W mroku lasu

Tekst
Autor:
Z serii: Ryder Creed #6
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ CZWARTY

Blackwater River State Forest

Gdyby nie głosy, wszedłby prosto pod nogi tym intruzom.

W pierwszej chwili nie był pewny, czy nie ma halucynacji. Niewiele spał minionej nocy. Ilekroć zamykał oczy, widział tylko ten czarny poruszający się worek. Nocne zwidy za każdym razem przywoływały inne obrazy. Czasami zawartość worka wyślizgiwała się na zewnątrz. Czasami worek pękał z hukiem.

Po wielu godzinach rzucania się w przepoconej pościeli zaczął się zastanawiać, czy to wszystko prawda. Czy to się naprawdę wydarzyło? Czy narkotyki do tego stopnia zamuliły mu umysł, że nie potrafi już odróżnić tego, co rzeczywiste, od wybryków wyobraźni?

Kiedy nie mógł znaleźć ulubionej bejsbolówki, kolejne wspomnienia zaczęły napływać falami. Pamiętał, jak waliło mu serce, bał się, że wyskoczy mu z piersi, a wilgotne powietrze dusiło. Gdy zataczając się, wrócił do łodzi, ledwie łapał oddech. Pamiętał, że był w połowie rzeki, kiedy przeczesał palcami włosy i zdał sobie sprawę, że nie ma czapki.

Jasny szlag. Bardzo lubił tę czapkę. Tampa Bay Buccaneers. Jego ulubiona drużyna.

Gdy tylko skończył poranną trasę, wrócił do lasu i nad rzekę. Musiał się upewnić, że miniona noc naprawdę się wydarzyła, a przynajmniej odzyska czapkę.

Las zajmował ponad osiemdziesiąt tysięcy hektarów. Wybrał ten teren z powodu jego oddalenia. Znajdował się na północno-zachodnim skraju Lasu Stanowego Blackwater River i graniczył z prywatną i tak samo niezagospodarowaną posesją. Las był tak gęsty i dziki, że nigdy nikogo tu nie spotkał. Nawet leśne stworzenia traktowały go jak atrakcję.

A jednak ktoś tu był, pomyślał.

Nie tylko w samym lesie, ale na polanie. Jego polanie. Na jego świętej ziemi. Jakim cudem ten ktoś – a może było ich więcej – trafił do tego ustronnego miejsca?

Dawno temu nauczył się, jak być niewidzialnym. Dla każdego dziecka to trudna i okrutna lekcja. Udawać, że jest się tak małym, by inne dzieciaki nie zauważyły, jak bardzo jest się innym. Siedzieć cicho i nie dyskutować, żeby dorośli nie odkryli, jaki jesteś głupi. Kiwać głową. Siedzieć z tyłu. Takie wskazówki dawała mu matka, uważając, że w ten sposób go chroni.

Teraz działało to tak, że fakt, iż jest niewidzialny, stał się nieodłączną cechą jego codzienności. Nie przeszkadzało mu, że ludzie rzadko go zauważali, nawet gdy był w tym samym co oni pomieszczeniu. Niewidzialność to była jego supermoc.

W ciągu paru sekund wycofał się i ominął intruzów. Przez prześwit między drzewami mógł dojrzeć co najmniej dwie osoby: kobietę i mężczyznę. Czy to możliwe, że zgubili drogę?

Nie zwracając na siebie uwagi, zdołał zbliżyć się do nich z drugiej strony. Dopiero kiedy siedział na wysokości trzech metrów ukryty w koronie drzewa, dostrzegł coś jeszcze.

Pies!

Mały, z pewnością niegroźny. Ale psy mają dobry węch. Czy ten pies go wywęszy?

Po najbliższym jak dotąd kontakcie z psami została mu blizna nad brwią. Psy nigdy nie traktowały go, jakby był niewidzialny.

A ten zdecydowanie był na jego tropie, wciągał powietrze, wąchał ziemię, trawę.

Nadstawił uszu, by usłyszeć rozmowę prowadzoną przez tych dwoje, ale las był zbyt głośny. Insekty bzyczały i syczały, a dzięcioł akurat teraz zajął się swoją robotą. Chociaż baldachim z liści tworzył bezpieczną osłonę, jednocześnie nie pozwalał mu słyszeć wymiany zdań na dole. Dotarło do niego tylko kilka słów niesionych wiatrem.

Trafisz sama… szeryf… sprowadzić…

Kiedy zdał sobie sprawę, o czym mówią, zalała go fala dreszczy. W tym miejscu, blisko rzeki, drzewa rosły na mokradłach tak gęsto, że ich gałęzie się przeplatały. Złapał się jednej z nich i prześlizgnął się z wierzchołka jednego drzewa na wierzchołek drugiego, a potem następnego tylko z lekkim szelestem.

Kiedy zeskoczył na ziemię, znajdował się dostatecznie daleko od polany, by mieć pewność, że mężczyzna ani pies go nie znajdą. Zerknąwszy przed siebie, dojrzał czerwoną chustkę przemykającą przez leśną gęstwinę.

Kobieta była jakieś piętnaście metrów przed nim.

Jeżeli nigdy nie opuści tego lasu, to nie sprowadzi tu szeryfa. Zadanie wydawało się proste.

Postara się, żeby zniknęła… jak wszyscy pozostali.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Brodie wytarła ręce w T-shirt Creeda, zwinęła go w kulkę i trzymała to w jednej, to znów w drugiej ręce, a czasami go rozciągała, niosąc w obu rękach. Przez szesnaście lat, odkąd ją porwano i gdy więziono, nauczyła się znosić głód, widzieć w ciemności i spać pomimo bólu. Nauczyła się też ukrywać uczucia i emocje. Powiedziała Ryderowi, że nic jej nie jest. Mówiąc szczerze, wcale nie czuła się dobrze.

Krew nieżyjącego mężczyzny na jej rękach przywołała wspomnienie mężczyzny, którego zabiła. Aaron Malone był niewiele od niej starszy, a ona odebrała mu życie. To było osiem miesięcy temu, ale czasami odnosiła wrażenie, że minął zaledwie tydzień.

Niewiele było trzeba, by ten obraz powrócił, pojawiał się jakby na zawołanie. Z jaką siłą musiała zaatakować, żeby wbić nożyczki w jego kark. Ile krwi wytrysnęło z rany. Krwi, która zbryzgała jej twarz, gdy próbował zrzucić ją ze swoich pleców.

Widok w połowie pogrzebanego mężczyzny z roztrzaskanym tyłem głowy… Nie, nie czuła się dobrze.

Myślała, że w lesie jest bezpieczna. To było jedyne miejsce, gdzie mogła spacerować godzinami, poznawać las i cieszyć się nim. Ryder upierał się, żeby zawsze zabierała ze sobą psa. Miała do dyspozycji całą psiarnię, zwierzęta rozmaitych rozmiarów, a kilka z nich z entuzjazmem służyło Brodie za ochronę. Ale zawsze martwiła się, że pies trafi na węża, niedźwiedzia czy rysia. To przed nimi ostrzegał ją Ryder. Brodie nie bała się ryzyka, ale nie chciała, żeby psy wpadły na dzikie zwierzęta.

Z tym że dzikie zwierzęta to jedno.

Mordercy? Tego się nie spodziewała.

To wszystko zmieniało. Naprawdę wszystko.

Potrząsnęła głową i przyśpieszyła kroku.

I usłyszała trzask łamanej gałęzi. Gdzieś niedaleko, po prawej stronie.

Zamarła, a potem powoli zlustrowała okolicę.

Jedna z kar stosowanych przez Iris Malone polegała na tym, że Brodie była zamykana w kompletnej ciemności. Czasami tkwiła tak przez kilka dni bez żadnej przerwy i szybko się nauczyła się, że kiedy oczy nie mogą widzieć, to pozostałe zmysły się wyostrzają. Słyszała przemykające między ścianami szczury. Pleśń, której wcześniej nie zauważała, drażniła jej nozdrza. Wyczuwała nawet najmniejszą gorycz leków dodawanych do racjonowanych porcji jedzenia. Odczytywała w naelektryzowanym powietrzu informacje o zbliżającej się burzy, nim napłynęły czarne chmury. Odbierała sygnały o rzeczach, o których inni nie mieli pojęcia.

Teraz wiedziała, że ktoś idzie jej śladem.

Ruszyła znów naprzód, udając, że niczego nie podejrzewa. Nadal trzymała T-shirt lewą ręką, podczas gdy prawą sięgnęła skrycie do pasa, do którego miała przypięte rozmaite przedmioty. Nie patrząc, zacisnęła palce na pojemniku ze sprejem na niedźwiedzie i przesunęła na bok zabezpieczenie.

Zeszła ze ścieżki i wybrała inną trasę, to znaczy ruszyła przez wysokie sosny, które rosły bardzo blisko siebie, więc nawet ona, wiotka i szczupła, musiała się między nimi przeciskać. Rozrośnięte krzewy czepiały się nogawek spodni, co trochę spowolniało marsz, ale była to droga na skróty. A co najważniejsze, Brodie liczyła, że ten, kto za nią idzie, nadal posuwa się naprzód ścieżką po jej prawej stronie.

A właśnie tam, jak zapamiętała, ciągnął się szeroki pas sięgających po łokcie krzewów, które należało ominąć. Roślina była zwodniczo atrakcyjna z czerwonawymi łodygami i błyszczącymi ciemnozielonymi liśćmi. O tej porze roku miała nawet bladożółty kwiatostan. Krzewy rosły między sosnami tak gęsto, że jeśli weszło się w nie przypadkiem, nie dało się uniknąć zabrudzenia olejkiem z ich liści. Gorzej, jeśli olejek trafi na skórę. Więcej ludzi jest uczulonych na sumak jadowity niż na szalej jadowity i trujący dąb razem wzięte.

Brodie usłyszała za sobą świst i trzask, i tak, po prawej stronie. Znów przyśpieszyła, przeskakiwała nad leżącymi na ziemi gałęziami ukrytymi w gęstym poszyciu. Subtelne szelesty zamieniły się w głośne rzucanie się na boki. Ten człowiek już się nie ukrywał i poruszał się szybko.

Brodie nie zwolniła, by się rozejrzeć. Zaczęła biec.

Przeskakiwała przeszkody, mknęła zygzakiem między drzewami. Jej ramiona ocierały się o korę, gałązki smagały twarz, pnącza chwytały za nogi. Wspinała się na zbocze, ignorując kłujący ból w boku.

Kroki za jej plecami dudniły. Ten człowiek nie próbował podkradać się chyłkiem, odgłosy łamanych gałęzi brzmiały coraz głośniej.

Na szczycie wzniesienia Brodie objęła szczupły pień młodej sosny. Oderwała stopy od ziemi i z impetem się zakręciła, co pozwoliło jej gwałtownie skręcić w lewo. Gdy tylko opadła na ziemię, pognała w dół wzgórza. Pochylała się, starając się zachować równowagę i wykorzystując do ślizgu nasiąknięte wilgocią liście.

W końcu między wierzchołkami drzew dojrzała dach hali sportowej. I niczego już za sobą nie słyszała. Serce waliło jej o żebra, oddech przyśpieszył, z trudem łapała powietrze.

Na granicy lasu i posesji Rydera poczuła się bezpieczna i zwolniła. Wciąż ściskając w lewej dłoni pojemnik ze sprejem na niedźwiedzie, gwałtownie się odwróciła.

Nikogo nie widziała.

Podniosła wzrok na szczyt wzniesienia, gdzie zaczynały się ślady jej ślizgu, i zobaczyła niewyraźny zarys niebieskiej plamy ubrania, zanim ten człowiek odwrócił się i zniknął w gęstwinie lasu.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Pensacola, Floryda

Agentka FBI Maggie O’Dell zaparkowała wypożyczony samochód przed boksem magazynowym B12. Panowała tam cisza. Nawet budka strażnika była pusta, gdy wklepywała kod, żeby otworzyć bramę. Dlatego zaskoczył ją widok kobiety opartej o SUV-a lexusa po drugiej stronie alejki.

 

Jej krótkie włosy były płomiennorude. Maggie oceniła, że jest po czterdziestce. Miała na sobie T-shirt, sprane dżinsy i birckenstoki. Była drobna, ale sądząc z postawy – splecionych na piersi ramion, jednej nogi ugiętej i opartej o zderzak – nie brakowało jej pewności siebie.

Na widok Maggie uniosła głowę, lecz nie ruszyła się z miejsca ani nie przesunęła na czoło kosztownych okularów przeciwsłonecznych.

– Pani jest tą agentką FBI?

– Tak – odparła Maggie, rozglądając się wokół.

Spodziewała się, że spotka się z nią szeryf hrabstwa Escambia. To właśnie Clayton prosił o jej przyjazd. Jednak jeżdżąc w tę i z powrotem alejkami prowadzącymi do setek boksów magazynowych, nie zauważyła ani Claytona, ani jego samochodu. Może wysłał podwładną, żeby otworzyła jej boks.

– Pracowała już pani z Claytonem? – spytała rudowłosa.

– Jakieś trzy lata temu. Zamierza tu się zjawić?

– Raczej nie. Jeśli chodzi o takie sprawy, to jest trochę przeczulony.

– Jak się domyślam, pracuje pani w biurze szeryfa?

– W biurze koronera. – W końcu odepchnęła się od zderzaka, podeszła i wyciągnęła rękę, drugą ręką przesuwając okulary na czoło. – Vickie Kammerer.

– Maggie O’Dell.

– Więc trzy lata temu? To pewnie pracowała pani z doktorem Tomichem.

– Tak. Jak on się miewa?

– Jest na emeryturze – odparła Vickie, wyjmując kluczyki i otwierając kłódkę. Zawiesiła ją i chwyciła za uchwyt na dole drzwi garażowych, które zaskrzypiały, zazgrzytały i powoli zaczęły się unosić. – Miły gość. – Vicky wciąż mówiła o doktorze Tomichu, jakby nie zwracając uwagi na drażniący zapach, który wydobył się z otwieranego boksu. – Gdy go zobaczyłam pierwszy raz, śmiertelnie mnie przestraszył. – Lustrowała zawartość magazynu na tyle, na ile na to pozwalało wpadające tam światło słoneczne. – Wie pani – podjęła – miał spojrzenie starego zrzędy i zdawało się, że na wylot przeszywa człowieka wzrokiem.

– Więc pracowała pani z nim?

Tym razem Vickie obejrzała się na Maggie, jakby nagle coś sobie uprzytomniła.

– Nie, przepraszam, pewnie nie wyraziłam się jasno. Ja go zastępuję.

– Pani jest koronerem? – Maggie usłyszała cień zdumienia w swoim głosie, zanim ugryzła się w język.

– No tak.

Vickie nie wydawała się urażona, jednak Maggie dostrzegła lekki uśmieszek w kąciku jej warg, kiedy odwróciła się znów do wnętrza magazynu.

– Nie ma sprawy – rzuciła lekko. – Też bym pani nie wzięła za agentkę FBI. – Z tylnej kieszeni dżinsów wyciągnęła telefon i zaczęła robić zdjęcia, nie wchodząc głębiej do środka. – Spotykamy się czasem na lunchu – dodała.

– Słucham? – spytała Maggie.

– Doktor Tomich i ja. Umawiamy się na lunch każdego miesiąca poza drugą czwórką.

– Drugą czwórką?

– To jego pomysł, taki oryginalny sposób na powiedzenie, że nie lubi wychodzić z domu w najgorętszych miesiącach.

Vickie wciąż robiła zdjęcia, a Maggie podeszła i stanęła obok niej, przyglądając się nieznanemu jej dotąd wnętrzu.

Wyglądało jak magazyn szalonego naukowca. Były tam dziesiątki plastikowych pojemników, półki stojaki z probówkami, kilka dwudziestolitrowych wiader z pokrywą, pojemniki na jedzenie na wynos i sterty worków na śmieci. Wiele z nich popękało albo przeciekało, przyczyniając się do smrodliwego zapachu.

W tylnym rogu Maggie dojrzała kijek od mopa i wiadro pełne środków czyszczących. Obok piął się w górę wysoki stos ręczników papierowych, każdy w osobnym opakowaniu i każdy z wyraźną czarną naklejką z ceną 59 centów, którą była w stanie odczytać nawet z drugiego końca pomieszczenia.

– Clayton kazał mi zaczekać na FBI, zanim zacznę – oznajmiła Vickie. – Czemu federalsi się tym interesują? – Nie czekając na odpowiedź, koroner dopytała: – Czy to ma coś wspólnego z tamtą sprawą sprzed trzech lat? – Tym razem przerwała fotografowanie i skupiła na niej całą swoją uwagę, czekając na wyjaśnienia.

– Jak dużo pani o tym wie? – spytała Maggie, zauważając na jednym z wiader naklejkę z napisem: „Próbki tkanki”.

– Doktor Tomich podzielił się ze mną pewnymi szczegółami. Clayton wspomniał, że te sprawy mogą mieć związek, więc wyciągnęłam teczkę. Proszę potwierdzić, czy dobrze to zrozumiałam. Trzy lata temu pewien gość, który nazwał siebie Joe Blackiem, sprzedawał lekarzom ludzkie organy, które miały być wykorzystane do celów naukowych. Wówczas było to legalne, nie było wielu obostrzeń w tym zakresie. Pojawiły się jednak spekulacje dotyczące tego, w jaki sposób niegrzeczny chłopiec Joe zdobywał ludzkie organy. – Spojrzała na Maggie, czekając na potwierdzenie, a potem wskazała głową na zawartość boksu magazynowego. – I tak oto przechodzę w ekspresowym tempie do minionego tygodnia, kiedy to jakiś gość z Pensacoli kupuje za dziewięćset dolców na aukcji boks magazynowy z pozostawioną w nim zawartością. Otwiera drzwi i natychmiast coś mu śmierdzi. Potem znajduje coś, co wygląda na ludzkie serce w pojemniku na żywność marki Tupperware. Wpada w przerażenie, zamyka drzwi i wzywa policję. – Schowała telefon i wyjęła lateksowe rękawiczki, a jedną parę podała Maggie: – Natychmiast pomyślałam o pozyskiwaniu ludzkich organów. Serce jest bezużyteczne, jeśli nie przeszczepi się go bardzo szybko. – Zerknęła na Maggie: – Czy nie o tym pani myśli?

Maggie przyjęła rękawiczki i zaczęła je wciągać, rozglądając się po pomieszczeniu. Były tam co najmniej dziesiątki pojemników na jedzenie na wynos. Na ich widok i na myśl, co może znajdować się w środku, żołądek podszedł jej do gardła.

Jedna z pierwszych jej spraw dotyczyła seryjnego mordercy, który znajdował dziwną przyjemność w umieszczaniu części ciała swoich ofiar w pojemnikach na jedzenie na wynos, które potem zostawiał w miejscach publicznych. Kiedy poznał nazwisko nowej agentki FBI, która go rozpracowuje, zaczął zostawiać dla Maggie fragmenty ciał swoich ofiar. Ofiar, które znała. A w zasadzie nie znała, po prostu miała z nimi przelotny kontakt. I z powodu tego właśnie kontaktu – nawet nie znajomości – stały się jego celem.

– Moją pierwszą myślą było, że to seryjny morderca – odparła w końcu, a gdy Vickie uniosła brwi, dodała, wzruszając ramionami: – Skrzywienie zawodowe. Można powiedzieć, że seryjni mordercy to moja specjalność.

– Słodkie, moją kiedyś byli topielcy. – Gdy tym razem to Maggie spojrzała ze zdumieniem, pośpieszyła z wyjaśnieniem: – Zaczynałam pracę w Minnesocie, tam jest dziesięć tysięcy jezior. Miałam wrażenie, że co drugi tydzień wyławialiśmy ciało z jakiegoś jeziora. – Oparła ręce na biodrach, jakby nie zamierzała już nic więcej tu robić. – Coś mi się zdaje, że szeryf Clayton uważa, że to był magazyn Joego Blacka. Pani tak nie myśli?

– To możliwe, ale Joe nie był takim niechlujem. – Maggie wskazała na duży pojemnik po wodzie sodowej, który przechylił się, a trudna do zidentyfikowania zawartość się rozlała. – Myślę też, że jego fetyszem była folia do produktów żywnościowych, wszystko w nią szczelnie zawijał.

– A jednak przejechała pani taki kawał drogi.

Maggie znów na nią spojrzała, sprawdzając, czy nie poczuła się urażona, że szeryf z jej hrabstwa wzywa FBI. Ale Vickie Kammerer wyglądała wyłącznie na zaciekawioną.

W tym momencie zadzwonił jej telefon. Wyjęła go z kieszeni i zerknęła na ekran.

– Moi ludzie, muszę odebrać. – Ruszyła alejką, oddalając się od Maggie.

Maggie skorzystała z okazji, sięgnęła po swój telefon i zrobiła kilka zdjęć. Weszła w głąb magazynu i ustawiła zoom, żeby sfotografować jedyne uporządkowane miejsce, czyli tylny róg ze środkami czystości i ręcznikami papierowymi. Dopadła ją natrętna myśl, że do wysprzątania tego wszystkiego tych ręczników i tak by nie wystarczyło.

Nawet Alberta Stucky’ego zaszokowałby taki bajzel. Stucky był tym seryjnym mordercą, który z precyzją wycinał narządy z ciał swoich ofiar i ostrożnie pakował do pojemników na jedzenie na wynos. Później niepostrzeżenie zostawiał je na kawiarnianych stolikach i ladach barów na parkingach dla kierowców ciężarówek.

– Muszę lecieć – oznajmiła Vickie. – W lesie znaleźli ciało. Może nawet dwa ciała. Przepraszam, nie mogę tu pani zostawić samej, bez żadnego z moich pracowników.

– Dwa ciała?

Vickie przystanęła obok kłódki na drzwiach boksu i zerknęła na Maggie.

– Jeśli przywiozę agentkę FBI, to dopiero się nasłucham od miejscowej policji.

– A jeśli specjalnością tej agentki są seryjni mordercy?

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Szpital Baptystów

Pensacola, Floryda

Kayla Hudson czekała w korytarzu, gdy pielęgniarki kładły jej syna do szpitalnego łóżka. Właśnie przywieźli chłopca po serii rozmaitych badań, w tym tomografii komputerowej, żeby wykluczyć inne dolegliwości. Dziesięcioletni Luke przespał badania, obudził się tylko raz, żeby zwymiotować.

Był taki czas, kiedy to wszystko doprowadziłoby Kaylę na skraj paniki. Co nie znaczy, że ataki syna przestały ją przerażać. Tego ranka, gdy potykając się, wszedł do kuchni, siedziała z filiżanką kawy. Kiedy sprawdzała poziom cukru we krwi Luke’a o pierwszej w nocy, nie było powodu do niepokoju. Przestała go już nawet budzić, tylko delikatnie brała jego palec i nakłuwała.

Sięgając po płatki, Luke wyglądał na zaspanego. I nagle upadł, a płatki marki Lucky Charms rozsypały się na podłogowych kaflach. W ciągu paru sekund jej syn dostał konwulsji. Tak mocno zaciskał zęby, że nie mogła podać mu do ust glukozy w żelu. Biegnąc do szuflady po glukagon w zastrzyku, zadzwoniła na 911. Za każdym razem, kiedy przygotowywała strzykawkę, ręce jej się trzęsły.

Kayla pożaliła się siostrze, że nigdy nie nabierze w tym wprawy, ale siostra uspokoiła ją, mówiąc, że wcale nie musi być w tym dobra. To nie jest umiejętność, którą koniecznie powinna opanować do perfekcji, po prostu musi to tylko zrobić. Kayla wiedziała, że siostra ma rację. Panika pogarszała sytuację, a Luke wymagał jej szybkiej reakcji, zrobienia tego, co konieczne.

Wciąż pamiętała jego pierwszy atak i to, jak się wtedy czuła. Jakby ktoś wyrwał jej serce z piersi i ścisnął je w pięści. Strach tak mocno ją sparaliżował, że nie mogła oddychać, nie wspominając już o tym, by się ruszyć. Gdyby nie było przy niej siostry…

Nie chciała nawet o tym myśleć. Nie mogła o tym myśleć, bo inaczej wciąż by się obwiniała. Nie mogła myśleć, jak potwornie tęskni za starszą siostrą, bo to w niczym nie pomoże Luke’owi.

Upewniła się, że telefon komórkowy jest przełączony na wibracje, zanim sprawdziła wiadomości, choć nie było nikogo, kto mógłby je przysłać. Nie miała też do kogo zadzwonić.

Przestań, powiedziała sobie. Zaczynasz się nad sobą użalać, a tu nie chodzi o ciebie, tylko o Luke’a.

Ale prawda była taka, że pragnęła mieć kogoś, kto by się nią zaopiekował. A przynajmniej się o nią martwił. Czy było w tym coś złego?

Ojciec Luke’a służył w Afganistanie, kiedy Kayla po raz pierwszy dowiedziała się, czemu ich słodki, kochający Luke nagle stał się agresywny i humorzasty. Jak mogła nie zauważyć, że wciąż chciało mu się pić albo że trzy, cztery razy w nocy wstawał do toalety? Dopiero utrata wagi ją przeraziła. Kupując mu ubrania do szkoły, przekonała się, że jego dotychczasowy rozmiar okazał się za duży, choć spodziewała się, że powinien już nosić większy.

Jak mogła nie wiedzieć, że jej dziecko ma cukrzycę typu 1?

Siostra pomogła jej przez to przejść. Pojechała z Kaylą i Lukiem do lekarza, w pierwszym tygodniu zaglądała do niej codziennie, żeby pomóc zrobić zastrzyk z insuliny, i była świadkiem pierwszego ataku Luke’a.

A Eric? Był prawie trzynaście tysięcy kilometrów dalej i żałował, że nie ma go w domu. Zawsze kończył ich rozmowy wideo czy telefoniczne tą samą frazą: „Żałuję, że nie ma mnie z wami w domu”.

Ale kiedy w lutym tego roku wrócił do domu na dobre, nie odnalazł się w tej sytuacji. Nie był w stanie podać własnemu synowi zastrzyku insuliny. Nie potrafił nakłuć palca Luke’a, nie pamiętał, żeby kupić skittlesy. Twierdził, że w sklepie było za dużo ludzi, za głośno, więc nie poradził sobie z tym prostym zadaniem. W końcu doszło do tego, że nawet odebranie Luke’a ze szkoły z tego czy innego powodu stało się dla niego problemem nie do przeskoczenia.

I tak, jeden po drugim, codzienne obowiązki znikały z listy spraw, które mógłby załatwić. Twardy, dzielny żołnierz prawie z niczym sobie nie radził, a pamięć miał jak sito. Przynajmniej tak było bez pomocy leków. Aż wreszcie z czymkolwiek przestał sobie radzić z powodu tychże leków.

 

Nie, Kayla nie rozumiała zespołu stresu pourazowego. Jak można od niej oczekiwać, że weźmie na swoje barki jeszcze jedno nieszczęście? Jej siostra zmarła tuż przed Bożym Narodzeniem, a ona czuła, jakby coś w niej pękło. Ale czekała, aż odzyska męża. Czekała, aż znów będzie miała partnera, który ulży jej w codziennym znoju.

Zamiast tego doczekała się nałogowca, który podnosił się z kanapy tylko po to, by rżnąć w karty z kumplami weteranami. Pozbawiona siostry, na której mogła się oprzeć, czuła się bardziej samotna niż wtedy, gdy Eric służył w Afganistanie.

Może to nie jego wina. Tuż po powrocie do domu naprawdę się starał. Ale co takiego zrobił? Załatwił psa dla Luke’a od jednego z kumpli weteranów.

Psa!

Jakby miała siłę opiekować się jeszcze jedną istotą. Eric twierdził, że pies może pomóc Luke’owi, ulżyć im wszystkim w jakiś sposób.

Nigdy o czymś podobnym nie słyszała, a nawet kiedy już poczytała na ten temat, i tak nie uwierzyła. Każdego dnia mierzyła się z cukrzycą Luke’a, Eric nie brał w tym udziału, to była jej rzeczywistość.

Co gorsza, Eric zgodził się wziąć psa, nic jej o tym nie mówiąc. Dogadał sprawę w lutym, po czym kompletnie o niej zapomniał, gdy jego życiem zaczął rządzić nałóg i przestał wychodzić z domu. Prawdę mówiąc, Kayla dowiedziała się o tym z telefonu, gdy poinformowano ją o postępach psa i zapewniono, że zgodnie z ustalonym terminem będzie gotowy do odebrania jesienią. Luke to usłyszał, ojciec i syn byli podekscytowani, więc jak mogła się sprzeciwić?

W rezultacie, o dziwo, ten fakt zdopingował Erica do podjęcia ważnej decyzji. W minionym tygodniu zgodził się pójść do ośrodka odwykowego. Znalazł lekarza, któremu zaufał, i ośrodek, który znajdował się tylko pół godziny od domu.

Powinna być szczęśliwa, że mąż chce się leczyć. I tak też się czuła. A jednak wciąż była pełna obaw, czy Eric zajmie się psem.

Mimo wszystko ze smutkiem myślała, że zostawi męża w ośrodku, w surowym i sterylnym miejscu. Tak to sobie wyobrażała, ale ośrodek okazał się całkiem inny. Pokoje były słoneczne, otoczenie zadbane, był tam elegancki bar i solarium z widokiem na ogromny basen. Zamiast się zasmucić, Kayla poczuła zazdrość. Z powodu uzależnienia od leków Eric nie był zdolny do wykonywania codziennych obowiązków, i jakby w nagrodę spotkało go coś, co przypominało wakacje w pięciogwiazdkowym hotelu.

A ona? Znów była mamą i medykiem dwadzieścia cztery godziny na dobę siedem dni w tygodniu. Znów była sama.

– Pani Hudson?

– Tak? – Kayla wzdrygnęła się, słysząc głos pielęgniarki.

– Luke się obudził. Właśnie coś je. Mogę z nim zostać, jeśli ma pani ochotę wypić kawę czy coś przekąsić. Na pewno jest pani wykończona.

Kayla zerknęła na plakietkę z imieniem pielęgniarki, myśląc, że jest pewnie w jej wieku, czyli tuż koło trzydziestki. Jednak na tym podobieństwo się kończyło. Pielęgniarka emanowała pewnością siebie, była wysoką ładną blondynką o figurze, którą mężczyźni zauważają nawet pod szpitalnym mundurkiem. Wszystko to było dokładnym przeciwieństwem Kayli.

– Dziękuję, Taylor. – Kayla odwróciła się i spojrzała w dół korytarza. – Na pewno pani na to pozwolą?

– Dzisiaj jest dość spokojnie.

– Na dole był straszny rejwach – powiedziała Kayla, splatając dłonie na wystającym brzuchu i podchodząc do drzwi pokoju Luke’a. Wiedziała, że będą chcieli zatrzymać go w szpitalu z powodu zaburzeń mowy. Ataki były dla niego wyczerpujące fizycznie, choć później ich nie pamiętał.

Siostra zawsze twierdziła, że to błogosławieństwo, iż Luke nie zdaje sobie sprawy, dlaczego później coś go boli. Kayla uważała, że to głupie myśleć, iż cokolwiek z tego wszystkiego można uznać za błogosławieństwo. Ale starsza siostra zawsze szukała jasnej strony.

Teraz, już bez siostry, Kayla z trudem dostrzegała owe urojone błogosławieństwa czy choćby jakieś jaśniejsze strony. Jak mogła je odnaleźć, skoro mąż postanowił ich zostawić, gdy ona nie była w stanie powstrzymać swojego synka przed upadkiem na twardą podłogę, nieważne, jak bardzo by uważała.

Zajrzała do pokoju. Luke siedział na łóżku, patrzył na ekran telewizora w rogu i pił przez słomkę.

– Cześć, Luke. Jak się czujesz?

Uśmiechnął się, nie wypuszczając z ust słomki, i lekko uniósł szklankę, a po kilku sekundach powiedział:

– Koktajl czekoladowy. – Znów zaczął pić, jakby uważał, że w życiu nie próbował lepszego mlecznego koktajlu.

– Kupię sobie coś do jedzenia i zaraz do ciebie wrócę, dobrze?

Zerknął na nią, kiwnął głową i znowu zapatrzył się w ekran. Powinna się cieszyć, że przywykł do nagłych i niespodziewanych wizyt w szpitalu, a jednak czuła złość, że stało się to trwałym elementem ich życia. Z coraz większym trudem udawało jej się wracać wspomnieniami do czasów sprzed cukrzycy.

Kayla podziękowała Taylor, starając się nie mieć jej za złe, że jest zdrowa i ładna. Wiedziała, że gdyby miała choć trochę czasu dla siebie, nie cierpiałaby na nadwagę. Ruszyła korytarzem, a kiedy wsiadła do pustej windy, oparła głowę o ścianę i westchnęła z ulgą.

„Wszystko będzie dobrze. Dasz sobie radę. Starczy ci sił”.

To nie były jej słowa, tylko siostry, która wierzyła w błogosławieństwa i mantry. Ale nie ochroniły jej przed rakiem.

W windzie rozległ się dzwonek i drzwi otworzyły się na kolejny jasny sterylny korytarz, którym Kayla ruszyła przed siebie. Adrenalina towarzysząca porannemu pośpiechowi ustąpiła miejsca otępiającemu zmęczeniu.

Wsunęła palce w splątane i sięgające ramion włosy, usiłując sobie przypomnieć, czy zdążyła je uczesać przed atakiem Luke’a.

„Wszystko będzie dobrze. Dasz sobie radę. Starczy ci sił”.

Kogo próbuje oszukać? Nawet ona nie wierzyła już w te bzdury.