonem:

– Panie, zmiłuj się, co się stało? – Rzuciła blachę na piec tak gwałtownie, że jedno z ledwie wyjętych z pieca ciastek ześlizgnęło się na podłogę.

Hanna szybko je podniosła, zanim zrobił to któryś z dwóch psów kręcących się pod jej nogami.

– Nic się nie stało – odparła Brodie, zdając sobie sprawę, że Hanna zobaczyła pojemnik ze sprejem w jej dłoni.

Ale ona ledwie spojrzała na sprej na niedźwiedzie, bo jej uwagę przykuło coś innego. Zaczęła otwierać szuflady i coś z nich wyjmować, gestem nakazując Brodie, by usiadła na stołku przy blacie.

– Nie musiałaś się tak śpieszyć – powiedziała Hanna, wyciągając z krótkich włosów Brodie patyki i liście. Potem otworzyła opakowanie wacików i odkręciła butelkę spirytusu. – Ten człowiek i tak pozostanie martwy, nieważne, czy tu szłaś, czy biegłaś. – Nasączonym wacikiem zaczęła delikatnie dotykać jej policzka.

Dopiero w tym momencie Brodie spostrzegła, że ma podarte rękawy bluzki. Ryder zawsze nalegał, żeby wybierając się do lasu, wkładała na T-shirt bluzkę koszulową z długim rękawem, nawet gdy było gorąco i wilgotno. Do tego długie spodnie cargo. Żadnych szortów, buty trekkingowe i skarpetki. Mimo tych wszystkich środków ostrożności okazało się, że nie tylko koszula ucierpiała, bo miała też podrapane ramiona, miejscami tak głęboko, że krwawiły.

– Ktoś był w lesie – powiedziała Brodie.

– Wiem, kochanie, Ryder przysłał mi wiadomość.

– Nie, mówię, że ktoś za mną szedł.

Palce Hanny znieruchomiały. Przekrzywiła głowę i spojrzała w oczy Brodie.

– Dobrze go widziałaś?

– Nie, tylko przez moment widziałam niebieską plamę, pewnie jego ubranie. Najpierw próbował się zakraść, ale zaczęłam biec, więc też ruszył biegiem. Biegł całkiem szybko.

– Dobry Boże.

– Ścigał mnie całą drogę aż do szczytu wzniesienia, ale stamtąd już widać dachy naszych budynków i pewnie to go zatrzymało.

Hanna pogłaskała jej policzek, ale czoło wciąż miała zmarszczone.

– Dobrze, że byłaś szybsza. – Wzięła z blatu telefon. – Lepiej ostrzegę Rydera.

– Myślisz, że ten, kto mnie gonił, zabił tamtego mężczyznę?

– Nie wiem, kochanie. – Ale jej oczy mówiły, że tak właśnie sądzi.

Gdy czekały na szeryfa i koronera, Brodie obserwowała Hannę, która szykowała lunch, jakby spodziewały się gości. Gdy Brodie tu zamieszkała, Ryder jej wyjaśnił, że dla Hanny jedzenie jest najlepszą terapią. Czasami do jedzenia, którym częstowała, dołączała mądrą radę. Ryder mówił, że jedno i drugie, czyli karmienie innych i udzielanie im mądrych rad, są potrzebą płynącą prosto z serca, i że do tej pory Hanna nakarmiła już dziesiątki zagubionych, zaganianych i zranionych osób, które trafiły do jej kuchni. To była jedna z tych rzeczy, które Brodie rozumiała, znajdowała w nich pocieszenie i nauczyła się na nich polegać.

– Czy Ryder jest bezpieczny?

Hanna przeniosła wzrok na telefon leżący obok słoika majonezu, nie przestając smarować i nakładać.

– On potrafi o siebie zadbać – odparła. – Ale poczuję się lepiej, gdy usłyszę, że nic mu nie jest. – Podniosła wzrok na Brodie i dodała: – Pewnie w lesie jest kiepski zasięg.

Brodie skinęła głową, myśląc, że to kolejny powód, by nie nosić ze sobą telefonu. Wszyscy chcieli, żeby miała swój telefon, ale uważała, że to urządzenie daje fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Wcześniej z pewnością by jej nie uratował. Mimo to fascynowało ją, jak bardzo ludzie są uzależnieni od telefonu i jak niemal hipnotycznie na nich działa.

Zgadzała się, że są pewne korzyści. W tym właśnie momencie odezwał się telefon Hanny.

– Szeryf Norwich już jest – oznajmiła Hanna. – Wygląda na to, że koroner jedzie zaraz za nią.

Wystarczyło, że Hanna zerknęła na ekran telefonu i dotknęła go, i od razu widziała każdego, kto skręcił na ich długi podjazd. Brodie wiedziała, że to się nazywa aplikacja, i że Ryder tak ją ustawił, aby telefon dawał sygnał dźwiękowy, ilekroć kamery z czujnikami ruchu zarejestrują jakieś zdarzenie.

Ryder kazał rozmieścić kamery na całym terenie ich posesji. Pokazał jej, jak łatwo można sprawdzić, co się dzieje na psim wybiegu albo wewnątrz psiarni. Widział obrazy z kamer na monitorach wewnątrz budynków, mógł też wybrać aplikację w telefonie i zobaczyć je na ekranie. Kamery były ukryte pod okapem dachów, na ogrodzeniu, a nawet na drzewach.

Wszystko to służyło ochronie przed niedźwiedziami i rysiami, w każdym razie tak jej powiedział Ryder. Jasonowi raz się wymsknęło, że kamery mają ich również ostrzegać przed intruzami rodzaju ludzkiego.

Tak naprawdę Brodie nie rozumiała, czemu to przed nią ukrywali, przecież gdy to usłyszała, od razu poczuła się lepiej. Wciąż się niepokoiła, że pewnego dnia Iris Malone znajdzie ją i znów wywiezie w nieznane. Albo wynajmie kogoś, żeby to zrobił.

Rzecz jasna nikomu nie zdradziła swoich lęków, ani Ryderowi, ani Hannie, ani nawet Jasonowi. Tylko by się bardziej o nią zamartwiali, a tego absolutnie nie chciała.

Pomogła Hannie zapakować kanapki i butelki z wodą. Prawie skończyły, kiedy szeryf Norwich zapukała do drzwi.

– Proszę! – zawołała Hanna, nie przerywając pracy.

Brodie natychmiast spięła się w środku. Wciąż nie czuła się komfortowo, gdy poznawała nowe osoby.

Krępa siwowłosa szeryf przeszła przez próg i przytrzymała drzwi dla kogoś, kto szedł za nią.

– Witaj, Hanno. Znasz doktor Kammerer? – spytała.

W drzwiach pojawiła się drobna kobieta o rudych włosach, a zaraz za nią kolejny gość. Ale tego gościa Brodie znała.

– Maggie! – zawołała, zanim Hanna odpowiedziała szeryf Norwich.

– Dobry Boże, dziewczyno! A skąd ty tu? Spodziewaliśmy się ciebie dopiero wieczorem. – Hanna serdecznie uściskała Maggie.

– Hanno, Brodie, miło was znów widzieć.

– Och, czy to nie wspaniałe? – powiedziała koroner. – Wy się wszystkie znacie, a ja się denerwowałam, że przywożę FBI.

– Miło panią poznać, doktor Kammerer. – Hanna uśmiechnęła się do niej i wskazała na Brodie. – A to Brodie Creed. Zaprowadzi was na miejsce. – Z poważną już miną odwróciła się do szeryf Norwich. – Ktoś ścigał Brodie w drodze powrotnej.

– Miała pani okazję go zobaczyć?

Brodie podobały się jej oczy. Były niemal tak szare jak jej włosy, ale ciepłe i łagodne. Nie tego spodziewała się po szarości.

– Nie, proszę pani. Mignęła mi tylko przez moment niebieska plama. Był bardzo szybki.

Szeryf skinęła głową, jakby rozumiała, jak to jest być ściganym w leśnej gęstwinie, po czym poinformowała Hannę:

– Za godzinę dotrze tu dwóch moich zastępców, a ja nie chcę na nich czekać. Oczywiście podam im współrzędne GPS, lecz nie jestem pewna, czy to im pomoże. Jest jakiś sposób, żeby ich też doprowadzić na miejsce bez wysyłania Brodie z powrotem?

– Jasne, że tak. – Kammerer zaczęła zdejmować plecak. Brodie spodobał się jej głos, głęboki i nasycony pewnością siebie, kiedy kazała im wszystkim czekać, aż otworzy plecak i przejrzy jego zawartość. Brodie rozpoznała rydle wystające z jednej z wypakowanych kieszeni. – Zaznaczymy szlak. – Pokazała im wyciągnięty z plecaka pojemnik farby fluorescencyjnej w spreju.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Blackwater River State Forest

Ryder Creed wbił już w ziemię pięć chorągiewek, a Grace jeszcze nie skończyła. Pomarańczowe chorągiewki odznaczały się na tle zieleni i brązu jak kwiaty, które nie pojawiają się tak głęboko w lesie.

Poza czaszką znaleźli kolejne ciało w odległym końcu polany. Nawet gdyby Grace go nie wskazała, Creed by na nie trafił przyciągnięty chmarą much. To ciało nie było nawet zakopane. Ofiara leżała na plecach, jakby patrzyła w niebo, zanim czerwie wzięły się do roboty.

Creed zastanawiał się, czy morderca celowo zostawiał swoje ofiary niezakopane, żeby leśni padlinożercy mieli do nich łatwy dostęp. Innymi słowy, czy liczył na to, że natura po nim posprząta?

Grace zaprowadziła go również w inne miejsce, jakieś sześć metrów dalej w głąb lasu. Na pierwszy rzut oka Creed uznał to za porzuconą przez kogoś stertę brudnych szmat przykrytą gałęziami i leśnym brudem, jednak deszcz i zwierzęta zrobiły swoje, dzięki czemu wypatrzył tam spodnie z grubego płótna. Choć wyglądały niemal bezkształtnie i były zagłębione w ziemi, na podstawie lekkiego wklęśnięcia terenu Creed doszedł do wniosku, że szczątki właściciela spodni wciąż znajdują się w tym, co pozostało z jego ubrania.

Zauważył już, że mordercy nie zdają sobie z tego sprawy. Wielu z nich dokłada starań, by nad ukrytymi zwłokami nie powstał kopiec, obawiając się, że może wyjawić miejsce pochówku. Dzieje się tak, bo nie biorą pod uwagę procesu rozkładu ciała. Śledczy rzadko szukają kopców, bardziej są nastawieni na wklęsłości terenu oraz miejsca, gdzie trawa nie rośnie wysoko lub wcale.

Creed wiedział więcej o mordercach i ofiarach, niż chciałby wiedzieć, ale przewodnik psa tropiącego zajmuje się nie tylko psem. Nauczył się wiele na temat rozkładu tkanek mięśniowo-tłuszczowych oraz kości. Wiedział, że ciało pozostawione na ziemi rozłoży się po innym czasie niż pochowane pod powierzchnią, a jeśli ofiara wyląduje w rzece czy na dnie jeziora, podlega całkiem innemu działaniu wody. To kolejna kwestia, o której wiele osób nie ma pojęcia. Ciało nie wypływa automatycznie na powierzchnię, składają się na to rożne czynniki.

Creed podczas szkolenia kandydatów na przewodników psów zawsze podkreślał, że pies nie wykonuje całej pracy. To wysiłek zespołowy, co dla niektórych może okazać się trudne. Przewodnik jest przedłużeniem psa, a nie kimś, kto wydaje mu polecenia. Prawdę mówiąc, Creed nigdy nie prosił śledczych o wiele informacji, bo taka wiedza może zniweczyć poszukiwania, zwłaszcza jeśli pies nie korzysta z wcześniej ustalonych dowodów albo działa wbrew przyjętym założeniom.

W pierwszym rzędzie wbijał przewodnikom do głowy, że ich priorytetem jest obserwowanie i ochrona psa. A to oznaczało przewidywanie przeszkód i zagrożeń. Woda powodziowa niesie ze sobą mnóstwo niespodzianek, które mogą stać się pułapką, podobnie jest z poszyciem i drzewami w lesie. Węże, pająki, niedźwiedzie, aligatory mogą zaskoczyć psa tropiącego, który jest skupiony na poszukiwaniu konkretnego zapachu.

Czasami pies jest tak mocno skoncentrowany, że przekracza granice swojej fizycznej wydolności. Przewodnik musi wiedzieć, jak i kiedy pies powinien odpocząć, jak chronić jego łapy, jak go schłodzić czy nawodnić, jeśli to konieczne, a to wszystko należy zrobić w taki sposób, by nie zakłócać dalszej pracy.

Przewodnicy muszą też umieć określić kierunek wiatru, wiedzieć, że wilgoć spycha zapach w dół, a także którą drogę instynktownie wybrałaby zaginiona osoba z demencją.

Oczywiście najlepszym nauczycielem jest praktyka. Creed już nie pamiętał, w ilu poszukiwaniach i akcjach ratunkowych brał udział przez ostatnie siedem lat. Rozpoczął swoją działalność z myślą o Brodie, mając nadzieję, że któregoś dnia trafi na jej szczątki. Nawet w najśmielszych marzeniach nie przypuszczał, że sprowadzi ją do domu żywą.

Był wdzięczny losowi, że Brodie znów dzieli z nim życie. Miał też świadomość, że oszałamiającą ulgę, którą poczuł po odnalezieniu siostry, zastąpiła nowa troska, nowa odpowiedzialność. Chciał chronić Brodie, zapewnić jej bezpieczeństwo, nieustannie pilnować, by nic złego jej się nie przytrafiło. Chciał zrobić wszystko, żeby zespół stresu pourazowego nie pozbawił jej szansy na szczęście, żeby koszmary nie uniemożliwiły jej normalnego życia. Walczył ze sobą, by o to wszystko zadbać, a jednocześnie nie stłamsić jej swoją troską. Nie chciał, by czuła się jak motyl w słoiku.

Na myśl o siostrze wyjął telefon. Powinna już dotrzeć do domu, tymczasem nie miał żadnych wiadomości od Hanny. Oddalił się od miejsca, gdzie był zasięg.

– Grace. – Gdy usłyszał szelest w krzakach, dodał: – Chodź, dziewczyno, pora na przerwę.

Kiedy przedzierali się przez zarośla, by wrócić na polanę, telefon Creeda ożył. Jedna za drugą przychodziły wiadomości. Wszystkie od Hanny, cała seria, gwałtowna i pełna niepokoju:

Ktoś śledził Brodie.

Biegł za nią. Nic jej się nie stało.

Uważaj na siebie.

Creed rzucił wzrokiem pomiędzy drzewa. Jak mógł nie zauważyć, że ktoś ich obserwował? Grace usiłowała zwrócić na siebie jego uwagę, szturchała rękę, kiedy znalazł czaszkę. Ale przywykła do tego, że na miejscu poszukiwań znajdują się inne osoby, więc wielkiego alarmu nie podniosła.

 

Teraz, starając się nie stracić jej z pola widzenia, wciąż lustrował otoczenie. Wyjął składaną miskę Grace i napełnił ją, a potem wypił resztę wody z butelki, nadstawiając uszu.

Ćwierkały ptaki. Bzyczały komary. Liście szeleściły na wietrze. Nie słyszał żadnych obcych dźwięków, wszystkie należały do tego miejsca, do lasu. Poza nieustającym brzęczeniem much.

Znów zerknął na ekran, gdyż pojawiły się kolejne wiadomości od Hanny:

Szeryf Norwich właśnie przyjechała.

Koroner też tu jest. Dam ci znać, jak wyruszą.

Creed potarł brodę pokrytą lekkim zarostem, próbując się uspokoić. On i Grace dadzą sobie radę, ale Brodie… Nie powinien jej samej wysyłać do domu.